piątek, 27 listopada 2020

Tokyo Ghost - Rick Remender, Sean Murphy

STREFA WOLNA OD TECHNOLOGII

 

Rick Remender to twórca, który na dobre zadomowił się w ofercie wydawnictwa Non Stop Comics. Po takich komiksach, jak wyśmienite „Deadly Class”, zabawne „Fear Agent”, depresyjna „Głębia” czy najnowsza, sympatyczna historia akcji „Death or Glory”, w ręce polskich czytelników trafia w końcu zbiorcze wydanie „Tokyo Ghost”, które powinno zainteresować każdego miłośnika dobrych, szalonych opowieści, gdzie fantastyka i akcja łączą się z nieoczkiwanymi, ale jakże zmyślnie wmieszanymi w to wszystko elementami.

 

W świecie przyszłości Debbie Decay and Led Dent zajmują się pilnowaniem porządku. Ale nie mają jeszcze pojęcia, że najnowsze zadanie wyśle ich do Tokio – a dokładniej do ostatniego miejsca wolnego od technologii. Co czeka tam na nich?

 

Rick Remender, jak sam przyznaje, jest z natury pesymistą, któremu nie obce są depresyjne spadki psychicznej formy, co genialnie oddane zostało w „Deadly Class”. Nie zmienia to jednak faktu, że dobrze czuje się w tworzenia komiksów, w których absolutnie tego nie czuć. Najlepszym dowodem na to jest komedia w stylu „Facetów w Czerni”, jaką jest „Fear Agent”. Warto jednak pamiętać, że scenarzysta ten wyśmienicie czuje się przede wszystkim w opowieściach, które w ten czy inny sposób tkwią w mrocznych, kolorowych i szalonych latach 80. XX wieku i za takie można uznać właśnie „Tokyo Ghost”.

 


Co tu jest rodem z tamtych czasów? Prawdziwe gatunkowe szaleństwo. Pamiętacie, że to właśnie dwie przedostatnie dekady dwudziestego stulecia były czasem zachłyśnięcia się kinem sztuk walki, a co za tym idzie azjatycką kulturą, co w końcu otworzyło drogę do mangowego boomu. To nie miejsce na tego typu rozważania, ale odbija się to w „Tokyo Ghost”, gdzie mamy ninja i samurajów. Poza tym mamy tu cyberpunk – gatunek, który wtedy się przecież narodził – co w połączeniu z japońskimi elementami kojarzy się z miejsca z „Roninem” Franka Millera (komiksem uważanym za dzieło współtworzące gatunek), do tego dochodzi szybka akcja, sporo techniki i wreszcie klimat, którego nie powstydziłoby się kino tamtego okresu.

 


To oczywiście zasługa Seana Murphy’ego. Ten pamiętany z „Chrononautów” i kilku komiksów o Batmanie rysownik, serwuje nam tu pełne dynamiki ilustracje, które z jednej strony są brudne i niechlujne, z drugiej bogate w detale i dopracowane. Jest w nich mrok, jest też wiele barw i świateł. A wszystko to daje razem bardzo dobry efekt finalny, który z miejsca wpada w oko.

 

W skrócie: kawał dobrej opowieści akcji. Coś dla miłośników klimatów lat 80. XX wieku, cyberpunku i sensacji. Remender po raz kolejny nie zawiódł i udowodnił, że o ile w superhero nie czuje się zbyt dobrze, to w szalonym połączanie motywów i sentymentalnej zabawie gatunkami, radzi sobie iście po mistrzowsku. A że świetne wydanie doskonale dopełnia całości, warto nie tylko poznać ten komiks, ale i przede wszystkim mieć go na półce.


 



czwartek, 26 listopada 2020

Czarodziejki.net #12 - Kentarou Satou

CZARODZIEJKI NA WOJENNEJ ŚCIEŻCE

 

„Czarodziejki.net” to, wbrew tytułowi, dojrzała i mocna seria dla starszych czytelników. To, co z nazwy może kojarzyć się z kolorowymi i romantycznymi opowieściami typu „Sailor Moon”, w rzeczywistości jest zadziwiająco brutalną i gorzką opowieścią o końcu świata. Opowieścią wypełnioną tajemnicami, brudem i kontrowersjami, które tylko potęgują depresyjny, beznadziejny ton panujący na stronach – ale to akurat jest wielkim plusem tego cyklu.

 

Walka z administratorami trwa. Czarodziejki wiedzą już, co je czeka i czym będzie nadciągający Tempest. Ale mimo iż stoją w obliczu tak ostatecznych czasów i wydarzeń, nie zamierzają się poddawać. Wręcz przeciwnie. Dzięki Ayi i możliwości odkrycia nawzajem własnych wspomnień, młode posiadaczki różdżek postanawiają połączyć siły, by pokonać wroga. Ale czy mają szansę? I co na nie czeka?

 

Jeżeli manga i anime o czarodziejkach, każdy z pewnością z miejsca pomyśli o „Czarodziejce z Księżyca”. I to nie tylko nad Wisłą, gdzie opowieść ta darzona jest swoistym kultem, ze względu na fakt, że to od niej zaczął się w Polsce boom na japońską popkulturę, bo przecież przygody Sailorek były wielkim hitem na całym świecie – a za sprawą serii „Crystal” są nim nadal. Dlatego dla niejednego odbiorcy sięgnięcie po „Czarodziejki.net” może okazać się szokiem. Owszem, ostatnie tomy nieco złagodniały, ale i tak jest to mocna i poruszająca opowieść. A zarazem historia, która naprawdę fascynuje i porywa.

 


Dlaczego? Pierwszym elementem, który o tym decyduje jest mrok. „Czarodziejki.net” to ponura, depresyjna opowieść, w której koszmar codziennego życia zderza się z paranormalnym horrorem. Tu na scenę wkracza także fantastyka traktująca o końcu świata, pełna tajemnic i estetyki rodem z techno-noir. Bo mamy tu kryminalne śledztwo, mamy zagadki, zbrodnie, szukanie morderców, walkę ze złem… To ostanie to także wspólna rzecz dla typowych sailorkowych historii, a wszytko to wieńczy satyra na codzienne, pełne brudu, seksu i brutalności życie – tak to zwyczajne, jak i szkolne.

 


Czyta się to wprost wyśmienicie. Rzecz jest klimatyczna, poruszająca, pobudzająca wyobraźnię i działająca na umysł, jak i serce. Szata graficzna? Niby prosta, ale mroczna i świetnie oddająca zarówno brutalny, erotyczny, jak i słodki charakter całości, pasuje tu znakomicie, a całość po prostu robi duże wrażenie. Nie każdego kupi takie podejście, wrażliwych czy spodziewających się słodkich dziewojek w marynarskich wdziankach osadzonych w naiwnej fabule rzecz może odrzucić, ale reszta będzie zadowolona.

 

Dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.







środa, 25 listopada 2020

Omega Men: To już koniec – Tom King, Barnaby Bagenda, Toby Cypress, Ig Guara, Jose Marzan Jr.

BOHATEROWIE CZY ŁOTRZY?

 

Tom King to twórca, który na pierwszy rzut oka może wydawać się autorem jakich wielu – pisze w końcu przygody Batmana czy innych jemu podobnych superbohaterów – ale to mylne wrażenie. Chociaż serwuje nam sporo typowego superhero, jego komiksy to nieszablonowe opowieści, które wyciskają z zgranych tematów wszystko, co najlepsze. Genialny „Mister Miracle”, rewelacyjny „Vision” czy świetny „Kryzys bohaterów” pokazały nam, jak życiowe, głębokie, poruszające, skłaniające do myślenia, a jednocześnie zabawne opowieści tworzy King. I taki jest też album „Omega Men”, który trafił do mnie dzięki księgarni TaniaKsiążka. Owszem może i nie bije on najlepszych dokonań scenarzysty, ale na pewno czyta się go lepiej od wspomnianych „Batmana” i „Kryzysu” i nie pozostawia czytelników obojętnymi, dostarczając im zarówno znakomitej rozrywki, jak i nuty czegoś ponad.

 

Kim są Omega Men? Kosmicznymi fanatykami, którzy zabili Białą Latarnię czy może bojownikami o wolność? Krążące oficjalnie informacje jasno obwiniają ich o zbrodnie i sianie terroru, jednak Latarnia żyje, pozostaje u nich, a Omega Men chcą by pomógł im w walce z tyranią Cytadeli, która rządzi wszystkim, trzymając wszystkich w garści. Ale przyłączenie się do nich będzie równoznaczne z zerwaniem przysięgi, jaką ten złożył. Czy zdecyduje się na to? A może jednak Omega Men są tym, za kogo się ich uważa i stanowią większe zagrożenie niż można by sądzić? I, co ważniejsze, gdzie istnieje granica prawdziwego bohaterstwa?

 

Tom King to scenarzysta, który sięga po nietypowych bohaterów i tworzy o nich jeszcze mniej typowe opowieści, dzięki czemu ze zgranych motywów wyciska to, co najlepsze. Weźmy takiego „Visiona”, jego jedyną opowieść dla Marvela, gdzie skupił się nie na akcji, a szukaniu człowieczeństwa, swojego miejsca i życiu rodzinnym. Życie rodzinne zdominowało też „Mister Miracle”, gdzie jednocześnie otrzymaliśmy oniryczną przypowieść o depresji, zmaganiu z losem, rodzicielstwie, miłości i, znów, szukaniu swojego miejsca.  Album „Omega Men” pod wieloma względami jest inny, ale zachowuje ten charakter komiksów Kinga – charakter przyziemnej, mimo najbardziej fantastycznych przygód, przegadanej – ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu – opowieści, która przemawia do czytelnika na wielu polach.

 


Oddział Omega Men, w Polsce praktycznie nieznany, po raz pierwszy pojawił się w 1981 roku w 141 numerze serii „Green Lantern”. Współcześnie ich odświeżona wersja powstała na potrzeby New 52 (Nowe DC Comics), ale w roku 2015 w ramach linii wydawniczej „DC You” zaprezentowano ich nową, kanoniczną wersję i to właśnie ją – wszystkie dwanaście zeszytów, jakie powstały – znajdziecie w tym tomie. Tomie, który jest zarówno epicki, dynamiczny i spektakularny, jak i przyziemny, leniwy i przegadany. Jest tu akcja, są życiowe momenty, jest tajemnica, ale jest też urzekająca zwyczajność odbita w tym, co Kingowi wychodzi najlepiej – skupieniu się na samych ludziach. Jednocześnie autor bada grząski teren dzielący tych dobrych, od tych złych, robiąc to w absolutnie urzekający sposób.

 

Czyli mamy wszystko to, za co kochamy komiksy Kinga. Niby rzecz prostą, niby rozrywkową, a jednak ambitną i skierowaną do dorosłego czytelnika. Satysfakcjonującą zarówno tych, którzy chcą się jedynie dobrze bawić czytając przygodowo-fantastyczny komiks, jak i odbiorców szukających w nich czegoś więcej. Do tego dochodzą udane ilustracje i rewelacyjne wydanie. Dlatego nie pozostaje mi nic więcej do dodania, jak polecić Waszej uwadze ten komiks. Może i nie opowiada o najbardziej znanych bohaterach, którzy tak świetnie się sprzedają, ale jest o wiele lepszy od większości głównonurtowych historii, jakich na rynku pełno. I jednocześnie to jedna, zamknięta opowieść, więc nie wymaga od czytelników angażowania się od razu w całą serię.

 

Sprawdźcie też inne komiksy i nowości w księgarni TaniaKsiazka.pl.




Ao no Exorcist #25 - Kazue Kato

KONIEC PRZESZŁOŚCI

 

Pół roku oczekiwania i wreszcie jest. Dwudziesty piąty tomik „Ao no Exorcist” sporo kazał na siebie czekać, ale jak zawsze było warto. Bo nie oszukujmy się, ale choć ta seria złożona jest z samych gatunkowych schematów, rewelacyjne wykonanie sprawia, że to jeden z najlepszych shounenów na rynku i ile podobnych opowieści byście nie czytali, dzieło Kazue Kato koniecznie powinniście poznać. I to jeszcze jak.

 

Wydarzenia pędzą na złamanie karku, kiedy nadchodzi Błękitna Noc. Gdy Yuri wydaje się na świat Yukio, zaczynają się problemy, bo dziecko nie oddycha. Wszystko to obserwuje Rin, który w końcu poznaje całą prawdę, ale co mu ona da? Co zmieni? I jakie będą konsekwencje wszystkich tych wydarzeń?

 

Śmiało można powiedzieć, że snuty od wielu tomów wątek o przeszłości rodziców głównego bohatera to taki przerywnik, mający na celu przedłużenie samej serii i odwleczenie w czasie odpowiedzi na kilka kluczowych pytań. Ale żeby wszystkie przerywniki były takie! Dzięki staraniom Kazue Kato dostajemy kawał świetnej opowieści, która wciąga, emocjonuje i dostarcza wyśmienitej akcji, walk i rozrywki, podlanych niezapomnianych klimatem. W2 tym tomie, kończącym wreszcie cały wątek, dominuje akcja, akcja i jeszcze raz akcja. Na nic innego właściwie nie ma tu już czasu. Dzięki temu rzecz jest tak przyjemna i lekka w odbiorze, a czytelnik nie nudzi się ani przez chwilę. Zamiast tego pochłania tomik właściwie na raz. Ale tak to już z tym „Ao no Exorcist” jest i nie przewiduję by kiedykolwiek seria zaczęła nudzić.

 


Jak na shounen przystało, „Ao no Exorcits” oferuje nam akcję, klimat, szybkie tempo, walki, ale też i ciekawe wątki obyczajowe, interesujące postacie, dużo tajemnic, świetny humor… Długo można by wymieniać. Ważne, że całość czyta się szybko, przyjemnie i z takim zaangażowaniem, że na początku mojej przygody z serią w krótkim czasie pochłonąłem ponad dwadzieścia tomów i było mi mało. I mało jest mi także po tym tomie, który co prawda bardziej przybliża nas do finału, niemniej nadal pozostawia wiele niedosytu i budzie ochotę na to, by opowieść trwała jak najdłużej.

 

Jeśli więc jeszcze jakimś cudem nie znacie „Ao no Exorcist” a cenicie shouneny czy po prostu rozrywkowe, lekkie horrory i fantastykę, koniecznie powinniście sięgnąć po tę serię. Znajdziecie tu wszystko to, czego szukacie i wiele więcej. W końcu w serii tej mieszają się najróżniejsze schematy i estetyki pełnymi garściami czerpane zarówno z mang i anime, jak i szeroko pojmowanej popkultury.

 

Dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.







Yakari: Więźniowie wyspy – Job, Derib

YAKARI I POWÓDŹ

 

„Yakari” to jedna z prostszych serii komiksowych dla dzieci – oczywiście jeśli mowa o europejskiej klasyce komiksu humorystycznego dostępnych obecnie na naszym rynku – ale nadal pozostająca bardzo atrakcyjną i intrygującą rozrywką. Przypominająca disnejowskie hity kinowe, dostarcza przygód, humoru, emocji i porcji dydaktyzmu. A wszystko to, tradycyjnie, w bardzo ujmującej oprawie graficznej i świetnym wydaniu.

 

To miała być zwykła wycieczka. Wyprawa jakich wiele, coś dla odpoczynku, chwili oddechu po typowych przygodach i niebezpieczeństwach. Niestety nie wyszło. Yakari, Tęcza i Mały Piorun docierają co prawda na piękny półwysep, jednak wtedy zaczyna padać deszcz. Deszcz zmienia się w ulewę, ulewa trwa, w końcu zaś wody jest tyle, że zaczyna się powódź. Nasi bohaterowie zostają odcięci od reszty świata na skrawku suchego lądu i nie mają najmniejszego pojęcia, jak się stąd wydostać i wrócić do domu. Jakby tego było mało, ich losy przecinają się z losem uciekających przed morderczym wrogiem zwierząt. Na Yakariego i jego towarzyszy czeka trudne wyzwanie – muszą pokonać bezlitosnego przeciwnika, ocalić zwierzęcą rodzinę, jakoś wydostać się z miejsca, w którym utkwili i wrócić do domu. Czy im się to uda?

 

„Yakari” to klasyk. Znany (także dzięki emitowanemu również w Polsce serialowi animowanemu, jaki powstał na jego podstawie), ceniony i od lat bawiący głównie małych – chociaż i niejeden duży odbiorca znajdzie tu coś dla siebie. Bo rzecz jest po prostu lekka, sympatyczna, urocza, może i oczywista jeśli chodzi o treść, może i nie zaskakuje, ale jakie to ma znaczenie, gdy odbiorca daje się wciągnąć i pochłania album dosłownie na raz.

 


I z tym na raz nie jest żadną przesadą. Scenarzysta tej serii, ukrywający się pod pseudonimem Job, Szwajcar André Jobin, skupia się nie na dialogach, a przekazaniu treści za pomocą samej akcji i wydarzeń. Dzięki temu w „Yakarim” nie ma wiele do czytania (co ma szansę spodobać się czytelnikom, którzy jednak za nadmiarem słowa pisanego nie przepadają – we współczesnym świecie nastawionym na szybki odbiór treści takich nie brakuje – a co za tym idzie przekonać się do podobnej formy) i całość pochłania się szybko. Pod tym względem można powiedzieć, że twórcy „Yakariego” wyprzedzili swoje czasy, tworząc opowieść, która opowiadając więcej obrazami, nadaje się idealnie do XXI wieku.

 

Oczywiście przez to większa odpowiedzialność za całość spadała na rysownika, Deriba (a właściwie Claudea de Ribaupierre’a). Ten jedna z postawionego przed nim zadania wybrnął iście rewelacyjnie, bo jego ilustracje świetnie opowiadają historie Joba, a jednocześnie są po prostu najlepszą częścią „Yakariego”. Z jednej strony cartoonowe, kojarzące się ze „Smerfami”, z drugiej dopracowane i realistyczne, jeśli chodzi o tła, wpadają w oko i sprawiają, że po serię autentycznie warto jest sięgnąć. Ale, że i scenariusze także nie zawodzą, cykl ten mogę Wam polecić z czystym sercem. Tym bardziej, że komiksy te wcale nie są puste i starają się zaszczepić w dzieciach troskę o zwierzęta.

 

Dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza do recenzji.


Authority, tom 1 - Warren Ellis, Bryan Hitch, Phil Jimenez

(NAJ)WYŻSZA WŁADZA

 

„The Authority” (które znajdziecie w księgarni Tania Książka) to kolejna seria, jaką Egmont przejął po jednym z nieistniejących już wydawnictw – tym razem Manzoku. Przed laty po polsku ukazało się szesnaście zeszytów tej serii, czyli cały run Ellisa i początek – a zarazem najlepszą opowieść cyklu – runu Marka Millara. To, co znajdziecie w tym tomie to po prostu reedycja zeszytów stworzonych przez duet Ellis / Hitch (uzupełniona o dodatek), ale jeśli jeszcze nie znacie tej opowieści i nie macie jej na półce, koniecznie powinniście to zmienić. Może i „Authority” to nie tak wielkie dzieło, jak „Planetary” czy „Transmetropolitan”, ale nadal to kawał wyśmienitego komiksu dla dorosłych, którzy chcieliby nieco innego spojrzenia na mit superhero.

 

Koniec XX wieku. Superbohaterów już nie ma, a my zostaliśmy zostawieni sami sobie. Kiedy największe miasta świata atakują złoczyńcy pod dowództwem szalonego Gamorry, pojawiają się jednak nadzieja – Jenny Sparks, duch XX wieku, która zebrała niedobitki drużyny Stormwatch i rusza do boju. Od teraz jako Authority stają do walki z terrorystami, inwazją z alternatywnej Ziemi czy przybyciem obcej istoty, która podaje się za Boga. A wszystkim tym wyzwaniom stawiają czoła w sposób brutalny, bezkompromisowy i pokazujący każdemu, kto tak naprawdę tutaj rządzi…

 

„The Authority” po raz pierwszy miało ukazać się w Polsce nakładem wydawnictwa Fun Media (reanimowanego TM-Semic), niestety tak się złożyło, że oficyna upadła po wydaniu kilku nieźle zapowiadających się tytułów i plan nie doszedł do skutku. Potem wielu wydawców zajęło się wznawianiem i kontynuowaniem tytułów przez nich opublikowanych („Amazing Spider-Man”, „Lobo”, „JLA: Ziemia 2”) czy wypuszczeniem na rynek tych, których nie zdążyli („Daredevil: Diabeł stróż”, „Lobo powraca”). „Authroity” wykazało się wówczas nakładem Manzoku, wydawcy, który plany miał spore, ale też szybko odszedł z tego rynku. A teraz powraca i mamy szansę w końcu poznać całą serię.

 


Czy tak będzie? Czas pokaże, ale wnioskując z faktu, że Egmont swoją edycję opiera na „Absolute Authority”, najprawdopodobniej rewelacyjne zeszyty „The Authority vs. Lobo: Jingle Hell” i „The Authority / Lobo: Spring Brak Massacre!” zostaną pominięte, ale może doczekamy się ich w oddzielnym albumie. Wracając jednak do samej opowieści, o mamy tu kawał znakomitej rozrywki. W latach swojego debiutu, ta seria została uznana za najbardziej kontrowersyjną o superbohaterach. Kontrowersyjną, oryginalną, odświeżającą. Nie jest to do końca prawda, bo brutalność, wulgarność i tym podobne elementy nie czynią z niej reformatora (tym bardziej, gdy za tradycją rewolucja komiksowy stoją takie nazwiska, jak Moore czy Miller), ale jako opowieść rozrywkowa „The Authority” biją większość regularnych tytułów.

 

Mamy tu dobrze skrojonych bohaterów, szybką i widowiskową akcję, udane fabuły (może poza drugim story arciem, sprawiającym nieco chaotyczne wrażenie), które czerpiąc ze zgranych motywów (choćby bohaterowie obdarzeni mocami kontra Bóg – było to w „Kaznodziei” czy w „Lobo”) tworzy wyśmienitą mieszankę wybuchową. Czyta się to szybko, lekko i przyjemnie, chociaż czytelnik, który nie miał okazji poznać wcześniejszej serii Ellisa, „Stormwatch”, skąd pochodzi większość ekipy „Authority”, nie wyłapie wszystkich smaczków. Jednocześnie jest tu napięcie, epickie sceny, sporo prawdziwej siły wyrazu i nuta czegoś ponad – łącznie z satyrą na komiksy (Apollo to z założenia żart z Supermana) i schematy gatunku superhero. Do tego rzecz jest wyśmienicie i realistycznie zilustrowana i rewelacyjnie wydana. Każdy dojrzały miłośnik komiksów znajdzie tu coś dla siebie, a że kolejny tom i zawarta w nim opowieść „Narodziny” napisana przez Marka Millara będzie jeszcze lepszy, jest na co czekać.

 

Sprawdźcie też inne komiksy i nowości w księgarni TaniaKsiazka.pl.




wtorek, 24 listopada 2020

Asteriks: Złoty Menhir – René Goscinny, Albert Uderzo

 KONKURS PIEŚNI GALIJSKICH

 

Najnowszy „Asteriks” na polskim rynku to rzecz, którą trudno uznać za nową, bo jej pierwotna wersja pochodzi z roku 1967. Albumu nie da się też nazwać mianem komiksu, bo to kolejna w dorobku i autorów, i serii ilustrowana książeczka, która została wydana w formacie, do jakiego przyzwyczaiły nas komiksy z tej serii. Ale nie ma to najmniejszego znaczenia, bo jak każda z poprzednich publikacji o dzielnych Galach, tak i ta absolutnie warta jest poznania.

 

Galijscy bardowie przygotowują się do nie lada wyzwania: ma się bowiem odbić konkurs pieśni. Głowna nagroda w nim to tytułowy Złoty Menhir. Oczywiście Kakofoniks zamierza podjąć się tego wyzwania, ale Rzymianie zamierzają śledzić go nawet, jeśli mieliby w trakcie ogłuchnąć. Dlatego też naszego barda pilnować mają Asteriks i Obeliks. Ale czy będą w stanie wypełnić zadanie? I co czeka na nich w trakcie tego wyzwania?

 

Twórcy „Asteriksa” niemal od samego początku stawiali na podbijanie swoją serią różnych mediów. Zaczęło się to w roku 1965, cztery lata po wydaniu pierwszej przygody dzielnych Galów, kiedy to Goscinny napisał krótki tekst wyjaśniający jak Obeliks wpadł do kociołka. Rzecz z ilustracjami Uderzo pojawiła się na łamach magazynu „Pilote”, a dopiero lata potem wydano ją jako pełnoprawny album pt. „Jak Obeliks wpadł do kociołka druida, kiedy był mały”. W roku 1976 zaś obaj autorzy przygotowali film „Dwanaście prac Astriksa”, nakręcony na podstawie całkiem nowej fabuły, która nigdy nie doczekała się wersji komiksowej – i ten scenariusz, w formie ilustrowanej książki, także został wypuszczony na rynek wydawniczy. Potem powstał jeszcze jeden tego typu twór – „Tajemnica magicznego wywaru”, ale było to już dzieło innych twórców.

 


W międzyczasie jednak, w roku 1967 Goscinny napisał słuchowisko „Złoty Menhir”. Rzecz została nagrana na płyty, do których dołączono książeczki z rysunkami Uderzo. Problem w tym, że potem pozycja ta stała się niemożliwa do odnalezienia. Uderzo jednak chciał, by rzecz pojawiła się w formie albumu i wreszcie mamy okazję przeczytać całość w formie pasującej do wszystkich innych wydanych dotąd tomów. Ale, jak wspominałem, nie zmienia to faktu, że mamy tu do czynienia z kolejną udaną częścią niezapomnianej sagi.

 

Największym plusem albumu jest nie to, że raz jeszcze możemy czytać o naszych bohaterach, ale że znów – choć autor od lat nie żyje – całość napisał Goscinny. Jego humor, akcja, zabawne dialogi, satyra i tym podobne elementy sprawiają, że „Złoty menhir” czyta się wyśmienicie. Ma swój klimat, bawi, poucza i zapewnia świetną rozrywkę czytelnikom w każdym wieku. Na dodatek rzecz jest jak zawsze świetnie narysowana i ładnie wydana.

 


Miłośnikom „Asteriksa” polecać nie muszę, sięgną w ciemno. Przeciwników nie będę przekonywał – bo zresztą chyba seria ta swoich przeciwników nie posiada. A całej reszcie… Cóż, jeśli nie znacie serii, a macie ochotę na dobrą opowieść rozrywkową, poznajcie. Warto.

 

Dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza do recenzji.


Lucky Luke #20: Billy Kid – René Goscinny, Morris

 KID BILLY KID

 

„Lucky Luke” to taka seria, do której chce się wracać. Niby czytelnik już to wszystko zna, niby wie czym się skończy, niby każdy kolejny tom to po prostu jeszcze jedna wariacja na tematy każdemu już znane, ale co z tego, skoro zawsze zabawa jest przednia i czytelnik ma tylko ochotę na więcej. I taką przednią zabawę oferuje też „Billy Kid”, najnowszy na polskim rynku, klasyczny album serii napisany przez nieśmiertelnego René Goscinnego.

 

Lucky Luke mierzył się z różnymi bandytami, ale z takim nie miał jeszcze do czynienia. Tym razem na jego drodze staje  bowiem… dziecko. I to nie byle jakie, tylko sam Billy Kid, legendarny rewolwerowiec, którego zna cały Dziki Zachód i każdy przed nim drży! Ale czy to na pewno wielki przestępca, czy może jedynie rozwydrzone dziecko, którego nawet nie da się traktować poważnie? To już będzie musiał rozstrzygnąć nasz dzielny kowboj!

 

„Lucky Luke” to seria, którą ceni się za wiele rzeczy: humor, akcję, klimat, świetne ilustracje, satyrę… Długo można by wymieniać. Rzadziej jednak docenia się jej wymiar edukacyjny. Bo tylko spójrzcie, cykl ten to żart z westernów, zrobiony przez Europejczyków. Ale kiedy zaczynamy czytać, okazuje się, że rzecz zawiera w sobie mnóstwo faktów z Dzikiego Zachodu, wiele autentycznych postaci i ciekawostek. Podanych co prawda w lekkiej, żartobliwej formie, ale jednak przekazujących wiadomości o tamtych czasach i ludziach.

 


Cała reszta zaś to po prostu kawał dobrej zabawy. Jak zawsze więc na łamach „Billy’ego Kida” jest śmiesznie, dowcipy są różnorodne, bo zarówno słowne, sytuacyjne, jak i obrazkowe, a w nich nie brak zarówno tych prostych i niewysublimowanych, jak i autentycznej satyry. Mnóstwo tu też przygód i szybkiej akcji, bo tego wymagamy od westernu, nawet jeśli opowiedziany jest bez zbytniej powagi, a całość posiada sporo uroku i świetny klimat. Czyta się to lekko, doskonale tym bawi, niezależnie od wieku, a nawet jeśli pojawiają się momenty, które nie robią już takiego wrażenia, jak lata temu – bo już za dobrze znamy zagrania Goscinnego – nic nas to nie obchodzi, bo i tak rozrywka jest autentycznie świetna.

 

Tym bardziej, że całość jest naprawdę znakomicie zilustrowana (choć pod pewnymi względami Morris wciąż w części tej szukał jeszcze pewnych elementów swojego stylu), a także świetnie wydana. Dobrze więc, że Egmont po raz kolejny wznawia całą serię, bo to mimo upływu lat jakże wciąż atrakcyjna opowieść godna polecenia wszystkim miłośnikom komiksu. Nie ważne więc ile macie lat, jakie macie gusta i czy lubicie westerny, czy czujecie do nich wstręt – „Lucky Luke” to seria, którą znać zarówno warto, jak i po prostu wypada.

 

Dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza do recenzji.




poniedziałek, 23 listopada 2020

Supersisters - Christophe Cazenove, Maury William

SUPERSISTERS KONTRA SZAL KASZMIR


„Sisters” to seria dość typowa dla współczesnego humorystycznego komiksu europejskiego, przypominająca takie kultowe tytuły, jak „Titeuf” czy „Kid Paddle”. Ale to dobrze, bo nie oszukujmy się, kto nie lubi dobrych komedii? Kto nie chce się pośmiać i poprawić sobie humoru? A przygody Wendy i Marine to gwarantują. Do tej pory ukazało się czternaście tomów z ich życiowymi przygodami, zadem przeplatanymi popisami ich wyobraźni, gdzie okazuje się, że stają się superbohaterkami. Teraz nadszedł czas na zbiorczy tom, w którym na czytelników czekają pełne fantastyki i odniesień do popkultury przygody, kiedy obie stają się heroskami. Gotowi na szaloną, niemalże epicką rozrywkę?

 

Wendy i Marine to dwie siostry, które równie mocno kochają się, co nienawidzą. Ich życie codzienne nie jest łatwe, ale od czasu do czasu zmieniają się w superbohaterki – Super W i Super M. I o tym właśnie traktuje ten album.

Kiedy je poznajemy, są już dobrze znane i szanowane we wszechświecie, ale moce, którymi dysponują nie zostały jeszcze w pełni odblokowane. Ale nie przeszkadza im to  chronić obcych światów, zmagać się z potężnymi wrogami – a to robotami, to znów demonami, to zombie, to jeszcze klonami – itd., itd. Najgorsze jednak dopiero przed nimi, bo oto pojawia się niejaka Szal Kaszmir, łotrzyca, superłotrzyca właściwie, która stanie się ich najzacieklejszym wrogiem i sprowadzi zagrożenia, o jakich siostry nie śniły…

 

Jeśli nie czytaliście regularnej serii „Sisters”, nie przejmujcie się – „Supersisters” to rzecz nie wymagająca znajomości czegokolwiek. Zresztą główny cykl też tego nie wymagał – każdy tom składał się z jednostronicowych humoresek, które można było czytać niezależnie do siebie, w tym wypadku zaś mamy kilka dłuższych, choć równie niezależnych. I o ile w „Sisters” mieliśmy niespełna 50 stron komiksu, tu czeka na nas dwa razy tyle. A jest to komiks, jak zawsze w przypadku tego tytułu, autentycznie świetny.

 


Fabuły są proste, ale zabawne. Jak zawsze na czytelników czeka tu mnóstwo smaczków w tle i odniesień do popkultury. Niektóre z nich są oczywiste, inne trzeba wyszukać czy skojarzyć, ale dzięki temu tytuł kupi zarówno dzieci, które odnajdą w tym wszystkim siebie i własną, nieposkromioną wyobraźnię, jak i dorosłych, którzy dostaną tutaj zarówno nutę sentymentu, jak i wiele smaczków. Bo „Sisters” to tytuł, który z jednej strony bawi, ale też i pokazuje niegrzeczna prawdę o dzieciach, a w wersji „Supersiters” na dodatek bawi się konwencją i motywami komiksów superhero, gier wideo i im podobnych.

 

Graficznie komiks to cartoonowa, ale typowo współczesna, a więc bardziej dopracowana (w szczególności jeśli chodzi o tła i detale) robota. Kreska jest prosta, przyjemna dla oka, urocza i odpowiednio zabawna. Taka sama też jest i kolorystyka. I jest również świetne wydanie, na kredowym papierze. Jednym słowem: Warto. Na poprawę humoru, na pośmianie się z motywów superhero, na przypomnienie sobie, jak to jest być dzieckiem. Albo po prostu na niezobowiązujące popołudnie z komiksem w dłoni, przy którym bawić się będzie dobrze cała rodzina niezależnie od wieku i płci.

 

Dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza do recenzji.


Czarny Młot / Liga Sprawiedliwości: Młot Sprawiedliwości - Jeff Lemire, Michael Walsh

MŁOT NA LIGĘ


„Czarny Młot”, jedna z najlepszych serii – a na pewno najlepsza superhero – jakie wyszły spod ręki Jeffa Lemire’a, dobiegła niedawno końca. Wszystkie tajemnice zostały wyjaśnione, wszystkie wątki rozwiązane, a wydarzenia osiągnęły swój finał. Co jeszcze zostało do dodania? Jak widać całkiem sporo, bo oto dostajemy właśnie pierwszy crossover, który łączy wymyślonych przez autora bohaterów z doskonale wszystkim znanymi herosami z DC. A wszystko to w kolejnym świetnym albumie, który warto poznać.

 

Bohaterowie Spiral City są uwiezieni na farmie, gdzie wiodą swój zwyczajny żywot. Pokonali zło i nic nie wskazuje na to, by mieli znów zaangażować się w szalone wydarzenia. A jednak. Pojawienie się pewnego mężczyzny w kapeluszu na farmie, a także w Metropolis, gdzie spotyka się z Batmanem, Supermanem i innymi członkami Ligi Sprawiedliwości, sprawia że oba światy mieszają się ze sobą, a na bohaterów czeka wyzwanie, jakiego nikt by się nie spodziewał. O co tu właściwie chodzi? Kim jest mężczyzna w kapeluszu? I jakie będą skutki wszystkich tych wydarzeń?

 

„Czarny Młot” to autorska seria komiksowa, która jednak zbudowana została z samych schematów i klisz gatunkowych. Wszystkie z nich zaś, łącznie z wyglądem, genezą, mocami i tym podobnymi sprawami dotyczącymi poszczególnych postaci, było pełnymi garściami czerpane z wydawanych przez DC Comics i Marvela zeszytów. Zmiksowane jednak ze sobą, dawało bardzo ciekawy efekt, efekt sentymentalnej zabawy człowieka, który ukochał te motywy i postacie i chciał nie tyle tchnąć w nie nowe życie, ile po prostu zabawić się nimi. A poniekąd przypadkiem wyszła mu z tego rewelacyjna, postmodernistyczna rozrywka dla dorosłych, którzy kochają komiksy, ale maja już dość typowego superhero.

 


Teraz zaś Lemire zderza swoich herosów z czołowymi bohaterami DC. I robi to w znakomitym stylu. Z crossoverami problem zawsze był taki, że jeśli spotykają się postacie dwóch wydawców, któryś z nich powinien wygrać, a żaden nie chciał nigdy być przegranym. Dlatego tak bardzo ceniono wspólne przygody bohaterów DC i Alienów czy Predatorów – Obcy i Łowcy zawsze musieli przegrywać, więc i wilk był syty, i owca cała. Tu jest nieco inaczej, ale obie strony będą zadowolone. Tak, jak wszyscy byli zadowoleni czytając np. wspólną przygodę JLA i Planetary.

 

I tak oto czytelnicy otrzymują kolejny wyładowany akcją i sentymentami komiks, gdzie superhero spotyka się z  czymś więcej. Bardzo dobrze przy tym, zilustrowany i jak zawsze ładnie wydany, stanowi dobrą propozycję dla miłośników i „Czarnego Młota” i „Ligii Sprawiedliwości”. Ja ze swej strony, jak zwykle polecam.

 

A wydawnictwu Egmont dziękuj za udostępnienie egzemplarza do recenzji.



Instytut bombowych teorii - Tom Gauld

KOMIKS SKECZÓW NAUKOWYCH

 

Tom Gauld nie jest szczególnie znanym autorem na polskim rynku. Do tej pory mogliśmy poznać jedynie jego „Mooncop” i „Goliata”, ale dzięki temu mogliśmy przekonać się, jak doskonałe w swej prostocie tworzy on komiks. I taki też jest niniejszy album, stanowiący nie jedną zamkniętą opowieść a serię skeczy, czy może bardziej adekwatnie - jednostronicowych dowcipów rysunkowych, które łączy jedno: naukowa tematyka.

 

Jak się domyślacie, o treści trudno jest w tym wypadku mówić. „Instytut bombowych teorii” to bowiem nic innego, jak antologia humoru w rysunkach. Ale i tak spróbujmy przyjrzeć się nieco bliżej temu, co tu znajdziecie, by mieć konkretniejszy ogląd publikacji.

Z niniejszego tomiku dowiecie się jak wyglądają kartki dla krewnych, którzy nic nie kumają i dlaczego niektóre gatunki chcą pozostać nieodkryte. Zobaczycie grozę kichnięcia w pobliżu nanobota i proponowane przybudówki dla międzynarodowej stacji kosmicznej. Przeżyjecie starcie człowieka z maszyną i pikselozę. Poznacie aparaturę, której trzeba się strzec i wspólne relacje Księżyca i pewnej komety. A wreszcie zanurzycie się w świat klasyki literatury podanej w systemie dwójkowym i przekonacie się, jak w przyszłości będzie wyglądał dojazd do pracy. A to, jak się oczywiście domyślacie, jedynie wycinek z tego, co czeka na Was w niniejszej publikacji.

 


Tom Gauld to artysta minimalistyczny. Człowiek, który swoje komiksy tworzy w skrajnie prosty sposób. Może nie jest to skrajność opowieści graficznych Jana Mazura czy Jacka Świdzińskiego, którzy posunęli się do tego, by swoich bohaterów i świat tworzyć, jak dziecko tworzy ludziki-patyczaki, ale… Cóż, czasem ociera się i o tego typu grafik – i to wcale nie rzadko – ale ogólnie rzecz biorąc jego ilustracje to niemal zawsze dwuwymiarowo ukazane, uproszczone do maksimum, ale w sposób ukazujący sedno tematu.

 

I takie są te skeczy zamieszczone na stronach tego tomiku. Gauld wszystkie z nich stworzył na potrzeby magazynu „New Scientist”. W swej formie więc to satyryczne paski komiksowe, równie często złożone z kilku kadrów, jak i jednej planszy, niczym typowy rysunkowy dowcip. Każdy z nich zaś to satyryczne spojrzenie na wydarzenia ze świata nauki, samo życie naukowca i pracę. To także polemika z fantastyką naukową – inaczej się nie dało – mająca w sobie i lekkości, i głębię. Owszem, może nie wszystkie żarty są tak samo udane, może nie zawsze przesłanie jest w punkt trafione, ale „Instytut bombowych teorii” to dobra, inteligentna i nieszablonowa rozrywka dla miłośników komiksów.

 

Dlatego zachęcam Was do jego poznania. To niewielka pozycja, niepozorna, a jednak bardzo satysfakcjonująca. A skoro się ukazała, daje nadzieję, że na polskim rynku zagoszczą też inne dzieła Gaulda, jak np. „The Gigantic Robot” czy „You're All Just Jealous of my Jetpack”.

 

Dziękuję wydawnictwu Marginesy za udostępnienie egzemplarza do recenzji.