piątek, 17 sierpnia 2018

Strrraszna historia: Ci wredni Rzymianie - Terry Deary, Martin Brown

STRASZNIE CIEKAWI RZYMIANIE


Co zrobić, żeby historia była ciekawa dla dzieci i młodzieży? Można np. zabrać uczniów w teren, pokazać im zamek, kilka przedmiotów i opowiedzieć związane z nimi fakty. Można także zainteresować je ciekawostkami, przełamując w ten sposób akademicką nudę. A można po prostu dać im książki z serii „Strrraszna historia”, które autentycznie wciągają, bawią i uczą, wywołując przy tym całą masę emocji, ze strachem, jak obiecuje tytuł, włączenie.


Starożytni Rzymianie, któż z nas o nich nie słyszał? Wojny, igrzyska, cesarzowie, Asteriks i… Nie, to ostatnie to jednak nienajlepszy przykład, choć z drugiej strony każdy, kto dobrze bawił się na przygodach dzielnych Galów, także i czytając tę książkę będzie zadowolony z lektury. Ale skończmy z tymi wtrąceniami i wróćmy do treści. Co zatem jeszcze znajdziecie tutaj, poza poruszonymi wyżej kwestiami? Mnóstwo ciekawostek, od niewiernych rzymskich żon, przez ciekawostki o tapirowaniu włosów przez Brytów, po wyjaśnienie czym było vomitorium. Chcecie dowiedzieć się tego wszystkiego? Poznać kilka krwawych faktów i odkryć, co rzymscy żołnierze mieli pod swoimi… spódniczkami? Albo poznać gry i zabawy starożytnych? A zatem sięgnijcie po niniejszą książkę i cieszcie się, bo wszystko to (i jeszcze dużo więcej) czeka tu na Was!


I do tego podane w jakże znakomity sposób! Bo przecież nie jest to kolejna nudna lekcja historii. Książki z serii „Strrraszna historia” nie przypominają pod żadnym pozorem (prawie, bo pewne fakty są tu podane w typowy sposób, ale jest ich mało i nie rzuca się to w oczy) wykładu nauczyciela. Jeśli już miałbym do czegoś je przyrównać, powiedziałbym, że są to takie opowieści starszego kolegi, który wie dużo, ale nie chce nas zanudzać. Wybiera więc co ciekawe, nie zapominając przy tym by wspomnieć o kilku ważnych rzeczach, które mogą się nam przydać w szkole i serwuje je wszystkie w sposób prosty, zrozumiały dla każdego i przede wszystkim interesujący.


Czytając książki takie, jak ta, naprawdę można zainteresować się historią. Ba, nawet ją pokochać. To w końcu dziedzina, która wcale nie jest pełna nudnych dat i nikomu nieprzydatnych informacji, a coś, co kryje w sobie nieskończenie wiele fascynujących rzeczy. Trzeba umieć je znaleźć i pokazać, autorowi się to udało, a kto wie, czy jeśli sami nie dacie się uwieść przeszłości i nie zostaniecie w końcu nauczycielami, nie przekażecie tej wiedzy tak, jak powinno się ją przekazać?


Póki co jednak sięgnijcie po ten, jak i inne tomy „Strrrasznej historii” i przekonajcie się, co mają do zaoferowania. Wciągający, przystępny tekst, świetna szata graficzna i dobre wydanie to jedno, jednak między wierszami i rysunkami kryje się tu coś o wiele ważniejszego: prawdziwa pasja, która potrafi udzielić się innym. Dlatego też polecam gorąco.


A wydawnictwu Egmont dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.




Strrraszna historia: Ci okrutni Wikingowie - Terry Deary, Martin Brown

STRASZNIE CIEKAWA HISTORIA… WIKINGÓW


Jakich przedmiotów uczniowie najbardziej nie lubią? Z doświadczenia – i to nie tylko własnego, żeby była jasność – wiem, że nauk ścisłych, geografii i, oczywiście, historii. Czy to wina tych dziedzin, nie jestem do końca pewien, bo przez całą moją szkolną edukację, nie spotkałem żadnego nauczyciela, który potrafiłby zachęcić do zgłębiania wiedzy poruszanej na tych właśnie lekcjach. Nawet ci rzekomi pasjonaci własnej gałęzi nauki zachowywali się tak, jakby nie znajdowali w niej zbyt wiele ciekawych elementów. A przecież fascynujące może być wszystko, trzeba tylko umieć znaleźć w danej rzeczy coś, co nas zainteresuje, odkryć jej mniej znaną stronę i przede wszystkim poznać właściwy sposób zgłębienia – ot choćby kogoś, kto będzie potrafił pokazać nam temat tak, jak na to zasługuje. Jednymi z takich osób są autorzy serii „Strrraszna historia”, którzy udowadniają, że dzieje naszych przodków mogą wciągać równie mocno, co hollywoodzkie hity i przy okazji bawić tak, że nie sposób oderwać się od lektury.


W tym tomie, jak sam tytuł wskazuje, na czytelników czeka mnóstwo ciekawostek o Wikingach. Chyba nie ma zbyt dużego sensu zdradzać co znajdziecie w środku, ale jeśli chcielibyście się dowiedzieć, czemu ci potężni wojownicy nosili takie dziwne imiona (choćby Śmierdziuch), jakie potrawy gotowali, ich medyczne zdolności czy to, jak zbudować jedną z ich długich łodzi, to lektura dla Was. Wraz z autorami wyruszycie nie tylko w fascynującą podróż w czasie do epoki krwawych podbojów, ale także i na wyprawę u boku legendarnych barbarzyńców, przekonując się, jak okrutni i pomysłowi bywali…


Kiedy sam byłem dzieckiem, w jednym z numerów „Kaczora Donalda” (wiem, że przy okazji kilku recenzji pisałem o podobnych rzeczach, ale magazyn ten był jedną z moich ukochanych lektur szczenięcych lat i po opowieści z Kaczkami i Myszami sięgam chętnie nawet teraz) zobaczyłem reklamę serii „Strrraszna historia”. Oczywiście z miejsca chciałem ją poznać, ale, jak się okazało, księgarnie w małych miastach do najlepiej zaopatrzonych nie należą. W końcu jednak dorwałem kilka tomów z tej serii (w tym kalendarz z makabrycznymi datami i ciekawostkami) i muszę przyznać, ze bawiłem się naprawdę dobrze.


Ten tom, tak jak i te, które czytałem przed laty, to lekko i prosto napisana książka, pełna takich ciekawostek, jakie najbardziej lubią wszyscy uczniowie – nieuczonych w szkole. Ciekawostek trochę krwawych, trochę strasznych, ale podanych z nutą czarnego humoru i w sympatyczny sposób. Jednocześnie dzieci i młodzież dowiadują się z tej serii rzeczy, które przydadzą się im na lekcjach. Może nie w bezpośredni sposób, ale na pewno ubogacą ich wiedzę. I wcale nie są przy tym nieodpowiednie dla ich wieku. Dodatkowo całość jest zilustrowana w bardzo przyjemny dla oka sposób, co jeszcze bardziej uatrakcyjnia lekturę.


Jeśli więc szukacie dla swoich dzieci nietypowej lektury typu „nauka poprzez zabawę”, seria „Strrraszna historia” to coś dla Was. Coś, co nie znudzi Waszych pociech, a wręcz sprawi, że będą łaknęły kolejnych tomów, a przy okazji dostarczy im czegoś ponad rozrywkę. Ja ze swej strony polecam.


A wydawnictwu Egmont dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.




czwartek, 16 sierpnia 2018

Dragons Rioting #6 - Watanabe Tsuyoshi

MĘSKI CZYŚCIEC NIE ZAZNA SPOKOJU


Chociaż połowa serii już dawno za nami i finał jest już coraz bliżej, „Dragons Rioting” wydaje się właśnie rozkręcać. Nie dość, że główny bohater dopiero znajduje cel swojego pobytu w Męskim Czyśćcu, to jeszcze autor w końcu oficjalnie się nam przedstawia w zamieszczonym tu dodatku. To wszystko jednak nie ma większego znaczenia, bo w mandze nie zmienia się właściwie nic, więc miłośnicy jak zwykle będą zadowoleni z lektury.


Kończą się letnie wakacje i zaczyna kolejny semestr nauki w Męskim Czyśćcu. Rintaro wraca do szkoły, by przekonać się że niemal wszystkie budynki są w ruinie, a z nieba spadają skąpo odziane dziewczęcia. Czyżby coś tu się zmieniło, a może on sam zapomniał już jak wygląda codzienność w tym miejscu? Szybko okazuje się, że wraz z semestrem zaczął się tradycyjny Puchar Cesarskiej Pieczęci. Wszystkie drugo- i trzecioklasistki będą toczyć zawzięty bój o tytułowy artefakt. Liczy się jednak nie to, kto go zdobędzie, a kto będzie go posiadał na koniec Pucharu. A to wcale nie jest takie oczywiste, bo na jego znalazcę czekają nieprzebrane rzesze wojowniczek gotowych na wszystko, byle tylko zdobyć nagrodę główną – nauczenie tajnej techniki, która może przeważyć szalę zwycięstwa w walkach Smoków. Tak się jednak składa, że pieczęć wpada w ręce Rintaro. Chłopakowi niezbyt zależy na rywalizacji, tym bardziej, że jest przecież dopiero w pierwszej klasie, poznaje nawet dziewczynę, która nie chce polować na nagrodę, ale niestety jest ona wyjątkiem. Puchar trwa, walki nie ustają, Męski Czyściec coraz bardziej się rozpada, a Rintaro wie, że jeśli czegoś nie zrobi, szkoła nigdy nie zazna spokoju. Ale czy jego starania pomogą, czy też może pogrążą placówkę?


Każdy tom „Dragons Rioting” to wielka demolka i mnóstwo łagodnej erotyki spod szyldu panchira (ciągłe ukazywanie majteczek) i ecchi (nagością, ale pozbawianą detali anatomicznych czy seksu). Autor wszystko to ujął w żartobliwe ramy, chcąc pokazać, że wcale nie ma w głowie tylko jednego i podlał dowcipami z klasyki gatunku shounen, filmów i gier. W konsekwencji powstała seria co prawda głównie dla nastolatków, których myśli krążą wokół płci przeciwnej, ale za to lekka, szybka w odbiorze i całkiem sympatyczna.


Przy okazji „Dragons Rioting” jest też dobrze narysowane. Lekko, ze sporą dozą prostoty, ale z talentem i urokiem. Bohaterki są odpowiednio ładne i obdarowane kształtami, a ich walory i bielizna należycie wyeksponowane, ataki i demolka robią wrażenie, a bohaterowie prezentują się jak na shounen przystało. Nawet humor obrazkowy wypada tu naprawdę dobrze.


I chociaż „Dragons Rioting” to manga, która nie grzeszy logiką czy inteligencją, czyta się ją naprawdę przyjemnie i szybko. Ot taka lekka seria na odreagowanie złego humoru. Jak pisałem już nieraz, głównie dla nastolatków, ale głównie nie oznacza, że tylko, prawda?


Dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.







środa, 15 sierpnia 2018

Dragons Rioting #5 - Watanabe Tsuyoshi

OŚLIZGŁE WĘGORZE


To już piąty tom „Dragons Rioting”. Piąty tom walk, wymyślnych technik, nieskomplikowanej fabuły, niewyszukanego humoru i wszędobylskiej erotyki. Tym razem jednak Rintaro może nieco odpocząć od szkoły, ale także, wzorem tomów poprzednich, na niego i czytelników czeka nowe, trudne wyzwanie, z którym będzie musiał sobie poradzić.


Nadeszły letnie wakacje i Rintaro w końcu może odpocząć od trudów szkoły. Liczy, że najbliższy czas będzie też dla niego wytchnieniem od dziewczyn, ich towarzystwa, zapachu i wszędobylskich miękkich kształtów atakujących go na każdym kroku, ale nic bardziej mylnego. Kiedy tylko wymyka się z budynku, odkrywa, że na krok nie odstępują go jego „uczennica” oraz zakochana w nim koleżanka. Cała trójka trafia do ojca Rintaro, który z zaskoczeniem przyjmuje prawdę o Męskim Czyśćcu, ale mimo starań rodzica (łowienie węgorzy! ach ten biedny Rintaro i jego nerwica!), dziewczyny nie dają się za nic pozbyć. Sytuacja komplikuje się, kiedy na scenie pojawia się Saizo, „brat” Ayane, który ma z nią pewne rachunki do wyrównania. Towarzyszy mu ich wspólna przyjaciółka z przeszłości. Powoli zbliża się czas kolejnej walki i wyjawienia tajemnic Ayane…


Ta manga nie ma zbyt wiele sensu. Prawa fizyki? Logika? Wszystko to wyparte zostało prze gigantyczne biusty podskakujące do rytmu kolejnych walk, majteczki, które co i rusz wyskakują na światło dzienne i prowokacyjne pozy przybierane przez bohaterki. Są tu walki, jest akcja i żartów także nie brak, ale wszystko sprowadza się do łagodnej acz intensywnej w swej ilości erotyki.


Na szczęście nie jest ona ani nachalna, ani tym bardziej aż tak bardzo dominująca, jak można by sądzić. Dlatego też nawet czytelnicy, którzy nie tego szukają w tej serii będą mogli bawić się nieźle. Owszem, „Dragons Rioting” nie jest mangą ani wielką, ani przełomową. To czysta rozrywka, czasem nawet głupkowatą (na szczęście nie głupią), lekka i prosta w odbiorze. Dzięki nucie satyry i żartów z bitewniaków, to co mogło być niestrawne i przeznaczone tylko dla zakompleksionych nastolatków z burzą hormonów staje się nagle zabawne i sympatyczne właściwie dla każdego fana shounenów.


Dobrze przy tym zilustrowane, dość prosto, to prawda, ale w udany sposób, i ładnie wydane (z zachowaniem kolorowych stron), prezentuje się na tych polach naprawdę bez zarzutu. Owszem, „Dragons Rioting” spodoba się przede wszystkim nastoletnim chłopcom, ale każdy kto chce się pośmiać bez zobowiązań i bez angażowania myślenia, będzie zadowolony. Ot lekka seria dla odstresowania, a w przypadku facetów, nacieszenia oka kobiecymi kształtami.


Dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.






poniedziałek, 13 sierpnia 2018

Dragons Rioting #4 - Watanabe Tsuyoshi

Z CYC… PISTOLETEM PRZY GŁOWIE


Seria „Dragons Rioting” od samego początku miała w sobie sporo satyry na gatunek shounen, ale tym razem autor postanowił podkręcić nieco te elementy. Zaczynając od pojawienia się bohatera z podobnymi, co Rintaro kłopotami, na sparodiowaniu pokémonowych walk skończywszy, twórca stara się puszczać do nas oko, kiedy to tylko możliwe. Nie zapomina przy tym jednak o pozostałych elementach, które przyniosły przecież serii popularność, więc wszyscy jej fani znajdą w tym tomie coś dla siebie.


Jest lato, jest gorąco i jest niebezpiecznie. Szczególnie na basenie, gdzie spotkać można niemal niekończące się ilość skąpo odzianych dziewczyn. Dla Rintaro to prawdziwy koszmar, ale pojawia się też światełko w tunelu w postaci jego: chłopaka, który ma podobny problem, jak on. Co prawda podniecanie go nie zabije, ale Marokichi chorobliwie boi się dziewczyn i niezbyt jest w stanie przebywać w ich obecności. Jaka to ulga dla naszego bohatera, że spotkał bratnią duszę, jaka radość… Ale nowy kolega skrywa niejedną tajemnicę i już wkrótce trzeba będzie je wszystkie odkryć.

Najpierw jednak na Rintaro czeka śledztwo. Ktoś kradnie bieliznę dziewczyn. Podejrzenia padają na jego dwóch zboczonych koleżków, ale ci najwyraźniej są niewinni. Na dodatek na miejscu zdarzenia chłopak zauważa pewną dziewczynę, która zaczyna uciekać na jego widok. Czyżby to ona była winna? A jeśli nie, to dlaczego tak się zachowuje? Jednocześnie dochodzi do ataków tajemniczej bestii na uczennice. Kto i dlaczego to robi? Rintaro nie będzie zadowolony z odpowiedzi…


Chłopak, który nie może się podniecić, bo umrze, jego chorobliwie bojący się dziewczyn nowy kolega i dziewczyna, która taki sam problem ma w stosunku do facetów. Mało prawdopodobne to wszystko? Tak! Naciągane? Oczywiście! Ale powiedzmy szczerze, kogo to obchodzi? Ta seria od początku taka była, ale przecież chodziło w niej o to, by móc śmiać się bez zwracania uwagi na sens, logikę i prawa fizyki – i nic na tym polu się nie zmieniło.


Namnożenie bohaterów z problemami daje nam więcej okazji do śmiechu, nie brakuje tu też szybkiej akcji, mnóstwa walk, a w tym tomie dostajemy na dodatek iście kryminalną zagadkę. A wszystko to, oczywiście, podlane solidną dawką lekkiej erotyki, która wylewa się na czytelnika właściwie z każdej strony, na kształt biustów wypadających z dekoltów.


Z „Dragons Rioting” najbardziej będą więc zadowoleni nastolatkowie. To w końcu seria dedykowana właśnie im. Na szczęście, dzięki umowności i satyrze, nie tylko oni będą się dobrze bawić, czytając całość.


Dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.







niedziela, 12 sierpnia 2018

Dragons Rioting #3 - Watanabe Tsuyoshi

BALĄ, BALĄ I JEBUT


W trzecim tomie „Dragons Rioting” właściwie… nic się nie zmienia. I o to właśnie chodzi. Ma być akcja, ma być humor, mają być roznegliżowane dziewczyny, walki i kolejne przeciwności, jakie musi pokonać główny bohater. I wszystko to jest na swoim miejscu, a na dodatek autor podkręca jeszcze dwuznaczne żarty, dzięki czemu całość jest jeszcze śmieszniejsza.


W tej szkole kłopoty chyba nigdy się nie kończą. Rintaro, dzięki znakomitym wynikom w nauce, zdobywa pierwsze miejsce w rankingu uczniów, ale w Męskim Czyśćcu ważniejsze są inne rzeczy – walki. I wcale nie chodzi tu o atak fanki Jeta Li, która bierze go za miłośnika Jackie Chana, a o zbliżający się Festiwal Serdecznych Stosunków. Co to właściwie oznacza? Co roku uczniowie szkoły dobierani są w pary według miejsc, jakie zajęli w rankingu. Potem odbywa się losowanie kategorii w jakiej mają walczyć, a po nim nadchodzi czas starć. Zwycięzca zaś w nagrodę może dopisać do regulaminu szkoły jeden wybrany przez siebie punkt. Dla Rintaro to niesamowita okazja wprowadzić zmiany w postaci przymusowego noszenia spodni przez dziewczyny, co odegna od niego widmo zagłady. Niestety wszystko piękne wydaje się w teorii. Nie dość, że Rintaro jest w parze razem z Kyoką, dziewczyną, która nawet jak ubrana, wydaje się goła, to jeszcze oboje muszą pokonać przeciwników za pomocą… tańca. Chłopak musi się więc nauczyć kroków i jakoś przeżyć tak bliski kontakt z dziewczyną…


Balą, balą i jebut – tymi dwiema onomatopejami najlepiej można scharakteryzować całe „Dragons Rioting”, mangę opartą na walce i widokach roznegliżowanych bohaterek, które w trakcie akcji rwą w strzępy swoje ubrania i wypinają się cięgle w stronę odbiorcy. I nie tylko. W końcu ofiarą ich wdzięków wciąż pada biedny Rintaro, dla którego takie rzeczy są śmiertelnie niebezpieczne. A czytelnicy mają z tego mnóstwo radochy.


Bo jak tu nie śmiać się, kiedy bohater nie może się podniecać, a z każdej strony napierają na niego wielkie biusty i półnagie ciała? Albo z jego kolegów, którym w głowie tylko jedno, ale nie mają przy tym najmniejszych szans u płci przeciwnej? Same starcia i wymyślne techniki są o tyle naiwne, co zabawne. Ale to wszystko do siebie pasuje, ma swój urok i czyta się naprawdę lekko i przyjemnie. W sam raz dla odreagowania i pośmiania się z gatunkowych schematów.


Do tego „Smoczyce” są znakomicie zilustrowane, choć też w sposób prosty, i ładnie wydane, z zachowaniem kolorowych stron. Miłośnicy shounenów, pięknych dziewczyn i dużej dawki łagodnej erotyki w humorystycznym ujęciu będą jak najbardziej zadowoleni. Im „Dragons Rioting” polecam z czystym sercem.


A wydawnictwu Waneko dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.







sobota, 11 sierpnia 2018

Amazonia - James Rollins

WEDŁUG SCHEMATÓW


Jeśli sięgam po literaturę przygodową, najczęściej jest to wszelkiej maści klasyka gatunku, dlatego nie powinien nikogo dziwić fakt, że „Amazonia” to moje pierwsze spotkanie z prozą Jamesa Rollinsa. Skusił mnie opis książki i po części pewnie także fakt, że w ostatnim czasie na fali emocji wynikającej z nowej odsłony „Jurassic World” miałem ochotę na coś w stylu książek Crichtona. I dokładnie to dostałem. Lekką, prostą lekturę z ciekawym wątkiem przewodnim i całkiem niezłym klimatem.


Wszystko zaczyna się od mężczyzny. W jednej z amazońskich wiosek misyjnych pojawia się biały człowiek, ranny, konający, wytatuowany w sposób kojarzący się z pewnym legendarnym, praktycznie nieznanym plemieniem Krwawych Jaguarów. Przybysz kona, zostawiając po sobie jedynie zaszytą monetę, sugerującą że był żołnierzem. Wiadomość o jego śmierci dociera do Ameryki, gdzie wywołuje prawdziwy szok. Zmarły zaginął cztery lata wcześniej, kiedy wyruszył do Amazonii wraz z wyprawą Carla Randa. Naukowcy chcieli zbadać plemiona i roślinność, on miał ich ochraniać, a przy okazji przyjrzeć się działalności tutejszych handlarzy narkotyków. Nikt z członków ekipy nigdy już nie wrócił. Najdziwniejszy jest jednak nie powrót żołnierza, a jego stan. Mężczyzna przed laty został postrzelony i stracił rękę. Bez ręki zniknął w dżungli, a odnalazł się z dwoma sprawnymi kończynami. Co wydarzyło się w trakcie jego zaginięcia i skąd taka zmiana stanu jego zdrowia? By wyjaśnić zagadkę, do Amazonii rusza druga wyprawa. Na jej członków czekają liczne niebezpieczeństwa, ale, co gorsze, cały świat zaczyna odczuwać skutki tych wydarzeń…
\

„Amazonia” to powieść znajdująca się na styku właściwie czterech gatunków. Dominuje oczywiście tematyka przygodowa z solidną dawką sensacji, znalazło się tu jednak także miejsce na fantastykę z apokaliptycznym zacięciem oraz nuta thrillera medycznego. Czyli miszmasz w stylu wspomnianego już przeze mnie na wstępie Crichtona, który tworzył dzieła tego typu. U niego więcej jednak było naukowych podstaw, podczas gdy Rollins stawia przede wszystkim na rozrywkę. Czy to dobrze, czy źle, każdy oceni według własnych preferencji, ale ja dostałem to, na co miałem ochotę i nie żałuję sięgnięcia po powieść.


Oczywiście „Amazonia” nie jest wolna od minusów. Sam styl, lekki i przyjemny, nie ma w sobie literackiego wysmakowania i ambicji. Podobnie jak treść. To prosta, oparta na jednym, trzeba przyznać nawet intrygującym pomyśle, opowieść, poprowadzona ściśle według sprawdzonych schematów. Treść, bohaterowie, jak i ostateczne zwycięstwo dobra nad złem są już wtórne. Rollins na szczęście ratuje całość ciekawym klimatem, przedstawieniem świata i przygodową akcją.


Kto szuka nieskomplikowanej i niezbyt wymagającej lektury na wakacje, z „Amazonii” będzie zadowolony. To niezła książka, może nie z wyższej półki, ale też i nie z literackich nizin. Fanów gatunku z pewnością zadowoli.


Dziękuję wydawnictwu Albatros za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

piątek, 10 sierpnia 2018

Runaways, tom 1 - Brian K. Vaughan, Adrian Alphona, Takeshi Miyazawa

DZIECIAKI UCIEKAJĄCE W SUPERHERO


Jedni "Runuways" kochają, inni nienawidzą, bo jest to seria nie do końca typowa ani dla Marvela, ani dla jej scenarzysty, Briana K. Vaughna, autora m.in. "Y: Ostatni z mężczyzn", "Paper Girls", "Sagi" czy "Ex Machiny. Niby jest to kolejna opowieść superhero, niby utrzymana w tradycji, do jakiej od lat 60. przyzwyczajał nas wydawca i niby także temat jest typowy dla autora, a jednak rzecz różni się od tego, co zazwyczaj z nimi kojarzymy. Jest lżejsza, bardziej mangowa i młodzieżowa. Na szczęście jest też udana, wciągająca i dostarczająca solidnej porcji naprawdę dobrej rozrywki.


Poznajcie Alexa, Gertrude, Karolinę, Victora, Molly i Nico, grupkę nastolatków, jakich mnóstwo. Lubią grać w gry komputerowe, oglądać filmy i seriale, mają swoje grzeszki i przede wszystkim, jak każdy dzieciak w okresie buntu, nie cierpią swoim rodziców i zakazów / nakazów, jakie wciąż od nich dostają. Wkrótce jednak wszystko się zmienia, kiedy nastolatkowie w trakcie jednego z przyjęć przekonują się, że matki i ojcowie ukrywają przed nimi więcej, niż mogliby sądzić. Tajne spotkanie, tajne plany, dziwne zachowanie. Czyżby byli zboczeńcami? Superbohaterami? Żadna z tych opcji. Kim zatem są? Członkami tajnej organizacji przestępczej, która od lat w sekrecie rządzi miastem. Jak się można domyślić, ich pociechy nie zamierzają pozwolić im na dalsze działanie. Uciekają z domu i zaczynają szukać sposobu nie tylko, jak poradzić sobie samemu, ale i powstrzymać rodziców. A stawka okazuje się o wiele wyższa, niż mogliby sądzić…


W roku 2003 Marvel postanowił otworzyć nową linię wydawniczą, skierowaną do dzieci i młodzieży, a inspirowaną mangą. Nazwano ją "Tsunami" i łącznie w jej ramach, w ciągu dwóch lat istnienia tego imprintu wydano zaledwie dziesięć tytułów. Niektóre z nich liczyły ledwie po jednym zeszycie, inne po kilka (np. wydany w Polsce "Wolverine: Snikt!"), jeszcze inne zamknęły się na kilkunastu. "Runaways" byli nie tylko jednym z najdłuższych z nich (18 zeszytów), ale i zdecydowanie najlepszym. Nie przypadkiem zresztą doczekali się potem licznych kontynuacji, które zamknęły się łącznie (jeśli nie liczyć crossoverów) kolejnych 50 części, a bohaterowie dołączyli do panteonu herosów Marvela.


Fabuła całości, jak już zauważyliście, nie jest zbyt skompilowana, ale i nie o skomplikowanie jej tutaj chodzi. O co zatem? O lekką, ale klimatyczną akcję, drobne smaczki i nieoczywistości i dobre wykonanie. Vaughan swój scenariusz skroił pod młodszych odbiorców, ale zrobił to w naprawdę świetny sposób. Jest tu i akcja, i humor, i nuta prawdziwości także się znalazła. Czy znajdziecie tu jakąś świeżość? Nowości? W pewnym stopniu tak, ale Vaughan od zawsze korzystał ze sprawdzonych schematów i tworzył z nich coś innego, swojego i wciągającego - i dokładnie tak jest też tym razem, ożywiając na stronach albumu swoje młodzieńcze fantazje. Potwierdzają to nagrody, m.in. Eisner dla najlepszej serii, kolejny dla Vaughana m.in. za scenariusze do niej oraz Harvey Award.


Nieco gorzej jest z szatą graficzną. Ilustracje, mocno mangujące i utrzymane w stylistyce typowej dla współczesnych komiksów młodzieżowych, lepiej sprawdziłyby się jako czarnobiałe, stricte mangowe prace. Na szczęście i tak nie są złe, choć jak na tak dobrze napisany komiks, przydałoby się tutaj coś bardziej wyróżniającego. Ale młodzieży zdecydowanie się one spodobają, a sama seria, znakomicie nadająca się na początek przygody z superhero, pewnie zachęci ich do sięgnięcia po inne komiksy twórcy i poznania tego, co w nim najlepsze. A jest tego dużo. Mimo drobnych mankamentów, polecam "Runaways" gorąco. Fani Vaughana i superbohaterskich opowieści będą zadowoleni. Tym bardziej, że zbiorcze wydanie całej pierwszej serii, wzbogacone o masę dodatków, robi duże wrażenie.



Strażnicy Galaktyki #6: Po drugiej stronie lustra - Brian Michael Bendis, Frank Cho, Valerio Shiti

STRAŻNICY I X-MENI KONTRA CZARNY WIR


"Czarny Wir" to ostatni event Marvela przed "Tajnymi wojnami" i wielkim restartem oraz odświeżeniem i ujednoliceniem całego uniwersum. Do tego to ciekawa mimo swej wtórności opowieść o Strażnikach Galaktyki i X-Menach, ważna dla serii z tymi postaciami. Tym bardziej więc szkoda, że wydawca nie zdecydował się na opublikowanie w Polsce całości. Na szczęście na czytelników z nad Wisły czekają cztery (z trzynastu) rozdziałów całej opowieści. Wyrwane co prawda ze środka, ale uzupełnione o pewien kontekst wyjaśniający to i owo. Dwa z nich znajdziecie w albumie "All-New X-Men: Utopianie", pozostałe dwa w tym właśnie komiksie, "Strażnicy Galaktyki: Po drugiej stronie lustra", udanym zwieńczeniu serii Bendisa, która mimo rozdarcia całym eventem w satysfakcjonujący sposób doprowadziła całość do końca.


W tym tomie na miłośników serii czekają właściwie trzy fabuły. Na początek w kosmosie, tuż obok Strażników, pojawia się transkopter SHIELD. Skąd się tu wziął, po co i jakie będą tego konsekwencje? Wkrótce potem nasza szalona ekipa miesza się w międzygalaktyczny konflikt, kiedy przedwieczny artefakt Czarny Wir, obdarowujący swoich użytkowników kosmiczną mocą, wpada w ręce ojca Star Lorda. Quill wykrada go jemu i łączy siły z X-Menami w starciu z Władcami Rzezi. Na koniec zaś nasz bohater musi poradzić sobie z konsekwencjami faktu, iż został wybrany prezydentem Spartaksu!


Kto czytał poprzednie tomy "Strażników Galaktyki" ten doskonale wie czego spodziewać się po tym. Kto nie czytał, chyba nie powinien zaczynać swojej przygody z nimi w tym miejscu. "Po drugiej stronie lustra" nie jest historią autonomiczną, choć pewną samodzielność tak czy inaczej posiada. Bendis kontynuuje tu nie tylko opowieść, którą ciągnie od niemal trzydziestu zeszytów, ale i po raz kolejny łączy treść z pisanymi przez siebie przygodami X-Menów. W efekcie powstał tom, który powinien trafić w ręce miłośników mutantów, jeśli chcą w pełni (a przynajmniej na tyle, na ile to w Polsce możliwe) poznać "Czarny Wir". Tak samo i miłośnicy "Strażników" powinni poznać album "Utopianie" z "All-New X-Men" żeby lepiej odnaleźć się w opowieści.


Ale abstrahując od samego eventu, na czytelników czeka tu całkiem sporo przygód utrzymanych w szybkim tempie i podlanych solidną dawką humoru niczym z kinowych filmów o Strażnikach. Komiksy ze Star Lordem, szopem Rocketem i resztą ich kosmicznej ferajny to lekka i prosta, ale w dobrym tych słów znaczeniu rozrywka. Czasem widowiskowa, czasem spokojniejsza, nieszczególnie przełomowa i raczej nie oferująca zbyt wiele nowości, niemniej absolutnie warta poznania. Tym bardziej, że jest przy tym naprawdę znakomicie narysowana, w sposób realistyczny, choć nie pozbawiony lekkości i delikatności.


Miłośnicy Bendisa, "Strażników Galaktyki" i komiksów Marvela będą zadowoleni. Aż szkoda, że to już koniec, bo scenarzysta serii, tak jak w przypadku przygód X-Menów, pokazał nam, że nawet z tak niewymagającej opowieści potrafi wykrzesać coś więcej, niż inni twórcy. Ja ze swej strony polecam i czekam na kolejne projekty tego autora na naszym rynku.




czwartek, 9 sierpnia 2018

Dragons Rioting #2 - Watanabe Tsuyoshi

AKCJA I SPROŚNOŚCI


Potężny wojownik, piękne, silne i skąpo odziane bohaterki, którym co i rusz, a to zdarza się biegać nago, to znów zmoczą swoje ubranka i wszystko zaczyna być widać, walki pełne wymyślnych technik, dzięki którym z ziemią można równać spore obszary i dużo humoru. "Dragons Rioting" to tytuł idealny dla nastoletnich miłośników shounenowych bijatyk i erotyki. I całkiem niezła seria do odreagowania po ciężkim dniu, kiedy chce się pośmiać w niezobowiązujący i niekoniecznie grzeczny sposób. Gotowi na akcję i sprośności?


Rinatro to nastolatek, który cierpi na niezwykłą przypadłość – jeśli się podnieci, może umrzeć. Pech chciał jednak, że trafił do szkoły pełnej pięknych i biuścistych dziewczyn, które na dodatek ciągle walczą między sobą o panowanie nad placówką. Co prawda dzięki wyćwiczonemu opanowaniu jest w stanie wytrwać wśród nich, jednak i tak nie jest łatwo, tym bardziej, że jedna z koleżanek obrała go na swojego mistrza i wciągnęła w szkolną rywalizację. Teraz jednak zaczyna robić się coraz trudniej. Gdy Rinatro poznaje pewną dziewczynkę, mistrzynię grania w gry, nie ma jeszcze pojęcia, że to Tygrys Niebiańskiej Hegemonii, Meru, która powróciła do szkoły. A jej pojawienie się może zaburzyć równowagę sił w Męskim Czyśćcu i zmienić pozycję Rintaro!


Ta historia mogłaby być wielką i ambitną opowieścią o freudowskich lękach kastracyjnych i strachu przed kobietami. Analizą nastoletniej, męskiej seksualności połączoną z obawami związanymi z tą sferą życia. Ale to przecież shounen, ma więc dostarczyć dynamicznej akcji, pojedynków, dużej ilości łagodnej erotyki i żartów. Nie ma co szukać tu ważkich tematów i wielopoziomowej głębi. Jest za to rozrywka, lekka, prosta i przyjemna, którą czyta się bardzo szybko.


Strona graficzna całości jest co prawda delikatna, nieskomplikowana i pozbawiona mroku, ale całkiem udana. Tu najbardziej liczą się dynamika i odpowiednie ukazanie walorów bohaterek. Olbrzymie piersi, wyzywające pozy, ciągle pokazywane majteczki itd., itd. to domena "Dragons Rioting". A wszystko to zaserwowane z urokiem, lekkością i w miły dla oka (jak mogłoby jednak być inaczej?) sposób.


Miłośnicy gatunku, szczególnie ci mający za sobą kilkanaście lat życia i burzę hormonów, będą zadowoleni. "Dragons Rioting" to seria niewymagająca, ale potrafiąca rozbawić. A przy okazji także i wciągnąć.


Dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.







środa, 8 sierpnia 2018

Dragons Rioting #1 - Watanabe Tsuyoshi

MĘSKI CZYŚCIEC


Co lubią nastoletni chłopcy? Erotykę, bitewniaki, erotykę, bohaterów, z którymi mogą się identyfikować, erotykę, humor, erotykę, piękne dziewczyny, erotykę i... A tak, zapomniałem o erotyce. Ale nie zapomniał o niej Tsuyoshi Watanabe, który właśnie na niej, żartach (oscylujących wokół tematu seksu) i akcji (jak wyżej) zbudował swoje "Dragons Rioting". Nastoletni miłośnicy shounenów będą więc wniebowzięci, ale nie tylko oni. Także dojrzalsi odbiorcy znajdą tu coś dla siebie, bo niniejsza manga to kawał niezłego komiksu potrafiącego poprawić humor i sympatycznej (częściowej satyry) satyry z gatunku.


Poznajcie Rintaro. Byłby nastolatkiem, jak wszyscy inni, ale niestety los chciał, że chłopak cierpi na rzadką chorobę – zespół bojaźni okołokobiecych, zwany także syndromem zboka. Czym rzecz się objawia? Jeśli krew zbierze mu się w jednym miejscu (czyt. podnieci się), znajdzie się w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Czeka go więc ciężkie życie spędzone na opanowywaniu się i dożywotnie dziewictwo! Ojciec podejmuje się jego treningu na odludziu, a kiedy Rintaro jest gotowy i potrafi umiejętnie unikać kontaktu z przedstawicielkami płci pięknej, wysyła go do najbardziej męskiego liceum na świecie – Męskiego Czyśćca. Niestety w tym wypadku słowo „męski” nie oznacza tego, co sądził rodzic. 99% uczniów tej szkoły stanowią dziewczyny – skąpo ubrane, seksowne, o obfitych kształtach i przy okazji bardzo waleczne do tego stopnia, że toczą między sobą wojnę domową. Na nastolatka czeka więc nie lada wyzwanie…


Sam opis wystarczy, byście doskonale zorientowali się z czym macie w tym wypadku do czynienia. Niezbyt wyróżniający się  bohater, który musi poradzić sobie z licznymi trudnościami, które STAJĄ na jego drodze ;) i mnóstwo pięknych, biuścistych dziewczyn, które wbite w ciasne stroje świecą tym i owym, a przy okazji przybierających wyzywające pozy. Perspektywa też jest tutaj taka, by pokazywać jak najwięcej.


Oczywiście owa erotyka jest lekka, nie daje nam szczegółów anatomicznych, więcej sugeruje niż pokazuje i przede wszystkim czytelnicy nie znajdą tu seksu. Zamiast niego jest dużo walk, szybka akcja i solidna dawka humoru. Humoru w pewnym stopniu żartującego też z samej konwencji, jaką obrał autor, co tylko dodaje "Dragons Rioting" lekkości.


Gdybym miał te kilkanaście lat, byłbym serią wręcz zachwycony, ale i tak znakomicie bawiłem się czytając pierwszy tom i nie wątpię, że będę równie dobrze bawił się dalej. To prawda, nie ma tu nic wielkiego ani głębi, a jednak wcale w tym wypadku tego nie potrzeba. Manga serwuje nam dokładnie to, co obiecuje opis, więc każdy, kogo zainteresuje opis, będzie zadowolony z całości.


Dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.