piątek, 23 lutego 2018

Inwazja z Ganimedesa - Philip K. Dick, Ray Nelson

DICK NA KRAWĘDZI


„Inwazja z Ganimedesa” to ani najbardziej znana z książek Dicka, ani też – jak słusznie zauważa we wstępie Wojciech Orliński – najlepsza. Ale nawet słabsze utwory szalonego pisarza, nawet takie, jak ten, napisane do spółki z innym autorem, to kawał znakomitej literatury, z którą nie mogą się równać podobne współczesne twory, a i większość klasyki także nie osiąga podobnego poziomu. „Inwazja” na dodatek, obok bycia kolejną dobrą powieścią Dicka, jest także bardzo ważnym utworem w jego dorobku, bo rozpoczynającym właściwy, jakże charakterystyczny dla niego okres jego twórczości.


Jak się można domyślić, rzecz opowiada o inwazji z kosmosu. Dick co prawda pierwotnie planował napisać kontynuację „Pana z wysokiego zamku”, gdzie najeźdźcami mieli być nie obcy, a Japończycy okupujący Stany Zjednoczone, jednak ogólny zamysł pozostał taki sam. Podbój. Okupacja. Wchłonięcie. Tak to zawsze się odbywa. Ziemia przyszłości, miejsce, gdzie pokoje hotelowe rozmawiają ze swoimi mieszkańcami, w modzie nie ma rozróżnienia na płcie, a wideofony i latające samochody są normą, ściągnęła na siebie uwagę mieszkańców Ganimedesa. Ci przypominający owady obcy byli podzieleni co do tego, jak powinien przebiegać „kontakt”, zwyciężyła jednak opcja wojny. Teraz jest już po wszystkim, wojna wybuchła, ludzkość przegrała, zaczęła się okupacja a teraz przybysze chcą zupełnej kapitulacji. Wielu ludziom to nie przeszkadza, pod nowym dowództwem też mogą ułożyć sobie życie, są jednak tacy, którzy walczą z najeźdźcą. Szef Biura Badań Psychodelicznych, doktor Rudolph Balkani, wynalazł broń, która mogłaby odmienić losy ludzkości, ale zwleka z jej użyciem. Twierdzi, że to dlatego, iż nie znalazł jeszcze na nią antidotum, a jej działanie zatrzyma nie tylko obcych, ale i ludzi. Czy to jednak cała prawda?

Tymczasem jeden z Ganimedejczyków, przywódca opozycji Mekkis, staje w obliczu własnych problemów. Nie dość, że przypadła mu najgorsza możliwa parcela (Tennessee), gdzie praktycznie nie dotarły jeszcze wpływy przybyszów, to jeszcze Wyrocznia przepowiada, że ciemność ogarnie ich wszystkich. Tylko co to enigmatyczne proroctwo właściwie oznacza?


O tej powieści można powiedzieć, że to taki Dick na krawędzi. Jeszcze nie ten chory, paranoiczny, szalony i zniszczony psychicznie przez narkotyki geniusz, który swoje lęki i wizje przelewał na papier w jedyny w swoim rodzaju sposób, ale już nie fantasta jakich wielu. Pisarz eksperymentując z narkotykami, pod wpływem LSD, które podsunął mu Ray Nelson właśnie, współautor tej powieści i autor choćby zekranizowanego jako „Oni żyją” opowiadania, zaczyna się zmieniać, zmienia się też jego twórczość. „Inwazja z Ganimedesa” stanowi zapowiedź jego największych dzieł, to tu porusza tematykę i tworzy sceny, do których potem będzie wracał. Paranoja jeszcze nie dominuje, ale talent profetyczny Dicka daje o sobie znać. Co prawda w naszej rzeczywistości nie mamy ani latających samochodów, ani telepatycznych zdolności, ani tym bardziej sztucznej inteligencji na takim poziomie, jak tutaj, ale mamy coś innego. Mamy kapitalistyczną niewolę, w której musimy płacić za rzeczy, jakie powinny być bezpłatne – pisarz przewidział to w latach 60. XX wieku, okresie rozkwitu gospodarczego Ameryki, poruszając tematykę na przekór innym. I jakże słusznie.


Na tym jego profetyzmu nie koniec. Oczywiście tego typu elementy powinniście przede wszystkim odkrywać sami, bo jaka to przyjemność otrzymać wszystko na tacy od kogoś innego?, ale warto choćby zauważyć zdawałoby się drobiazg, który drobiazgiem nie jest: modę uniseks. Zatarcie się granic między ubiorem męskim i kobiecym. Kto popatrzy na obecne trendy modowe (i nie tylko), z pewnością doceni jak daleko umysł Dicka wybiegał w przyszłość. Przy okazji warto też docenić jego podejście do samego tematu inwazji. Kosmici nie chcą wymordować ludzkości, jedynie tę jej część, która stoi im na drodze. Chcą nami władać, bo o władzę zawsze w wojnie przecież chodzi. Ich struktury, szczególnie polityczne, też są intrygujące i przekonujące. Realistyczne. Nie ważne, że autor czasem ukazuje ich samych w dość infantylny sposób, jakby wyrwany z literatury pulpowej, w której tkwił od początków swojej kariery, a jeszcze w tej powieści nie uwolnił się od jej wpływów. Ale czy to minus? Już bardziej znak pewnych czasów, które Dick i tak wyprzedzał. A przecież pisał przy tym w naprawdę znakomity sposób, lekki, to prawda, ale doskonale oddający jego wizję i to, co autor chciał nam przekazać. Pełny przy tym, jeśli oceniać go literacko, a zarazem znakomity także na niezobowiązującym poziomie rozrywkowym.


A na tym nie koniec. Mamy przecież to doskonałe pierwsze polskie wydane, zamknięte w twardej oprawie, z dodatkową obwolutą, wspaniale, choć skromnie zilustrowane. Jak wszystkie poprzednie tomy od Rebisu, także ten pod względem edytorskim prezentuje się przepięknie – także na półce. A że w parze z tym idzie znakomita treść, każdy miłośnik dobrej fantastyki powinien poznać „Inwazję z Ganimedesa”.


A ja dziękuję wydawnictwu Rebis za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

czwartek, 22 lutego 2018

Marvel: Absolutnie wszystko, co musisz wiedzieć - Adam Bray, Lorraine Cink, John Sazalis, Sven Wilson

WSZYSTKO, CO CHCIELIBYŚCIE WIEDZIEĆ O MARVELU, ALE NIE WIEDZIELIŚCIE, ŻE CHCECIE ZAPYTAĆ


To nie jest książka o historii Marvela. To nie jest także książka, która stanowiłaby streszczenie najważniejszych wydarzeń w dziejach całego uniwersum, ukazując nam losy poszczególnych bohaterów na ich tle. Z czym zatem mamy tu do czynienia? Z bogato ilustrowanym zbiorem ciekawostek z komiksów tego wydawnictwa, przybliżającym nam fakty, o których często nawet najwięksi miłośnicy graficznych opowieści nie mieli najmniejszego pojęcia.


Przyjrzyjmy się nieco zawartości albumu, bo właśnie z albumem, mamy tu do czynienia – pięknie zresztą wydanym. Całość podzielona została na pięć rozdziałów: Postacie, Drużyny, Lokacje, Nauka i magia oraz Kluczowe wydarzenia, omawiających właściwie wszystkie aspekty uniwersum Marvela. Przeczytacie zatem ciekawostki na temat najważniejszych superbohaterów i superzłoczyńców, poznacie klasyczne starcia między nimi, traficie do Asgardu, odwiedzicie odmęty kosmosu, poznacie znaczenie magicznych artefaktów i bohaterów, którzy są zrobotyzowani, bądź też w całości roboty stanowiących, a wreszcie przeczytacie o wojnach, eventach i alternatywnych światach.


No dobrze, ale co to dokładnie oznacza, zapytacie. Czego dowiecie się z niniejszej książki? Ciekawostek jest wiele: od Thora w formie żaby (tak, tak!), przez ilość ludzi ocalonych przez Spider-Mana, po atakującego niebezpiecznymi smarkami (nie, to nie pomyłka) mutanta. Chcecie wiedzieć z jaką prędkością strzela Skryte Żądło Punishera z roku 2099? Czyim wrogiem jest Raven Łowca (kruk myśliwy)? Kto wchodzi w skład kanadyjskiej drużyny superbohaterów? Kim są Uciekinierzy? Jakie wcielenia ma ciocia May, jako superbohaterka? Na kim Stan Lee wzorował postać J. Jonaha Jamesona? Jak do życia powróciła żona Bannera? Kto jest najpotężniejszy w świecie Marvela? Czy Kaczor Howard posiada supermoce? Ilu istnieje Hulków? A ilu Goblinów? Na wszystkie te pytania i oczywiście także setki innych odpowiada niniejszy tom.


Brzmi ciekawie, prawda? I ciekawie jest, bo „Marvel: Absolutnie wszystko, co musisz wiedzieć” to niezłe, encyklopedyczne opracowanie dla miłośników tego wydawnictwa. Głównie tych młodszych, fakty i ciekawostki są tu zaprezentowane w prosty sposób, wyróżnione najczęściej w krzykliwym, kolorowym stylu na tle grafik, które zajmują większą część plansz. Grafiki te są zresztą równie interesujące, jak treść, wykonane przez najróżniejszych artystów, zarówno tych z samych początków istnienia wydawnictwa (Ditko), późniejszych (piękne, fotorealistyczne prace Alexa Rossa), jak i obecnie popularnych (Ramos, Cheung). Pochodzą one co prawda z komiksów czy różnego rodzaju dodatków i opracowań, ale jako że zdecydowanej większości z nich nie mieliśmy na naszym polskim rynku, są one nie lada gratką dla miłośników Marvela.


Niektóre tematy zostały co prawda okrojone, jak choćby eventy czy alternatywne rzeczywistości (na ich prezentację łącznie poświęcono niespełna 20 stron), niemniej „Marvel. Absolutnie wszystko, co musisz wiedzieć” to znakomite wprowadzenie do świata Marvela. Młodsi czytelnicy pogłębią tu swoją wiedzę na temat świata superohaterów, starsi też znajdą niejedną ciekawą rzecz, zrozumieją również wydarzenia, które być może w czytanych przez nich komiksach były niejasne i dadzą się jeszcze bardziej wciągnąć w to uniwersum. Całość na dodatek, co już wspominałem, została pięknie wydana (twarda, tłoczona oprawa, półkredowy papier), więc poza byciem kompendium wiedzy, niniejszy album okaże się także ozdobą niejednej domowej biblioteczki.



Dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza do recenzji.





Zosia z ulicy Kociej #10: Na psa urok - Agnieszka Tyszka

ZIMA NA KOCIEJ


To już dziesiąty tom przygód nastoletniej Zosi. Jeśli długość serii brać za wyznacznik jej popularności, a trudno byłoby inaczej, opowieści stworzone przez Agnieszkę Tyszkę musiały przypaść do gustu młodym czytelnikom. A jak to jest ze starszymi, takimi jak ja? Cóż, choć „Na psa urok” nieco mnie rozczarował, „Zosia z ulicy Kociej” i tak jest bardzo sympatyczną lekturą.


Dla Zosi nadszedł szalony okres. Jak to zawsze, kiedy grudzień zbliża się do końca, a rodzina zjeżdża się by świętować wspólnie Boże Narodzenie. Taka już tradycja, jak choćby to, że wieczerza wigilijna przebiega u nich bezalkoholowo, chociaż akurat w tym roku mają kilka powodów do oblewania. I tradycją jest także to, że nie może być normalnie, skoro ma się dziadka jeżdżącego mimo mrozu na rowerze, z transparentem „Dziadzio protestuje” oraz przekręcające wyrazy rodzeństwo. Zosia uwielbia Święta, a właściwie Wigilię, bo wtedy najbardziej czuje gwiazdkową magię, kocha też prezenty, ale w całym tym chaosie, jaki wiąże się z owymi dniami, nie zapomina, że jej urodziny przypadają chyba w najgorszy do tego dzień w roku – w Sylwestra. Czemu najgorszy? Dziewczynce wprawdzie nie zależy tak bardzo na prezentach, ale po świątecznym szaleństwie te akurat okazują się być dość skromne. Poza tym wielu znajomych albo gdzieś wyjechało, albo też w ferworze przygotowań do obchodów Nowego Roku nie ma zbyt wiele czasu, by ją odwiedzić. A częstowanie cukierkami w szkole po fakcie nie ma już w sobie tej mocy, co właśnie w tym konkretnym dniu.

Ale to oczywiście dopiero początek. Zosia i jej siostra Mania po stracie swojego pupila, Kawiora, którego musiał uśpić weterynarz, tęsknią za towarzystwem zwierzęcia. Dlatego też Mania, podczas wymyślonego przez siostrę łapania spadających gwiazdek (kto z życzeniami czekałby do sierpnia, kiedy gwiazdy rzeczywiście spadają, skoro płatki śniegu tak bardzo je przypominają), postanawia zażyczyć sobie pieska. A przecież niektóre życzenia potrafią się spełniać i co wtedy?


Zacznijmy może od plusów „Zosi z ulicy Kociej”, bo tych nie brakuje. Co oferuje ta seria? Przede wszystkim lekko napisane, ciekawe i życiowe przygody głównej bohaterki, sympatycznej dziewczyny w okresie dojrzewania, której hormony nieraz wpływają na humor. Reszta bohaterów też jest ciekawa, nieco szalona, na pewno nieszablonowa i nie infantylnie przedstawiona. Styl Agnieszki Tyszki jest lekki, a rysunki Agaty Raczyńskiej, bogato ilustrujące całość są po prostu rewelacyjne.


Co się jednak tyczy minusów, początek tego tomu (rodzinna Wigilia, rozmowy w jej trakcie i mnogość bohaterów) wypada chaotycznie. Wysilone wydają się też słowa tworzone poprzez Manię na zasadzie przekręcania liter etc., którym zabrakło lekkości, a także pojawiają się tak często, że potrafią momentami nużyć. Nie przeszkadza to jednak w odbiorze całości, a książki z tej serii czyta się przyjemnie. Owszem, bardziej jest to lektura dla dziewczynek, ale właściwie wszystkie dzieci w wieku mniej więcej dziesięciu lat będą bawiły się naprawdę dobrze.



A ja dziękuję wydawnictwu NaszaKsięgarnia za udostępnienie egzemplarza do recenzji.











Wilczyca i Czarny Książę #3 - Ayuko Hatta

MASOCHISTKA I SADYSTA


Ayuko Hatta rzeczywiście pędzi z tą mangą na złamanie karku. To dopiero trzeci tom, a już mieliśmy kilku potencjalnych kandydatów do serca bohaterki, liczba ta się zwiększa, a zawirowania miłosne narastają z każdą chwilą. Co tu jeszcze się wydarzy, zanim seria osiągnie swój finał w szesnastym tomie, nawet nie będę sobie wyobrażał. Ważne, że całość nie przestaje bawić, dostarczać emocji i intrygować, a przy okazji czyta się dosłownie jednym tchem.


Kłamliwa wilczyca i sadystyczny Czarny Książę. Czy taki związek może się udać? Erika wciąż ma dość tego, jak traktuj ją Sata i wciąż nie potrafi nic z tym zrobić. I nie chodzi wcale o to, że gdyby zdecydowała się na jakiś krok, chłopak mógłby opowiedzieć wszystkim, że tylko udawał jej ukochanego, by jej kłamstwa nie wyszły na jaw, a ona nie była spalona w towarzystwie. Nie dość bowiem, że Erika coś do niego czuje, to jeszcze Sata potrafi zachować się momentami w taki sposób, że cieszy się jej serce. Ale jak długo może trwać taki stan rzeczy?

Na razie jednak nadchodzi czas, który mają spędzić razem. Dziewczyna oblała kilka testów, grozi jej powtarzanie klasy, Sata decyduje się więc przygotować ją do poprawek. Pech chce, że kiedy są  niego w domu, gaśnie światło. Nie ma też wody, dziewczyna wychodzi więc za potrzebą, a kiedy długo nie wraca, chłopak zaczyna się denerwować. W okolicy grasują bowiem podejrzane typki…

Jakby mało było wrażeń, zbliżają się walentynki. Erika chce przygotować swojemu „chłopakowi” jakieś słodycze, jednak ten nie dość, że nienawidzi samego tego święta, nie cierpi również słodkości. Jednocześnie w życiu dziewczyny pojawia się Kusakabe, szkolny kolega, który zawsze trzyma się na uboczu i chodzi ze spuszczoną głową. Mimo swej nieśmiałości, okazuje się być przystojnym, interesującym i ciepłym chłopakiem. Czy ma szansę skraść jej serce?


Sami widzicie po opisach zawartości poszczególnych tomów, że autorka nie rozwleka się ani nie serwuje powoli kolejnych zwrotów akcji, niespiesznie nas do nich wprowadzając. Wie, co chce opowiedzieć, wie jak chce to zrobić – a robi to w świetny sposób – i ani myśli zwlekać. Wychodzi to całej opowieści na dobre, bo Hatta nie żałuje nam ani humoru, ani miłosnych uniesień, ani wzruszeń.


Na koniec tomiku znów czeka na nas dodatek. Tym razem jest to „Nie jestem klaunem”,  historia nastoletniej Hikari Kodomy (przejrzyjcie główne rozdziały mangi to z pewnością wypatrzycie ją i jej kolegę na jednej ze stron!), która lubi głupio się zachowywać. Dlatego też w szkole robi za klasowego błazna, brzydkiego na dodatek i pozbawionego kobiecości (którą jak sama twierdzi porzuciła na rzecz rozbawiania ludzi). Ktoś taki jak ona nie kocha, bo to do niej nie pasuje. A jednak w towarzystwie jednego kolegi zaczyna czuć coś więcej. Coś, co stara się ukryć. I zarazem coś, co dostrzega inny jej znajomy, klasowy samotnik. Pytanie tylko czy ten wesprze ją w jej uczuciu czy może sam zechce być kimś jej bliskim…


Zarówno ten oneshot, jak i główna opowieść są bardzo przyjemne, wciągające i emocjonujące. A także dobrze narysowane. Dlatego też bez zbędnego przedłużania, polecam Wam całą serię. Jeśli lubicie szkolne życie i dobre opowieści o miłości, będziecie „Wilczycą i Czarnym Księciem” zachwyceni.



A ja dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.






Hellboy: Spętana trumna/Prawa ręka zniszczenia - Mike Mignola

HELLBOY W KRÓTKICH FORMACH


Drugi tom zbiorczego wydania opus magnum Mike’a Mignoli, rewelacyjnej serii „Hellboy”, to jednocześnie zbiór krótkich form komiksowych znanych wcześniej z albumów „Spętana trumna, cz. I i II” oraz „Prawa ręka zniszczenia”, a także oneshota „Prawie kolos”. Co czeka w środku na czytelników? Dużo znakomitej zabawy, będącej połączeniem legend i podań z różnych stron świata z horrorem i weird fiction. Do tego wszystko podlano wielkim, nazistowskim spiskiem i klimatem jak z najlepszych odcinków „Z archiwum X”. A na fanów Hellboya czeka tu wiele smaczków, jak choćby geneza narodzin naszego Piekielnego Chłopca.


Wśród piętnastu zebranych tutaj historii, czasem króciutkich, jak dwustronicowe „Placuszki”, czasem długości pełnowymiarowego albumu (choćby udane „Wilki ze Świętego Augusta”), znajdziecie wiele znakomitych historii, a wśród nich kilka absolutnych perełek. Weźmy choćby „Wisielca”, bodajże mój ulubiony short o Hellboyu, w którym tenże ma odzyskać uprowadzone przez Małych Ludzi dziecko. Ci, oczywiście, malca chętnie oddadzą, ale w zamian za przysługę – pochowanie pewnego wisielca nim wstanie świt. Gdzie jest haczyk? Zmarłego nie chcą dusze na żadnym cmentarzu. Historii ta chyba najbardziej klimatyczny moment w całym „Hellboyu”. Mignola genialnie bawi się tu nastrojem, w mistrzowski sposób operując światłem i cieniem.

Na tym świetnych rzeczy nie koniec, bo mamy tu nastrojową „Gwiazdkę w zaświatach”, osadzoną w iście wiktoriańskich klimatach, mamy też zachwycającą „Babę Jagę” (ileż razy ja ten komiks czytałem, od kiedy ukazał się przed laty w jednym z numerów „Świata Komiksu”, a nadal robi na mnie takie samo wrażenie, co przy pierwszej lekturze). Nie zawodzi znakomita geneza narodzin Piekielnego Chłopca, mroczna i mistyczna „Natura bestii” czy dwie rewelacyjne historie: „Prawa ręka zniszczenia” i „Szkatułka pełna zła”, prezentujące dziedzictwo i przeznaczenie Hellboya. Oczywiście zdarzają się też nieco słabsze historie, jak „Żelazne buty” czy „Placki”, ale w przypadku Mike’a Mignoli „słabsze” i tak oznaczają bardzo dobre komiksy, których poziomu może pozazdrościć niejeden twórca.


Czy naprawdę trzeba tu dodawać coś jeszcze? To, co zrobił Mike Mignola, nie tylko w tym tomie, ale w całej tej serii, jest po prostu rewelacyjne. Z prostego pomysłu, jakich wiele, z elementów doskonale znanych z popkultury i nie tylko (przecież w dużej mierze podpierał się podaniami ludowymi), stworzył zachwycające dzieło – jedno z najlepszych w historii komiksu. Docenił to magazyn „Wizard”, umieszczając „Spętaną trumnę” na liście 100 najlepszych opowieści graficznych w historii i chociaż ja osobiście wole obie miniserie zebrane w poprzednim tomie, zarówno „Trumna”, jak i „Prawa ręka zniszczenia” to antologie, które powinien przeczytać każdy fan komiksu.


Co jest w nich takiego dobrego? Przede wszystkim niesamowity klimat budowany przez genialną w swej prostocie szatę graficzną, uzupełnioną o idealnie dobrany kolor, tak samo prosty, ale nastrojowy. Ciekawe jest też same wykorzystanie dawnych podań, legend i teorii spiskowych na temat nazistów, które w połączeniu z komiksem grozy, korzeniami tkwiącym w superbohaterskich opowieściach Złotej Ery dają niesamowity efekt. Szczególnie, że Mignola poprowadził niemal każdą ze swoich fabuł we wzorcowy sposób. Okrasił ją żywymi dialogami i konkretną, najczęściej jakże widowiskową akcją. Bohaterowie też są znakomici. Nic dziwnego, że „Hellboy” jest powszechnie uważany za jedną z najlepszych serii komiksowych w historii. Takie uznanie należy mu się, jak rzadko któremu dziełu, dlatego też polecam gorąco Waszej uwadze, jeśli jeszcze jakimś cudem nie poznaliście przygód Piekielnego Chłopca.



A wydawnictwu Egmont dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.




Avengers i X-Men: Axis - Rick Remender, Adam Kubert, Leinil Francis Yu, Terry Dodson, Jim Cheung

WSZYSTKO WYWRACA SIĘ DO GÓRY NOGAMI


Luty to czas, kiedy na polski rynek trafiają dwa Marvelowskie eventy. Pierwszym z nich jest kontynuacja znakomitej „Anihilacji” – „Anihilacja: Podbój”, drugim niniejszy, „Axis”. Crossover przygód Avengers i X-Menów, którzy muszą stawić czoła potężnemu wrogowi. I chociaż ze wszystkich wydanych w ramach Marvel Now eventów ten jest najsłabszy, to nadal oferuje solidną porcję dobrej, bezpretensjonalnej zabawy i pochłania się go z wielką przyjemnością.


Red Skull, wróg z przeszłości Kapitana Ameryki, nazista i szaleniec, wpadł na chory plan eksterminacji mutantów. Przemiana Genoshy, niegdysiejszego ich raju, w jeden wielki obóz koncentracyjny to jednak dla niego za mało. Zdobywszy ciało Charlesa Xaviera i przejąwszy jego mózg, a co za tym idzie telepatyczne zdolności, zaczął siać nienawiść na całym świecie. Jakby tego było mało stał się nowym wcieleniem Onslaughta, potężnego bytu zrodzonego z mroków umysłów Xaviera i Magneto, który przed laty niemal doprowadził do zagłady bohaterów Marvela. Do walki z nim stają dwie drużyny – X-Men i Avengers. Niedawno obie starły się w wojnie, w której życie stracił Xavier, teraz muszą działać ramię w ramię. Ale nie długo. Kiedy za sprawą Red Onslaughta wszystko zostaje wywrócone do góry nogami, a dobrzy bohaterowie stają się źli, Mściciele i Mutanci znów występują przeciw sobie. Nadzieja na ocalenie świata gaśnie, ale czy nie pojawi się nowa szansa na odmienienie losów tego konfliktu? Każdy kij ma przecież dwa końce, a skoro dobrzy stali się źli, co stało się ze złymi?


Jeśli miałbym do czegoś porównać „Axis”, bez dwóch zdań byłby to „Zemsta złowieszczej szóstki” wydana w nr. 8-9/1993 polskiego „Amazing Spider-Mana”. Dlaczego, zapytacie. Każdy, kto czytał tamten komiks z miejsca zauważy, że oba ani fabularnie, ani graficznie nie mają ze sobą nic wspólnego. A jednak to tylko pozory. O tamtej historii w setnym zeszycie Pająka Arkadiusz Wróblewski napisał „Najwięcej gwiazd gościnnych, najbardziej niesamowite zdarzenia i tempo akcji prosto z filmu Johnyy’ego Woo. Może brak w tym głębi psychologicznej i jakiejkolwiek logiki przyczynowo-skutkowej, ale zabawa jest przednia!”. I tak też jest z tym solidnej grubości albumem. Cała plejada Marvelowskich gwiazd, zarówno tych dobrych, jak i złych, szybkie tempo, szalone wydarzenia, zero głębi, ale rozrywkę „Axis” oferuje znakomitą.


Ten event to zresztą trochę taka historia, która wciąż tkwi w latach 90. Pamiętacie tamtejsze opowieści tego typu? W sumie to właśnie wtedy miało miejsce pierwsze starcie z Onslaughtem. Tutaj, podobnie jak w tamtym okresie, twórcy proponują nam pełną akcji opowieść, gdzie role się odwracają. Źli stają się dobrzy, dobrzy źli, równowaga zostaje zachwiana, a nad wszystkim unosi się cień potężnego wroga. Do tego Rick Remender, scenarzysta całej opowieści, postanowił sięgnąć do opowieści, która zapoczątkowała Marvel Now, kończąc jednocześnie pewien etap w historii tego wydawnictwa, „Avengers kontra X-Men”. Tu właśnie dochodzi do kolejnego starcia między tymi drużynami, a choć całość nie ma tak wielkich konsekwencji, jak „AvX”, warto jest poznać „Axis”.


To w końcu taki komiksowy blockbuster, ale w dobrym tego słowa znaczeniu. Czołowi bohaterowie, widowiskowe walki, akcja pędząca na złamanie karku. Szata graficzna doskonale do tego pasuje, bo w większości mamy tu do czynienia z realistycznymi, szczegółowymi rysunkami takich gwiazd, jak Adam Kubert, Leinil Francis Yu i Jim Cheung (swoją droga pracowali oni przy „AvX”). Gorzej wypada prostsza kreska Terry’ego Dodsona, ale to już kwestia gustu.


Jako całość „Axis” pozostawia po sobie całkiem przyjemne wrażenie i ochotę by sięgnąć po tie-iny, a tych na szczęście na rynku nie brakuje. Jeśli chcecie dobrej, niezobowiązującej rozrywki w stylu kinowych hitów, na pewno się nie zawiedziecie. Szczególnie jeśli tak, jak ja jesteście miłośnikami nie tylko Marvela, ale przede wszystkim X-Menów i z sentymentem wspominacie lata 90. i to co działo się wówczas na amerykańskim rynku komiksowym.



A na koniec dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza do recenzji.




środa, 21 lutego 2018

Wilczyca i Czarny Książę #2 - Ayuko Hatta

MIŁOŚĆ/NIENAWIŚĆ


W pierwszym tomie „Wilczycy i Czarnego Księcia” autorka tak bardzo przyspieszyła akcję, że w niespełna dwieście stron przedstawiła wydarzenia, które w innej serii ciągnęłyby się pewnie przez cztery tomiki. Istniała więc obawa czy i teraz zdoła utrzymać to tempo, ale okazała się zupełnie nieuzasadniona. Ciąg dalszy losów Eriki i Saty nie zwalnia ani na moment, nie daje też chwili oddechu ani bohaterom, ani czytelnikom – ale nikt tu oddechu nie potrzebuje. Każdy chce tylko więcej: emocji, humoru, przeżyć. I dokładnie to dostaje!


Nastoletni Erika ma dość. Znalazła się w samym środku kłopotów i nie potrafi z nich wybrnąć. Co tam nie potrafi, nie chce! Udając przed koleżankami, że ma chłopaka, zaangażowała się w relację z przystojnym Satą. Chłopak jednak okazał się prawdziwym sadystą – chciał móc traktować ją, jak swojego pieska. Wykańczał ją psychicznie, bawił się nią. A jednak dziewczyna odkryła, że się w nim… zakochała. Teraz, choć wie, że nic to pewnie nie zmieni, postanawia wyznać mu swoje uczucia. Jak to jednak w takich wypadkach bywa, łatwiej powiedzieć, gorzej zrobić. Kiedy w końcu jej się to udaje  zapowiada, że niezaprzestanie prób obudzenia w chłopaku jakichś cieplejszych uczuć do niej, zaczyna się nowy koszmar. Sata bawi się nią jeszcze bardziej, oszukuje ją i wprowadza w błąd, to dając nadzieję, to znów ją odbierając. Dziewczyna ma go dość, ale za każdym razem, gdy jest gotowa zerwać ich chorą relację, chłopak robi coś, co ją do niego przekonuje…

Tymczasem na horyzoncie pojawia się jej nieoczekiwany sojusznik. Takeru to chyba jedyny przyjaciel Saty, a przy okazji chłopak, który jest miły, sympatyczny i uczynny. Kiedy dowiaduje się o uczuciu Eriki, postanawia pomóc jej zdobyć Satę. Tylko czy to może się udać? I jakie jeszcze komplikacje wywoła cała sytuacja?


Zabawa z „Wilczycą i Czarnym Księciem” jest po prostu przednia. Ten humor, to tempo, to zagęszczenie akcji… Autorka od początku celuje także w bardziej dorosłe tematy, niż większość podobnych mang. Bohaterowie bez skrępowania rozmawiają choćby o seksie, co w końcu jest rzeczą naturalną dla nastolatków. W tym tomie dochodzi jeszcze więcej powagi, pojawiają się też silniejsze miłosne uniesienia, a całość doskonale realizuje gatunkowe założenia, bez jakiegokolwiek rozwlekania akcji.


Jednocześnie nie można też zapomnieć o znakomitym dodatku „Kołysanka dla prawiczka”. Główny bohater tego shorta, nastoletni Ooji, to typowy nerd. Nosi okulary, kocha czytać o grach, gry także uwielbia. Nie znosi natomiast plastikowych dziewczyn – tych, które chwalą się tylko tym, co najlepsze, często są łatwe, puste, wulgarne i zachowują, jakby były przygłupie. Niestety, kiedy wybiera się po nowy numer ulubionego pisma, staje się świadkiem kłótni. Chłopak rzuca właśnie Mio Komuro, jedną z plastikowych dziewczyn. Ta by się na nim odegrać z miejsca bierze sobie Oojiego na kolejnego „ukochanego”. Czego nauczą się od siebie nawzajem? I czy z tego może jednak zrodzić się prawdziwa miłość?


Dodatek ten jest po prostu zachwycający. Prosty, pełen emocji, równie świetnie narysowany, co główna opowieść, pozostawia po sobie bardzo przyjemne wrażenie i duży niedosyt. Aż szkoda, że to tylko short, a nie cała oddzielna seria.


Dodawać nic więcej nie trzeba. Kto lubi dobre opowieści o miłości (celowo unikam słowa romans, bo określenie to niestety kojarzy się z kiczowatymi historiami pozbawionymi jakichkolwiek wartości) na pewno będzie zadowolony. I to jak. Dlatego ja ze swej strony polecam bardzo gorąco.



A wydawnictwu Waneko dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.









Anihilacja: Podbój, tom 1 - Dan Abnett, Andy Lanning, Keith Giffen, Christos N. Gage, Mike Perkins, Timothy Green II, Mike Lilly

NOWA ANIHILACJA


„Anihilacja”, choć nic na to nie wskazywało, okazała się jednym z najlepszych Marvelowskich eventów. Historia, której publikacja na naszym rynku zajęła rok, była prawdziwym powiewem świeżości, jeśli chodzi o podobne komiksy superohaterskie. Jej twórcy zrezygnowali z obecności największych gwiazd ze swojej stajni, głównymi bohaterami uczynili postacie drugoplanowe i takie, które dotychczas przewijały się przede wszystkim w tle, historię natomiast zbudowali na podobnych zasadach, co „Gwiezdne Wojny”, z tym, że w poważniejszy sposób. W konsekwencji powstał twór naprawdę udany, mający rewelacyjne momenty (miniseria „Drax Niszczyciel”) i wciągający. Teraz nadszedł czas ciągu dalszego i muszę przyznać, że „Anihilacja: Podbój” to komiks równie dobry, co jego poprzednik.


Anihilacja dobiegła końca, jednak konsekwencje wielkiej wojny wciąż są odczuwalne we wszechświecie. Całe sektory galaktyki obróciły się w ruinę, wiele cywilizacji albo przestało istnieć, albo też cofnęło się w rozwoju. Niektórzy jednoczą się w obawie przed kolejnymi zagrożeniami, inni natomiast starają się zdobyć jakieś korzyści posuwając się do przemocy. Quasar i Moondragon bronią kogo mogą, starają się zaprowadzać porządek, ale w trakcie jednej z kolejnych walk pierwsza z nich słyszy w swojej głowie tajemniczy głos. Głos wzywający ją by kogoś odnalazła…

Tymczasem Star Lord i Nova działają na różnych frontach. Ten pierwszy już niedługo będzie musiał połączyć siły z kosmicznymi straceńcami, Grootem, Mantis i Rocketem, dając początek Strażnikom Galaktyki, by wykonać niebezpieczną misję. Ten drugi stara się udźwignąć na swoich barkach obowiązki całego korpusu Nova. A nowy wróg, chcący urządzić wszechświat według własnego planu, nie śpi…


„Anihilacja: Podbój” to kawał dobrego komiksu w realiach spektakularnych kosmicznych bitew i olbrzymich zagrożeń mogących niszczyć całe światy. Jeśli podobają się Wam Marvelowskie serie „Star Wars”, tym dziełem będziecie zachwyceni. Dlaczego? Bo to świetnie napisany, poważny i klimatyczny komiks wojenny, dobrze pokazujący konflikt dziejący się gdzieś we wszechświecie. Akcji i widowiskowych scen tutaj nie brakuje, jest nuta patosu, tajemnica i ciekawi bohaterowie, którzy najczęściej w głównych opowieściach Marvela nie mają szans zabłysnąć, a przecież często są co najmniej tak samo ciekawi, jak ci czołowi. Sama fabuła też jest znakomita, napisali ją zresztą ci sami twórcy, którzy odpowiadali za sukces „Anihilacji”: Dan Abnett, Andy Lanning, Christos N. Gage i ojciec „Lobo” Keith Giffen.



Na plus w porównaniu do poprzedniego eventu zmieniły się natomiast rysunki. W „Anihilacji” były one głównie cartoonowe i dość uproszczone, teraz album oferuje realistyczną, bardziej złożoną i skupioną na szczegółach kreskę, która wygląda po prostu znakomicie. Tamta też miała swój urok, jeśli jednak mam być szczery, wolę takie ilustracje, jak w „Podboju”. Do tego mamy znakomite wydanie w twardej oprawie, wydrukowane na papierze kredowym i fakt, że to jeszcze nie koniec. Historia dopiero się rozwija, jej zakończenie poznamy w kolejnym tomie, ale już teraz wiadomo, że jest na co czekać. Ja ze swej strony polecam, tak „Podbój”, jak i znakomitą „Anihilację”.


I dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza do recenzji.




Mój Kucyk Pony: Przyjaciółki na zawsze, tom 2 - Tom Zahler, Agnes Garbowska, Tony Fleecs, Katie Cook, Andy Price,

MÓJ KUCYK PONY – SŁODYCZ NA ZAWSZE


Wśród całej masy serii komiksowych dostępnych na rynku, wśród zalewu barwnych opowieści o herosach w kolorowych wdziankach, mrocznych horrorów, europejskich cykli humorystycznych, klasyki opowieści graficznych i niezliczonej ilości im podobnych, jest jeden tytuł, który się spośród nich wyróżnia. Czym? Słodyczą! Cukierkową, porażającą słodyczą, którą ocieka dosłownie z każdej strony. Mowa oczywiście o „My Little Pony”. Taki był główny cykl z bohaterami popularnego serialu, taka też jest poboczna seria „Przyjaciółki na zawsze”, która jednocześnie trzyma poziom, do jakich przyzwyczaiły nas inne tomy przygód barwnych kucyków.


Co tym razem czeka na miłośników sympatycznych stworzonek? Na początek Fluttershy odkrywa, że umie rozmawiać ze zwierzętami. Zawsze do nich mówiła, ale teraz zaczęły jej odpowiadać! Czyżby nigdy tak naprawdę ich nie słuchała, czy może jednak coś się wydarzyło? Trzeba to ustalić, a w zadaniu pomoże jej Zecora.

Zaraz potem Rainbow Dash dostaje rozkaz by urządzić pokaz powietrzny dla królowej Dimondii. Na miejscu czeka ją jednak nie lada zaskoczenie. Nie dość, że kraina ta to jest pełna psów na diamenty, to jeszcze królową jest… Trixie!

W kolejnej opowieści księżniczka Luna prosi Twilight Sparkle o pomoc. Chce bowiem odnaleźć… humor. W sobie oczywiście. Kto jednak może lepiej jej w tym pomóc, jak nie mistrzyni radości Pinkie Pie?

Całość wieńczy wyjazd Applejack w interesach do Applewood. Towarzyszy jej Rarity. Wyprawa, jak się można domyślić, zmienia się jednak w prawdziwą przygodę!


Nie jestem fanem serialu „My Little Pony” – nigdy nie obejrzałem żadnego odcinka – i nigdy nim nie zostanę. Po lekturze komiksów spróbowałem jednak jednego z filmów pełnometrażowych. Nie mam pojęcia czy była to produkcja kinowa czy telewizyjna, ale to bez znaczenia. Seans nie trwał nawet pięciu minut, nie dałem rady. Natomiast opowieści graficzne z kucykami czytam i muszę przyznać, że bawię się całkiem nieźle, choć w życiu bym się o coś takiego nie podejrzewał. Cóż, życie zaskakuje.


No bo co może być ciekawego w cukierkowych, kolorowych, pełnych pozytywnych myśli i prostego przesłania o sile przyjaźni i dobra historyjkach, których bohaterami są kucyki (tudzież mały smok)? A może. Choćby puszczenie oka do miłośników popkultury, bo komiksowe kadry zaludnia wiele postaci i elementów z nich zaczerpniętych. Wszystkie przepuszczone zostały przez humorystyczny filtr, ale dorośli czytelnicy znajdą wiele dla siebie na tym właśnie polu. A skoro o humorze mowa, to także on ma swój urok. nie jest wcale głupi ani infantylny, dzieci odczytają go inaczej, dorośli czasem znajdą tu coś więcej.


Fabuła? Czy to krótkie epizody, czy długie opowieści (i mówię tu o całej serii, a nie tylko tym tomie), są proste, ale urocze. Mają przesłanie dla najmłodszych i dostarczają przygód. Do tego dochodzi też ujmująca swym urokiem szata graficzna. Cartoonowa, słodka i pełna kolorów bez dwóch zdań zwraca na siebie czytelniczą uwagę, ale jest też po prostu dobrze wykonana. Mali czytelnicy będą z „My Little Pony” zadowoleni, niemniej i starsi także znajdą tu coś dla siebie – wystarczy, że zechcą zanurzyć się w ten świat.



Dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

wtorek, 20 lutego 2018

Wilczyca i Czarny Książę #1 - Ayuko Hatta

BĘDZIESZ MOIM PSEM


Po każdej skończonej serii typu szkolne życie powtarzam sobie, że w końcu zrobię przerwę od dłuższych opowieści (a przynajmniej od tych, które na naszym rynku ukazały się już w całkiem sporej ilości tomów). I nigdy mi to nie wychodzi. Dlaczego, nietrudno się domyślić – uwielbiam te historie i wciąż mi mało. Dlatego tym razem sięgnąłem po „Wilczycę i Czarnego Księcia” i muszę powiedzieć, że cieszę się, że to zrobiłem. Wymyślona i narysowana przez Ayuko Hattę manga to kawał dobrej, rozbrajającej opowieści, w której autorka nie zawraca sobie głowy powolnym budowaniem relacji między bohaterami i zawiązywaniem akcji, tylko od pierwszych stron dociska do podłogi pedał gazu i zabiera nas w szaloną jazdę po życiu dziewczyny pragnącej jedynie nie wypaść ze szkolnego towarzystwa.


Wolę zdechnąć, niż wieść w liceum egzystencję odludka – te słowa nastoletniej Eriki Shinohary można by śmiało uznać za motto jej życia. Dziewczyna chodzi do pierwszej klasy liceum i jest do tego stopnia spragniona towarzystwa innych, że zaczyna kłamać. Koleżanki wciąż gadają o facetach, o doświadczeniach z nimi i wszystkim, co się z tym wiążę, a ona nie może być gorsza. Dlatego też od pewnego czasu udaje, że sama ma chłopaka, choć nikomu go nie pokazuje. Pomaga jej w tym kolega, który telefonuje do niej, jako ów ukochany – o całym podstępie wie tylko jej jedyna przyjaciółka, San – jednak i to wkrótce przestaje wystarczać. Gdy koleżanki zaczynają domyślać się, że coś jest nie tak, Erika decyduje się na kolejne kłamstwo i robi zdjęcie przypadkowemu chłopakowi. Udając, że to jej facet nie przewiduje jednego – że nastolatek ów, Sata Kyouya, jak się wkrótce okaże – chodzi do tej samej szkoły! Chwila prawdy? A gdzie tam! Zdesperowana dziewczyna mówi o wszystkim Sacie, a ten decyduje się, że będzie udawał jej ukochanego. Będzie ideałem (nie przypadkiem dziewczyny, których ma na pęczki, nazywają go Księciem i tworzą jego fankluby), ale w zamian chce, by była jego pieskiem. Dosłownie. Nie chce jej molestować, chce by mu usługiwała. Była na każde jego skinienie, traktowała jak pana i zachowywała jak wierny, ale głupi pies. Jeśli nie, cóż, wszyscy dowiedzą się o jej kłamstwach. Erika decyduje się wejść w tę grę, ale jednocześnie zaczyna szukać chłopaka dla siebie. Gdyby takiego znalazła, podstęp przestałby być potrzebny. Wkrótce na horyzoncie pojawia się pewien troskliwy przystojniak…


Sadysta w związku z szarą myszką? Porzućcie skojarzenia z „50 twarzami Greya” (aż wstyd wymieniać takie „dzieło” w kontekście tak znakomitej mangi), „Wilczyca i Czarny Książę” to historia, której nijak nie da się nazwać kiczowatą. Nawet jeśli czytaliście już niezliczoną ilość komiksów typu szkolne życie, historia Eriki i Saty na pewno Wam się spodoba i nieraz Was zaskoczy. Oczywiście jak najbardziej pozytywnie.


Sam pomysł na fabułę przypomina nieco jedną z powieści Ewy Nowak, „Dane wrażliwe”, gdzie pewna nastolatka udaje, że ma chłopaka, wpadając w spiralę kłamstw. „Wilczyca” jest jednak zupełnie inaczej poprowadzona i dostarcza zupełnie innych wrażeń. Choć to opowieść miłosna, póki co przede wszystkim bawi. Akcja pędzi tu na złamanie karku, na wzruszenia nie ma póki co czasu, ale dzięki temu całość co i rusz zaskakuje i rozbraja. Czyta się to dosłownie jednym tchem i z „rogalem” na buzi. Z przyjemnością też ogląda, bo kreska jest znakomita: lekka, delikatna, szczegółowa, jeśli chodzi o wygląd postaci, prosta, gdy mowa o większości teł i rozbrajająca ukazaniem mimiki bohaterów. Ja jestem całością bardzo pozytywnie zaskoczony i gorąco polecam serię Waszej uwadze.



A wydawnictwu Waneko dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

poniedziałek, 19 lutego 2018

Kulinarne pojedynki #8 - Tsukuda Yuuto, Saeki Shun

WIĘCEJ SMAKU


Najbardziej smakowita manga na rynku powraca! Właśnie do sprzedaży trafił jej ósmy tomik i jak się można było spodziewać, doznania smakowe są wręcz ekstatyczne. Czytelnik co prawda nie ma okazji skosztować dań serwowanych przez bohaterów (no chyba, że sam pokusi się o ich przygotowanie – przepisy znajdzie w środku), jednak jak powszechnie wiadomo, smak dania to tylko część jego sukcesu. Liczy się także to, jak ono wygląda – człowiek w końcu najpierw je wzrokiem – a „Kulinarne pojedynki” wyglądają po prostu rewelacyjnie.


Pierwszy etap Jesiennych Wyborów trwa. napięcie narasta, bo wreszcie, po bardzo długim oczekiwaniu, nadchodzi pora by to Souma zaprezentował swoje danie. Zanim to jednak nastąpi, jego konkurent w tym wyzwaniu, Hayama, musi pokazać na co go stać. A jak się okazuje, stać go na bardzo wiele. Jury złożone z najbardziej wymagających jurorów, jest tak zachwycone jego daniem, że wydaje się, iż nikt nie ma z nim najmniejszych szans. Jakby tego było mało, Souma podaje oceniającym go smakoszom danie składające się z elementów, które dotychczas przyniosły mu same porażki: omletu i risotto! Czyżby nauczył się na własnych błędach? A może po raz kolejny przegra? Gdy jury zaczyna kłócić się po werdykcie, jedno jest pewne – chłopak tak szybko nie da o sobie zapomnieć!

To jednak dopiero początek. Jesienne Wybory to wstęp do wyborów głównych, które mają wyłonić najlepszego ucznia w szkole. Szykują się kolejne ciekawe pojedynki, zanim to jednak nastąpi, wszystkich zwycięzców czeka wielka uczta. Jakby tego było mało, Isshiki zostaje poproszony o zastępstwo w szkole kucharskiej dla najmłodszych, do której uczęszczają dzieci od przedszkola, do drugiej klasy. Towarzyszą mu w tym Souma i Tadokaro. Co czeka na nich na miejscu? I czy więcej nauczą dzieci, czy też może sami wyniosą z tego doświadczenia jakąś naukę?


Mangi (oraz anime) i pojedynki to połączenie, do którego mam wielki sentyment. Moim pierwszym kontaktem z japońskimi dziełami rysunkowymi był serial „Czarodziejka z Księżyca”, a tam walk nie brakowało, prawda? Pełno ich też było w „Pokémonie” i „Dragon Ballu” – dwóch największych mangowo-anime’owych miłościach mojego dzieciństwa. Nie sądziłem jednak, że starcia kucharzy  mogą być tak ciekawe i emocjonujące, choć w swoim życiu obejrzałem niejeden sezon niejednego programu gotowaniu poświęconemu. A jednak. „Kulinarne pojedynki” to nie tylko dowód na to, że komiks o pichceniu może nie nudzić, ale przede wszystkim fascynująca wyprawa do świata smaków i aromatów, który autorzy oddają z taką pieczołowitością, że trudno nie zrobić się głodnym.


Rysunki dań są znakomite. Ale manga oferuje także inne atrakcje, jak choćby bohaterów w negliżu – próbowanie ugotowanych smakołyków potrafi zdzierać w nich ubrania i pieścić ich ciała. Oczywiście poza świetnym wyglądem, „Kulinarne pojedynki” to także ciekawe scenariusze, sympatyczne postacie i przepisy na poszczególne dania. W tym tomie poznajemy na dodatek kulisy powstawania komiksu, a to rzecz, która w tym przypadku bardzo mnie ciekawiła.


Jeśli czytaliście poprzednie części tej serii, ósmy tom powinniście koniecznie poznać. Nawet gdybyście byli pewni, co tu na Was czeka, twórcy i tak nie raz Was zaskoczą. A jeśli nie znacie tej mangi, a lubicie gotować, nie wahajcie się. Znajdziecie tu wiele inspiracji i ciekawych przygód.


A ja dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.