poniedziałek, 27 stycznia 2020

Superman: Czerwony Syn - Mark Millar, Kilian Plunkett, Dave Johnson

товарищ cупер человек


Mark Millar, jeden z najlepszych scenarzystów w komiksowej branży, przeprowadza kolejną rewolucję i przetasowanie w świecie herosów. Tym razem na warsztat nie bierze jednak żadnej marvelowskiej postaci ani ogółu schematów opowieści obrazkowych, a prawdziwą ikonę Ameryki, pierwszego superbohatera Supermana, zmieniając status quo herosów DC bardziej, niż wszelkie epickie „Kryzysy”, równające z ziemią całe galaktyki. A wszystko to w niezależnym, samodzielnym albumie, doskonałym zarówno dla nowych odbiorców, jak i długoletnich fanów Supermana, którzy szukają w końcu ambitnej, ważkiej i pomysłowej opowieści  tym herosem.


Wyobraźcie sobie, że oto Superman rozbija się nie w Smallvile a w niewielkiej wsi w Związku Radzieckim. Tu dorasta, tu staje się bohaterem narodowym, a wreszcie staje na czele Państwa, tworząc utopię. Ameryka chce jego śmierci, więc na czele jej działań skierowanych przeciwko Super-Człowiekowi staje geniusz, Lex Luthor. Ale i we własnej ojczyźnie Superman nie cieszy się tak wielkim poparciem, jak można by sądzić. Założyciel Ruchu Oporu, Batman, szykuje własny plan zmian władzy…


Mocno polityczny i mocno prawdziwy – taki jest właśnie „Czerwony Syn”. Satyra na utopię czy politycznie niepoprawny żart z komunizmu? Odwrócenie schematów czy hołdowanie tradycji? Jakkolwiek by nie odbierać tego albumu, trudno jest nie dostrzec jego głębi i siły wymowy. Świetne dialogi, świetne pomysły, znakomite rozwiązania fabularne, dalekie od sztampy i wtórności (choć widać tu wpływy wielu dzieł Alana Moore’a), a wreszcie finał, który – choć oczywisty i prosty – nie pozwala o sobie zapomnieć. Owszem, w całej opowieści nie zabrakło też kilku błędów czy zbytnich uproszczeń (uogólnień?) oraz banałów, nazewnictwo też aż prosiło się o drobne zmiany: wyobraźcie sobie Super Cieławieka i Cieławieka Lietuczaja Mysz!, ale i tak jest to jedna z najlepszych opowieści w dziejach nie tylko Supermana, ale DC w ogóle.


Niestety gorzej rzecz ma się z kreską. Tak wielkie historie, jak ta (przy „Synu”, jakże wysoko ceniony „All Stars Superman” wypada naprawdę blado i zachowawczo) powinny być genialnie zilustrowane. Alex Ross czy nawet Tim Sale zrobiliby to rewelacyjnie, niemniej strona graficzna nie jest zła, nie straszy ani nie razi, choć i nie zachwyca przy tym. Kolor też pewien poziom trzyma, nawet jeśli pokazy sztucznych ogni á la „Ultimate X-Men” wyglądają nieszczególnie. Przy okazji należy zauważyć, że szata graficzna przypomina prace Matta Wagnera z „Trójcy”, a że obie historie obejmują podobny okres dziejów DC i traktują o tych samych bohaterach, stanowi to kolejne puszczenie oka do fanów obeznanych z postaciami i uniwersum.


Mimo drobnego sarkania – im większy album tym trudniej mu przebaczyć błędy – „Czerwony syn” to jeden z tych komiksów, które poznać trzeba bardziej, niż koniecznie. Nie ważne czy doskonale znacie świat Supermana, Batmana i Wonder Woman – postaci wiodących w tym albumie – i będziecie zachwyceni wyłapywaniem wszelkich smaczków pozostawionych przez autorów, czy też będzie to Wasz pierwszy kontakt – mocna, skłaniająca do myślenia rozrywka gwarantowana.


Dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza do recenzji.




Doktor Strange, tom 2 - Jason Aaron, Chris Bachalo

BEZ OSZCZĘDZANIA BOHATERA


Pierwszy tom serii „Dr. Strange” pisanej przez Jasona Aarona okazał się sporym pozytywnym zaskoczeniem. Poziom tego scenarzysty bowiem najczęściej pozostawia wiele do życzenia, dlatego takie opowieści, jak „Thor: Gromowładna” czy niniejszy tytuł właśnie stanowią chlubne wyjątki, które warto jest poznać. Przyznam jednak, że obawiałem się czy Aaron zdoła utrzymać jakość w drugiej części. Na szczęście, choć nadal brak tu większej odkrywczości, zabawa wciąż jest udana, a miejscami autentycznie bardzo dobra.


Jak wyglądałby świat bez magii? To próbowali osiągnąć skupieni na technologii Empirikule, którzy urządzili polowanie na władających magią we wszystkich wymiarach. Walkę udało się wygrać, ale cena była wysoka – Strange, niemal pozbawiony mocy i osłabiony jak nigdy dotąd, balansuje na krawędzi śmierci. Mogło być gorzej? I jest! Jego najwięksi wrogowie, tacy jak Baron Mordo, córka samego Diabła, Satana czy istota zrodzona z cierpień naszego bohatera, wyczuwają co się dzieje i nie zamierzają zmarnować okazji. Dr. Strange co prawda nie jest osamotniony, bo może liczyć na pomoc Thor, jednak i to może nie wystarczyć…


O Jasonie Aaronie tyle razy wypowiadałem się w niepochlebny sposób (jak jednak można mówić o twórcy, który całą swoją karierę zbudował na bezmyślnym powielaniu schematów gatunkowych?), że teraz sobie to daruję. Faktem jest jednak, że udało mu się napisać kilka dobrych komiksów i że „Dr. Strange” do nich należy. Jak już pisałem, tak pierwszy tom, jak i ten, to powtórka z rozrywki, inaczej Aaron nie potrafi, ale udana. Czasami nawet bardzo. Poprzedni album był kopią niezliczonych tworów o międzywymiarowym zagrożeniu („Kryzys na nieskończonych Ziemiach”, „Spiderversum”, „Superman: Wielokrotność”), ten powiela schemat opowieści o osłabionym bohaterze, który musi stawić czoła nadchodzącej śmierci i całej grupie swoich  wrogów.


Co zatem ratuje całość? To samo, co poprzednio: szybkie tempo, lekkość i dociśnięcie pedału gazu, jeśli chodzi o nieoszczędzanie bohatera. Wprowadzenie Thor, bohaterki innej serii Aarona, staje się sympatycznym puszczeniem oka do jej czytelników, a całość to po prostu lekka, przyjemna rozrywka, która nie pozwala się nudzić i przy okazji pozostaje atrakcyjna zarówno dla fanów postaci, jak i tych, którzy od czegoś chcieliby zacząć swoją przygodę ze Strange’em.


Najlepiej jednak i tak wypadła szata graficzna. Pamiętam czasy, kiedy Bachalo rysował realistycznie i szczegółowo. Pamiętam też okres, kiedy jego pierwsze próby z cartoonowymi ilustracjami niestety mnie nie kupiły. W ostatnich latach jednak jego uproszczony styl z mangowymi naleciałości zyskał swój urok, wpada w oko i był bodajże najlepszym, co pod względem graficznym przytrafiło się serii „Uncanny X-Men” Bendisa z Marvel Now. Tu dostajemy dużo tego, co artysta ma najlepsze w swoim repertuarze i oglądanie „Doktora Strange’a” staje się czystą przyjemnością, podnoszącą wartość całego tomu. Do tego mamy standardowo świetne wydanie. Dlatego polecam całą tę serię, bo jest tego warta.


A wydawnictwu Egmont dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.




niedziela, 26 stycznia 2020

Królestwo lęku - Hunter S. Thompson

LĘK I ODRAZA W XXI WIEKU


Niebieska studnia żyje. Po niemal trzech latach milczenia warszawska oficyn powraca z nowymi tytułami i od razu zaczyna z grubej rury, serwując nam „Królestwo lęku”, jedno z ostatnich dzieł Huntera S. Thompsona. I ostatnie wielkie dzieło tego autora, który nie tylko stworzył gatunek gonzo, stając się inspiracją dla nieprzebranej rzeszy autorów, ale i zapisał się na stałe w historii literatury.


O czym całość opowiada? W skrócie to zbiór tekstów przedstawiających nam obraz Ameryki po jedenastym września. Obraz rzeczywistości, gdzie obywatele Ameryki pogrążyli się w takim lęku i ogłupieniu, że już nie czują należytej odrazy. Obraz rzeczywistości, gdzie stało się to, co najgorsze: klan Bushów dobrał się do władzy, samoloty latają nisko a terroryści zaatakowali. Jak w niej żyć? I jak to życie wygląda?

Jednocześnie Thompson zabiera nas w rajd po swojej własnej egzystencji. W specyficznej quasiautobiografii ukazuje nam swoje losy. I nurza nas w brudzie zarówno swego żywota, jak i otaczającego i jego, i nas świata.


Hunter S. Thompson to autor specyficzny. To on stworzył gatunek gonzo – reportażu na styku literatury fabularyzowanej, gdzie autor bierze czynny udział w tym, co opisuje – bo uważał, że powinno się pisać tylko o tym, co samemu się przeżyło. I tak właśnie pisał, na dodatek w sposób szalony, kontrowersyjny, a przy tym potoczny, jeśli chodzi o język. Potoczy, wulgarny – taki, jak to, co przyszło mu opisywać. I to jest właśnie klucz do zrozumienia i odbioru twórczości autora, którego losy uwieczniono choćby w filmie „Tam wędrują bizony”. Więcej o samym kontekście i losach pisarza, łącznie z licznymi ciekawostkami (choćby co Johnny Depp miał wspólnego z pogrzebem Thompsona) pisze we wstępie tłumacz książki (który swoją drogą odwalił kawał dobrej roboty), więc pozwólcie, że zajmę się samym „Królestwem lęku”.


Patrząc jednak na to, co napisałem powyżej, chyba możecie domyślić się, jaka to książka. Na pewno specyficzna, na pewno nie dla każdego, bo nie dla wrażliwych czytelników, ale mocna, zaangażowana i poruszająca. Thompson był bowiem jednym z tych autorów, których można było nie lubić, z którymi można było (nader często zresztą) się nie zgadzać, ale nie docenić już jego twórczości po prostu się nie dało. Bo jego zaangażowanie, styl kumplowskiej pogawędki – może i snutej w jakiejś spelunie, gdzie trzeba co chwilę oglądać się przez ramię, ale ciekawej – i skupienie na rzeczach nieoczywistych sprawiają, że od „Królestwa” nie sposób się oderwać.


Owszem, nie jest to dzieło tak szalone, jak np. „Lęk i odraza w Las Vegas”, opus magnum Thompsona, ale o dziwo wychodzi to całości na plus. „Królestwo lęku” to bowiem nie tylko godna kontynuacja wcześniejszych dzieł autora, zjadliwa, mocna, kontrowersyjna, ale jednocześnie rzecz dojrzała i okrzepła, choć wciąż szalona i dzika. Warto się w nią wgryźć i przekonać, co ma do zaoferowania, bo jest tego wiele.


Dziękuję wydawnictwu Niebieska Studnia za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

ReLIFE #12 - Sou Yayoi

RANDKA


Chyba z żadną mangową serią nie miałem takich – kolokwialnie rzecz ujmując – jazd, jak z tą. Czasem byłem zachwycony, czasem rozczarowany, czasem dawałem się jej porwać, czasem męczyłem rozdziały. Na szczęście od początku przeważył pozytywy, a od pewnego czasu całość trzyma już wysoki poziom i nie czuję zawodu. I nie czuje go też w najnowszym tomiku. Wybitnym? Nie, ale dostarczającym naprawdę znakomitej rozrywki, która wyróżnia się na tle podobnych opowieści… całkowicie kolorową szatą graficzną.


Oga i Kariu zaczęli być ze sobą, ale jakby ze sobą nie byli. Konfrontacja doprowadziła chłopaka do wyjawienia swoich sekretów i wyjaśnienia co się właściwie dzieje. Teraz oboje muszą na nowo poukładać swoje relacje i przekonać się, co będzie dalej. Szykuje się ich randka, a tą zamierzają obserwować z ukrycia Kaizaki i Hishiro. Co z tego wyniknie? I jakie jeszcze kłopoty czają się na naszych bohaterów za rogiem?


Każdy, kto czyta amerykańskie komiksy wie, że tamtejsi wydawcy co jakiś czas eksperymentują z cyfrowymi opowieściami graficznymi. A to wrzucą jakiś dodatek do znanej serii (prolog do „Avengers kontra X-Men”), a to całą opowieść („Deadpool: Wyzwanie Draculi”). Rzadko jednak wychodzi z tego cokolwiek dobrego. Inaczej jest z mangami. Cokolwiek robią Japończycy, dają z siebie 100% możliwości i to widać. Gdy Amerykanie oszczędzają na tego typy komiksach, upraszczając szatę graficzną i kopiując albo tło, albo postacie, którymi wypełniają kadry, Japończycy serwują nam znakomite komiksy. I takim właśnie dziełem jest „ReLIFE”.


Jak się domyślacie, całość debiutowała w sieci, a dokładniej w internetowym magazynie „PlayArt”. Potem pojawiła się w formie tomików i ostatecznie zamknęła się na czternastu częściach, co tylko świadczy o sukcesie tytułu. Przed nami więc jeszcze trochę zabawy, ale już teraz szkoda, że całość się skończy. Bo to po prostu kawał dobrej opowieści romantyczno-obyczajowej, z fantastyczno-komiczną nutą.


Do tego dochodzi wspomniana barwna, a co ważniejsze znakomita szata graficzna. Prosta, ale udana, stanowiąca przyjemną odskocznię od typowych czarnobiałych mang. Co warto zauważyć, „ReLIFE” mimo ceny niewiele wyższej niż standardowa, wydany został w pełnym kolorze na papierze kredowym. To oczywiście tylko wisienka na torcie, ale warta wspomnienia. Jeśli więc szukacie dobrej, zabawnej, ale potrafiącej poruszyć opowieści obyczajowej, będziecie bardzo zadowoleni. Polecam.


A wydawnictwu Waneko dziękuję za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.









czwartek, 23 stycznia 2020

Czarodziejki.net #7 - Kentarou Satou

POLOWANIE NA CZARODZIEJKI


I znów kolejny tomik „Czarodziejk.net” trafił w moje ręce. Kiedy sięgałem po pierwszą część, w ogóle nie miałem pojęcia z czym przyjdzie mi się czytelniczo zmierzyć. Było to jednak bardzo pozytywne zaskoczenie i kolejne pochłaniałem już tylko z rosnącą przyjemnością. I nadal doskonale się bawię, choć to już siódma odsłona i mam tylko ochotę na więcej i więcej.


Cały kraj pogrąża się w żałobie po śmierci Nijimin. Jej przyjaciółki są załamane, a na tle tego wszystkiego doniesienia o zaginięciu Asagiriego przechodzą niemal niezauważone. Ale to tylko wierzchołek góry lodowej, bo polowanie na młode czarodziejki trwa i zginać może każda z nich. Jakie jednak są prawdzie cele Administratorów?


Chyba nie ma prawdziwego fana mangi i anime w Polsce, który szczególnie nie ceniłby „Czarodziejki z Księżyca”. Nawet jeśli jej nie cierpi, nie może nie docenić faktu, że od niej zaczął się boom na japońską popkulturę w naszym kraju. Gatunek mahou shoujo czy jak wolicie magical girls ma nad Wisłą szerokie grono wielbicieli i nie brak u nas tytułów z tego gatunku, nawet mniej typowych, jak „Wrobiona w magię”. Ale „Czarodziejki.net” to pozycja inna od wszystkich dotychczas wydanych.


O ile wspomniane już „Sailorki” były typowym fantastycznym shoujo, gdzie miłość i dobro, mieszały się z widowiskowymi walkami i solidną nutą słodyczy podlanej humorem. „.Czarodziejki.net” natomiast to seria na wskroś brudna. Brutalna, krwawa, podejmująca dość odpychającą tematykę i daleka od oszczędzania tak bohaterek, jak i odbiorców. Trupów nie brakuje, tak samo jak mroku, całość bywa też niepokojąca i momentami dziwna, wręcz chora. Ale w tym wszystkim tkwi moc tej mangi, która porusza i nie zostawia obojętnym, choć oczywiście nie brak będzie czytelników, dla których nagromadzenie brudu będzie zbyt intensywne, ale i tak warto sprawdzić czy nie jest to rzecz dla Was.


Tym bardziej, że twórca nie zapomina też o lżejszych elementach, nucie uroku czy humoru. Sadyzm zrównoważony jest przez akcję, pojawiają się też ciekawe pytania, które są siłą napędową serii, a wszystko to zostało znakomicie zilustrowane. Z prostotą, ale i mocą makabrycznych detali, które są w tym przypadku nieodzowne. Efekt finalny jest świetny, co prawda jest to rzecz stricte dla dojrzałych czytelników. Ale w temacie czarodziejek to jedna z najlepszych mang jakie czytałem, więc polecam całość z czystym sercem i czekam na więcej.


Dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.









środa, 22 stycznia 2020

Usagi Yojimbo Saga, tom 4 - Stan Sakai

PRZYGODY USAGIEGO


Usagi na polskim rynku ma się naprawdę dobrze. Z jednej strony wciąż ukazują się kolejne tomy jego przygód, z drugiej regularnie możemy cieszyć się wznowieniami „Usagi Yojimbo: Saga” w zbiorczych tomach, a już za chwilę czeka nas zbiorcza reedycja początkowych zeszytów przygód uszatego samuraja. Ja w tym miejscu przyglądam się czwartemu tomowi tej drugiej pozycji i w tym momencie śmiało mogę powiedzieć jedno: jeśli podobały się Wam poprzednie odsłony serii, także i ta zapewni Wam niesamowite wrażenia.


Akcja serii przenosi nas do szesnastowiecznej Japonii, rozdartego przez wojny domowe kraju pełnego samurajów, roninów i wszelkiej maści rzezimieszków. Miyamoto Usagi, królik-samuraj, po stracie swego suwerena, Mifune, należy do tej drugiej grupy i tak wędruje po świecie, wikłając się w kolejne, pełne niezwykłości i niebezpieczeństw przygody.

Tym razem też nie ma lekko. Bycie sekundantem w walce swojego nauczyciela i jego wroga to jedno, ale odkrycie pewnej prawdy o tym drugim postawi go w sytuacji bez wyjścia. Poza tym czeka go walka z gildią zabójców i kolejne spotkanie z ninja Neko. A to tylko część tego, czego doświadczy w tej części!


Historia wydawania przygód Usagiego na naszym rynku sięga  2001 roku, kiedy to pojawił się po raz pierwszy na łamach magazynu „Świat komiksu”. Regularnie seria zaczęła być publikowana rok później, od tomu „Cienie śmierci” – ósmego w kolejności chronologicznej, ale pierwszego od chwili, gdy tytuł trafił pod skrzydła Dark Horse Comics. W 2004 roku Mandragora zaczęła wydawać pierwsze części serii w oryginale publikowane przez Fantagraphics, a wznowione potem przez Egmont. Niniejsza zbiorcza edycja oparta jest na wydaniu Dark Horse, ale chociaż „Usagi Yojimbo” to seria, której wydarzenia się ze sobą przeplatają, śmiało można zacząć ją czytać w dowolnym momencie.


A co więcej można o niej powiedzieć? Że to zbiór krótkich i długich opowieści, mocno korzystających z mangowej estetyki, ale nie będący mangą. Całość stworzył bowiem Amerykanin, urodzony co prawda w Japonii, ale jednak będący w swojej pracy bardziej amerykański, niż japoński, chociaż  całość pod wieloma względami przygotowana została tak, jak typowe komiksy z Kraju Kwitnącej Wiśni. Seria jest czarnobiała, mocno cartoonowa, dynamiczna i nawet kadrowanie jest typowe dla takich dzieł. Nie można też zapomnieć tu o bogactwie azjatyckich legend i historycznych ciekawostek, które wypełniają każdy tom. W konsekwencji Sakai stworzył przyjemne przygodowe fantasy, mocno osadzone w folklorze i historii i bawiące się oboma konwencjami. Podlał to wszystko iście baśniowo-disnejowską stylistyką oraz fascynacją sztukami walki i nie zapomniał, że rzecz ma być atrakcyjna dla dorosłego czytelnika.


I tak oto zrodziły się naprawdę bardzo dobre komiksy utrzymane w duchu mangi. Nie wybitne, ale jednocześnie stanowiące dobrą, sympatyczną i przyjemnie staromodną rozrywkę. Warto rozejrzeć się za nią wśród nowości zarówno jeśli lubicie dobre komiksy, jak i ciekawi Was świat dawnej Japonii.







Dr. Stone #2 - Riichiro Inagaki, Boichi

BAWIĄC UCZY, UCZĄC BAWI


„Dr. Stone” to shounen, jakich wiele, można by rzec. Na pierwszy rzut oka bowiem nie rożni się od typowych przedstawicieli tego gatunku, gdzie akcja goni na złamanie karku, a fabuła koncentruje się wokół kolejnych zmagań. Ale to tylko pozory, chociaż jednocześnie wszystkie wymogi gatunkowe zostały zachowane.


Ze światem coś się stało. W jednej chwili wszyscy ludzie zamienili się w kamień i taki stan rzeczy trwał kilka tysięcy lat. Nagle jednak przebudzili się Taiju i Senku, dwaj nastolatkowie, na których czekała konfrontacja z nieznaną im rzeczywistością i próby ratowania cywilizacji.

Teraz wypoczywają w gorących źródłach, ale to jedynie pretekst do zdobycia niezbędnego składnika dzięki któremu stworzą proch. Potrzebują bowiem borni, by stawić czoła swojemu największemu póki co jedynemu ludzkiemu wrogowi. Czy jednak uda im się zrealizować ten cel, skoro przeciwnik wie, co planują? I czy obecność Yuzurihy, dziewczyny, w której kocha się Taiju, pomoże im czy zaszkodzi?


Zatem czym „Dr. Stone” różni się od innych, podobnych opowieści? Przede wszystkim tym, że nie jest to bitewniak, a bohaterowie to nie typowi twardziele, chociaż… Właśnie, postacie wiodące są dwie: nastoletni geniusz, który potrafi niemal zrobić coś z niczego i jego kumpel – wytrzymały, ale daleki od mądrości mięśniak, który do walki niezbyt się nadaje, ale ma złote serce. Na początku ten drugi co prawda wydawał się nieco innym typem, ale wybaczmy autorowi, dopiero przygotowywał całą opowieść i mógł nie do końca przemyśleć koncepcję. Podobnych nieprzemyślanych elementów w całości jest więcej, ale miejmy nadzieję, że kiedyś się one wyjaśnią.


Tak czy inaczej jednak, nie ma to większego znaczenia, bo zabawa z „Dr. Stone’em” wbrew pozorom jest przednia. Wszystko dlatego, że to po prostu kawał lekkiego, wciągającego komiksu postapo. Jest tu akcja, jest romans, są ciekawe pytania, udany klimat itd., itd. Wrogowie? Są. Seksowne kobiety? Jedna się znalazła. Ale jest też to, co odróżnia serię od innych jej podobnych – nauka poprzez zabawę. Nasz genialny nastolatek ma rozległą wiedzę i uczy nas przy okazji wielu ciekawych rzeczy: od robienia prochu, do produkcji wina. Może to i nie jest wiedza, która nastoletniemu czytelnikowi przyda się na co dzień, ale na pewno jest to taki typ informacji, które czytelnik w tym wieku chce chłonąć, a że przy okazji może dowiedzieć się czegoś więcej, chyba mu to nie zaszkodzi.


Reszta to shounen, jak to shounen, w którym najlepsze pozostają grafiki Boichiego. Z jednej strony mamy prosty, typowo wielkooki design, gdzie w dużej mierze rządzi niemalże karykaturalne podejście do prezentacji postaci – od mimiki ich twarzy, przez fryzury, po nawet same ciała i ich krągłości – z drugiej mnóstwo detali i realizmu, które budują klimat, jaki zapada w pamięć na  dłużej. I to się ceni.


W skrócie: na miłośników shounenów czeka kolejna, interesująca seria, którą poznać powinni. Seria, która z tomu na tom staje się coraz lepsza. Warto jej się przyjrzeć bliżej.


Dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.








Huck: Prawdziwy Amerykanin - Mark Millar, Rafael Albuquerque

TYLKO UPOŚLEDZONY MOŻE BYĆ BOHATEREM


Mark Millar, scenarzysta słynący z tworzenia na wskroś brudnych bohaterów o najgorszych możliwych cechach, zmienia front! Wreszcie jego autorski heros jest stricte dobry! Zaraz czy to na pewno komiks tego pisarza? Tak. To gdzie jest myk? Właśnie…


Poznajcie Hucka, upośledzonego wielkoluda, którego celem życia jest pomaganie innym. Od ratowania ludzi z wszelkiej maści katastrof po zadania dnia codziennego, jak koszenie trawników. Gdy tylko może komuś sprawić radość – sprawia ją. W niewielkim miasteczku znają go wszyscy i wszyscy kryją jego sekret. Jednak czy długo można utrzymać w tajemnicy supermoce?


Na początku muszę sprostować jedną rzecz: chociaż Millar słynie z opowieściach o złych czy upadłych bohaterach, „Huck” nie jest pierwszym dziełem odchodzącym od tego schematu. Wystarczy wspomnieć zapomniane już nieco „Trouble”. Tu jednak dostajemy pierwszego dobrego autorskiego superbohtera. Reszta jednak pozostaje taka sama. Bo wbrew pozorom każdy komiks Millara traktuje o czynieniu dobra: nieważne, jak źli są jego bohaterowie, jakiego nieludzkiego okrucieństwa się dopuszczają i do czego są zdolni. Bo dobro, mimo wszystko, gdzieś tam jest. Dlatego jego zmiana frontu jest w tym wypadku rzeczą nie tylko względną, ale i pozorną. Tym bardziej, że teza, jaką można odczytać ze stron „Hucka” pozostaje niemniej kontrowersyjna od typowych millarowskich pomysłów.


A jak jest to teza? Wszystko ogranicza się tu w zasadzie do pytań: czy tylko upośledzony może być bohaterem? czy jedynie człowiek nie do końca rozwinięty psychicznie, społecznie niedostosowany Forrest Gump potrafi czynić bezinteresowne dobro? I czy (pop) kultura aż tak zniszczyła nas, jako ogół, by jedyną ostają wartości byli, ci którzy w naszym mniemaniu zepchnięci są na margines? Jak Millar na nie odpowiada i czy robi to, czy może jedynie skłania czytelników do myślenia, to już musicie odkryć sami. A warto, bo album ten, jak i niemal wszystkie jego komiksy robi duże wrażenie.


Owszem, samo założenie całej opowieści nie jest szczególnie odkrywcze. Czytając „Supermana na wszystkie pory roku” – choć duet Loeb/Sale nigdzie nie powiedział tego wprost – odnosiłem wrażenie, że Superman jest upośledzony właśnie. Dziecko w ciele olbrzyma, władające boską mocą i wręcz nerwicowym przywiązaniem do wpojonych reguł. Huck jest taki sam. Co więcej, nawet graficznie pod każdym względem przypomina Supermana w wykonaniu Sale’a. Zresztą rysunkowo ten zeszyt stoi na znakomitym poziomie, zadziwiającym jak na Albuquerque’a, którego prosta kreska uzupełniona o świetny kolor wpada w oko.


Ergo? Absolutnie warto. Millar po raz kolejny pokazał co potrafi i zrobił to w rewelacyjnym stylu. Drugi „Kick Ass” co prawda to to nie jest, ale i tak warto poszukać tego tradycyjnie znakomicie wydanego albumu wśród nowości.







wtorek, 21 stycznia 2020

Ronja, córka zbójnika - Astrid Lindgren

RONJA – KSIĄŻKA MANGOWO ILUSTROWANA


Na fali wznowień twórczości Astrid Lindgren, Nasza Księgarnia serwuje nam właśnie kolejne jej dzieło. „Ronja”, bo o nim mowa, w odróżnieniu od takich tytułów, jak „Przygody dzieci z ulicy Awanturników”, „Rasmus, Pontus i pies Toker” czy „Przygody detektywa Blomkvista”, może pochwalić się jednak stricte nowoczesną, a co więcej utrzymaną w mangowej (animeowanej, by być dokładnym) stylistyce szatą graficzną. Wygląda to świetnie i ma też swoje umotywowanie (ale o tym dalej), co ważniejsze jednak świetna jest całość i chociaż od jej premiery minęło już kilka dekad, wciąż pozostaje atrakcyjną lekturą dla odbiorców w różnym wieku.


Ronja, córka zbójnika, dziecko lasu, całe życie żyła w przekonaniu, że konkurencyjni zbóje Borka są źli. Pewnego dnia jednak poznaje jego syna Birka, z którym wkrótce połączy ją przyjaźń, a może także i coś więcej. Co jednak będzie, gdy ich ojcowie dowiedzą się o tym?


Z Astrid Lindgren  jest, jak np. z Harlanem Cobenem albo Johnem Irvingiem: jeśli czytaliście jedną jej książkę, wiecie czego spodziewać się po całej reszcie.  Co nie znaczy, że powieści z jej nazwiskiem na okładce są wtórne, ani tym bardziej, że w końcu jej kolejne dzieła zaczynają nużyć. Jeśli już jest tu jakaś wtórność to taka, której oczekujemy i chcemy. Powrót do tych samych, uwielbianych motywów i niezapomnianego klimatu. „Ronja: Córka zbójnika”, choć fabularnie odmienna od wspomnianych na wstępie utworów, też jest takim dziełem. Znajdziecie tu bowiem wszystko to, co w dziełach szwedzkiej pisarki najlepsze, podlane nutą fantastyki i „Romea i Julii”.


Przechodząc jednak do konkretów, niniejsza powieść to sympatyczna, pełna ciepła historia przygodowa, w której nie brakuje humoru i wzruszeń. Mieszanka wesoło niebezpiecznych wydarzeń, zapadające w pamięć postacie, a także lekkość i ujmująca prostota sprawiają, że całość czyta się z dużą przyjemnością. Dzieci to urzeknie, w dorosłych obudzi tęsknotę za dzieciństwem. Co ważne, „Ronję” nie tylko dobrze i lekko się czyta, ale też i docenia za jej literacką wartość. Bo książka ta nie jest infantylną, naiwną rozrywką, jakiej obecnie wiele. Bohaterowie są przekonujący i ciekawi, a całość daleka jest od banału, choć jednocześnie bywa ujmująco naiwna w dobrym, staromodnym stylu.


I jak pięknie wydana. „Ronja” zilustrowana została bowiem przez Katsuyę Kondō, znanego artystę animatora, który pracuje dla studia Ghibli – legendarnej japońskiej wytwórni, która dała nam takie filmy, jak „Mój sąsiad Totoro”, „Księżniczka Mononoke”, „Spirited Away” czy „Grobowiec świetlików”, a także współtworzyła serial „Ronja” z  roku 2014. I dlatego jego proste, kolorowane najczęściej kredkami prace doskonale pasują do całości, urzekając już samym wyglądem i potrafiąc przykuć na dłużej. Wszystko to składa się na naprawdę świetną książkę dla dużych i małych, którą polecam gorąco, choć polecać, oczywiście, nie trzeba.


A wydawnictwu Nasza Księgarnia dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

Mafalda. Wszystkie komiksy, tom 1 - Quino

MAFALDA ZEBRANA


„Fistaszki: Zebrane” to nie tylko jedna z nielicznych komiksowych publikacji od Naszej Księgarni, ale także jedna z najciekawszych najlepszych i najważniejszych w całej ofercie wydawnictwa. Nic zatem dziwnego, że wydawca postanowił zaserwować czytelnikom zbiorcze wydania kolejnej serii pasków komiksowych. Wybór padł na „Mafaldę”, klasyczne dzieło argentyńskiego twórcy, twór może nie tak udany, jak „Fistaszki”, ale nadal wart poznania.


Mafalda ma sześć lat i dużo myśli. Myśli nad sprawami dziecięcymi, myśli nad złożonymi, dojrzałymi kwestiami. Obserwuje i komentuje świat, dużo pyta… i nie lubi zupy. Gotowi poznać jej codzienność i spędzić z nią trochę czasu?


Argentyński komiks nie jest czymś, co przebiło się do świadomości masowej ani tym bardziej popkultury. Przeciętny czytelnik nie wymieni właściwie żadnego tytułu z tego kraju, a co bardziej obeznani z kwestią wspomną co najwyżej „If…” czy „Dago”, a i to bez większego przekonania. Na szczęście jest jeszcze „Mafalda”, publikowane w latach 1964-1973 paski komiksowe, które podbiły kilka kontynentów. Nic w tym dziwnego, bo to kawał dobrej satyry, która mimo upływu lat nie straciła nic ze swej siły wyrazu.


Mafalda, jako postać, powstała w roku 1962 na potrzeby niezrealizowanej kampanii reklamowej. Wydawca i przyjaciel jej autora skłonił go jednak by nie marnował bohaterki i rozwinął cały pomysł. Tak narodziła się seria jej przygód, która zyskała wielką popularność (doczekała się nawet dwóch serii animowanych krótkometrażówek i filmu animowanego, a także nazwania tym imieniem placu w Buenos Aires), a która teraz w pełnej wersji ukazuje się w końcu na polskim rynku. I dobrze się stało, bo choć to nie są drugie „Fistaszki”, warto poznać jej przygody.


„Mafalda” to typowy komiks satyryczny, dość poważny i nie tak śmieszący, jak większość podobnych serii, ale równie trafny. Specyfika klimatu całości sprawia, że rzecz okazuje się nadzwyczaj aktualna w obecnych czasach. Abstrahując jednak od zawartej w całości głębi, paskami z przygodami naszej małej bohaterki można cieszyć się też jako po prostu zabawną rozrywką dla dużych i małych. Do tego dochodzi udana szata graficzna – coś na skrzyżowaniu „Fistaszków” z „Kotem Krejzolem”, gdzie cartoonowa postacie egzystują w dość realistycznym, czasem wręcz brudnym (głównie pod względem kreski) świecie.


W skrócie: miłośnicy dobrych, mądrych komiksów znów mają na co wydać pieniądze. Ale nie będą to pieniądze stracone, bo to świetny, ambitny i doskonale wydany (identycznie jak „Fistaszki”, czyli mamy do czynienia z 350-stronicowym tomem w twardej oprawie) album. Polecam gorąco.


A wydawnictwu Nasza Księgarnia dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji







niedziela, 19 stycznia 2020

Gdy zapłaczą cykady #18: Księga manifestacji demona - RYUKISHI07, En Kito

CYKADY ZNOWU PŁACZĄ


„Gdy zapłaczą cykady”, świetna seria dla miłośników horrorów, thrillerów i mrocznej fantastyki, dobiegła końca już jakiś czas temu. Pytania doczekały się swoich odpowiedzi, wątki zostały domknięte, akcja zakończona… Co jeszcze można byłoby dodać do całej opowieści? Całkiem sporo. Owszem, „Księga ukojenia duszy”, która była typowym, komediowym przerywnikiem nie zapowiadała tego, a jednak. Po znakomitej „Księdze upływającej nocy” nadszedł czas na świetną „Księgę manifestacji demona”, która potwierdza, że klimat „Cykad” nadal ma się dobrze i świat ten może nam dostarczyć jeszcze niejednych emocji i przeżyć.


Rok 58 ery Shouwa. Natsumi wiedzie spokojne, miejskie życie typowej nastolatki. Szkoła, znajomi… Wszystko wydaje się idealne, aż do dnia, gdy z telewizji dowiaduje się, że jej rodzinną wieś, z której z bliskimi przeniosła się do miasta rok temu, dotknęła prawdziwa katastrofa. Jej babcia upiera się jednak, że winna tragedii jest ,,Klątwa Czcigodnego Oyashiro”. Nikt nie wie jednak jeszcze jaki wpływ na całą rodzinę Natsumi będą miały te wydarzenia…


Cykl „Gdy zapłaczą cykady”, stanowiący adaptację gry typu „visual novel”, okazał się zadziwiająco udaną rozrywką. Zadziwiająco, bo adaptacje rzadko kiedy są dobre, a na dodatek cała seria oparta była na ciągłym powtarzaniu tych samych historii. Jeśli zaś chodzi o „Księgę manifestacji demona” to kolejny udany bonusowym tom i zarazem dobre uzupełnienie całości. Jak zawsze fabuła jest interesująca, nieważne, że znamy już różne jej scenariusze i wiemy doskonale jak to wszystko się rozwiązało. Napięcia też nie brakuje, choć to, jak zwykle, narasta powoli, nie brakuje też mroku, emocji, klimatu, dobrze poprowadzonej akcji, nowych ciekawych bohaterów itd., itd. Czyli wszystkiego tego, za co miłośnicy pokochali „Cykady”.


Jeśli zaś chodzi o szatę graficzną, rysunki w tym tomie przypominają te, które mieliśmy okazję oglądać w częściach odsłonach. Owszem, autor znów się zmienił, a wraz z nim ton całej historii, ale nie jest to zmiana duża. Właściwie jedynie mamy tu do czynienia z kosmetyką, typową zresztą dla „Cykad”, gdzie rysownicy co chwila zresztą pojawiali się i znikali. Wszystkie tomy jednak i tak utrzymały podobny charakter i tak jest tym razem.


Co ważniejsze jednak, cała seria od samego początku trzyma ten sam znakomity poziom ogólny i to należy docenić. Jeśli podobały Wam się poprzednie części, zdecydowanie nie muszę Wam polecać tej. A jeśli jeszcze nie poznaliście tej serii, a lubicie thrillery / horrory, bez dwóch zdań znajdzie tu coś dla siebie. Nawet jeśli zaczniecie swoją przygodę z nią od tego, dość niezależnego tomu.


Dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.