Fistaszki zebrane: 1950–2000 – Charles M. Schulz

JESZCZE JEDEN KONIEC FISTASZKÓW

 

Wydawało się, że to już koniec. Kiedy w październiku zeszłego roku wydawnictwo Nasza Księgarnia wydało tom „Fistaszki zebrane: 1999-2000”, zbierający nie tylko ostatnie paski z serii, ale też i cykl je poprzedzający, a potem jeszcze dorzuciło do tego wznowienie „Fistaszków zebranych 1950-1952”, chyba każdy miał wrażenie, że już więcej nic z tego cyklu się nie ukaże. Bo i co by miało? A jednak teraz na sklepowe półki trafił tom uzupełniający opus magnum Schulza o rzeczy dotychczas nieznane i od lat niewznawiane, ale za to jak znakomite i warte poznania.

 

Na ten album składa się kilka rzeczy. Główny cykl „Fistaszków” składał się z drukowanych codziennie pasków gazetowych z przygodami dziecięcych bohaterów. Ale ich twórca w międzyczasie robił też inne rzeczy, jak historie o psie Snoopym, czy reklamy. I to właśnie jest to, co znajdziecie na stronach tego tomu. Są tu komiksy, są reklamówki, są wszelkiej maści prace dodatkowe, ale jest też i bardzo ciekawe, wspominkowe posłowie żony Schulza, które okazuje się być, jak cały ten album: sentymentalne, wzruszające i pocieszające.

 

„Fistaszki zebrane: 1950–2000” to komiks może nie tak ważny, jak cały dotychczasowy cykl, ale dla fanów serii – a chyba nie znajdźcie się czytelnik, który nie polubiłby Charliego, Lucy, Reruna i reszty ekipy – stanowiący absolutne musisz to mieć. Może nowych komiksów jako takich nie ma tu wiele, chociaż te o Snoopym to perełka, niemniej materiału jest tu mnóstwo, a czytelnicy mogą poznać nieco inne oblicze serii. Bo „Fistaszki” to nie tylko codzienne paski komiksowe, to nie tylko filmy, które zawitały do telewizji i kinowych ekranów i nie jedynie gadżety, a marka, która jest na tyle sławna i rozpoznawalna, że sama w sobie stała się klasą, która mogła reklamować inne rzeczy. Są tu też żarty graficzne i wiele, wiele więcej, ale o tym najlepiej przekonać się samemu.

 


Rysunkowo rzecz jest różnorodna, jak na prace zebrane z pół wieku twórczości artysty przystało. Czasem mniej udana, najczęściej bardziej, pozostaje miła dla oka, w oko wpada i za każdym razem potwierdza tylko kunszt Schulza i jego talent. A także wielką pomysłowość. Bo już samo tworzenie codziennych pasków gazetowych to nie lada wyzwanie. Skąd tu brać pomysły, żarty, gagi, pointy? A on jeszcze tworzył różne projekty poboczne, które wcale nie były traktowane po macoszemu.

 

A po wszystkim zostaje żal, że to już koniec (znów). Że teraz już ostatecznie pożegnaliśmy cykl. Z drugiej jednak strony to też okazja do radości, bo mamy wreszcie komplet „Fistaszków”. Wszystko, co powstało, zebrane w pięknie wydanych tomach. Warto. Warto sięgnąć po ten tom i po cała serie też. Nieważne ile macie lat i jakie opowieści lubicie, „Fistaszki zebrane” to coś, co absolutnie trafi w Wasz gust.

 

Dziękuję wydawnictwu Nasza Księgarnia za udostępnienie egzemplarza do recenzji.




Komentarze