piątek, 25 września 2020

Zbudź się, śpiąca królewno #1 – Megumi Morino

ŚPIĄCA KRÓLEWNA Z NAWIEDZONEGO DOMU


Dawno nie czytałem żadnej nowej klasycznej szojki z tajemnicą w tle. „Zbudź się, śpiąca królewno” co prawda nie wydawało się opowieścią szczególnie intrygującą, bo już wiele podobnych do niej przewinęło się przez moje ręce – że wspomnę tylko „Strażnika domu Momochi” czy „Fruits Basket” – ale na szczęście okazała się bardzo sympatyczną propozycją. Kto więc lubi podobne klimaty będzie zadowolony.


Ale po kolei. Na początek kilka obowiązkowych słów o treści. A zatem:

Głównym bohaterem opowieści jest chodzący do liceum Tetsu Misato, który z pewnych przyczyn musi zarabiać pieniądze. Czym się zajmuje? Pomaga w rezydencji Karasawów, miejscu owianym złą sławą – nie przypadkiem doczekało się przecież miana „nawiedzonego domu na wzgórzu”. Ale to nie dom zdaje się skrywać największą tajemnicę, a córka jego właścicieli, mieszkająca w oddalonym od budynku domku dla gości Shizu, której melancholijny uśmiech oczarowuje Tetsu. Rzecz w tym, że dziewczyna dziwnie się zachowuje. Co się za tym kryje? Dlaczego nie mieszka w domu wraz z innymi? I co tu się właściwie dzieje?


Jak widzicie po powyższym, „Zbudź się, śpiąca królewno” to typowe shoujo jakich wiele. Młodzi bohaterowie, tajemnice, uczucia… Każdy fan gatunku zna to doskonale, widział nie raz w najróżniejszych konfiguracjach i wersjach… i jeśli lubi ten schemat, ma ochotę na więcej. I właśnie tym więcej jest manga Megumi Morino, która podąża jasno wytyczonymi ścieżkami gatunkowymi, ściśle trzymając się szojkowych prawideł.


Oczywiście nie tylko miłośnicy dziewczyńskich mang znajdą tu coś dla siebie. W końcu jednym z nośników samej fabuły jest tajemnica, a to już wątek znajdujący się ponad podziałami na płcie. Oczywiście i ona jest ukazana w kobiecym ujęciu, z pewną delikatnością, zwiewnością i w sposób pasujący do całej reszty. A ta reszta jest niespieszna, prosta, może i nie zaskakująca, bo i zaskakiwać nie ma czym, ale mająca swój urok, klimat i dostarczająca niezłej, lekkiej, nieskomplikowanej zabawy każdemu zainteresowanemu tematem.


Jeśli chodzi o szatę graficzną, to również ona jest ze wszech miar typowa dla gatunku. Proste ilustracje, brak nadmiaru czerni, lekkość kreski… Standard, ale w dobrym wykonaniu zawsze dobrze się sprawdza, a w przypadku tej serii grafiki są dobre. Momentami nawet bardzo.


Kto więc lubi szojki, na pewno się nie zawiedzie. Przeciwników co prawda „Śpiąca królewna” nie przekona, ale jak zawsze liczą się tylko fani. A że oni będą zadowoleni, cel został osiągnięty.


Dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.








czwartek, 24 września 2020

Raport W. Opowieść rotmistrza Pileckiego - Gaétan Nocq

INFILTRACJA AUSCHWITZ


Kiedy tylko w kalendarzu pojawiają się takie daty, jak rocznica powstania warszawskiego czy wybuchu drugiej wojny światowej, rynek wydawniczy zaczyna zapełniać się powiązanymi z nimi pozycjami. Jak widać jego komiksowa część też nie zostaje daleko w tyle. „Raport W” jednak to powieść graficzna, której warto się przejrzeć się nawet jeśli macie już dość tej tematyki, bo to naprawdę znakomity komiks. Co prawda jeśli chodzi o historie traktujące w ten czy inny sposób o czasach największego konfliktu zbrojnego w dziejach ludzkości nadal niepobity zostaje „Maus”, niemniej historia przedstawiona w tym albumie o wiele bardziej warta jest uwagi, niż można na pierwszy rzut oka sądzić.


Jest rok 1940. Witold Pilecki trafia do obozu koncentracyjnego w Auschwitz z misją zbudowania tam ruchu oporu i wywołania powstania. Jego dwu i pół letni pobyt nie kończy się wykonaniem misji, ale dzięki pisanym przez niego raportom świat będzie mógł dowiedzieć się o tym, co działo się za bramą z napisem „Arbeit macht frei”.


Większość pozycji traktujących o drugiej wojnie światowej to rzeczy, w których albo jednoznacznie pochwala się bohaterów, albo jednoznacznie potępia ludzi za nią odpowiedzialnych. Bardziej ludzkiego wymiaru, w którym dostrzec można by o wiele więcej barw człowieczej moralności brakuje – a przecież jak każdy wie dobro i zło istniało po obu stronach barykady. Czy inaczej jest z „Raportem W”? I tak, i nie. To po prostu relacja Witolda Pileckiego z zastanego stanu rzeczy. Szokującej rzeczywistości, która dla niezliczonych osób stała się piekieł zakończonym śmiercią. Koszmarem niezliczonych osób skazanych za nic na nieludzkie męczarnie.



I jest to relacja zarówno wciągająca i poruszająca, jak i wierna pierwowzorowi Pileckiego. Owszem są tu pewne zmiany względem pierwotnego tekstu, czasem autor coś ujął, czasem dodał, ale pozostał skupiony na jak najdokładniejszym oddaniu tego, co chciał – historii swojego bohatera. I zrobił to w sposób, który docenili czytelnicy i krytycy, tworząc solidnych rozmiarów powieść graficzną, od której trudno się oderwać, chociaż porusza tematy, jakich nie czyta się ani łatwo, ani lekko, ani tym bardziej przyjemnie.


Za to z przyjemnością ogląda. Grafiki nie są skomplikowane, ich kolorystyka w każdej z części opowieści jest stonowana, utrzymana w jednym, konkretnym odcieniu, ale same rysunki są realistyczne, kolor dobrze dobrany, a całość autentycznie wpada w oko i doskonale pasuje do opowieści. Wszystko to wieńczy bardzo dobre wydanie – duży format, dobra jakość papieru i dobra cena. Kto lubi historie wojenne, komiksy biograficzne albo po prostu dobre opowieści graficzne niezależnie od tematu, powinien „Raport W’ poznać.


Dziękuję wydawnictwu Marginesy za udostępnienie egzemplarza do recenzji.




Spy×Family #3 - Tatsuya Endou

SPY X HARD


Trzeci tom „Spy x Family” pojawił się wreszcie na rynku. Wreszcie, bo seria ta, do której podchodziłem zresztą ze sporym sceptycyzmem, kupiła mnie do tego stopnia, że z tomiku na tomik coraz bardziej nie mogę doczekać się ciągu dalszego. Nic w tym jednak dziwnego, bo rzecz jest tak pełna uroku i łagodnego humoru, że wprost nie mogę się od niej oderwać i potrafi rozbroić mnie tak bardzo, że po skończeniu kolejne części aż czuję żal, że to już koniec i teraz znów trzeba będzie czekać na kolejne rozdziały.


To się porobiło! Yor wzięła ślub, żeby móc ukryć przed innymi, że jest płatną zabójczynią. Wszystko szło dobrze, dopóki jej brat, Yuri, nie postanowił jej odwiedzić. Teraz zjawia się w domu jej i męża (agenta, który musiał znaleźć sobie „rodzinę” by wykonać misję), by zobaczyć co tam dzieje się u ukochanej siostry. Rzecz w tym, że nie dość, iż on sam ma sporo do ukrycia (jest w końcu członkiem tajnej policji, o czym nikt nie ma pojęcia!), to jeszcze kocha swoją siostrę aż za bardzo i zaczyna podejrzewać, że z jej związkiem jest coś nie tak. Nie podoba mu się szwagier, nie podoba co się dzieje, Yur i jej „rodzinka” będą musieli udowodnić, że rzeczywiście są tym, kim twierdzą. Jak wyjdą z tego nieoczekiwanego wyzwania, które może tak wiele skomplikować w ich i tak szalenie pokręconej sytuacji? A to przecież nie koniec, bo na córkę obojga czekają szkolne wyzwania…


Kiedy zaczynałem czytać „Spy x Family”, seria nie do końca mnie kupiła. Liczyłem na szaloną komedię, która z każdej strony będzie atakowała mnie najróżniejszymi gagami i parodiowała najważniejsze schematy opowieści sensacyjnych. Tymczasem okazało się, że rzecz jest bardzo łagodna pod tym względem, humor wręcz stonowany, podany niemalże z angielską flegmą… Co okazało się strzałem w dziesiątkę. Rzecz w końcu jest mocno osadzona w angielskich klimatach. Ubrany w garnitur, dystyngowany szpieg-dżentelmen niczym James Bond, świat rodem z jakiegoś europejskiego kraju… Jak na mangę jest to dość nietypowe podejście, na pewno inne niż oczekiwałem, ale jak się okazało lepsze niż mogłem sądzić.


Największą gwiazdą całości pozostaje jednak i tak „córka” pary głównych bohaterów. To adaptowane, trochę sepleniące dziecko potrafiące czytać w myślach autentycznie urzeka i rozbraja. Szczególnie, gdy wpada w swoje humorzaste zachowanie (foch za 3… 2… ;) ) albo na swój nieco nieogarnięty sposób odbiera świat. Oczywiście nie zawodzi też akcja, jej niespieszne tempo, spokojne podejście i… szaleństwo, które potrafi zaatakować znikąd.


Dodajcie do tego świetną szatę graficzną i znakomite wydanie i dostaniecie kolejną mangę komediową absolutnie wartą poznania. Poprawia humor, wciąga, rozbraja. Czego chcieć więcej? Chyba tylko jak najszybszego wydania kolejnego tomiku.


Dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.








środa, 23 września 2020

My Hero Academia: Akademia Bohaterów #22 - Kohei Horikoshi

WALKA KLAS


Nastoletni bohaterowie powracają by raz jeszcze pokazać, na co ich stać. Ani pierwszy to taki pokaz, ani tym bardziej ostatni… ale co z tego, skoro czyta się to znakomicie, jeszcze lepiej ogląda i chociaż tekstu jest dużo, nie ma tu miejsca na nudę. Za to zabawa jak zwykle jest przednia i przypomina czytelnikom raz po raz za co tak bardzo shouneny kocha się na całym świecie – nie tylko w grupach docelowych, czyli nastoletnich chłopców.


Przygotujcie się na walkę klas. Uczniowie z klasy A i B stają ze sobą do walki w trakcie wspólnego treningu. Każdy się udoskonalił, każdy opracował nowe techniki, każdy jest też bardziej wprawiony w swoim zawodzie. Co z tego wyniknie? Kto okaże się lepszy? I co takiego znów nawywija nasz drogi Bakugo?


„My Hero Academia” to typowy komiksowy bitewniak – nic dodać, nic ująć. Cała fabuła, cały główny motyw, siła nośna i największa atrakcja tej serii to kolejne starcia z wymyślanymi przeciwnikami, których nigdy nie brakuje. W odróżnieniu od wielu podobnych serii jednak ma tu konkretne umotywowanie, bo w końcu bohaterowie uczą się na superbohaterów, a w świecie, gdzie większość ludzi ma supermoce i nie każdy zamierza wykorzystywać je w szczytnym celu, przeciwników nie brakuje.


Ale i nie brakuje ich też w szkole. W końcu z kimś trzeba ćwiczyć, prawda? Z kimś trzeba mierzyć się, doskonalić, uczyć. Materiału do kolejnych starć nie brakuje, a że Kohei Horikoshi ma talent do ich ukazywania i bynajmniej nie brak mu pomysłowości, „My Hero Academia” trwa i trwa i ani na moment nie zawodzi czytelniczych oczekiwań. Oczywiście w każdym shounenie musi być też coś poza walkami, dlatego mamy tu i szkolne życie, i przyjaźnie, i problemy, i humor, i nutę erotyki także. A wszystko to znakomicie ze sobą skompilowane w jedną, świetną opowieść walki.


Opowieść wyśmienicie przy tym narysowaną, bo Horikoshi, chociaż upraszcza swoje ilustracje zgodnie z gatunkowymi wymogami, jednocześnie dba by były jak najbardziej realistyczne, dopracowane, pełne detali i dynamiczne. I właśnie to urzeka, momentami autentycznie zachwyca, buduje znakomity klimat i wpada w oko.


Kto zatem lubi dobre shouneny, a nie zna jeszcze „My Hero Academii” koniecznie powinien to zmienić. I to jak najszybciej. To w chwili obecnej jeden z najlepszych shounenów na rynku, który pokazuje jednocześnie, że wcale nie trzeba być oryginalnym, by stworzyć znakomite dzieło.


Dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.








wtorek, 22 września 2020

Czarolina #1: Pewnego dnia zostanę fantastykolożką! – Sylvia Douyé, Paola Antista

W MAGICZNYM ŚWIECIE


W cyklu „Komiksy są super” ukazuje się już wiele różnych, udanych opowieści. „Czarolina”, która właśnie pojawiła się na rynku, to kolejna z nich, doskonale wpasowująca się w ten schemat i jakość, do jakiej przyzwyczaiły nas poprzednie tytuły. Kto więc lubi zabawną fantastykę dla całej rodziny, będzie bardzo, bardzo zadowolony.


Poznajcie Czarolinę, dziewczynkę, która zjawia się na wyspie Vorn, gdzie ma wziąć udział w letnim kursie wiedzy o… fantastycznych istotach. Brzmi ciekawie i jest, ale jest też mrocznie – bo takie to miejsce – i tajemniczo, bo jedna z wychowawców, Madame C., jest jakże zagadkową postacią. Ale to przecież, jak się można domyślić, jedynie początek. Na wyspie zaczynają dziać się dziwne rzecz. Czarolina postanawia podjąć się własnego śledztwa, w czym pomaga jej przyjaciółka o imieniu Willa. Niestety obie nie mają pojęcia, że nie tylko czyha na nie wielkie niebezpieczeństwo, ale też i nasza bohaterka będzie miała okazję odkryć swoją przeszłość, o jakiej nie miała pojęcia!


„Czarolina” na polskim rynku miała pojawić się już dawno, bo w czerwcu. Pierwsze przykładowe strony czytelnicy mogli poznać w katalogu prezentującym rozpiętość tematyczną serii z linii „Komiksy są super”. Pandemia koronawirusa zweryfikowała jednak wiele planów wydawniczych i wiele tytułów zostało przeniesionych w czasie – i wciąż tak dzieje się z kolejnymi. Na szczęście jak to mówią, co się odwlecze, to nie uciecze, i w końcu dostaliśmy „Czarolinę” i co właściwie można o tym tytule powiedzieć?


Na pewno to, że ma do zaoferowania bardzo atrakcyjną szatę graficzną. Jako dziecko uwielbiałem wszelkie komiksy Disneya (i nie tylko), które działy się w Halloween, bo uwielbiałem ten mroczny klimat, łagodną grozę pomieszaną z humorem i lekkością i to właśnie znalazłem tutaj. „Czarolina” to co prawda rzecz bardziej baśniowa, ale dzięki udanym ilustracjom, nabiera odrobinę mroku. Nie w samych rysunkach, które są cartoonowe i proste, ale w kolorze utrzymanym w dość ciemnej, granatowej tonacji. Nie przez cały czas, są tu o wiele bardziej barwne i delikatne grafiki, ale właśnie te ciemniejsze najbardziej przypadły mi do gustu tak, jak przypadłyby mi w czasach, kiedy jako dziecko ceniłem tego typu komiksy.


A co z fabułą? Ta, jak na serię dla dzieci przystało, jest prosta. Nie porywa już tak bardzo, przynajmniej starszych czytelników, ale też i ich nie zawodzi. To rzetelna gatunkowa robota, sympatyczna i pouczająca, a jednocześnie interesująca. Zresztą nie tylko dzieci znajdą tu coś dla siebie, chociaż to oni głownie będą zadowoleni z całości. Jako całość więc „Czarolina” to dobra pozycja dla młodych odbiorców, mająca zadatki na ciekawą serię.


Dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza do recenzji.



Card Captor Sakura #10 - Clamp

MIŁOŚĆ SAKURY


Czytanie „Card Captor Sakury” jest jak patrzenie na obsypane kwieciem drzewo wiśni, w którym kłócą się ptaki. Jest słodko, mile dla oka, tak jakoś odprężająco, zabawnie, naiwnie wręcz, ale zarazem z dynamiką i nutą mroku. I to chyba najlepsze podsumowanie na temat tej serii i tego tomu, jakie mogę napisać.


Nikt się nie mógł spodziewać, że konkurs na najlepszą szkolną kawiarenkę okaże się wydarzeniem tak brzemiennym w skutki, a jednak! Gdy Yukito zjawia się w kawiarence klasy Sakury, dziewczynka zabiera go na oprowadzanie po budynku i… wszystko kończy się spontanicznym wyznaniem miłosnym! Ale niestety wkrótce pojawiają się problemy… Moc Clowa powraca i Sakura musi wkroczyć do akcji. Czym jednak to wszystko się zakończy?


Może i „Card Captor Sakura” jest serią dla młodszych czytelników, może i ma w sobie sporo infantylności, może też i jest przewidywalna i zbudowana na schematach gatunkowych… ale kogo to tak naprawdę obchodzi? Wystarczy, że czytelnik zacznie czytać, od razy wpada w ten świat, angażuje się w życie bohaterów i nic już go nie interesuje. Nie ważne, że rzecz jest cukierkowa, przesłodzona i zatopiona w lukrze uroku – ważne, że wciąga, bawi, potrafi zaintrygować, a przede wszystkim zauroczyć czytelnika.


Gdyby trzeba było prosto scharakteryzować „CCS”, należałoby powiedzieć, że to taka dziewczyńska wersja „Pokemona”, osadzona w iście czarodziejkowych klimatach. Jest tu zbieractwo, są przygody, nie ma co prawda podróży po świecie, a wszystkie walki i magiczne problemy rozgrywają się w najbliższej okolicy naszej bohaterki (choć zdarzały się i dalsze lokacją tomy), do tego mamy tu dziecięcych bohaterów, magię, przebieranie się w niezwykłe stroje, korzystanie z niesamowitych zdolności magicznych kart itd., itd.


Znaczną część uroku i siły tej mangi buduje niezapomniana szata graficzna. Prosta, niemal pozbawiona czerni, momentami bardziej przypominająca szkic, niż pełnoprawne ilustracje, doskonale pasuje do opowieści, współtworzy klimat, ma w sobie sporo dynamiki, a przede wszystkim dużo słodyczy, lekkości i zwiewności.


Wszystko to razem wzięte daje nam naprawdę dobrą mangę. Pozornie dla dzieci, w sam raz na początek ich przygody z tym medium, ale i satysfakcjonującą dorosłych odbiorców, jeśli mają w sobie nutę sentymentu i wychowali się na „Sailor Moon” i „Pokemonie”. Ale i bez tego niejeden miłośnik komiksów znajdzie tu coś dla siebie – choćby pięknie malowane kolorowe grafiki, od których trudno jest oderwać wzrok.


Dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.








Kaczogród Carla Barksa: Tajemnica starego zamczyska i inne historie z lat 1947-1948 - Carl Barks

KACZKI DOSKONAŁE


Po wydaniu ośmiu tomów z najlepszych lat twórczości Carla Barksa, Egmont na życzenie fanów postanowił wypuścić na rynek album z wcześniejszymi przygodami naszych bohaterów. I nikt nie zaprzeczy, że są lepsze tomy, niż „Tajemnica starego zamczyska”, ale na pewno nie ma tomu ważniejszego. Jeśli więc mielibyście w życiu poznać tylko jedną część tego cyklu, bezwzględnie powinien nim być ten właśnie komiks.


Zanim jednak wyjaśnię dokładnie co jest takiego niezwykłego w „Starym zamczysku”, kilka słów o fabule tego tomu. Chociaż właściwie trudno tu mówić o jednej konkretnej treści, bo jak zawsze mamy tu kilkanaście różnych krótkich opowieści.

Tytułowa, traktująca o duchu w szkockim zamku  należącym do rodu Sknerusa, to jedna z najsłynniejszych i najlepszych historii nie tylko Barksa, ale i całego disnejowskiego uniwersum. Poza tym mamy tu historię o tym, jak Donald postanowił zapolować na motyle, potem Donald i Goguś pewnej strasznie mroźnej zimy zaczną realizować zakład, który przyjęli, a w końcu pewien profesor zacznie uczyć Donalda, jak wychowywać siostrzeńców. To oczywiście nie koniec, bo nasz pechowy kaczor zanurzy się w świat muzyki, zostanie stróżem nocnym w porcie, uwikła się w golfowe rozgrywki, nadejdą Święta, zostanie wysłany na Księżyc i wiele, wiele więcej…


Co jest w tym tomie takiego ważnego? Czemu wyróżnia się on na tle innych z kolekcji? Przecież nie jest ani pierwszym, nie zbiera debiutanckich komiksów, najlepszym też nie jest, bo szczytowe osiągnięcia Barksa zebrano w innych albumach, wydanych już na polskim rynku. Czyżby więc wyjątkowe było to, że zadziwiająco tu mało Sknerusa, czołowego bohatera wykreowanego przez autora? Bynajmniej.


Istotą „Tajemnicy starego zamczyska” jest to, że znajdziecie w niej zarówno komiks „Wielka niedźwiedzica” z 1947 roku, w którym Sknerus zadebiutował, jak i wszystkie najważniejsze historie z początków przygód tej postaci. Historie, które budowały mitologię Sknerusa, a potem posłużyły Donowi Rosie, jako inspiracja do stworzenia genialnego dzieła, jakim były „Życie i czasy Sknerusa McKwacza” (które już niedługo zostanie wznowione w dwóch tomach kolekcji „Wujek Sknerus i Kaczor Donald”) i nie tylko one zresztą.


Wszystko więc, co dotyczy najbogatszej kaczki świata, swój początek bierze właśnie w tym tomie. Tomie wprost rewelacyjnym, pełnym ponadczasowych opowieści z morałem, często – co Barksowi trzeba oddać – nieoczywistym i satyrycznym, świetnie napisanych, zabawnych, wciągających i niepozwalających się nudzić czytelnikom w każdym wieku. Do tego dochodzą znakomite ilustracje i doskonałe wydanie. W skrócie: komiks, który znać trzeba i wypada. Wielkie dzieło, które pokazuje, że komiksy dla najmłodszych w owym okresie były dojrzalsze, niż jakże popularne wtedy, acz infantylne superhero i znakomicie wykonane, i absolutne musisz-to-mieć dla fanów disnejowskich kaczek.


Dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza do recenzji.



Ptyś i Bill: Pamiętniki Billa - Jean Roba

PSOTNI PRZYJACIELE


„Ptyś i Bill” powracają właśnie z kolejnym tomem swoich przygód pisanych i rysowanych przez twórcę serii, Jeana Robę. I fakt ten cieszy, bo chociaż tomy tworzone przez kontynuatorów serii były udane, to właśnie oryginalne prace autora należą do najlepszych. I świetny jest też niniejszy album, zbierający trzy znakomite klasyczne tomy: „Czarujący spaniel”, „Pamiętniki Billa” i „Nieznośny Bill”.


Tytułowi Ptyś i Bill to dwaj przyjaciele. Ten pierwszy jest chłopcem, którego ciągnie do figli i psot. Obowiązki? Jak każde dziecko unika ich, jak może, do pracy nie rwie się zbyt szczególnie, jednak do zabawy i szaleństw, jak najbardziej. Bill jest jego psem, a jak wiadomo, zwierzęta i ludzie, jakże często są do siebie podobne. I tak jest właśnie w tym przypadku, psiak jest leniwy, łobuzerski, ale jednak na tyle uroczy, że potrafi urzec. I wie, co to dobra zabawa (oraz jak dobrze zjeść). Do tego dochodzi Piotrek, kolega Ptysia, i żółwica Karolina. Razem przeżywają wiele przygód i dokładnie to robią także w tym tomie. W krótkich historyjkach poznajemy najróżniejsze ich (i nie tylko) przygody. Zabawy w Indian i tropienie bandytów to jedno, ale na bohaterów czekają tu tak niezwykłe wydrążenia, jak obserwowanie spadających gwiazd! A to przecież jedynie fragment tego, co się będzie działo. Jesteście gotowi odkryć to wszystko?


Jean Roba, chociaż nie zdobył aż tak wielkiej sławy, jak inni mu podobni artyści – Goscinny, Morris, Uderzo czy Peyo – jednak w historii komiksu europejskiego zapisał się na stałe dzięki przygodom Sprycjana i Fantazjusza. Nie znaczy to oczywiście, że inne jego dzieło, „Ptyś i Bill” jest mniej warte uwagi od nich i od dokonań wspomnianych powyżej twórców. Wręcz przeciwnie, bo znajdziecie tu wszystko to, czego od europejskich opowieści graficznych dla całej rodziny wymagamy: sympatycznych, nietuzinkowych bohaterów, bardzo przy tym wyrazistych i posiadających cechy, z którymi możemy się identyfikować, lekkość, humor i dużo przygód. To, co różni tę serię od większości klasyki, to fakt, że każdy album jest zbiorem krótkich, jednostronicowych historyjek, co jest domeną wydawanych obecnie serii takich, jak „Sisters”, „Kamila i konie” czy „Kasia i jej kot”.


Jeśli czytaliście wymienione powyżej tytuły, wiecie czego się spodziewać. Jeśli nie, cóż, całość jest po prostu lekka, wciągająca i niegłupia. Wszystkie historie czyta się z dużą przyjemnością, mają też swój klimat i charakter. I wszystkie także są znakomicie zilustrowane. Kreska Roby to typowa dla humorystycznego europejskiego komiksu środka robota. Cartoonowe rysunki, prostota, sporo detali i na dodatek urocze, dodatkowe kolorowane pastelami plansze, które wpadają w oko.


Do tego dochodzi świetne wydanie (w znakomitej cenie mamy trzy oryginalne albumy w jednym) i sam fakt, że możemy cieszyć się przygodami Ptysia i Billa. Bo to po prostu bardzo dobra seria, która może spodobać się i małym i dużym czytelnikom. Nic dziwnego, że spośród wszystkich opowieści wydawanych w ramach linii „Komiksy są super” to właśnie to dzieło doczekało się największej ilości tomów.


A wydawnictwu Egmont dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.



poniedziałek, 21 września 2020

Dr. Stone #6 - Riichiro Inagaki, Boichi

KOSMICZNA STRONA DRUGIEJ ERY KAMIENIA ŁUPANEGO


„Dr. Stone” to seria specyficzna. Opowieść science fiction dziejąca się w odległej przyszłości, która w rzeczywistości jest jak druga epoka kamienia łupanego. Z tym, że jednocześnie to typowy shounenowy  bitewniak, który w sporej mierze korzysta z ciekawostek naukowych. Gotowi na szaloną jazdę bez trzymanki?


Spadek sprzed tysięcy lat! Powrót ojca Senku! Przeszłość, która przybywa! Tak zaczyna się niniejszy tom serii. Ale, jak się na pewno domyślacie, to wcale nie koniec! Wręcz przeciwnie. Oto bowiem Imperium Tsukasy dokonuje ataku na Królestwo Nauki. Obrona nie będzie łatwa, trzeba się będzie przygotować, ale jak to wszystko się potoczy? Jak się skończy? I jaką cenę będą musieli zapłacić bohaterowie?


Wątek z astronautą to jedna z najlepszych rzeczy, jakie „Dr. Stone’owi” zdarzyła się od początku wydawania tej serii. Stanowi też swoiste przełamanie typowych dla niej realiów science fantasy, w których dzieje się akcja naszej opowieści. Szósty tom cyklu to właściwie połączenie dwóch różnych światów, które jednak doskonale do siebie pasują i sprawiają, że mangę czyta się coraz lepiej i w końcu naprawdę zaczyna porywać.


Pierwszym z nich jest wspomniana fantastyka – a dokładniej połączenie fantasy z scence fiction. Fantasy są tu realia. Świat co prawda przyszłości, ale zacofany przez nieobecność ludzi w ekosystemie – przynajmniej nie tych „żywych” – gdzie władzę przejęła natura. Z dawnej cywilizacji zostały ruiny, w których porośniętych roślinami resztkach biegają nowe typy zwierząt. Ale tu odradza się stare życie, które powoli zaczyna na nowo się urządzać. Wiąże się z tym zapewnienie czytelnikom całej palety ciekawostek naukowych, które są interesujące, choć czasem ciężko jest nazwać je dydaktycznymi – uczenie produkcji alkoholu czy środków wybuchowych to nie wiedza szkolna, prawda? Jeśli chodzi o SF, mamy tu wątek kosmiczny, ale nic więcej nie zamierzam Wam zdradzać.


Poza tym całość to po prostu rasowy bitewniak, gdzie bohaterowie walczą na śmierć i życie. I jest też historia o miłości. A wszystko to wyśmienicie zilustrowane przez Boichiego, który łączy mangową ekspresję z urzekającym realizmem. O dziwo, chociaż sceny akcji wychodzą mu znakomicie, najlepiej jego kunszt widać w spokojnych momentach, które potrafią na dłużej przykuć czytelnicze spojrzenie i dostarczyć niemałych emocji.


Wszystko to razem wzięte daje nam naprawdę dobry shounen. Shounen dynamiczny, zabawny, nastrojowy i wciągający. A szósty tom pokazuje, że warto jest tą serię czytać, a jej przyszłość maluje się w bardzo przyjemnych barwach.


Dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.








Konferencja ptaków – Ransom Riggs

FREAK SHOW


„Osobliwy dom pani Peregrine” wydawał się zamkniętą serią, kiedy cała opowieść osiągnęła swój finał w trzecim tomie. Potem autor jednak wrócił do tego świata, serwując nam najpierw zbiór baśni pochodzących z niezwykłego uniwersum, a potem otwarcie nowej trylogii. „Konferencja ptaków” to jej drugi tom, w dobrym stylu rozwijający opowieść, którą pokochały miliony czytelników.


Jacob powraca by wykonać misję powierzoną mu przez H i znów trafia na nieznane mu tereny, które będzie musiał odkryć. Tymczasem amerykańska posiadaczka osobliwych zdolności Noor stara się dotrzeć do niejakiej V i uciec przed tymi, którzy ją ściągają. Wkrótce losy obojga przetną się, ale czas ucieka, na bohaterów czeka wiele zagrożeń i zagadek, a od powodzenia misji zależeć będą losy osobliwości…


„Konferencja ptaków” to po prostu kolejna część serii „Osobliwy dom pani Peregrine” – inaczej nie da się tego ująć. Wygląda tak samo, jest tak samo napisana i nawet schemat samej opowieści i jej poprowadzenie są identyczne z tym, do czego przyzwyczaił nas Ransom Riggs. Znów trafiamy w sam środek akcji, znów bohaterowie muszą mierzyć się z niezwykłymi zagrożeniami i przeżywać przygody, znów pojawiają się kolejne osobliwości… Każdy to zna, ale także każdy fan po prostu tego chce i właśnie to dostaje, zaprezentowane na dobrym poziomie.


Od początku serii jednak to nie treść, a zdjęcia ją ilustrujące stanowiły największą atrakcję. Fabuła zdawała się jedynie ich uzupełnieniem. Riggs bowiem wygrzebał stare fotografie przedstawiające najróżniejsze dziwy i na tym osnuł swoją historię, dając ich anonimowym bohaterom całkiem nowe, niezwykłe życie – dosłownie zatrzymane w czasie. Szybko jednak podobnych zdjęć zaczynało mu brakować, serwował nam więc już równie stare, ale zdecydowanie mniej osobliwe fotki. I tak jest także w tym tomie. Co nie znaczy, że nie budują one klimatu, za jaki pokochaliśmy „Panią Peregrine”, bo ten jak zawsze jest udany.


A cała reszta? To kawał przyzwoitej literackiej roboty. Fabuła, jak i styl dostosowane są do oczekiwań nastoletniego odbiorcy, który chce by było lekko, szybko i dynamicznie. Czyta się to jednak bardzo przyjemnie, powieść ma wiele udanych scen i pomysłów, bywa też bardzo mile oldschoolowa, korzeniami mocno tkwiąc w nastroju pokazów cyrkowych spod szyldu freak show, a jej strony zaludniają sympatyczne postacie. Może i nie są one skrojone z psychologiczną głębią, ale chyba nikt na to nie liczył.


Wszystko to razem wzięte daje nam kolejną dobrą część dobrej serii. Serii o wiele bardziej udanej, niż można by sądzić po dość przeciętnym filmie Burtona. Warto poznać tak niniejszy tom – jeśli już znacie poprzednie części – jak i cały cykl – jeśli jeszcze go nie czytaliście.


Dziękuję wydawnictwu Media Rodzina za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

niedziela, 20 września 2020

The Promised Neverland #17 - Kaiu Shirai, Posuka Demizu

WOJNA Z DEMONAMI


Kiedy czyta się tomiki takie, jak ten, aż trudno uwierzyć, że to jeszcze nie koniec „The Promised Neverland”, a wręcz do końca jeszcze daleko. Akcja zagęszcza się coraz bardziej, sama opowieść pędzi na złamanie karku, mocne wydarzenia atakują czytelników ze wszystkich stron, a wszystko to nosi tak wyraźne znamiona finału, że aż siedzi się, jak na szpilkach. I to właśnie jest wielką siłą tej serii, która każdemu miłośnikowi lektur z dreszczykiem (i wielką dawką uroku) zapewni niezapomnianą rozrywkę na wysokim poziomie.


Walka z demonami trwa, ale tym razem to ludzie wydają się być górą. Plan Normana by zabić wrogów w końcu zostaje wcielony w życie. Chłopak wraz z własną armią atakuje stolicę, gdzie przebywa obecnie królowa i pięć rodów regenckich. Zaczyna się wojna!

Tymczasem Emma stara się go powstrzymać, wykonując własną misję. Czas jednak ucieka, sytuacja jest coraz trudniejsza, a wszystko może skończyć się tragicznie. Czy dziewczynie i jej przyjacielowi uda się powstrzymać masakrę, która nadciąga?


„The Promised Neverland” to  seria, którą z miejsca pokochałem po pierwszym rozdziale. Wszystko dzięki niesamowitemu klimatowi, który łączył sielskie realia idealnego domu dziecka, z mrocznym survival horrorem, w którym nie brak było makabrycznych czy przejmujących scen śmierci, jakiej ofiarami padały dzieci. Był to również horror paranormalny, opowiadający o demonach i zawładniętym przez nich świecie. A wszystko to niesione było na skrzydłach akcji i nieustającej tajemnicy, której rozwiązania z tomu na tom zaskakiwały.


Z czasem tajemnice jednak niemal zniknęły, akcja zaczęła dominować, prawie wszystko było już wiadome. Ale nadal seria intryguje, wciąga, potrafi zaskoczyć i poruszyć. Ma też całą garść uroku, może już nie tak słodkiego, jak na początku, niemniej nadal posiada swój ujmujący look. I jest też ten klimat, mocny, czasem smutny, dołujący, a zarazem pełen nadziei, bo czym bez niej byłyby przygody dzieci, które nigdy miały nie dorosnąć.


Ale tym razem rządzi akcja. Walka trwa, trupy padają, krew się leje, a my śledzimy wydarzenia z kilku frontów. A wszystko to jak zwykle jest wyśmienicie zilustrowane, nie pozwalające nudzić się ani przez chwilę, ani odłożyć tomiku przed skończeniem. Po wszystkim zaś zostaje uczucie niedosytu. I za to właśnie kocha się dobre mangi.


Dlatego też jak zwykle polecam tomik Waszej uwadze. „The Promised Neverland” to świetna seria dla starszych nastolatków, którą absolutnie warto poznać. Aż chciałoby się więcej.


Dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.