Garfield: Tłusty koci trójpak #17 - Jim Davis

MIŁOŚĆ JONA

 

Dwa lata przesuwania premiery, a potem miesiąc po miesiącu dwa tomy i… I cisza co dalej. Będzie? Nie będzie? Się okaże, szkoda jednak żeby Egmont przestał wypuszczać tę serię, bo to jeden z najlepszych tytułów (nie zapraszam do dyskusji, nie ma o czym), a już w takich familijnych to obecnie, kiedy „Kaczogród” się skończył nie ma sobie równych. Na razie mamy kolejną część, a raczej trzy kolejne części w jednym albumie i zabawa jest przednia, jak zwykle mistrzowska, a spora doza wątków związanych z romansowaniem, które zawsze należały do tych najlepszych, jedynie podbija jakość całości. A że ten tom to taki mały jubileusz w zasadzie, Davis postarał się by było odpowiednio hucznie.

 

Jon w końcu znalazł sobie kobietę. Liz, pani weterynarz, nie tylko zgodziła się z nim umówić, ale i coś w nim widzi. Co wyniknie z tego wszystkiego? Jak na całą sytuację zareaguje Garfield? I co jeszcze czeka na nich wszystkich?

 

Jaki jest „Garfield”, każdy – pozornie – na pierwszy rzut oka widzi. Pozornie. Dlaczego? Bo „Garfield” odczytywany na tym najbardziej podstawowym poziomie przede wszystkim śmieszy i wydaje się familijną komedią dla odbiorców w każdym wieku – którą zresztą też jest. Gdy jednak wejść w niego głębiej, śmieszy, ale i skłania do zadumy, refleksji, wytyka, piętnuje, wypunktowuje co w nas dobre, a co złe. Potrafi zaboleć, potrafi się wyśmiać z nas, a potem poklepać po plecach i powiedzieć: spoko, to głupota, co robisz, ale robię dokładnie tak samo. No i to jego siła, jego moc. A masa tej mocy tkwi w perfekcyjnym, w punkt trafionym wykonaniu. W skrócie: pod płaszczykiem prostych komediowych historyjek mamy krwistą, treściwą satyrę pełną gębą. I za to tak go uwielbiam.

 


To nie jest to, co widzieliśmy na ekranie telewizorów i kin. Nie bójcie się, jeśli nie czytaliście nigdy komiksów z rudym kocurem, a obawiacie się poziomu tego, co zekranizowane, to nie ma czego. Te rzeczy dzieli absolutna przepaść jakościowa. Mógłbym to porównać do „Tytusa, Roma i A’Tomka” w wersji komiksowej i kinowej, ale jednak „Garfield” to rzecz o niebo lepsza od dzieła Papcia Chmiela, więc trochę mijałoby się z celem, jednak w obu przypadkach chodzi o podobnie niszczące oryginał podejście.

 


Ale wracając do tego tomu, co tu jest świętowane? A 50 tom „Garfielda”. Po polsku w tej edycji mamy po trzy tomy w jednym albumie, albumów 17, prosty rachunek – łącznie 51 garfieldowych książeczek. Poza tym w tej części, po niemal 30 latach, Jon w końcu wchodzi w związek i z tym wiążą się wyśmienite momenty, podobnie, jak choćby z paskami ukazującymi uroki kawalerskiego życia. A reakcje rodziny Jona? A kolejne randki? A… A… Długo by wymieniać, ale po co, lepiej poczytać, bo naprawdę jest co i warto. Do tego mamy super rysunki, super wydanie i… Czy trzeba czegoś więcej? Tak, kolejnego tomu (a USA jest ich już 77), ale na razie cieszę się z tego, co wyszło.

Komentarze