MIŁOŚĆ
JONA
Dwa lata przesuwania premiery, a potem miesiąc po
miesiącu dwa tomy i… I cisza co dalej. Będzie? Nie będzie? Się okaże, szkoda
jednak żeby Egmont przestał wypuszczać tę serię, bo to jeden z najlepszych
tytułów (nie zapraszam do dyskusji, nie ma o czym), a już w takich familijnych to
obecnie, kiedy „Kaczogród” się skończył nie ma sobie równych. Na razie mamy
kolejną część, a raczej trzy kolejne części w jednym albumie i zabawa jest
przednia, jak zwykle mistrzowska, a spora doza wątków związanych z
romansowaniem, które zawsze należały do tych najlepszych, jedynie podbija
jakość całości. A że ten tom to taki mały jubileusz w zasadzie, Davis postarał
się by było odpowiednio hucznie.
Jon w końcu znalazł sobie kobietę. Liz, pani
weterynarz, nie tylko zgodziła się z nim umówić, ale i coś w nim widzi. Co wyniknie
z tego wszystkiego? Jak na całą sytuację zareaguje Garfield? I co jeszcze czeka
na nich wszystkich?
Jaki jest „Garfield”, każdy – pozornie – na
pierwszy rzut oka widzi. Pozornie. Dlaczego? Bo „Garfield” odczytywany na tym
najbardziej podstawowym poziomie przede wszystkim śmieszy i wydaje się
familijną komedią dla odbiorców w każdym wieku – którą zresztą też jest. Gdy
jednak wejść w niego głębiej, śmieszy, ale i skłania do zadumy, refleksji,
wytyka, piętnuje, wypunktowuje co w nas dobre, a co złe. Potrafi zaboleć,
potrafi się wyśmiać z nas, a potem poklepać po plecach i powiedzieć: spoko, to
głupota, co robisz, ale robię dokładnie tak samo. No i to jego siła, jego moc.
A masa tej mocy tkwi w perfekcyjnym, w punkt trafionym wykonaniu. W skrócie:
pod płaszczykiem prostych komediowych historyjek mamy krwistą, treściwą satyrę
pełną gębą. I za to tak go uwielbiam.
To nie jest to, co widzieliśmy na ekranie
telewizorów i kin. Nie bójcie się, jeśli nie czytaliście nigdy komiksów z rudym
kocurem, a obawiacie się poziomu tego, co zekranizowane, to nie ma czego. Te
rzeczy dzieli absolutna przepaść jakościowa. Mógłbym to porównać do „Tytusa,
Roma i A’Tomka” w wersji komiksowej i kinowej, ale jednak „Garfield” to rzecz o
niebo lepsza od dzieła Papcia Chmiela, więc trochę mijałoby się z celem, jednak
w obu przypadkach chodzi o podobnie niszczące oryginał podejście.
Ale wracając do tego tomu, co tu jest świętowane? A
50 tom „Garfielda”. Po polsku w tej edycji mamy po trzy tomy w jednym albumie, albumów
17, prosty rachunek – łącznie 51 garfieldowych książeczek. Poza tym w tej części,
po niemal 30 latach, Jon w końcu wchodzi w związek i z tym wiążą się wyśmienite
momenty, podobnie, jak choćby z paskami ukazującymi uroki kawalerskiego życia. A
reakcje rodziny Jona? A kolejne randki? A… A… Długo by wymieniać, ale po co,
lepiej poczytać, bo naprawdę jest co i warto. Do tego mamy super rysunki, super
wydanie i… Czy trzeba czegoś więcej? Tak, kolejnego tomu (a USA jest ich już
77), ale na razie cieszę się z tego, co wyszło.




Komentarze
Prześlij komentarz