sobota, 20 października 2018

Ptyś i Bill: Do ataku - Cric, Pierre Veys, Laurent Verron, Laurent Verron

WSPÓŁCZESNA KLASYKA


Czwarty z tytułów wydanych w ramach linii „Komiksy są super” to pozycja inna, od pozostałych trzech. Co ją wyróżnia? Przede wszystkim fakt, że jest ona najbardziej klasyczna ze wszystkich – stanowi bowiem kontynuację cyklu zapoczątkowanego w 1959 roku. Poza tym zamiast pierwszych trzech tomów, dostajemy tu albumy od 32 do 34. Co oczywiście jest jedynie ciekawostką, bo w najmniejszym stopniu nie wpływa na odbiór całości. A jak odbiera się „Ptysia i Billa”? Wprost znakomicie, z humorem, przyjemnością i ochotą na więcej.


Głównym bohaterem serii jest Ptyś, chodzący do podstawówki chłopiec, jakich wiele. Szkoły nie lubi, bo kto w tym wieku ją lubi? Podobnie jak warzyw, do wykonywania wszelkiej maści obowiązków też nie ma zbyt wielkiej ochoty, za to kiedy chodzi o figle, psoty i najróżniejsze szalone akcje, zawsze jest pierwszy i pełen chęci. Towarzyszą mu w tym jego najlepszy przyjaciel Piotrek, chłopak o podobnych zapędach, oraz dwójka rezolutnych zwierzaków: spaniel Bill, pies charakterem bardzo podobny do swego pana a także żółwica Karolina. Ta czwórka zawsze potrafi wpakować się w jakieś tarapaty, zawsze też wychodzi z nich obronną ręką i wszędzie umie znaleźć materiał do zabawy. A że nie samą zabawą człowiek (i zwierzę) żyje, uczuć i jedzenia także zabraknąć nie może! W skrócie: z tą bandą nie sposób się nudzić!


Inspirowane „Fistaszkami”, stworzone przez zmarłego w 2006 roku Jeana Roba, belgijskiego komiksiarza znanego choćby z serii „Sprycjan i Fantazjusz” przygody Ptysia i Billa to komiks mocno klasyczny pod każdym względem. Nawet w tych, pisanych i ilustrowanych przez kontynuatorów jego spuścizny (w tym znanego ze „Studia tańca” Cripa) albumach. Co to właściwie oznacza?


Przede wszystkim nieco inną od pozostałych trzech tytułów z kolekcji szatę graficzną. Zarówno „Studio tańca”, „Lou”, jak i „Ernest i Rebeka” są rysowane w sposób współczesny, kreską dość lekką i na gęsto rozlokowanych kadrach. „Ptyś i Bill” wygląda podobnie, jak inne humorystyczne serie europejskie sprzed lat – choćby „Smerfy” czy swojskie komiksy Janusza Christy oraz zmarłej niedawno Szarloty Pawel. Jest prostszy, bardziej szczegółowy, a rozkład ilustracji jest przejrzysty i luźny. Ma to swój urok, a czystość samych rysunków i świetny, stonowany i utrzymany w klasycznym tonie kolor autentycznie robią wrażenie.


Fabularnie całość też przypomina dawne prace, ale rzecz w tym, że i inne współczesne dzieła nadal mocno z nich czerpią. Dlatego krótkie, jednostronicowe humoreski i typ żartów spodobają się również tym przyzwyczajonym już do obecnych hitów. Całość jednak jest tak urocza i ujmująca, że z pewnością niejednego czytelnika zachęci do sięgnięcia po starsze pozycje i odkrycia fascynującego świata europejskich komiksów humorystycznych. Ja ze swej strony polecam i mam nadzieje, że wydawnictwo Egmont (podobnie, jak to ma miejsce z wydawanymi przez nie od kilku lat „Smerfami”), sięgnie także po klasyczne albumy „Ptysia i Billa”.


A na koniec dziękuję wydawcy za udostępnienie egzemplarza do recenzji.


Lou! #1: Codziennik - Julien Neel

Z HUMOREM I WDZIĘKIEM


Linia wydawnicza „Komiksy są super” to spore pozytywne zaskoczenie. Wszystkie tytuły ją otwierające okazały się naprawdę znakomitymi pozycjami, dostarczającymi dobrej rozrywki właściwie dla całej rodziny. I nie inaczej jest z „Lou”, sympatyczną opowieścią będącą bardzo udanym mixem komediowo-obyczajowych motywów, z odpowiednim przesłaniem i uroczą, ewoluującą na naszych oczach szatą graficzną.


Lou ma dziesięć lat, mnóstwo uroku i jeszcze więcej rozpierającej ją energii. Wychowywana samotnie przez matkę pisarkę, wykazującą niezdrowe zainteresowanie grami komputerowymi, które potrafią pożreć cały jej czas, zmaga się z problemami jakie nastręcza jej wiek. Pierwsze miłości, szkolne troski, wyśmiewanie przez rówieśników (Lou, jak na artystyczną duszę przystało, sama projektuje swoje ubrania, co bywa różnie odbierane), poznawanie nowych ludzi… Czas spędza albo ze swoją matką, która jest niczym jej koleżanka, albo z najlepszą przyjaciółką Miną. Problemów nigdy nie brakuje, ale mała Lou ze wszystkimi radzi sobie z humorem i wdziękiem.


Lekka, prosta, ale podana z realizmem i wcale nie głupia – tak najprościej można podsumować serię „Lou”. Jak na europejski komiks humorystyczny przystało, całość składa się z serii jednostronicowych historyjek, które można czytać zarówno niezależnie od siebie, jak i jako większą całość. Każda z nich ma bawić i śmieszyć, ale w mądry i wartościowy sposób i dokładnie to robi – na dodatek w bardzo dobrym stylu.


Bo przygody Lou i jej matki to zbiór życiowych, obyczajowych humoresek traktujących o codziennym życiu. Życiu u boku samotnej matki, która sama jest dziecinna i nie do końca bierze świat na poważnie. Na naszą bohaterkę czekają trudy dorastania, pierwszej miłości, kontaktów z najróżniejszymi ludźmi i odwiedzanie równie różnorakich miejsc. Każdą z tych rzeczy spisuje w swoim pamiętniku, w sposób prześmiewczy, ale jakże trafny i nastrojowy. Wszystko to sprawia, że „Lou” doskonale sprawdza się zarówno jako rozrywka dla dzieci, jak i starszych czytelników. Każdy znajdzie tu coś dla siebie, chociaż dla każdego będzie to coś zupełnie innego, ale to już pozostawiam do odkrycia Wam.


Ilustracje w tej serii, barwne i miłe dla oka, jak pisałem na wstępie, ewoluują na naszych oczach. Rysunki przez cały czas są proste (i to bardzo), choć zagęszczenie kadrów i ciekawie oddane tła robią naprawdę przyjemne wrażenie. Z czasem jednak kreska zyskuje delikatności, stając się dowodem wprawy, jakiej w tworzeniu tego dzieła nabrał autor. Wszystko to, wraz z ciekawymi scenariuszami, składa się na kolejny naprawdę udany tytuł słusznie nagrodzony na festiwalu w Angoulême. Ja ze swej strony polecam, bo to kawał znakomitej rozrywki na dobrym poziomie.


A wydawnictwu Egmont dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.


piątek, 19 października 2018

Ernest i Rebeka #1: Mój kumpel mikrob - Guillaume Bianco, Antonello Dalena

Z MIKROBEM PRZEZ ŻYCIE


„Ernest i Rebeka” to bodajże najbardziej urocza, poruszająca i pouczająca z czterech serii, jakie Egmont zaczął właśnie wydawać w linii „Komiksy są super”. Jednocześnie to po prostu świetny komiks humorystyczny, który poprawia humor, skłania do zastanowienia i przede wszystkim naprawdę wciąga. W ręce miłośników mainstreamowych europejskich opowieści graficznych trafia zatem kolejny cykl, po który będą sięgali regularnie z wielką przyjemnością.


„Ernest i Rebeka” to opowieść o przyjaźni dziewczynki i… mikroba. Rebeka ma sześć lat, jest mniejsza od innych dzieci (co oczywiście ją denerwuje, bo czuje się dorosła i nie znosi, kiedy ktoś traktuje ją jak dziecko) i ze względu na słaby układ odpornościowy ciągle choruje. Dlatego też większość czasu spędza w domu, ale nie jest to czas łatwy ani szczególnie przyjemny. Dziewczynkę rozpiera energia, ale nikt nie ma większej ochoty się z nią bawić. Rodzice ciągle się kłócą, matka często wyjeżdża do babci, tata, po kolejnych utarczkach z żoną, nocuje u brata. Nastoletnia siostra Rebeki też nie ma dla niej czasu, bo weszła w trudny wiek i lepiej jest jej nie przeszkadzać. Sześciolatka stara się jednak jak może nie nudzić i jakoś radzić sobie z obawami, jakie wywołuje w niej ryzyko rozwodu rodziców. Pewnego dnia wymyka się z domu na deszcz. Tak łapie wyjątkowo opornego wirusa, najstarszego i ciągle mutującego mikroba, który wpędza ją do łóżka, a jednocześnie… zostaje jej przyjacielem. Od teraz nie tylko spędza z nią czas, ale przede wszystkim uczy ją radzenia sobie w życiu.


Ten komiks trafił w moje ręce akurat w momencie, kiedy mnie samego dopadł wirus i sporo czasu spędzam w łóżku właśnie. Stał się więc sympatycznym towarzyszem tej niedoli (chyba znacie tragedię męskiego przeziębienia) i jedną z lektur, dzięki którym zabiłem nieco czasu. I to w jakże przyjemny sposób, bo czytanie „Ernesta i Rebeki” było bardzo udanym doświadczeniem.


Jak na komedię przystało, całość potrafiła mnie rozbawić, ale przy okazji zaoferowała mi całkiem spory ładunek emocjonalny. To komiks dla dzieci i jak na taki przystało, bawiąc uczy, ucząc bawi, a w tym przypadku nauka owa dotyczy kwestii życiowych i trudnych. Problemy rodzinne, ich wpływ na najmłodszych, choroba… Niby wszystko to podane w sposób lekki, ale zapada w pamięć i skłania do zastanowienia nie tylko najmłodszych.


Co ciekawe, seria ta, choć stanowi zbiór krótkich epizodów z życia Rebeki i jej mikroba, nie jest kolekcją jednostronicowych skeczy. Historie są tu różnej długości, do tego są też bardziej spójne względem siebie, niż w podobnych przypadkach. Na koniec dochodzi jeszcze świetna szata graficzna, typowa dla współczesnych europejskich komiksów humorystycznych i równie świetne zbiorcze wydanie. Kto lubi albumy tego typu, na pewno się nie zawiedzie. Ja ze swej strony polecam, bo bawiłem się znakomicie.


A wydawnictwu Egmont dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.


Studio tańca #1 - Béka (Bertrand Escaich i Caroline Roque), Crip

GDYBY SISTERS UCZYŁY SIĘ TAŃCA


Wydawnictwo Egmont zaczęło właśnie nową linię wydawniczą, „Komiksy są super”. O co chodzi w tym projekcie? O prezentowanie dobrych, wartościowych i zarazem bardzo popularnych komiksów europejskich dla najmłodszych odbiorców, na dodatek w formie zbiorczych (i atrakcyjnych cenowo) tomów. Jedną z serii wydanych pod tym szyldem jest „Studio tańca”, lekka komedia, która spodoba się wszystkim miłośnikom popularnego w naszym kraju cyklu „Sisters”.


Jeżeli chodzi o treść tego komiksu, tytuł mówi nam już wszystko. Jego bohaterkami są bowiem uczennice studia tańca, młode dziewczyny, dzielące swój czas między typową szkolną naukę, sprawy osobiste i największą pasję, a zarazem największy trud ich życia – taniec. Każda z nich ma inne podejście do tematu, każda też opanować chce inny rodzaj tej sztuki – od klasycznego baletu, przez modern jazz i hip hop, po tańce afrykańskie. Zdobyte umiejętności przenoszą co i rusz na grunt osobisty i inne przedmioty szkolne, co nie zawsze jest pozytywnie odbierane, ale za każdym razem staje się przyczyną jakże komicznych sytuacji. Ale przecież nie samą szkołą, nauką i treningami żyją nastoletnie dziewczyny, prawda? Są też przecież jeszcze chłopaki (jeden – i zarazem jedyny – także uczy się tańca w tym samym miejscu), rodzice i cały świat, z jakim trzeba się uporać…


Jeżeli czytaliście wspomniane już przeze mnie na początku przygody sióstr z serii „Sisters” (na polskim rynku można kupić już dziesięć tomów, a jedenasty ukaże się jeszcze w tym roku), po „Studio tańca” możecie sięgnąć w ciemno. To taki sam rodzaj komiksu, identycznie skonstruowany i oparty właściwie na tym samym typie humoru. Tym, którzy jednak owej serii nie kojarzą (swoją drogą polecam, bo warto ją poznać), przybliżę z czym będą mieli do czynienia.


A zatem „Studio tańca” to typowa dla komiksu frankofońskiego seria komediowa. Poszczególne jej tomy zbierają w sobie krótkie, jednostronicowe historyjki, które śmiało można określić mianem skeczy. Każda z nich jest więc zamkniętą zabawną opowieścią z pointą, a ich fabuły, choć przede wszystkim dotyczą tematyki tańca, są na tyle uniwersalne by spodobały się każdemu czytelnikowi, który ma ochotę pośmiać się w prosty i niezobowiązujący sposób. Oczywiście, jak na komiks odpowiedni dla dzieci przystało, w żartach tych przekazywane są konkretne pozytywne wartości, a całość nie zawiera treści nie odpowiednich dla najmłodszych.


Do tego wszystko to jest znakomicie zilustrowane. Typowo dla swojego gatunku, a więc kreską prostą, czystą i cartoonową, ale rysunki, podobnie jak kolor, wpadają w oko i same w sobie potrafią rozbawić. Do tego nie można zapomnieć o wydaniu. To, choć w mniejszym formacie niż standardowe albumy europejskie (zamiast A4 mamy tu B5, czyli taki, jak w amerykańskich zeszytach komiksowych), są zdecydowanie pogrubione, bo zawierają w sobie trzy oryginalne tomy, co przy świetnej cenie jest naprawdę znakomitym rozwiązaniem. Wszystko to składa się na komiks wart polecenia każdemu miłośnikowi familijnych komedii. Dobra zabawa gwarantowana.


Dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza do recenzji.


czwartek, 18 października 2018

Z każdym oddechem - Nicholas Sparks

MIŁOSNY LIST


Pewnie po powieści Sparksa nie sięgnąłbym nigdy, gdyby nie film „I wciąż ją kocham”. Jestem romantyczną duszą, ale książki o miłości to najczęściej tandetne czytadła kojarzące się z Harlequinami tudzież kobiecymi koszmarkami, które zdobyły co prawda sławę, ale przebrnąć się przez nie nie da, jeśli posiada się choć odrobinę czytelniczych ambicji. Do filmu przekonało mnie jednak nazwisko reżysera, potem kupiła mnie sama historia, jeszcze potem po prostu musiałem sięgnąć po literacki pierwowzór i jemu też uległem. Powieść okazała się bowiem naprawdę dobrym męskim romansem. Czymś z nieco wyższej półki, nawet jeśli miłosnym historiom Rotha czy Irvinga do pięt nie sięgała. Resztę możecie już sobie dopowiedzieć – i tak docieramy do niniejszego momentu, najnowszej książki Sparksa. Wiele sobie po niej obiecywałem, na wiele miałem nadzieję i choć nie wszystko okazało się takie, jakbym chciał, autor znów dostarczył mi naprawdę niezłej rozrywki i kilku emocjonujących momentów.


Bratnia Dusza – tak nazywa się skrzynka pocztowa stojąca od 1983 roku na Sunset Beach w Karolinie Północnej. Każdy, kto chce, może spisać swoją historię i zostawić ją tam. I każdy, kto chce może ją przeczytać. Nicholas Sparks dowiaduje się o niej od miejscowych, którzy zachęcają go do zajrzenia do niej, wierząc, że jej zawartość i ona sama przydadzą się w jego twórczości. I rzeczywiście. Pisarz natrafia tam na historię, która go wciąga tak, że postanawia o niej napisać. By to jednak zrobić, musi odnaleźć osobę, która ją spisała, a autor w liście zostawił jedynie nieliczne wskazówki. Dotarcie do niego staje się prawdziwą przygodą, ale jeszcze większa przygoda dopiero na Sparksa czeka. Przygoda z przeszłością i opowieścią o niezwykłej miłości.

Jest rok 1990. Tru pracuje w Zimbabwe jako przewodnik po safari i wydaje się, że w Ameryce nic go nie pociąga. Przynajmniej do czasu, kiedy dostaje wiadomość, że jego biologiczny ojciec umiera. Tru sam właściwie nie wie czy chce go poznawać, ale ostatecznie rusza w drogę. Tymczasem Hope przybywa do Karoliny na ślub przyjaciółki. Choć jest w poważnym związku, przeżywa kryzys, a jakby tego było mało, jej ojciec także jest umierający. Spotkanie tej dwójki wkrótce odmieni ich życie, ale czy będzie im dane być razem?


Lekka i prosta, dokładnie taka jest ta powieść. Po Sparksie spodziewałem się czegoś więcej, ale jak na romans to i tak dobra lektura. Sprawnie napisana, czasem trochę zbyt potocznie i nieskomplikowanie, potrafi jednak obudzić nieco emocji. Wzruszyć? Mnie osobiście nie zdołała, ale niewiele jest dzieł, które potrafią zadziałać na mnie w ten konkretny sposób, myślę jednak, że co wrażliwsi czytelnicy ulegną niektórym fragmentom.


Co jeszcze warto dodać to fakt, że Sparks nie łamie tu schematów. Co prawda nigdy tego nie robił, jednak te jego powieści, z którymi miałem styczność, posiadały w sobie mocno przekonującą i oddziaływującą na czytelnika życiową nutę. Tu, choć autor od początku stara się przekonać nas, że mamy do czynienia z rekonstrukcją faktów, wkracza na grząski grunt typowo skrojonej fabuły romansu. Inspirowanej co prawda autentycznym miejscem i wyprawą autora do Afryki, ale nic poza tym. Co, przy moich oczekiwaniach, jest zarzutem, choć patrząc na to pod względem obietnic, jakie składa sam gatunek, trudno jest odbierać ten fakt w taki właśnie sposób.


Tak czy inaczej jednak, „Z każdym oddechem” to niezła książka. Mniej męska, niż np. „I wciąż ją kocham” (tak, dobrze się domyślacie – to mój ulubiony utwór pisarza) i mniej też od niej realistyczna, ale całkiem udana, przyjemna w odbiorze i dostarczająca porcji niewymagającej i niezaskakującej rozrywki. Prości bohaterowie, prosty świat i proste, mimo zawirowań, uczucia. Ale to i tak o niebo lepsze dzieło (nawet jeśli Sparks nie wykorzystał kilku elementów, które aż prosiły się o to) niż Harlequiny, więc możecie sięgnąć po nie bez obaw. Tym bardziej, że całość połyka się dosłownie na raz.


Dziękuję wydawnictwu Albatros z udostępnienie egzemplarza do recenzji.

Karneval #5 - Touya Mikanagi

POZYTYWNE ZASKOCZENIE


Piąty tom „Karnevala” kontynuuje bezpośrednio to, co widzieliśmy w tomie czwartym. I wcale nie mam na myśli akcji, choć oczywiście ta też znajduje tutaj swój ciąg dalszy, ale przede wszystkim jakość. Nie znajdziecie więc w tej części chaosu, który w serii obecny był na początku, jest za to niezła akcja i spora dawka uroku, stanowiące najważniejsze elementy całości.


Zdrady i podejrzenia. Niebezpieczeństwo i chwile spokoju. W CYRKU źle się dzieje, gdy na jaw wychodzi, że to ktoś z Wieży Badań sprzedał lek, który doprowadził do śmierci wielu kłusowników i zwierząt. Napięcie narasta, a końca problemów nie widać.

Tymczasem Tuskitachi, który z rozkazu przyłączył się do Statku Drugiego, wyrusza wraz z załogą do Vantnam. Cel mają jeden: zakupowe szaleństwo, chociaż, oczywiście, na tym nie poprzestaną. Hirato co prawda nie bierze udziału w rajdzie po sklepach, zajęty własnymi (i tajemniczymi!) sprawami, ale dla każdego z pozostałych członków ekipy znajdzie się coś miłego. I znajdą ich także kłopoty. Gdy po dość szalonym wypadzie do lokalu z gadżetami Nyanperony Naia, Garekiego i Yogiego zatrzymuje pewien chłopiec, żaden z nich nie ma jeszcze pojęcia, co z tego wyniknie. Dziecko bowiem, nad zwyczaj dobrze rozeznane w sprawach CYRKU, prosi ich o ochronę, bo ktoś je śledzi! Bohaterowie biorą go pod swoją opiekę, ale co z tego wyniknie? I co tak naprawdę kryje się za prośbą dziecka?


„Karneval” to chyba dla autorki swoiste pole eksperymentów z różnymi gatunkami, bo bawi się nimi w dość swobodny sposób. Ale nie poczytujcie tego in minus, bo akurat w przypadku tego tomu, wyszło to jak najbardziej pozytywnie. A to za sprawą kilku absurdalnych sytuacji (ze strzelaniną na czele – ach ci podejrzani ;) ), których humor tak mnie kupił, że aż zaskoczył. I była to chyba najbardziej pozytywna niespodzianka od początku mojej przygody z tą serią.


Ale to nie jedyny plus. Urok całości jest w tym tomie intensywniejszy, ale przez to jeszcze bardziej oddziałuje na czytelnika. I tym razem kupiła mnie ta słodycz, nawet jeśli można ją było określić mianem babskiej czy wręcz ocierającej się o yaoiowe elementy. Wszystko dzięki słodkim zwierzęcym postaciom, które rozbrajały i wprowadzały pewien rodzaj dysonansu.


Dodajcie do tego wszystkiego udaną szatę graficzną, typową dla kobiecych mang, ale atrakcyjna nie tylko dla nich, i dostaniecie naprawdę udaną pozycję. Mam nadzieję, że dalsze tomy utrzymają ten poziom, bo „Karneval” zaczął mnie bawić tak, jak tego po nim oczekiwałem i nie chcę by szybko się to skończyło. Polecam.


A wydawnictwu Waneko dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.






Karneval #4 - Touya Mikanagi

CYRK BEZ CHAOSU


Co prawda już trzeci tom "Karnevala" w pełni przekonał mnie do serii, dzięki czemu mogłem przestać dawać jej kredyt zaufania i oddać się przyjemności płynącej z lektury, ale miał w sobie całkiem sporo chaosu. W czwórce jednak opowieść staje się spójniejsza, bardziej ukierunkowana, a jej klimat potrafi urzec bardziej, niż do tej pory. Co oczywiście zadowoli zarówno miłośników serii, jak i tych, którzy dotąd nie do końca wpadli w jej sidła.


W trakcie jednej z akcji bohaterowie trafili do Rinollu, gdzie zaatakowały ich Varugi. Wydarzenie to miało jednak głębsze znaczenie, bo w trakcie walki Yogi uległ dziwnej przemianie. Czyżby miała ona jakiś związek z plastrem, który chłopakowi odkleił się w czasie walki? I jakie tajemnice skrywa on sam?

To jednak nie jedyny problem. W trakcie starcia uprowadzona zostaje Tuskumo. Nai i reszta muszą wrócić na statek bez niej, nieświadomi, że dziewczyna trafia do tajemniczej rezydencji. Tam spotyka nikogo innego, jak Karoku. To, co następuje potem, zaczyna rodzić coraz więcej pytań i podejrzliwości odnośnie tego, co się dzieje…


"Karneval", mimo iż wypełniony akcją, walką i tajemnicami, to przede wszystkim manga kobieca. Dlatego też, choć pojawiają się krwawe sceny, a trupów nie brakuje, jedną z największych sil całości jest urok. I nie mówię tu o uroku męskich bohaterów, który dla mnie pozostaje absolutnie niezrozumiały (w końcu jestem facetem), ale o swoistą słodycz, jaką reprezentują zwierzęce roboty. Nie brak jej także niektórym niezwykłym stworzeniom, a i samym zachowaniem bohaterów, które czasem mogą wydawać się abstrakcyjne.


Całość jednak jest naprawdę udana, ma swój klimat i charakter i czyta się bardzo przyjemnie. I, oczywiście, szybko. Przy okazji nie można też zapomnieć o udanej szacie graficznej, lekkiej co prawda, dość typowej dla mang kobiecych (a więc dużo tu pięknych, wielkookich, smukłych chłopców), ale miłej dla oka. Wydanie również nie zawodzi, ale to właściwie już standard, wart jednak napomknięcia.


Kto lubi kobiece mangi akcji, bo tak najłatwiej jest określi "Karneval", będzie z tej serii bardzo zadowolony. Na początku całość rozkręca się powoli i nie może złapać wiatru w żagle, ale kiedy jej się to udaje - czyli we wspomnianym już trzecim tomie - zabawa stoi na naprawdę dobrym poziomie. Polecam.


A wydawnictwu Waneko dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.






wtorek, 16 października 2018

Karneval #3 - Touya Mikanagi

ZEMSTA


Czasem tak bywa, że na początku jakaś seria nie jest w stanie mnie kupić. Zawsze jednak staram się dać drugą szansę i albo się do nich przekonuję, albo przestaję po nie sięgać. Dla „Karneval” punktem decydującym okazał się trzeci tom, który w końcu zaskarbił sobie moją sympatię i wreszcie mogę powiedzieć w pełni, że to dobra seria i warto po nią sięgnąć.


Dla Garekiego powrót w rodzinne strony nie jest okazją do zaznania kilku spokojnych chwil. Wręcz przeciwnie. Nadchodzi czas zemsty, a chłopak musi zając się rozwikłaniem sprawy morderstw, jakie zdarzają się w okolicy. Jednocześnie nie chce narażać na niebezpieczeństwo Naia, ale czy to w ogóle możliwe? Sprawcą bowiem nie jest żaden z nadludzi, których ściga CYRK, a ktoś kogo Gareki dobrze zna. Jak zachowa się w takiej sytuacji, skoro poprzysiągł sobie zabić winnego? A to zaledwie początek kłopotów…


Przy okazji pierwszych dwóch tomów pisałem, że „Karneval” to seria na styku dwóch mangowych światów – shounenów i josei. Nie wspomniałem jednak o jednej rzeczy, która sprawia, że czyta się ją przyjemnie. Akcja gwarantuje, że lektura jest szybka, spokojniejsze i bardziej przegadane momenty dają wytchnienie tym którzy spragnieni są takich właśnie elementów. Ale to właśnie urok sprawia, że całość potrafi chwycić za serce i jest w stanie kupić czytelnika właściwie bardziej, niż cokolwiek innego.


Ale, choć seria ma się coraz lepiej, tom trzeci nie jest wolny od pewnych minusów. Właściwie tylko jeden ma tu znaczenie, a dokładniej nuta chaosu, która wkradła się do akcji. Może to wina zbyt szybkiego tempa wydarzeń, które sprawia, że czytelnik nie wgryza się w nie zbyt dogłębnie, a może szyba zmiana ich charakteru, ale lektura w drugiej połowie była w pewnym stopniu chaotycznym doświadczeniem. Co nie zmienia faktu, że nadal była udana i ciekawa.


Bez przedłużania więc (i sarkania) polecam. Może i „Karneval” ma swoje minusy, może i potrzeba mu czasu, by kupił czytelnika, ale posiada swój urok i siłę, i czyta się go naprawdę przyjemnie. Dlatego zachęcam, choć przede wszystkim czytelniczki (i to niekoniecznie te nastoletnie), bo to do nich głównie dedykowany jest ten tytuł.


A wydawnictwu Waneko dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.







poniedziałek, 15 października 2018

Ao no Exorcist #7 - Kazue Kato

KATASTROFA NADCIĄGA


Długi wątek w "Ao no Exorcist" trwa. I trwa też znakomita zabawa, jaką oferuje seria. Wszystko jest tu na swoim miejscu, wszystko jest takie, ja być powinno. Jeżeli wiecie co to shounen, lubicie historie tego typu i szukacie dobrych ich przedstawicieli, ta manga będzie dla Was strzałem w dziesiątkę i przygodą, której szybko nie będziecie chcieli zakończyć.


Uwięziony Rin zaczyna poznawać przeszłość dzięki listowi, jaki pozostawił mu Tatsuma Suguro. Z niego własnie dowiaduje się o relacjach, jakie przywódcę sekty łączyły z jego „ojcem”. Jakie jeszcze jednak sekrety skrywa tamten czas?

Tymczasem Mamushi i Todo zdobywają w końcu drugie oko Nieczystego Króla, a także trafiają do miejsca gdzie przetrzymywane jest jego ciało. Sytuacja staje się jednak nieciekawa, kiedy i dla Mamushi wszystko przybiera nieoczekiwany obrót. Gdy wydarzenia zaczynają zmierzać do coraz bardziej katastrofalnego finału, przyjaciele w końcu decydują się zapomnieć o tym, co było i przyjść z pomocą Rinowi, na którego Watykan wydał właśnie wyrok śmierci…


Kto zna i lubi shouneny, ten doskonale wie, co znajdzie w tej serii. Ci jednak, którzy wcześniej nie mieli z nimi do czynienia lub po prostu nie mają pojęcia czym on się charakteryzuje, powinni wiedzieć kilka rzeczy, bo jasno powiedzą im jednocześnie czego spodziewać się w tym przypadku. A zatem po kolei.


Co charakteryzuje shouneny? Jak na mangi dla nastoletnich chłopców przystało, czytelnicy znajdą w nich dość przeciętnego bohatera przeznaczonego do roli wybrańca, grono jego wiernych towarzyszy, jeszcze większe grono wrogów, tajemnice przeszłości, parę ładnych dziewczyn, nutę erotyki, dużo walk itd., itd. Nie można też zapomnieć o humorze i ciągłych przygodach, które wypełniają drogę bohatera prowadzącą go nie tylko do celu, ale też i osiągnięcia dojrzałości i stania się tym, kim stać się było mu przeznaczone.


I to wszystko znajdziecie w „Ao no Exorcist”. Ponieważ jednak seria w pewnym stopniu czerpie z horroru, nie brakuje tu także klimatycznych scen i stworów rodem z koszmarów. I chociaż nie jest to seria brutalna, trupów też w niej nie brakuje, a krew potrafi się polać, mimo iż autora nie eksponuje jej jakoś szczególnie, jak to ma miejsce w podobnych tytułach.


Całość wieńczy dobra szata graficzna, łącząca w sobie prostotę i drobiazgowy realizm na poziomie, jaki znajdziecie chyba tylko w mangach. Miłośnicy gatunku i nastoletni chłopcy (a także ci dorośli, wychowani na podobnych tytułach), będą z „Ao no Exorcist" bardzo zadowoleni. Ja jestem i polecam serię naprawdę gorąco.


A wydawnictwu Waneko dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.






niedziela, 14 października 2018

Ao no Exorcist #6 - Kazue Kato

STAWKA JEST CORAZ WYŻSZA


Długi wątek w "Ao no Exorcist" trwa. Jak na tego typu rzecz przystało, jest szybka akcja, jest sporo ważnych dla bohaterów rzeczy i samych bohaterów też nie brakuje. A wydarzenia, które rozgrywają się na naszych oczach, dzieją się na wielką skalę. W skrócie: jest co czytać, a co ważniejsze takie coś czytać się chce. I to jeszcze jak.


Spotkanie w Kito wchodzi w decydującą fazę, a emocji, problemów i zaskoczeń przybywa z każdą chwilą. Gdy napięcie między Rinem i kolegami zaczyna w końcu maleć, choć nadal ich relacje pełne są barier, których nie potrafią przeskoczyć, przywódcy wszystkich rodów spotykają się by zająć się problemem Oczu Nieczystego Króla. Wszystko wskazuje jednak na to, że w sekcie Myoda jest zdrajca, a ojciec Suguro staje się głównym podejrzanym. Jednocześnie dochodzi do swoistego przewrotu, który nadaje biegowi wydarzeń szaleńczego tempa. Kto jest winny całej sytuacji? Jaki cel przyświeca ludziom chcącym połączyć oba oczy? I jaką cenę przyjdzie zapłacić za walkę o ludzkość, skoro stawka jest wyższa, niż ktokolwiek mógłby się spodziewać?

Tymczasem Rin wciąż stara się opanować moc swoich płomieni. Nie wie jednak jakie zmiany szykują się w jego życiu. A wszystko zaczyna się od listu, który zostawia dla niego ojciec Suguro…


"Ao no Exorcist" od samego początku dobrze się czytało. Teraz jednak seria wciąga, jak rzadko która, oferując rozrywkę na tak przyjemnym poziomie, że całość chce się czytać właściwie na raz. I nie mówię tu wcale tylko o poszczególnych tomikach, ale całej serii. Jej lekkość, klimat i szybkie tempo w połączeniu z sympatycznymi bohaterami sprawiają, że całość wciąga, intryguje i bawi. I to jak znakomicie. Na nudę nie ma tu miejsca, a manga pozostawia po sobie uczucie niedosytu.


Dodatkowo w tym tomie na czytelników czekają bonusowe rozdziały, które wprowadzają nieco rozprężenia, choć nie są pozbawione klimatu i mroku. A wszystko to, jak zawsze zresztą, jest narysowana znakomicie, łącząc prostotę designu postaci z realizmem, z jakim autorka oddaje plenery i tła. Nie bez znaczenia jest tu fakt, że tomik kończy się w środku ważnych wydarzeń, co sprawia, że po kolejny chce się złapać od razu. Aż się cieszę, że mam tę możliwość.


A wszystkim fanom shounenów polecam "Ao no Exorcist" z czystym sercem. Warto jest poznać tę serię. I  to jeszcze jak.


Dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji






sobota, 13 października 2018

Fistaszki zebrane 1987-1988 - Charles M. Schulz

JESZCZE WIĘCEJ FISTASZKÓW


Nadszedł październik, a co za tym idzie, do sprzedaży trafił kolejny zbiorczy tom „Fistaszków”. Dla miłośników komiksu to nie lada okazja do radości, bo dzieło Charlesa M. Schulza to nie tylko kawał dobrej rozrywki na wysokim poziomie, ale przede wszystkim rzecz ambitna, skłaniająca do myślenia i przeznaczona dla inteligentnego odbiorcy. Coś z najwyższej półki, co nawet przeciwnikom historii obrazkowych może udowodnić ich wartość. A jak przy tym poprawia humor!


Czym się może skończyć mruganie do dziewczyn? I jakie miłosne perypetie czekają na bohaterów „Fistaszków”? Charlie zaczyna flirtować w klasie, co nie kończy się dla niego w najlepszy sposób. Jednocześnie nadal zmaga się z odwiecznym oczekiwaniem na walentynkę, która nigdy do niego nie przychodzi. Linus ma problemy z podrywem, a Pappermint Patt-y ze szkołą. Snopy zaś trafia do szpitala z powodu kontuzji, a jakby tego było mało w końcu sam zostaje chirurgiem. Nie zabraknie także miejsca na kolejny Koncert dla Smyków, dla pierzastego zastępu skautów i… latawca!


„Fistaszki” to nie tylko opus magnum Schulza, który nad tworzeniem codziennych pasków gazetowych z ich udziałem spędził pięćdziesiąt lat (i chociaż wciąż tworzył historie o tym samym, ani na moment nie czuć w nich wtórności), pracując nad kolejnymi epizodami dosłownie do chwili śmierci, ale także największe dzieło w swoim gatunku, jakie kiedykolwiek powstało. A nie było przecież niczym odkrywczym. Paski komiksowe pojawiły się przecież już w XIX wieku, z sukcesem realizowali się w nich najróżniejsi twórcy, w tym po dziś dzień naśladowany George Herriman, autor „Kota Krejzola”. Co zatem sprawiło, że to właśnie „Fistaszki” są cenione aż tak bardzo?


Przede wszystkim przenikliwość Schulza i nastrój panujący na panelach poszczególnych historii. Autor był genialnym obserwatorem otaczającej go rzeczywistości, a jednocześnie równie genialnie potrafił przenieść to na papier i skomentować, odbijając w krzywym zwierciadle satyry. Zarazem każda z jego historii, choć zabawna i potrafiąca rozbawić, w rzeczywistości jest tworem smutnym, depresyjnym i mocno zakorzenionym w beznadziei. Refleksyjna nuta sprawia, że całość nabiera wartości, którą da się odnaleźć bez trudu nawet jeśli czytelnik sięgnął po „Fistaszki” tylko dla chwili niezobowiązującej rozrywki.


Do tego wszystkiego dochodzi rewelacyjna w swej prostocie, cartoonowa szata graficzna i doskonałe wydanie. Każdy tom zbiera dwa lata wydawania pasków, uzupełniony o wstępy znanych osób (w naszym wydaniu z polskiej sceny nie tylko komiksowej) i zamknięty w twardej oprawie, zarówno z zewnątrz, jak i w środku robi duże wrażenie. Aż szkoda, że kolejne części ukazują się tylko dwa razy do roku. Z drugiej strony trzeba się cieszyć, że dane jest nam czytać „Fistaszki” w tak kompleksowej edycji na polskim rynku. Ja ze swej strony polecam bardzo, bardzo gorąco.


A wydawnictwu Nasza Księgarnia dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.