Garfield: Tłusty koci trójpak, tom 12 – Jim Davis

GARFIELD NA OKRĄGŁO


Dużo serii śledzę regularnie, w głowie mam też – zdecydowanie mniejszą, ale mimo wszystko sporą – listę tytułów, na których kolejne odsłony czekam z dużą niecierpliwością. „Garfield” to nie tylko jeden z nich, ale przede wszystkim jeden z jakże nielicznych, których wyczekuję tak bardzo, tak mocno uwielbiam i uważam jednocześnie za dzieła tak wybitne. Ale nie ma się co dziwić, bo wielkość „Garfielda” jest… równych rozmiarów, jak bohater tej serii, a siła wyrazu zachwyci każdego, niezależnie od wieku.

 

Co można powiedzieć o bohaterze tej serii? Na pewno nic ponad to, co pisałem do tej pory. Czyli? Garfield to kot. Rudy, gruby, wiecznie głodny kot, który nienawidzi poniedziałków, diet, rodzynków w cieście, psów, deszczu, listonoszy, weterynarzy… Długo można by wymieniać. Uwielbia za to, jeśli jeszcze się nie domyśliliście, jeść. Kocha lazanię. Kocha spanie. Kocha wylegiwanie się. Lenistwo to już nie jego pasja, to styl życia. I kocha drapać. Zasłony, ubranie swego pana (czyt. ludzkiego podajnika karmy), meble… Taki to już koci los.

Ale los człowieka nie jest wcale lepszy, bo ów człowiek, ów podajnik karmy o imieniu John musi zmagać się nie tylko ze swoim humorzastym pupilem, towarzyszącym im psem Oddiem, a czasem nawet, jak mu dopisze szczęście (pech?) bądź też zdarzy się cud (katastrofa?) z płcią przeciwną, u której nie ma powodzenia, co nie zraża go i dalej beznadziejnie stara się zaprosić jakąś dziewczynę na randkę. Beznadziejnie się przy tym ubierając i dając ogólny pokaz żenady, beznadziei i tragedii ludzkiego żywota…

 


Uwielbiam „Garfielda” i z tym się nie kryję. Od dziecka, ale z wiekiem cenię go sobie jeszcze bardziej. Ja wiem i remu nie przeczę, istnieją serie większe, jeśli chodzi o humorystyczne paski gazetowe („Fistaszki”), wybitniejsze w komiksowym świecie, ważniejsze dla tych obrazkowych historyjek, które wrosły w popkulturę, jednak to właśnie przygody niesfornego kota zajmują w moim sercu szczególne miejsce. Może dlatego, że od dzieciństwa miałem kontakt z kotami i tak wiele zachowań tytułowego bohatera jest mi jakże dobrze znanych? Nie da się tego wykluczyć, ale przede wszystkim seria Jima Daviesa to kawał rewelacyjnego, pełnego zarówno dziecięcej łagodności, jak dojrzałej, ciętej satyry komiksu, który zachwyca na każdym polu. Nieważne ile przy okazji macie lat i co lubicie.

 


To, czym stoi „Garfield” to przede wszystkim jest humor. Prosty w odbiorze, ale mający swoją głębię i satyryczne zacięcie, trafiający przy tym do czytelników o różnych preferencjach, a przy okazji będący na poziomie i nie tyle nieobrażający inteligencji czytelnika, co wręcz ją łechcący. Wszystko tu jest dopracowane, wysmakowane, dopieszczone. Także pod względem niesamowitej szaty graficznej, kolorystyki czy wreszcie samego wydania. Dla mnie jedna z perełek jeśli chodzi o obecnie wydawane komiksy. Coś, co warto brać w ciemno i do czego chce się wracać raz za razem, na okrągło, i wciąż odkrywać tu coś nowego.

 

Dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza do recenzji.



Komentarze