czwartek, 6 maja 2021

The Goon: Kolekcja, tom 5 - Eric Powell

(Z)GOON

 

„The Goon”, „Zbir”, czy jak wolicie nazywać tę serię, właśnie dotarł do końca swojej drogi. Piąty zbiorczy tom to zarazem ostatni album serii. Serii, do której autor co prawda w ostatnim czasie powrócił, ale co będzie z nią dalej, to pieśń przyszłości. A póki co w nasze ręce trafia kolejny potężny, bo niemal pięćsetstronicowy wolumin, który warto jest poznać. Bo „Goon”, choć nie jest serią dla wszystkich, stanowi tytuł, który miłośników nieszablonowej grozy podanej z wulgarnością i humorem potrafi autentycznie zachwycić.

 

Kapłan Zombie powraca! A to dopiero początek Końca co prawda, ale jednak! Co tu robi Billy the Kid? Czym jest ta gadająca po łacińsku Godzilla? Gdy szaleństwo nabiera tempa, wydarzyć może się dosłownie wszystko! Czyli, jak zawsze…

 

„The Goon” to dziwna seria. Z jednej strony mamy tu do czynienia z nastrojowym horrorem, dziejącym się na terenach wiecznie zasnutych mgłą i zaludnionych przez wszelkiej maści stwory, z drugiej to opowieści noir, z trzeciej science fiction rodem ze złotej ery lat 50., z czwartej zaś komedia i to taka często metafikcyjna, żartująca z samej materii opowieści graficznych. Właściwie wiele jeszcze można by wymienić, bo seria Powella to dziecko, jakie mógłby począć Ed Wood, gdyby zapłodnił Mela Brooksa i razem wychowali je na cmentarzu, zabranym z planu filmowych horrorów z studia Universal, który potem trafił w ręce Tromy, by skończyć jako dekoracja tandetnych filmów grozy z lat 80. XX wieku.

 


Powell wziął w tej serii wszystko to, za co kochał beznadziejną fantastykę z okresu pierwszej dekady po drugiej wojnie światowej, horrory z lat 20. do 80., noir, groszowe opowieści z dreszczykiem czy wątkiem kryminalnym, komiksy wyklętej oficyny E.C. Comics i wiele więcej, wiedział jednak, że poważny hołd zabije tę serię kiczem i tandetą, więc podlał go jeszcze większą porcją kiczu i tandety i opakował w zabawne ciuszki. Nie zawsze super mu to wychodzi, są momenty, które mnie nie bawią, ale większość „The Goon” to kawał świetnych opowieści, w których torturowanie ludzi śmieszy do łez, lejąca się krew ma więcej uroku niż pole pełne pięknych kwiatów, a mgła, mrok, szaleńcy, zombie i wszelkie temu podobne kiczowate elementy i horrorowe tałatajstwo budzi więcej pozytywnych emocji, niż piękno świtu wstającego nad łanami pszenicy czy innego składnika bimbru, którym za chwile struje się cała wieś…

 


Ale co to ja chciałem… A, tak! „The Goon” jest dobry. Jest śmieszny. Jest nastrojowy. Jest też dynamiczny i pomysłowy, chociaż złożony został z niezliczonych klisz. No i jest wyśmienicie zilustrowany – mamy tu i realizm, i cartoonowość i wiele więcej – a przy okazji doskonale wydany. Tom gruby, niczym muskuły Zbira, oprawa twarda, jak jego głowa, do tego obwoluta, papier kredowy (trudno się takim podetrzeć, więc z miejsca już wiadomo, że nie jest to komiks do… wiecie, o co mi chodzi), dodatki… W skrócie, kto lubi horrory, powinien poznać. Może nie każdego „Zbir” kupi, ale warto by każdy spróbował czy to nie opowieść dla niego. W końcu nie przypadkiem jest to seria tak kultowa.







środa, 5 maja 2021

Thanos #2 – Donny Cates, Dylan Burnett, Geoff Shaw

PRZYSZŁOŚĆ THANOSA

 

Wydawnictwo Egmont właśnie zaserwowało nam drugi i zarazem ostatni tom serii Thanos (szukajcie go w księgarni TaniaKsiazka). Po pierwszej części, napisanej prze znakomitego Jeffa Lemiera, tytuł trafił w ręce Donny’ego Catesa. Ten zaś uczynił z niego iście eventową rozrywkę, czasem szaloną i zabawną, czasem poważną i widowiskową. I czyta się to naprawdę bardzo przyjemnie.

 

Thanos już prawie miał w rękach nieograniczoną władzę, kiedy niespodziewanie ją utracił. Jednak według niego jego ostateczne zwycięstwo jest nieuniknione – to tylko kwestia czasu. Po podporządkowaniu Chitauri wydaje mu się, że wreszcie wygrana jest już blisko. Wtedy jednak na scenę niespodziewanie wkracza szalony (i szalenie dowcipny) Cosmic Ghost Rider i zabiera Thanosa w przyszłość. Kto jest zleceniodawcą Ghost Ridera i jaki jest cel tej wyprawy? A może sam Ghost Rider potrzebuje Thanosa, żeby zrealizować swój plan? Scenariusz napisał Donny Cates („Venom”), a rysunki przygotowali Dylan Burnett („Ant-Man”) i Geoff Shaw („God Country”).

Album zawiera zeszyty „Thanos” (2016) #13–18, „Annual” #1 i „Cosmic Ghost Rider” #1–5.

 

Donny Cates to taki autor, o którym mówi się, ze napisze wszystko. Jednocześnie, jak pokazał w wydawanym po polsku Doktorze Strange’u, potrafi to robić. Na dodatek z lekkością, humorem i niekiedy eventowym zacięciem. I właśnie takim eventem jest ta historia o Thanosie, serwując nam epicką i widowiskową opowieść, która dzieje się nie tylko na łamach przygód tytułowego łotra, ale też i w pięciu zeszytach cyklu Cosmic Ghost Rider.

 


Poza tym Thanos w jego wykonaniu to połączenie superhero w realiach space opery z lekką historią, a także opowieścią o rodzinie, czym kontynuuje to, co zostawiło po sobie Lemire w poprzednim tomie. Dzięki temu mamy tutaj i typową akcję, pełną walk i popisów wyobraźni, mamy dynamikę i szybkie tempo, ale dostajemy także sporą dawkę spokojnych, scen. Owszem, autor nie robi tutaj nic wybitnego, ani nie odkrywa nowych komiksowych lądów, ale zapewnia nam naprawdę dobrą rozrywkę, która czasem potrafi zaskoczyć szaleństwem, a którą czyta się dosłownie jednym tchemm

 

Udane są tutaj także rysunki. Dylan Burnett i Geoff Shaw serwują nam tu bowiem wpadające w oko, nastrojowe i pełne komputerowych efektów ilustracje, pasujące do opowieści SF. Ogląda się to bardzo przyjemnie, oddające charakter całości i przydające jej tego, co przydawać powinny – posmaku rodem z epic movies i kinowych hitów Marvela.

 

W skrócie, każdy miłośnik Thanosa i Ghost Ridera powinien ten tom poznać. Tom solidnej grubości (288 stron) i dobrej jakości. A po wszystkim zostaje nam czekać już tylko na kolejny zapowiedziany właśnie, event od Marvela.


Recenzja ukazała się wcześniej na portalu Planeta Marvel.

Sprawdźcie też inne komiksy i nowości w księgarni TaniaKsiazka.pl.

wtorek, 4 maja 2021

Królowa żaru – Laura Sebastian

ZOSTANĄ TYLKO POPIOŁY?


„Królowa żaru”, zwieńczenie trylogii fantasy Laury Sebastian, to, podobnie jak dwa poprzednie tomy, niezła lektura rozrywkowa. Ma swój klimat, ma urok i chociaż nie przełamuje gatunkowego schematu, miłośnikom poprzednich części oferuje dobre zwieńczenie udanej opowieści. Cała trylogia zaś na pewno przypadnie do gustu wszystkim tym, którzy lubią tego typu fantastykę i mają ochotę na kolejną opowieść osadzoną w takich klimatach.


Od znieważanej i prześladowanej księżniczki-więźniarki, do… Właśnie, dokąd los doprowadzi naszą dzielną Theodosię? Odzyskała wolność, ale czy mając ze sobą tylko armię niedoświadczonych rebeliantów, zdoła zaprowadzić zmiany w kraju? Czeka ją, bowiem nie tylko nie tylko walka o uwolnienie ludu, ale też i starcie z Kaiseriną! Czy ogień rewolucji zapłonie z pełną mocą? A może po wszystkim zostaną tylko popioły?

 

Pierwsze dwa tomy trylogii o Theodosii, „Księżniczka popiołu” i „Pani dymu”, były niezłą fantastyką. Ktoś powie, że tylko niezłą i będzie miał rację, patrząc jednak na rynek współczesnego fantasy, nawet niezłe książki zdarzają się coraz rzadziej, a co za tym idzie, tym bardziej warto je cenić. W gatunku w końcu powiedziano już niemal wszystko – dziesiątki, może setki nawet razy – coraz bardziej liczy się, więc dobre odtwórstwo, a w przypadku serii Sebastian, właśnie z takim mamy do czynienia. I to na tyle udanym, że po każdym tomie z chęcią sięgałem po ciąg dalszy. I chociaż autorka z kolejnymi częściami nie wzbiła się na wyższy poziom, zdołała zachować jakość i teraz, po raz trzeci dostarczyła mi przyjemnej rozrywki w świecie fantasy, do którego całkiem miło było wrócić.

 

„Królowa żaru” to po prostu kolejny tom kobiecego fantasy. Rozwija i prowadzi do finału wątki, oferuje akcję, jak i spokojniejsze momenty, ciekawie nakreśla realia wymyślonego świata i pozostaje lekka i przyjemna, więc nie ma tu właściwie miejsca na nudę. Do tego mamy tu typowe dla fantasy schematy, od walk w starym stylu zaczynając, na magii skończywszy, prosto, ale wyraziście nakreślone postacie i nieskomplikowaną akcję.

 

Prostota całości sprawia, że mamy tu do czynienia z lekturą stricte rozrywkową. Na głębię i przesłanie nie ma tu miejsca, niemniej, jako właśnie rozrywkowa opowieść tak ten tom, jak i cała seria Laury Sebastian, wypada przyjemnie. Dość niezobowiązująco, ale sympatycznie. I wystarczająco dobrze, bym nie żałował sięgnięcia po trylogię i bawił naprawdę sympatycznie.

 

Dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka za udostępnienie egzemplarza do recenzji.



poniedziałek, 3 maja 2021

Perfect World #11 - Rie Aruga

PERFECT LIFE? PERFECT FAMILY?

 

Jedenasty i docelowo przedostatni tomik „Perfect World” to jeszcze mocniejsze wniknięcie w życie bohaterów po ślubie. A właściwie w jeden konkretny jego aspekt: chęć posiadania potomka. Autorka dzięki temu ukazuje trudności z tym związane, szczególnie te dotykające osób niepełnosprawnych, a także podejmuje się zastanowienia nad tematem adopcji. A wszystko to w dobrej obyczajowej opowieści, w której nie brak emocji i prawdy.

 

Tsugumi i Itsuki chcą mieć dziecko, ale w ich sytuacji nie jest to wcale taki łatwe, jak mogłoby się wydawać. Dlatego też decydują się na adopcję. Niestety, jak się można domyślać, mają też wiele obaw z tym związanych. Dlatego wybierają się do ośrodka, ale i tam czekają na nich jedynie kolejne problemy. Bo żeby adoptować dziecko, muszą spełnić wiele warunków i rozwiązać kwestie pracy dziewczyny i niepełnosprawności chłopaka. Czy uda im się wygrać batalię o założenie rodziny?

 

Większość tomików „Perfect World” skupiała się nie tylko na dążeniu do spełnienia w miłości i pokonywaniu trudności z tym związanych, ale i na życiu osób niepełnosprawnych i problemach z tym związanych. I to nie tylko, jeśli chodzi o ludzi przykutych do wózka, chociaż to właśnie ten rodzaj niepełnosprawności zgłębiła autorka ze szczegółami, bo kryła się w tym uniwersalna prawda i jednocześnie siła przekonywania.

 

Potem mang dotarła do punktu, w którym bohaterowie są już razem, wzięli ślub… I co dalej? Żyli długo i szczęśliwie czy nie? Na razie nie odpowiada na to pytanie w jednoznaczny sposób, choć jak wiadomo wszystkie opowieści i tak kończą się tragicznie, bo ludzie nie żyją wiecznie i jedynie my nie obserwujemy tego końca, ale rozumiecie, o co mi chodzi. Ale jednocześnie autorka ukazuje nam kolejne trudności w życiu niepełnosprawnych osób. Kwestie seksualności, płodności, chęci posiadania dziecka. Aż docieramy do tematu adopcji i związanych z tym rozważań, nad którymi warto się pochylić, nawet jeśli samemu nie musi się zastanawiać nad taką kwestią.

 


Jak widać po powyższym, autorka w różnej mierze skupia się w tej serii na stronie miłosnej, co i obyczajowej. Nie jest to jednak tandetna historyjka pseudo życiowa, a autentycznie poruszająca opowieść o ciężkim życiu i tym, co się z nim wiąże. Delikatnie przy tym narysowana, pełna jasności i zwiewnej kreski, nie atakuje może oczu czytelnika, ale w swej łagodności pełna jest uroku i udanego klimatu, pasującego do treści.

 

Kto lubi obyczajowe i romantyczne, ale nie naiwne opowieści, powinien „Perfect World” poznać. To dobra seria. I całkiem przy tym dojrzale podchodząca do tematu.

 

Mangę kupicie tutaj:




niedziela, 2 maja 2021

Neon Genesis Evangelion #2 – Yoshiyuki Sadamoto

WALKA Z ANIOŁAMI TRWA

 

Po raz pierwszy z tym tomem (jak i kilkoma kolejnymi) „Neon Genesis Evangelion” zetknąłem się ponad dwie dekady temu, kiedy to JPF z niejasnych powodów wydawało całość w formie zeszytów wydrukowanych w formacie amerykańskim. To był zresztą mój pierwszy kontakt z tą opowieścią – pierwszy i zachwycający. I ten zachwyt został mi po dziś dzień i nawet teraz, gdy odświeżam sobie całą serię, znów czuje się jak ten dzieciak, który z taką fascynując odkrywał niesamowity klimat „Ewangelii nowego stulecia”.

 

Po pokonaniu pierwszego w swojej karierze anioła Shinji zaczyna zadomawiać się w Neo Tokio III. Mieszka z Misato, w szkole zaczyna nawiązywać relacje z rówieśnikami, którzy nie zawsze są mu przychylni i stara się odnaleźć w świecie mimo depresji. Wkrótce jednak nadchodzi czas kolejnego wyzwania, gdy kolejny anioł przypuszcza atak na miasto. Czy tym razem Shinji też poradzi sobie z wrogiem?

 

Pierwsze tomy „Neon Genesis Evangelion”, najbliższe serialowej wersji tej opowieści, to jeszcze nie ta opowieść, która robi największe wrażenie. To, co tutaj mamy to klimatyczne – i to bardzo – ale dość typowe SF o wielkich robotach walczących z tajemniczym zagrożeniem rodem z kaiju. Owszem, mamy tu sporo świetnych scen, humoru, erotyki i codziennych spraw, podszytych dużą dawką depresji i nutą filozofowania, ale jeszcze te ostatnie elementy nie osiągają poziomu, za który tak kocham „NGE”. Tak samo, jak i tajemnice, które pobrzmiewają na razie gdzieś w tle i jeszcze trochę dzieli nas do tego by wybuchły z pełną mocą i powaliły nas na kolana.

 


Nie zmienia to jednak faktu, że rozrywka, jaką oferuje nam seria, jest iście rewelacyjna. Tempo jest szybkie, tomik pochłania się jednym tchem, walki robią spore wrażenie, a i dobrze rozwijana strona obyczajowa wypada naprawdę znakomicie. Do tego mamy świetne ilustracje, proste, czasem dość niechlujne, ale nastrojowe, wpadające w oko i budujące doskonały klimat. Bo chociaż to tylko adaptacja kultowego anime, a zatem dość uproszczona i maskująca wiele na polu graficznym mrokiem i rastrami, Sadamoto tak sprawnie wykonał swoją robotę, że to, co mogłoby być minusem, zmienia się w mocną stronę opowieści.

 

Dlatego nie pozostaje mi nic innego, jak polecić serię Waszej uwadze. To nie tylko kawał dobrego komiksu, ale też i po prostu jedna z najlepszych serii mangowych, jakie powstały. Może nie jest to opowieść dla wszystkich, ale na pewno warto ją poznać i przekonać się, czy do Was trafi. Bo jeśli trafi, będziecie zachwyceni i nigdy o „NGE” nie zapomniecie.

sobota, 1 maja 2021

Perfect World #10 - Rie Aruga

I ŻYLI… DŁUGO I SZCZĘŚLIWIE?

 

Gdzie kończą się opowieści o miłości? W momencie, w którym bohaterowie w końcu schodzą się ze sobą, biorą ślub i najprawdopodobniej żyją długo i szczęśliwie. I o tym właśnie opowiadał poprzedni tomik serii „Perfect World”. Ale autorka nie zamierzała poprzestać na tym i wciąż serwuje nam kolejne części. Co w nich zawarła? Głównie codzienne życie po ślubie, ukazane z perspektywy związku zdrowej i niepełnosprawnej osoby, oferując wiele ciekawych spostrzeżeń w tym temacie.

 

Tsugumi i Itsuki mimo problemów i przeciwności losy, w końcu złączyli się na dobre, wzięli ślub, a teraz czeka na nich wspólne życie. Życie, które zaczyna się szczęśliwie, ale szybko pojawiają się pierwsze rysy na fasadzie idealnego związku. Gdy oboje zaczynają zastanawiać się nad przyszłością, zaczynają rozważać sprowadzenia na ten świat dziecka. Tylko czy w ich sytuacji powinni w ogóle rozważać ten temat? A jeśli zdecydują się spłodzić potomka, co to będzie dla nich oznaczało i z jakimi problemami się wiązało?

 

Dziesiąty tomik „Perfect World” pokazuje, że seria ta, choć mocno romantyczna, nie jest typowym romansem. Bo romans już by się zakończył, kiedy bohaterowie wzięli ślub, tu jednak opowieść trwa nadal i pokazuje nam wiele ciekawych rzeczy. Jak wygląda życie erotyczne osoby przykutej do wózka? Co z kwestią dzieci? I jak wygląda codzienne życie z niepełnosprawnym, bo dotąd bohaterka tak naprawdę jedynie liznęła temat…

 


Rie Aruga, tak jak dotąd, tak i teraz, skupia się na jak najdokładniejszym oddaniu problemów osoby przykutej do wózka, jej uczuć i tego, jak odbiera ją społeczeństwo i bliscy. Ta część trafi nie tylko do każdego czytelnika, który w ten czy inny sposób ma problemy ze zdrowiem, bo chyba każdy znajdzie tu coś fascynującego i przerażającego zarazem. Jednocześnie jest tu dużo momentów dla fanów obyczajowych opowieści i wzmiankowanych już romansów, a także opowieści psychologicznych. Więcej tu co prawda goryczy, niż radości, ale tak właśnie powinno być, bo życie nie oszczędza nikogo, a już na pewno nie osób niepełnosprawnych.

 


Jeśli chodzi o szatę graficzną, to od początku pozostaje taka sama. Ilustracje są więc proste, pozbawione nadmiaru czerni, zwiewne wręcz, by nie rzec po prostu, że kobiece, ale kiedy trzeba detale techniczne, są dopracowane i realistyczne. A razem z udaną treścią wszystko to składa się na dobrą serię, która porusza nietypowe, ale warte poruszania tematy, które chyba żadnego czytelnika nie pozostawią obojętnym.

 

Mangę kupicie tutaj:





piątek, 30 kwietnia 2021

Fire Force #9 - Atsushi Ohkubo

WALKA W NEITHERZE


Kolejny tomik „Fire Force” w moich rękach. Czyli kolejna porcja dobrej zabawy zapewniona. Bo nawet, jeśli seria ta nie grzeszy oryginalnością, za każdym razem, gdy sięgam po kolejne jej części, bawię się naprawdę dobrze i mam ochotę na więcej. I to chyba najlepsze, co mogę powiedzieć o przygodach dzielnych strażaków.

 

W poszukiwaniu Shou i Ewangelisty, Ósemka staje przed nie lada wyzwaniem: wdarciem się do Neitheru! Niestety wrogowie już na nich czekają i jest zdecydowanie za dużo. Rozdzielni bohaterowie muszą działać samodzielnie, a walka trwa i to na śmierć i życie. Kto przetrwa? I za jaką cenę?

 

Chociaż „Fire Force” przez czas, jaki minął od zaczęcia tej opowieści, stał się serią nieco bardziej autorską, wciąż jest to opowieść, która pełnymi garściami czerpie ze świetnego shounena „Ao no Exorcist”. Świat, gdzie nie brak dziwnych mocy, z którymi walczą oddziały służb władających mocami? Jest. Demony? Zagrożenia wewnętrzne? Też są. Do tego mamy głównego bohatera, podobnego z wyglądu do postaci wiodącej z tamtej serii, na dodatek jak tamten mającego w sobie demoniczne moce… Długo można by wymieniać…

 

… ale po co, skoro zabawa i tak jest udana? Tym bardziej, że mamy tu naprawdę udaną, konkretną treść. Szybka akcja, piękne dziewczyny, odrobina łagodnej erotyki, niezłe wykorzystanie strażackich klimatów, humor, fantastyka… Czyta się to wszystko szybko i przyjemnie. Ma też swój urok, a do moich ulubionych elementów serii należą erotyczne wypadki pewnej bohaterki, która wiecznie kończy zmolestowana (przypadkiem!) albo (również przypadkiem) odarta z odzienia.

 


Jeśli chodzi o rysunki, to szata graficzna, chociaż czasem nieporadna, również przypomina „Ao no Exporcist”. Jest tu też coś z „My Hero Academia”, nie brak również innych inspiracji, ale jednocześnie ma to swój charakter i nawet gdy jakieś elementy szwankują, pozostaje miłe dla oka. I pozostaje wyraziste, a to nie łatwo, przy tylu inspiracjach.

 

I chociaż „Fire Force” to taki shounenowy miszmasz, posklejany z gatunkowych schematów i elementów znanych każdemu, nikt kto lubi ten klimat nie będzie zawiedzony. To dobra, lekka, dynamiczna i nieskomplikowana manga z tajemnicami i dobrą akcją. A grupie docelowej nic więcej nie potrzeba.

 

Dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.






czwartek, 29 kwietnia 2021

Strażnicy Galaktyki #3: Poszukiwanie nieskończoności – Gerry Duggan, Aaron Kuder, Marcus To

KONIEC POCZĄTKU CZY POCZĄTEK KOŃCA?

 

Ten tom „Strażników Galaktyki”, który trafił w moje ręce z księgarni TaniaKsiazka, to zarazem powrót serii do starej numeracji, co wiąże się ze świętowaniem jubileuszu 150. jej zeszytu, jak i zakończenie tego runu, jako takiego. Jednocześnie jednak to zaledwie koniec początku, wprowadzającego nas do wydarzeń, które już niedługo będziecie mogli czytać na polskim rynku, czyli eventu „Wojny Nieskończoności”. I chociaż album ten to tylko rozrywka pełnymi garściami czerpiąca z marvelowskiej klasyki, ale dla fanów postaci i kosmicznych komiksów superhero to rzecz warta poznania.

 

Strażnicy Galaktyki dotąd byli kosmicznymi wyrzutkami, którzy co prawda działali w słusznej sprawie, ale też nie zawsze. A raczej częściej pakowali się w jakieś tarapaty czy konflikty z prawem. Ale teraz nadchodzi zmiana i dołączają do Korpusu Nova, czyli swoistej kosmicznej policji! W tym wszystkim nie chodzi jednak tylko o zaprowadzenie ładu czy rozliczenie się ze szpiegami, ale i znalezienie potężnych Kamieni Nieskończoności. A przecież nie tylko oni ich szukają, a za przeciwników maja chociażby Ultrona. Na scenie pojawia się też sam Adam Warlock, ale jakie są jego zamiary?

 

Zarówno Marvel, jak i DC (a czasem także inni wydawcy), raz na jakiś czas serwują nam eventy, czyli wielkie opowieści łączące w sobie wydarzenia kilku serii i prowadzące do zmian w uniwersum. W przypadku DC najczęstsze są tzw. „Kryzysy”, których nazwa wzięła się od pierwszego takiego wydarzenia. W Marvelu pierwszym, eventem były „Tajne Wojny” (powielane potem, ale niezbyt często), ale największą sławą cieszą się opowieści spod szyldu „Nieskończoności”. W Polsce mogliśmy czytać część z nich („Rękawica nieskończoności”, „Wojna nieskończoności”, „Krucjata nieskończoności” czy „Nieskończoność”), a teraz nadchodzą „Wojny nieskończoności”, do których „Strażnicy Galaktyki” nas wprowadzają.

 


Wracając jednak do samej opowieści w wykonaniu znanego chociażby z „Deadpoola” Gerry’ego Duggana to niezły rozrywkowy komiks środka, który wypełniony jest akcją i – w mniejszym stopniu – żartami. Na kolana może nie powala, ale nie nudzi, bywa widowiskowy, na stronach dzieje się dużo, a miłośnicy Marvela odnajdą tu wiele nawiązań i puszczania oka (choćby w okładkach odnoszących się do „Rękawicy nieskończoności” czy „Krucjaty”). Owszem, to, co się tu dzieje, było już nie raz i w różnych konfiguracjach, ale scenarzysta stara się, by jego run „Strażników Galaktyki” był jak najbardziej lekki, dynamiczny i przyjemny i to mu się udaje.

 

Rysunkowo także jest to historia jest całkiem udana. Prosta, ale niepozbawiona pewnej dozy realizmu kreska i niezły kolor dają sympatyczny efekt końcowy, a dobre wydanie nieźle to uzupełnia. Miłośnikom „Strażników: i kosmicznych klimatów uniwersum Marvela polecać nie muszę, a reszta? Cóż, jeśli lubicie takie klimaty, sięgnijcie śmiało, ma swój urok.

 

Sprawdźcie też inne komiksy i nowości w księgarni TaniaKsiazka.pl.




Atelier spiczastych kapeluszy #6 - Kamome Shirahama

DRUGA WERSJA DRUGIEGO TESTU

 

Jeśli chodzi o typowe mangi fantasy, „Atelier spiczastych kapeluszy” to zdecydowanie jedna z najlepszych serii na polskim rynku. A na pewno, jeśli chodzi o szatę graficzną, która w przypadku tego tytuły jest po prostu urzekająca. Ale treść też jest niczego sobie i potrafi wciągnąć miłośników tego typu opowieści.

 

Drugi test nie dobiegł końca. Przerwał go atak kapeluszy z rondami. Ale to dopiero początek.

Na dnie morza znajduje się centrum społeczności czarodziejów zwane Wielkim Audytorium. To właśnie tam trafia Quiferey ze swoimi uczennicami. Na Koko czeka tu spotkanie z mędrcem Beldaruitem. Wszystko po to, by dziewczynki mogły odbyć jego własną wersję testy, który im przerwano. Ale jak ona będzie wyglądała?

 

Jaka jest ta seria, każdy widzi na pierwszy rzuty oka. Czarodzieje, magia, zamki, fantastyczne istoty. Standard, prawda? Ale liczy się wykonanie, a to akurat „Atelier” jest udane. A momentami nawet bardzo. Bo przygody młodych czarodziejek to po prostu lekka, nastrojowa fantastyka. Trochę utrzymana w klimatach „Harry’ego Pottera”, ale świat w tej mandze bardziej przypomina klasyczne, średniowieczne realia niż cokolwiek współczesnego. Ale właśnie takie fantasy chyba najbardziej przemawia do miłośników gatunku, prawda?

 

Akcja jest tu dynamiczna i widowiskowa, ale nieprzesadnie szybka. Postacie skrojone są prosto i sympatycznie; może ich psychologia nie jest wybitna, ale pozostają zapamiętywane. Tempo wydarzeń nie jest zbyt szybkie, ale to akurat lepiej pasuje do „Atelier”, niż pędzenie na złamanie karku, atakowanie czarami na lewo i prawo i pokonywanie hord wrogów. Nie brak tu także bardziej życiowej, obyczajowej strony.

 


Ale najlepsze i tak pozostają ilustracje. Szczegółowe, realistyczne i bardzo nastrojowe. Niby nieskomplikowane, odarte z czerni i rastrów, ale jednocześnie dopracowane, świadome i nastrojowe. Wpadają w oko, dodają świeżości typowo mangowej estetyce, bo pobrzmiewają w nich echa europejskich komiksów i doskonale oddają każdy, nawet najdrobniejszy i najbardziej dziwny czy nietypowy element.

 

Czy trzeba dodawać coś jeszcze? Każdy, kto lubi dobrą, typową fantastykę, na pewno nie będzie zawiedziony. A nawet, jeśli nie przepada za takimi klimatami, grafiki są w stanie przekonać do całości każdego.

 

Tytuł dostępny tutaj:




Magi #36 – Shinobu Ohtaka

CZY WARTO RATOWAĆ ŚWIAT

 

Przedostatnim tomik „Magi” właśnie trafił do sprzedaży. I co tu dużo mówić w temacie… Fani na pewno sięgną w ciemno, bo kto przerywałby serię tuż przed wielkim finałem, przeciwników nie przekonam. Jednakże tych, którzy nie znają jeszcze tego tytułu a cenią sobie fantastykę, shouneny i historie przygodowe, koniecznie powinni zapoznać się tytułem i dać porwać do niezwykłego świata magii i niezwykłości.

 

Dzieje się coś dziwnego w Wielkim Kanionie. Gdy Święty Pałac nurza się w chaosie, na polu bitwy sytuacja komplikuje się coraz bardziej. Zaczyna się ostateczna walka o losy świata. Ale czy taki świat wart jest w ogóle ratowania?

 

„Magi” to seria, którą bardzo doceniłem. Za co? Na samym początku za ten shounenowy klimat, jej tempo, humor i bohaterów skrojonych według wzorców, które lubię. Bo jak tu nie lubić typowych niepozornych wybrańców, którzy śmieszą nas, bawią i którym kibicujemy? Problemem było to, że nie trawię arabskich klimatów „Baśni tysiąca i jednej nocy, ale szybko okazało się, że seria jest tak świetna, że nie ma to znaczenia. Do tego wszystkiego doszedł bowiem znakomity klimat, lekki, ale pełen mroku i świetne, dynamiczne i efektowne walki. Nuta erotyki. Humor. Tajemnice.

 

Kto jednak należy do miłośników bliskowschodnich baśni, podań i legend też znajdzie tu coś dla siebie. W „Magi” bowiem, doskonale znane każdemu postacie, miejsca i wydarzenia zyskują nowe życie i nową estetykę. Mieszając się z typowymi dla shounenowych bitewniaków schematami i elementami i spotykając się z solidną dawką fantasy, zyskują odświeżenie i otoczkę przydającą całości atrakcyjności dla tych, którzy się w tej estetyce nie odnajdują na co dzień.

 


A szata graficzna? Z jednej strony jest lekka, prosta i cartoonowa, typowa dla shounena. Z Drugiej zaś  nieco mroczniejsza i bardziej realistyczna, kiedy tego potrzeba, co mnie osobiście bardzo odpowiada. Postaci, wyraziście nakreślone, są rozpoznawalne i mają swój charakter, świat jest tradycyjnie znakomicie oddany, do tego mamy dynamikę i widowiskowości walk, sporo popisów wyobraźni i naprawdę ciekawy nastrój.

 

W skrócie kawał dobrej zabawy. Zabawy, która już niedługo się skończy. Trochę żal, z drugiej strony nadal jest tyle świetnych serii na runku – i tyle jeszcze czeka na wydanie – że będzie czym otrzeć ewentualne łzy.

 

Dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.





środa, 28 kwietnia 2021

Authority, tom 2 – Paul Jenkins, Mark Millar, Warren Ellis, Tom Peyer, Joe Casey, Doselle Young, Chris Weston, Cully Hammer, Dustin Nguyen, Frank Quitely, Georges Jeanty, John McCrea, Arthur Adams, Gary Erskine

NAJLEPSZA WŁADZA

 

To, co Warren Ellis zrobił, jako bardzo dobrą serię, Mark Millar przemienił w iście rewelacyjną opowieść, która już nie tylko ociera się o coś więcej, ale od początku ma na celu zaserwowanie nam głębi, prawdy i wielkiej siły. I robi to w sposób, który zachwyca i skłania do zadumy. A przy okazji w końcu zostaje wykorzystany zarówno potencjał kontrowersji, jak i niektórych postaci (w szczególności Midnightera).

 

Jenny umarła. Była duchem XX wieku i wiedziała, że to nastąpi. Każdy jednak wie, że w przyrodzie energia nie ginie, tylko przechodzi w inną postać. Jasne jest więc, że gdzieś na świecie jej moc odrodziła się jako dziecko stanowiące wcielenie całego zaczynającego się właśnie wieku XXI. Authority chcą je przejąć, rząd USA zabić, bo wiek XX bardziej im odpowiada i lepsze jest stare zło, niż nowa niepewność. Authority muszą, więc stanąć do walki z grupą herosów wzorowanych na Avengers. Pytanie tylko, kto tu jest gorszy, kto jest herosem i czy w ogóle ktokolwiek na określenie bohatera może zasłużyć?

 

Swego czasu „Authority” (szukajcie ich w księgarni TaniaKsiazka) określano, jako najbardziej kontrowersyjną serię komiksową w dziejach, ale trudno się było z tym zgodzić, mając w pamięci chociażby wybitnego „Kaznodzieję”. Fakt jednak, że otoczka kontrowersyjności i tak towarzyszyła cyklowi, przekładał się na jej popularność. Ellis jednak chyba nie czuł do końca tej opowieści, bo nie wykorzystał w pełni jej potencjału. Millar, scenarzysta pasujący idealnie do tego tytułu, bo od lat uznawany za jednego z najbardziej kontrowersyjnych w branży, przejął cykl, kiedy Ellis uśmiercił dowodzącą grupą Jenny i kazał ekipie radzić sobie pod nowym przywództwem. I to przejął opowieścią tak mocną, że zagwarantował nią sobie miejsce na liście 100 najlepszych komiksów wszech czasów magazynu „Wizard”. Jak mu się to udało?

 


Millar to scenarzysta, którego albo się kocha (jeśli się szuka w komiksach środka wyższych wartości i mocnej treści), albo nienawidzi. Ja uwielbiam z kilku powodów:, bo w zalewie krwi i przemocy zawiera mnóstwo satyry i prawdy, bo kontrowersje, do których się ucieka pokazują mądrość autora i służą mu do przekazania czegoś więcej, i także, bo w mało oryginalnych pomysłach, w sztampie wręcz, Millar najczęściej znajduje coś, czego przez lata nie potrafił znaleźć nikt inny, wykorzystując wątki do maksimum. I dokładnie to robi w swoim runie „Authority” (w czym pomagają mu tacy scenarzyści, jak Paul Jenkins czy Tom Peyer), skupiając się na tym, co najważniejsze, czyli bohaterach, ukazując ich ludzką, zwyczajną i jakże wadliwą stronę. Ich ludzkie ułomności, błędy i gorsze cechy charakteru.

 

Millar nie zmienia ich charakterów, ale wydobywa z nich to, co najlepsze. A właściwie najgorsze. Dodatkowo tak, jak równocześnie z nim robił to Straczynski, a wcześniej Miller i Moore, konfrontuje wielkie moce i wielkie ideały z ustanowionym prawem i wielką polityką. I, oczywiście, ttym co uwielbia: popkulturą. W ten sposób w ręce czytelników trafia dzieło mocno, brutalne (jest i dzieciobójstwo, i okaleczenia i wiele więcej), ale na wskroś prawdziwe (po co ratować świat przed kosmicznymi zagrożeniami, kiedy ludzkość na to nie zasługuje, skoro nadal dopuszcza do tyrani czy ludobójstw?) i przez to jakże przejmujące. I bardzo dobrze zilustrowane, szczególnie przez Franka Quitelya, którego realizm i cartoonowość z miejsca wpadają w oko.

 


Lata temu początek tej opowieści ukazał się w czwartym tomie serii „Authorithy”. Przez ten czas jednak czytelnicy nie mieli okazji poznać całości rewelacyjnej wizji Millara. Teraz jednak się to zmieniło za sprawą tego ponad pięćsetstronicowego tomu, wieńczącego jednocześnie pierwszy volume wydawania cyklu. Czy będzie nam dane poznać resztę serii (pisanej już między innymi przez Granta Morrison czy Toma Tylora) nie wiem, wiem jednak, ze te dwa tomy, które wyszły do tej pory – a w szczególności drugi z nich – to rzecz, którą poznać powinni wszyscy miłośnicy dobrych, mocnych i ambitnych komiksów dla dojrzałych czytelników.

 

Sprawdźcie też inne komiksy i nowości w księgarni TaniaKsiazka.pl.