poniedziałek, 10 grudnia 2018

Karneval #17 - Touya Mikanagi

NOWE WĄTKI I TAJEMNICE


Czy po zrecenzowaniu szesnastu tomów jednej serii wciąż można jeszcze napisać coś świeżego? Pewnie tak, wszystko zależy od tego czy w materiale źródłowym pojawiają się jakieś zmiany na to pozwalające, czy też nie. W „Karnevalu” ich nie ma, więc skazany jestem na powtarzanie tych samych przymiotników, na szczęście lepsze to, niż gdyby całość zmieniła się nagle w niestrawną papkę, a ja musiałbym męczyć się z samą opowieścią i pisaniem o niej.


Na początek kilka słów o treści. Po odkryciu związków varugów z Labelganze, miejsca, w którym oficjalnie ich nie ma, CYRK postanawia udać się na miejsce na inspekcję. Dla Garekiego to dużą szansa, bo u celu będą prowadzone również badania, a on, mimo iż dopiero dołączył do zespołu i jeszcze nie wiele wie i potrafi, będzie brał w nich udział. Zanim jednak dotrą na miejsce, na statku zaczynają dziać się dziwne rzeczy. Gareki wpada na srebrnowłosego Yogiego i postanawia wykorzystać okazję, która może się już nie powtórzyć, by dowiedzieć się od niego kilku rzeczy. Ten jednak zaczyna z nim kolejną sadystyczną grę, która dla chłopaka może skończyć się śmiercią. Jakim cudem srebrnowłosy swobodnie biega po statku? I czy rzeczywiście jego ciało umiera?

Tymczasem w Labelganze przybycie CYRKU staje się nie lada atrakcją. Wśród osób zaciekawionych zbliżającym się przedstawieniem, znajduje się niepozorna dziewczyna, Minai. Dziewczyna z przeszłością, przed laty znaleziona z odciętymi kończynami. Nikt nie ma jeszcze pojęcia, jaką rolę odegra ona w nadchodzących wydarzeniach…


Szybsza akcja znów wraca na strony „Karnevala”. Oczywiście nie jest to jeszcze poziom, jaki mieliśmy okazję czytać niedawno , kiedy to przez dwa tomy toczyła się dynamiczna walka, ale i tak miłośnicy większego tempa będą zadowoleni. Na dodatek mamy tu nieco brutalności i kilka nowych zagadek, które popychają akcję do przodu.


Oczywiście mamy tu też spokojne, stonowane momenty – zresztą jest ich całkiem sporo – humor, urok i lekkość. Nai znów ma przebłyski dziwnych wizji, Yogi bywa zarówno infantylny, jak i sadystyczny, a i pojawiają się nowi bohaterowie. Dzięki temu do mangi dołącza wątek romantyczny (?), a na dodatek mamy tu swoistą reinterpretację baśni o Kopciuszku.


Wszystko to, wraz z sympatyczną, lekką i przyjemną szatą graficzną, składa się na znakomitą całość. „Karneval” jest ciekawy, jest szybki i prosty w odbiorze, ale ma też klimat i urok, które sprawiają, że czyta się go tak dobrze. I chociaż nie jest to żadne wybitne dzieło, jako rozrywka sprawdza się bardzo dobrze. Dlatego polecam.


A wydawnictwu Waneko dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.








niedziela, 9 grudnia 2018

Karneval #16 - Touya Mikanagi

INFANTYLNOŚĆ, BRUTALNOŚĆ I NYANPERONA



Szesnasty tom „Karnevala” kontynuuje trend z poprzednich części. Fabuła toczy się więc spokojnym, niespiesznym rytmem, choć jednocześnie w mandze rozgrywa się wiele ważnych wydarzeń. Oczywiście nie brakuje także uroku, a właściwie jest go więcej, niż ostatnio, więc miłośnicy tego aspektu serii (i Nyanperony!) na pewno nie będą zawiedzeni. Ale spokojnie, jeśli szukacie tajemnicy i klimatycznych scen, też znajdziecie tu wiele dla siebie.


Uro powraca. Z tego faktu najbardziej zadowolona jest Eleska, ale ze względu na obowiązek zachowania tajemnicy, mężczyzna nie może opowiedzieć jej o swojej misji. Co jednak jego pojawienie się będzie znaczyło dla reszty bohaterów?
Tymczasem Gareki zaczyna naukę w Wieży Badań, by dołączyć do grupy Akariego. Ma się tu uczyć, obserwując pracę pozostałych członków ekipy. Od początku wiedział, że nie będzie to łatwe, ale nie miał najmniejszego pojęcia, jakie trudy na niego czekają. Musi się utrzymać przy życiu, bo jeśli się nie nada, wypadnie, a to nie byłoby dla niego dobre.

A co się dzieje o Naia? Na pokładzie statku zauważa dziwnego, białego ptaka. Oczywiście nie ma możliwości by zwierzę tu się znalazło, dlatego sytuacja jest dziwna. Tym bardziej, że chłopak dostaje nagłego ataku wizji tajemniczego człowieka z ptakami. Kim on jest i co oznaczają wszystkie te wydarzenia?

Na tym nie koniec, bo Jiki i Yogi zabierają się za wspólne śledztwo. Udało się złapać varugę, w której zostało wiele z człowieka. Daje im to możliwości przesłuchania go, ale czego mogą się dowiedzieć i dokąd ich to zaprowadzi?


Urok, klimat, tajemnice i lekkość to cechy „Karnevala” mocno podkreślone w szesnastym tomie serii. mamy tu i varugi, i tajemnicze postacie, niejasne sceny i sympatyczną opowieść w opowieści, traktującą o Nyanperonie. Nadmiar? Za duża różnorodność? Rozbieżność tematyczna? Nic bardziej mylnego! Wszystko to do siebie pasuje i składa się w naprawdę udaną całość, trzymającą poziom poprzednich części.


Wszystko to czyta się lekko, szybko i przyjemnie. Mamy tu humor, mamy emocje, zagadki podtrzymują nasze zainteresowanie, a postacie, z którymi czytelnik już dawno zdążył się zżyć, nie są nam obojętne. Do tego dochodzi świetne, lekka, zwiewna, kobieca szata graficzna i dobre wydanie.


I choć wiem, że „Karneval” nie jest mangą dla wszystkich, polecam go Waszej uwadze. Spróbujcie i przekonajcie się czy trafi w Wasz gust. Jeśli tak, czeka Was długa i bardzo udana zabawa w uroczym świecie, gdzie infantylność miesza się z brutalnością.


Dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.







sobota, 8 grudnia 2018

Felix, Net i Nika oraz Koniec Świata Jaki Znamy - Rafał Kosik

ORBITALNY SPISEK 3?


Felix, Net i Nika powracają! Autor ich przygód, Rafał Kosik, długo kazał miłośnikom serii czekać na nowy tom, bo aż trzy lata – a przecież przyzwyczaił ich do serwowania co rok nowej części. Ale, jak zwykle, warto było. Bo chociaż to już piętnasta odsłona cyklu i można by sądzić, że pisarzowi wyczerpały się pomysły – tym bardziej, że całość pod wieloma względami przypomina „Orbitalny spisek” (historię opisaną w piątej i szóstej części) – to i tak zabawa z „FNiN” jest znakomita, wciągająca, mądra i trzyma poziom, do jakiego Kosik przyzwyczaił nas przez czternaście lat wydawania serii.


W życiu bohaterów zachodzą kolejne wielkie zmiany. A właściwie to zmienia się cały ich świat – dosłownie. A wszystko to, jak zawsze, zaczyna się niewinnie. Po szalonych, pełnych przygód i niebezpieczeństw wakacjach, nadchodzi czas powrotu do szkoły. Felix, Net, Nika i ich przyjaciele prosto z drugiej klasy gimnazjum trafiają do pierwszej liceum. Czyżby byli tak genialni, że przeskoczyli jedną klasę? Cóż, na pewno nie można im odmówić inteligencji i wiedzy – przynajmniej w interesujących ich dziedzinach – jednak nie o to chodzi. Zmiany polityczne w kraju doprowadziły także do zmian w szkolnictwie, rząd likwiduje gimnazja, a uczniowie siłą rzeczy zaczynają naukę w szkole średniej. Jak się można domyślić, reorganizacja nastręcza nowych problemów, ale na wszystkich czeka o wiele trudniejsza sytuacja, w której będą musieli się odnaleźć.

W jednej chwili kończy się świat, jaki wszyscy znają. Prąd zostaje wyłączony, internet przestaje działać, a to zaledwie początek. Gdy ludzie nie mogą już polegać na osiągnięciach techniki, do których przywykli przez lata, a jedzenia i wody zaczyna brakować, Felix, Net i Nika, tak jak reszta świata, będą musieli jakoś uporać się z cywilizacyjną zapaścią i jednocześnie wyjaśnić, co się dzieje. Pytanie tylko czy będą w stanie po raz kolejny uratować sytuację, pozbawieni rzeczy, które zawsze im w tym pomagały?


Jak pisałem na wstępie, „Koniec świata jaki znamy” pod wieloma względami kojarzy mi się ze znakomitym „Orbitalnym spiskiem”. Tu i tam mamy odliczanie do pewnego katastrofalnego w skutkach wydarzenia, a światu grozi wielka tragedia. Podobnie rzecz ma się z niektórymi pomysłami czy scenami, ale te przypominają także momenty z innych książek cyklu. Co nie jest przecież nowością, bo Kosik już od pewnego czasu kolejne tomy „FNiN” buduje na tym, co wcześniej, przestawiając nieco rzeczy, kolejne zmieniając i dodając do nich solidną dawkę nowych drobiazgów, które sprawiają, że czytelnik nie czuje, że ma do czynienia z powtórką.


I nie czuć tego także w przypadku tego tomu. Akcja może i jest po części znajoma, ale i tak świetnie poprowadzona, tak samo rozpisana i wywołująca wiele emocji. tempo jest szybkie, nie brak tu humoru, Net jak zwykle psoci (nawet więcej, niż dotychczas), a w fabułę autor wplótł wiele elementów, które stanowią puszczanie oka do dorosłego czytelnika. Nie zapomniał też o warstwie edukacyjnej, jak zwykle przekazując mnóstwo wiedzy z dziedziny fizyki (i nie tylko) oraz satyrycznej – bo z naukowego punktu widzenia wiele popularnych w ostatnich latach trendów i teorii spiskowych aż prosiło się o bezlitosne obśmianie.


A wszystko to tradycyjnie podane stylem lekkim, prostym, ale naprawdę udanym i wciągającym i bardzo ładnie wydane. Twarda oprawa i miłe dla oka opracowanie graficzka sprawiają, że tom sympatycznie prezentuje się na półce, a do tego mamy także porcję udanych ilustracji. Przy okazji całość liczy prawie sześćset stron, więc na czytelników czeka dużo dobrej zabawy – nawet jeśli nie czytali poprzednich tomów. I choć „Koniec świata jaki znamy” jest dość przewidywalny, Kosikowi udało się zachować świetny poziom i nie zawieść miłośników serii.


Dziękuję wydawnictwu Powergraph za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

Ghost Money - Thierry Smolderen, Dominique Bertail

KAWAŁ DOBREGO POLITICAL FICTION


Tak w skrócie można podsumować to, z czym mamy do czynienia w przypadku „Ghost Money”, najnowszego albumu od Non Stop Comics, będącego zarazem zbiorem całej serii o tym tytule. Widząc jego okładkę, byłem pełen nadziei, że w moje ręce trafi udana fantastyka. Potem przeczytałem opis i mój entuzjazm osłabł – historii o terrorystach opartych na motywach zamachów z jedenastego września było w komiksach, kinie i literaturze całe multum i temat dawno mnie znudził. W końcu jednak zasiadłem do lektury i dzieło Smolderna i Bertaila autentycznie mnie kupiło i cieszę się, że dane mi było je przeczytać.


Początek XXI wieku. Po zamachach z jedenastego września trwa wojna z terroryzmem, a Amerykanie porywają i torturują rzesze obywateli bliskowschodniego pochodzenia, pozbawiając ich wszelkich praw. Jeden z aresztowanych okazuje się jednak człowiekiem, którego szukali od lat, nieświadomi, że tkwił w ich rękach. To on ma posiadać wiedzę, gdzie trafiły pieniądze, które terroryści zarobili na giełdowym szale po atakach. Umiera jednak, powiedziawszy im nie prawdę, a to, czego oczekiwali.

Dwadzieścia lat później świat znajduje się na podobnym kursie. Po raz pierwszy od czasów Busha neokonserwatyści znów zdobywają władzę, a wojna z terroryzmem mimo iż pozornie się zakończyła, wciąż jest tematem aktualnym. W Londynie młoda Lindsey bierze udział w manifestacji, podczas której dochodzi do ataku bombowego. Niemal stratowana przez spanikowany tłum, ocalona zostaje przez Chamzę, kobietę z wyższych sfer. Zafascynowana nią, zakochuje się w niej od pierwszego wejrzenia i zaczyna coraz więcej czasu spędzać w jej towarzystwie. Tak dowiaduje się, że Chamza ma powiązana z Emiratem Świateł, duchowym, demokratycznym ruchem złożonym z największych umysłów Azji i Bliskiego Wschodu. Ruch ten jednak jest solą w oku Amerykanów, którzy chcą na nowo rozpętać wojnę z terroryzmem. Ale czy taka rzeczywiście jest prawda? Lindsey trafia w sam środek śmiertelnego zagrożenia…


Jak na political fiction przystało, „Ghost Money” w intrygujący sposób eksploruje temat przyszłych wydarzeń, mających oparcie w naszej przeszłości. W końcu historia powinna nas przestrzegać przed popełnianiem błędów z przeszłości, ale jak sama uczy, jesteśmy jednak skazani na ich ciągłe powielanie. I to widać w tej opowieści. Świat poszedł do przodu, zmieniła się technologia, rzeczy dla nas nieosiągalne stały się tu codziennością, a jednak człowiek pozostał taki sam, a co za tym idzie, takie same pozostały problemy i zagrożenia z nim związane.


Autorzy, bazując na tym wszystkim, co napisałem powyżej, tworzą dobrą, przekonującą wizję przyszłości. Wszystko tu jest realne, wszystko też przemawia do umysłu, serca i wyobraźni. Dobre zaplecze obyczajowe, dość przekonująca prezentacja uczuć i emocji, nieźle skrojone postacie i udana akcja, składają się na rzecz, którą czyta się szybko, przyjemnie, ale nie bez zaangażowania. Do tego twórcy pamiętają, że robią przecież historię science fiction, a co za tym idzie, serwują nam także popisy ich fantazji, sporo spektakularnych sekwencji, porcję niezbędnych niezwykłości i dużo technologicznego zaawansowania.


„Ghost Money” ma także ciekawy klimat, sporo brudu i brutalności. Nie brak w nim też erotyki i pewnej dozy humoru, choć takiego, osadzonego w realnych ramach, wynikającego z charakter bohatera, a nie chęci rozładowania fabularnego napięcia. Jeśli zaś chodzi o szatę graficzną, mamy tu do czynienia z typową dla europejskich komiksów science fiction robotą – kreska jest realistyczna i szczegółowa, a świetnie dobrany, stonowany kolor znakomicie uzupełnia rysunki, dodając im zarówno charakteru, jak i detali. Do tego mamy doskonałe wydanie w dobrej cenie – bo ponad trzystustronicowe tomiszcze w formacie A4, wydrukowane na papierze kredowym i zamknięte w twardej oprawie, za niespełna sto złotych (a to cena okładkowa, więc w niejednym sklepie kupicie album taniej) to rzecz niewątpliwie atrakcyjna.


Wszyscy miłośnicy europejskich komiksów SF będą więc z całości zadowoleni. „Ghost Money” to zadziwiająco świetny komiks, jak na tak ograny temat. Warto więc sięgnąć po ten album i dać się wciągnąć w ten świat.






Zabójcza biel - Robert Galbraith (J.K. Rowling)

KOLEJNE ŚLEDZTWO CORMORANA


Po trzech latach od wydania „Żniw zła”, J.K. Rowling powraca jako Robert Galbraith z nowym kryminałem o przygodach Cormorana Strike’a. Wszyscy, którym podobały się poprzednie części, mogą zacierać ręce, bo autorka utrzymała ich poziom. Tych jednak, których nie kupiły trzy wcześniejsze tomy, nie kupi także i ten. Jedno jednak trzeba powiedzieć: mimo swoich minusów, powieści z tej serii to całkiem udana literatura rozrywkowa, która miłośnikom gatunku potrafi dostarczyć niezłej zabawy na kilka długich popołudni.


Od wydarzeń opisanych w „Żniwach zła” minął rok. Cormoran obawiał się, jak zyskanie rozgłosy wpłynie na jego pracę, jak się bowiem nie raz już przekonał chwilowa popularność nie idzie w parze z zyskami. Co gorsza, się teraz jeszcze bardziej rozpoznawalny, a jak ma sobie radzić w zawodzie prywatny detektyw, który powinien pozostać anonimowy? Jednakże popularność Cormorana nie słabnie, jego firma rozrasta się, przybywa pracowników i wszystko zmierza w dobrym kierunku. Aż wkrótce sprawy zaczynają się komplikować. Kiedy w agencji zjawia się Billym, młody mężczyzna twierdzący, że był świadkiem morderstwa dziecka, wszystko wskazuje na to, że detektywom trafił się wariat. Stan psychiczny mężczyzny też nie pozostawia żadnych złudzeń. Jednakże w jego historii jest coś, co sprawia, że Strike postanawia zająć się tą sprawą. Nie ważne, że rzekomej zbrodni dokonano, kiedy Billy był dzieckiem. Zaangażowanie się w tą zagadką ściąga jednak na Cormorana uwagę wyższych sfer, a on sam wplątany zostaje w o wiele bardziej skomplikowaną sprawę, niż mógłby sądzić. Na niego i Robin czeka trudne zadanie, które zaprowadzi ich w nieoczekiwane miejsca…


Tam, gdzie kończą się inne książki, ta się zaczyna. W rozpisanym na blisko trzydzieści stron prologu trafiamy bowiem na ślub Robin, gdzie jednocześnie ważą się losy jej przyszłej kariery. Jak się możecie jednak domyślić, wielkich zaskoczeń nie ma. Powiedziałbym nawet, że wątek ten jest zbędny, bo – i nie trzeba tego podkreślać sprzeczkami małżeńskimi, jak robi to Rowling – od samego początku serii nie wierzyłem w ten związek ani w to, że autorka mnie tu zaskoczy, skoro swoją twórczość oparła na oczywistych schematach. Ale czy to wyklucza dobrą zabawę? Wszystko zależy od czytelniczego podejścia, choć dla mnie wątek ten można było pominąć.


Ale skupmy się na tym, co najważniejsze, czyli kryminale. Jak zwykle mamy tu do czynienia ze zbrodnią, zagadką, którą trzeba wyjaśnić i rzeszą ludzi w to zamieszaną. Rowling, która swoje opus magnum, cykl o Harrym Potterze, oparła na schematach thrillera, powinna się pod tym względem czuć jak ryba w wodzie. I w pewnym sensie czuje, ale jednocześnie podąża dość utartymi ścieżkami, stawiając nie na świeżość, a dobre odtwórstwo. Przy okazji w pewnym sensie kopiuje także konstrukcję fabularną znaną fanom przygód jej nastoletniego czarodzieja. Jednakże wszystko to jest udane. Książkę, choć liczy sobie ponad 650 stron i ma sporo leniwych momentów, bo pisarska lubi tworzyć rozbudowane opisy, czyta się szybko, lekko i przyjemnie. Styl Rowling co prawda wciąż korzeniami tkwi w literaturze młodzieżowej, ale nie na tyle, by miało to kogokolwiek odrzucić. Owszem, czasem przydałoby się więcej ciężaru i mroku, ale i tak jest dobrze.


Nieźli są też bohaterowie. To nie psychologicznie frapujące kreacje na miarę prozy Rotha, Irvinga czy Flanagana (że wymienię tylko współczesnych autorów), ale nie są też szczególnie płaskie i uproszczone. W tle zdarzają się schematyczne postacie, ale kto by się nimi przejmował. Podobnie, jak pewnymi oczywistościami fabularnymi.


I chociaż wolałbym, żeby Rowling darowała sobie pisanie powieści dla dorosłych i wróciła do świata Pottera, miłośnikom jej twórczości i współczesnych kryminałów serię o Cormoranie Strike’u polecam z czystym sercem. To niezła, niewymagająca rozrywka w sam raz na długie, zimowe wieczory. Tym bardziej, że „Zabójcza biel” nie traci poziomu, do jakiego przyzwyczaiła nas autorka w poprzednich tomach.


Dziękuję grupie wydawniczejPublicat za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

czwartek, 6 grudnia 2018

Pijak - Hans Fallada, Jakob Hinrichs

PISARZ-PIJAK, PIJAK-BOHATER


„Hans Fallada: Pijak” to nie jest album dla miłośników rozrywkowych komiksów środka. Widać to już po okładce, ale gdyby ktoś miał jakieś wątpliwości – w końcu nawet okładki czołowych serii Marvela i DC, a przynajmniej ich alternatywne warianty, potrafią być mylące – lepiej powiedzieć o tym wprost. Ci jednak, którzy lubią dobre, niebanalne, realistyczne, a przede wszystkim eksperymentujące z formą ambitne powieści graficzne, będą z dzieła Jakoba Hinrichsa bardziej, niż zadowoleni.


Hans Fallada – pisarz. Hans Fallada – pijak. We wrześniu roku 1944 Rudolf Ditzen, bo i pod takim nazwiskiem znany był Hans Fallada, trafia do więzienia w Neusterlitz. Wszystko prze kłótnię z byłą żoną. Pisarz był znów pod wpływem alkoholu, zrobił się agresywny, wyjął pistolet, strzelił… Los chciał, że nie trafił, ale tego było już za wiele. Zamknięty w więzieniu, dostał jednak pozwolenie na pisanie. By poradzić sobie z niedolą odwyku od alkoholu i innych używek, Fallada zaczyna tworzyć powieść „Pijak”, historię Erwina Sommera, szanowanego handlarza, który popada w wyniszczający go nałóg. Nałóg, który zaczyna się niewinnie, ale postępuje coraz dalej i coraz szybciej, doprowadzając uzależnionego do całkowitego upadku.


Kiedy Jakob Hinrichs dostał od swego wydawcy propozycję stworzenia komiksowe adaptacji „Pijaka” Fallady, siłą rzeczy musiał zapoznać się z owym dziełem. Jak się jednak okazało, całość czasem wciągała go i zachwycała, czasem była niestrawna i wręcz niemożliwa do czytania. Dlatego też postanowił nie przenosić dosłownie materiału źródłowego na nowy grunt, a inspirując się zarówno nim, jak i losami samego autora, stworzyć dzieło, gdzie literacka fikcja i biograficzne fakty, splatają się i przenikają wzajemnie w fascynującej opowieści, pełnej sprzeczności.


Sprzeczny jest już sam Fallada. Z jednej romantyczny mąż i kochający ojciec, z drugiej alkoholik i narkoman, który potrafi być nieobliczany i niebezpieczny. Podobnie rzecz ma się z szatą graficzną. Ta jest uproszczona, jest niszowa, przy okazji dość toporna i kojarząca się chociażby z „Aloisem Nebelem”, a zarazem połączona z eksperymentalnymi pod względem stylu grafikami, na myśl przywodzącymi dokonania kubistów. Realizm łączy się tu z onirycznymi, odrealnionymi klimatami, tak, jak mrok i czerń łączą się z oszczędną, choć czasem aż bijącą po oczach kolorystyką. I wszystko to doskonale do siebie pasuje.


Całość pod pewnymi względami przypomina mi „Pod mocnym aniołem” Jerzego Pilcha. „Pijak” jednak jest od niego o wiele lepszy. O ile bowiem jeszcze filmowa adaptacja Wojciecha Smarzowskiego jest filmem całkiem niezłym, o tyle powieściowy pierwowzór jest lekturą jedynie pozującą na literaturę wyższą, pseudo ambitnym dziełem bez większego polotu a tym bardziej głębi. Dzieło Hinrichsa, choć też nie do końca spełnione, radzi sobie z tym wyzwaniem o wiele lepiej. Warto je więc poznać i przekonać się i jego niewątpliwej sile wymowy i prawdzie, bijącej ze stron.





Karneval #15 - Touya Mikanagi

JAK ZOSTAĆ OWIECZKĄ


Po dwóch wypełnionych po brzegi akcją tomach, „Karneval” wraca na spokojniejsze tory. Wydarzeń co prawda nie brakuje, poza tym mamy tu wreszcie rozstrzygnięcie losów Garekiego, a także kilka może niezbyt spektakularnych, ale jakże interesujących momentów. Fani serii będą więc zadowoleni – i, oczywiście, będą chcieli więcej.


Atak na Kuronomei dobiegł końca. CYRKOWI udało się powstrzymać wroga, ale niestety nie obyło się bez ofiar. Teraz jednak nadchodzi czas odpoczynku po trudach misji i dlatego Nai i jego koledzy i przyjaciele wyjeżdżają wypocząć na wyspie Samarchika. Jednakże i tu dochodzi do wydarzeń, które stają się początkiem jeśli nie przygody, to przygodowego epizodu. Słysząc tajemniczy głos, Hirato i Tsukumo wchodzą do jaskini. Wejście do niej jednak zapada się, a oni zostają uwięzieni w środku. Nic im tam nie grozi, ale wkrótce dziewczyna przekona się, że wcale nie jest tu tak miło, jak oczekiwała. Jednocześnie na jaw wychodzi jej przeszłość.

Tymczasem ich przyjaciele zastanawiają się, co może dziać się w jaskini. Z jednej strony do głowy przychodzą im kosmate myśli, bo przecież Tsukumo jest prawie naga, jedynie w stroju kąpielowym, z drugiej martwią się o nich. Tym bardziej, że znajdują się przecież w rezerwacie i nie mogą ot tak zniszczyć skał, by do nich dotrzeć. Czym to wszystko się skończy? I co było źródłem krzyków, które słyszał Nai?

Na tym jednak nie koniec. Gareki wraz z kapitanem statku drugiego przybywają do Kuronomei, żeby rozstrzygnąć losy dalszej kariery tego pierwszego. Czy chłopak będzie mógł w jakikolwiek sposób kontynuować swoją naukę? I jaka czeka go przyszłość? A na koniec Nai chce zostać… owieczką!


Lekko, szybko i przyjemnie - tak czyta się ten tom i tak w skrócie można go podsumować. Podobnie zresztą, jak całego „Karnevala”. I są to rzeczy, które jak najbardziej należy zaliczyć całości na plus. Dzięki temu nie ma tu miejsca na nudę, a poszczególne tomiki można pochłonąć nawet nie mając zbyt wiele wolnego czasu. A skoro całość jest lekturą stricte rozrywkową, niezobowiązującą, jak najbardziej należy to docenić.


Oczywiście siłą całości nadal pozostaje słodycz. Słodycz zróżnicowana i nie zawsze tak cukierkowa, jak można by się tego obawiać, ale wyrazista i czasami bardzo klimatyczny. Są też momenty, że ta słodycz potrafi autentycznie rozbroić i rozbawić – jak choćby w scenie, gdzie Nai chce zostać owieczką. Czasem aż się dziwię, że czytam taką serię i że na dodatek wszystko to mi się podoba, ale taka jest o niej prawda. Bo mimo całej tej otoczki, „Karneval” to ciekawa manga, o nieźle skonstruowanym świecie i sympatycznych bohaterach. Ładnie przy tym narysowana i wydana, spodoba się bardziej kobietom, niż mężczyznom, ale i płeć brzydka znajdzie tu coś dla siebie. Dlatego polecam tytuł Waszej uwadze.


A wydawnictwu Waneko dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.








środa, 5 grudnia 2018

Wbrew naturze #3 - Mirka Andolfo

KOCHAĆ, JAK TO ŁATWO POWIEDZIEĆ


Listopad to dla Non Stop Comics czas zakończenia dwóch serii, które towarzyszyły nam od początku istnienia wydawnictwa. Pierwszą z nich było rewelacyjne „Zabij albo zgiń”, drugą jest historia, której przyglądam się teraz, „Wbrew naturze” Mirki Andolfo. I jak poprzednie jej tomy, tak i ten, jest nieskomplikowaną, przewidywalną, ale nawet udaną rozrywką, która miała aspiracje do czegoś ponad, ale ostatecznie łopatologiczne wyłożone przesłanie zabiło większość głębi.


Kochać, jak to łatwo powiedzieć. W szczególnie w świecie, gdzie miłość między przedstawicielami tej samej płci jest równie zakazana, co między przedstawicielami innych gatunków. Leslie, sympatyczna świnka, miała pecha zakochać się w kimś z nie swojej rasy. Na dodatek w jej ciele znajduje się uwięziony wilczy bóg, który chce przejąć nad nią kontrolę, a co wtedy się stanie? Wrobiona w morderstwo, ścigana przez organizację kontrolującą społeczeństwo i zmuszona walczyć z tkwiącym w niej wilkiem dziewczyna staje do ostatecznej walki. Wróg jest bliski realizacji swojego celu, bóstwo niemal wyrywa się na wolność. Kiedy Leslie nie jest nawet w stanie popełnić samobójstwa, jaki może czekać na nią los?


 Mirka Andolfo miała pomysł, miała przesłanie, które chciała przekazać czytelnikom za pomocą swojego komiksu, miała też całkiem niezły warsztat umożliwiający jej to wszystko, a jednak ta strona „Wbrew naturze” się nie udała. Cały problem w tym, że włoska autorka chciała tak usilnie zawrzeć to wszystko w swoim komiksie, że zabrakło finezji. Zamiast skłonić czytelnika do myślenia, Andolfo wszystko wykłada w łopatologiczny i niepozostawiający miejsca na interpretację sposób, zupełnie jakby uważała, że czytelnik z mniej oczywistej treści niczego nie umiałby się domyślić. Poza tym zabrakło też odcieni szarości – wszystko jest tu czarne lub białe, a właśnie balansowanie na granicy i wywoływanie sprzecznych uczuć zawsze jest, jak najbardziej pożądane, bo dodaje głębi i bogactwa.


Zapominając jednak o tej stronie „Wbrew naturze” czytając tę serię można bawić się naprawdę dobrze. Mamy historię romantyczną podlaną solidną dawką magii i tajemnicy – czyli dokładnie to, czego współcześni czytelnicy oczekują. Jest też sporo erotyki, zło, z którym trzeba walczyć i parę sympatycznych, choć prosto zaprezentowanych postaci. Ze względu na tematykę i nagromadzenie elementów nie dla dzieci dzieło Andolfo przeznaczone jest jednak dla starszych czytelników, choć akurat to kwestia nie tak oczywista.


Prostota fabuły bowiem, jej konstrukcja i rozłożenie akcentów na rzeczy atrakcyjne dla nastolatków, czyni z „Wbrew naturze” komiks, który bardziej przemówiłby właśnie do np. licealistów. Tym bardziej, że szata graficzna, barwna i wyrosła na disnejowskim gruncie, też wygląda jak przeznaczona dla nich. Na szczęście i treść, i ilustracje, mają w sobie rzeczy, które kupią także i starszych odbiorców. Dzięki temu komiks ten wart jest polecenia miłośnikom antyutopijnych bajek dla dorosłych, którym nie przeszkadza, że wszystko mają podane na tacy. To w końcu niezła, łatwa w odbiorze rozrywka, świetnie wydana i mająca swój urok. A czasem coś takiego wystarcza, by dobrze się bawić i ciekawie spędzić czas.





Karneval #14 - Touya Mikanagi

WALKA, WALKA I NUTA SŁODYCZY


Czternasty tom „Karnevala”, podobnie jak jego poprzednik, właściwie od pierwszej do ostatniej strony wypełniony jest akcją i walkami. Na urok też nie zabrakło miejsca, ale ten pojawia się dopiero na sam koniec, kiedy następuje nieco rozprężenia, a wątek z atakiem na szkołę dobiega końca. Dzieje się więc dużo, szybko i z klimatem, dzięki czemu całość czyta się jednym tchem i bez chwili znudzenia.


Kafuka zaatakowała szkołę Kuronomei. Cel: przetestować nowe varugi i wywołać, jak największe spustoszenie, co w rzeczywistości oznacza jak najwięcej ofiar i jak zniszczeń. CYRK rusza z pomocą, ale ponieważ znajduje się daleko od placówki, czas dotarcia się wydłuża, a to nie działa na korzyść zaatakowanych. Gareki, który przez pewien czas uczył się w Kuronomei, nie jest w stanie zaakceptować faktu, że nie może wziąć udziału w czekającej wszystkich walce.

Tymczasem Ryu udaje się złapać jedną z uczennic szkoły żywą. Los chce, że jest nią Tsubame. Mężczyzna chce wykorzystać ją do powstrzymania obrończyni pochodzącej z pierwszego statku. Tylko ona stanowi zagrożenie dla jego misji – przynajmniej do przybycia CYRKU. Wtedy jednak CYRK wkracza do akcji. I to wcale nie jacyś podrzędni jego przedstawiciele, a sama elita, z której składają się załogi statków pierwszego i drugiego. Mimo to Ryu nadal ma nadzieję, że będzie od nich lepszy, co wcale może nie być tylko przechwałką. Kiedy na polu bitwy pojawia się eksperymentalna, niewidzialna varuga, wszystko może się zdarzyć…


Szybka akcja trwa – tak najkrócej można podsumować to, co dzieje się na stronach czternastego tomu „Karnevala”. Autorka, jak sama przyznaje, chciała zmierzyć się z długą sekwencją walki, niczym z męskich mang, ukazującą starcia wszystkich bohaterów na każdym z pól konfliktu. Zamysł konkretny, czy w pełni się udał, nie wiem, przyznam, że osobiście miałbym ochotę na dłuższy pojedynek, ale i tak całość wypadła naprawdę znakomicie. Co z pewnością zadowoli wszystkich miłośników mang shounenowych, którzy jakimś cudem zabłądzili do karnevalowego świata.


Oczywiście nie musicie bać się, że zabraknie uroku, humoru i słodyczy. Mrok, walka i krew, choć dominują, nie przyćmiewają w pełni tego, za co fani kochają „Karneval”. Wielkie wydarzenia, spore zmiany i wyklarowanie się kilku kwestii sprawia, że całość w znaczący sposób posuwa też do przodu całą akcję. I chociaż zaczynam mieć wrażenie, że sama autorka nie wie chyba do końca dokąd zmierza swoją mangą, zabawa i tak jest znakomita, a nawet takie podejście do opowieści ma swoje plusy i potrafi zaskoczyć.


Jeśli więc podobały się Wam poprzednie tomy, z tego też będziecie zadowoleni. A co z czytelnikami, którzy nie znają „Karnevala”? Jeśli lubią opowieści fantastyczne, w których wcale nie chodzi o epatowanie niezwykłymi widokami, natomiast stawia na tajemnice, słodycz i relacje między bohaterami, na pewno się nie zawiedziecie.


A ja dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

Każde martwe marzenie. Opowieści z meekhańskiego pogranicza - Robert M. Wegner

NAJLEPSZA POWAŻNA POLSKA SERIA FANTASY POWRACA


„Opowieści z meekhańskiego pogranicza” to bezwzględnie najlepsza poważna polska seria fantasy. Czytałem, wiele dobrych rodzimych książek, kilka naprawdę udanych z tego typu literatury, jak choćby „Pan Lodowego Ogrodu”, a jednak to właśnie dzieło Wegnera przyćmiło wszystkie z nich. Fabularnie, stylistycznie… właściwie na każdym poziomie. Dlatego tak bardzo wyczekiwałem najnowszego, piątego tomu serii, a teraz, kiedy się w końcu ukazał, mogę powiedzieć jedno – jak zawsze warto było czekać, bo autor po raz kolejny pokazał, za co kochają go jego fani.


Deana d’Kellean nigdy nie miała lekko, a życie powiodło ją drogą od Pieśniarki Pamięci i mistrzyni miecza, do wybranki Boga Ognia, która rządzi swoim własnym księstwem położonym na pustyni. Niegościnny, rozgrzany teren, staje się jednak areną niebezpiecznych wydarzeń, kiedy bunt niewolników u południowych granic, postępuje coraz bardziej. Teraz na władczynię, która zmagała się w poukładaniem kraju na nowo, czeka zażegnanie kryzysu, mogącego przerodzić się w wojnę. Kryzysu, w którym po stronie niewolników znalazł się Genno Laskolnyk ze swoimi ludźmi. Co tam jednak robi i do czego jego obecność może doprowadzić?

Tymczasem Czerwone Szóstki zmagają się ze sekretem, który życie kosztował już niejedną osobę. Los przetnie ich drogi z drogami Szczurów i Altsina. A to dopiero początek tego, co będzie się działo. Areną zaś stanie się Meekhan, którego czeka nie lada próba.


Długo Wegner kazał nam czekać na piąty tom swojej sagi, bo aż trzy lata – może nie jest to imponujący okres czasu, zwarzywszy na to, ile np. George R.R. Martin tworzy najnowszą część „Pieśni lodu i ognia”, ale jednak dłużył się strasznie – ale warto było. O tym pisałem już jednak na wstępie, pytanie tylko co to tak właściwie znaczy. Pozwólcie zatem, że przejdę do szczegółów.


Wszystkie poprzednie tomy „Opowieści z meekhańskiego pogranicza” były znakomitymi lekturami, stojącymi na naprawdę wysokim poziomie, tym razem jednak autor przeszedł samego siebie. W liczącej ponad siedemset stron powieści, zebrał bohaterów i wątki rozwijane od samego początku kariery, kiedy to cykl był jeszcze serią opowiadań, powiązanych ze sobą głównie miejscem akcji i bohaterami. Z czasem historie i postacie zaczęły się przeplatać i łączyć w większą, fascynującą całość. Etapem kulminacyjnym tego procesu staje się właśnie „Każde martwe marzenie”, kiedy to na stronach spotykają się wszyscy, a ich losy i wydarzenia z nimi związane, jak poszczególne elementy układanki, wskakują wreszcie na miejsce, tworząc piękny, rozległy obraz.


Jednocześnie wszystko to Wegner podaje typowym dla siebie stylem, nie tak lekkim i prostym, do jakiego przyzwyczaiła nas rozrywkowa fantastyka, ale chwała mu za to. Ciężar całości jest odpowiednio wyważony, opisy, literacko satysfakcjonujące, urzekają zarówno epickością, jak i realizmem, akcja ma dobre tempo, nie brak tu też spokojnych, stonowanych momentów, a bohaterowie są naprawdę dobrze skonstruowani. Sam świat też jest ciekawy, autor nie zapomina przy tym o popisie wyobraźni, a zarazem wie, jak wszystko to połączyć ze sobą w spójną całość.


W skrócie: „Każde martwe marzenie”, tak jak cały cykl „Opowieści z meekhańskiego pogranicza”, to kawał doskonałej literatury fantastycznej dla dojrzałego i wymagającego czytelnika. Tę serię chce się czytać i chce się do niej wracać. Dlatego też polecam gorąco, tym bardziej, że w rodzimej literaturze fantastycznej rzadko zdarza się spotkać tak wysoki poziom.


Dziękuję wydawnictwu Powergraph za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

wtorek, 4 grudnia 2018

Zabij albo zgiń #4 - Ed Brubaker, Sean Phillips

ZABIJ i ZGIŃ (?)


Jedna z najlepszych, jeśli nie najlepsza seria wydawana przez Non Stop Comics dobiegła właśnie końca. Finał co prawda jest przewidywalny, jednak cała przygoda z „Zabij albo zgiń”, bo o tym tytule mowa, okazała się rewelacyjnym przeżyciem. Aż szkoda, że to już koniec, jednak dobrze, że do ostatniego epizodu całość utrzymała tak znakomity poziom i zaserwowała czytelnikom mocną, ale nie pustą i tym bardziej niebanalną rozrywkę.


Dylan był zwykłym chłopakiem z depresją, któremu w życiu się nie układało, ale próba samobójcza odmieniła wszystko. Jego losy potoczyły się tak, że za dalszą egzystencję musiał płacić demonowi zabijaniem innych ludzi. Na swoje ofiary chłopak wybrał bandytów wszelkiej maści, stał się mścicielem, cudem przetrwał kilka szalonych konfrontacji, znalazł nawet miłości, ale…
Właśnie, zawsze musi być jakieś ale. Dylan nadal nie ma pojęcia czy demon, którego widywał także jego ojciec, istnieje rzeczywiście, czy jest może wytworem jego skrzywionej psychiki. Gdy jego szaleństwo pogłębia się, chłopak trafia do szpitala psychiatrycznego. Tu zaczyna kurację, wreszcie otwiera się, opowiada o swoich wizjach i krucjacie i… Psychiatra wybucha śmiechem, uznając wszystko za zmyśloną historyjkę. Dlaczego? Bo w trakcie pobytu Dylana tutaj, Mściciel nadal zabijał kolejnych bandytów. Co w takim razie tak naprawdę się dzieje? Pojawił się naśladowca czy chłopak doszczętnie zwariował i wymyślił tak demona, jak i tę część swojego życia? Tego właśnie będzie musiał się dowiedzieć, a to oznacza jedno – ostateczną konfrontację…


Na początku mojej recenzji napisałem, że zakończenie „Zabij alb zgiń” nie zaskoczyło mnie, ale nie znaczy to, że cały ten tom był przewidywalny. Wręcz przeciwnie, Brubaker zaserwował mi kilka zwrotów akcji, których się nie spodziewałem, a całość w ostatecznym rozrachunku okazała się, jak najbardziej satysfakcjonująca. Ale nie liczyłem na nic innego, scenarzysta właściwie jeszcze nigdy mnie nie zawiódł, nawet jego najsłabsze prace były udane, a że od początku mimo powielania znanych z jego twórczości schematów, „Zabij” należało do jego najlepszych dzieł, po prostu nie mogło być inaczej.


A tak wiele rzeczy mogło się tu nie udać. Brubaker nie zrobił w końcu nic oryginalnego, sam przyznaje, że historia ta powstała jako połączenie „Życzenia śmierci”, „Breaking Bad” i komiksów o Spider-Manie z lat 70. I te inspiracje widać tu wyraźnie – ba, okładka ostatniego zeszytu serii to przecież wariacja na temat okładki 50 zeszytu „Amazing Spider-Mana”. Dodajcie do tego realistyczną, mocną i brutalną treść przeznaczoną dla dojrzałych czytelników, świetną psychologie postaci, całkiem sporą dozę głębi i doskonałe poprowadzenie fabuły, a dostaniecie coś, co powinni przeczytać wszyscy miłośnicy komiksów, mających ochotę odetchnąć od superhero. Jednocześnie fani superbohaterskich opowiastek też znajdą tu dla siebie, a to połączenie, które rzadko się udaje.


Poza tym „Zabij albo zgiń” oferuje też rewelacyjną szatę graficzną. Realistyczna, pełna detali kreska, która mocno czerpie z dokonań europejskich twórców i absolutnie perfekcyjnie dobrany do niej kolor, który ma w sobie tyle samo prawdziwości, co artyzmu, tworzą zachwycająca mieszankę. Świetne wydanie, jak zwykle zresztą, stanowi doskonałą kropkę nad i. Jeśli więc szukacie dobrego, mocnego thrillera, nieoczywistego i angażującego nasz umysł i emocje, sięgnijcie koniecznie, będziecie zachwyceni.