poniedziałek, 18 czerwca 2018

100 Naboi, tom 2 - Brian Azzarello, Eduardo Risso

JAK „SIN CITY”


Jeżeli jakiś komiks ma na okładce logo Vertigo, każdy miłośnik opowieści graficznych wie, co czeka na niego w środku. Dojrzałe, mocne, przeznaczone dla dorosłych historie, które przede wszystkim niemal zawsze prezentują rewelacyjny poziom. "100 naboi", opus magnum duetu Azzarello / Risso, należy do najlepszych z nich. Genialna w swej prostocie, doskonale poprowadzona i obłędnie zilustrowana (nie sugerujcie się okładką, środek jest o niebo lepszy) seria, nieprzerwanie zachwyca i stanowi jedno z najlepszych dzieł w historii komiksu w ogóle.


Każdy z nas był w sytuacji, w której chciał się na kimś zemścić, ale co by zrobił gdyby rzeczywiście mógł tego dokonać? I to w sposób ostateczny? Pewien mężczyzna przedstawiający się jako agent Graves daje ludziom taką możliwość – a dokładniej broń, tytułowe sto naboi, informacje na temat osób, które zrujnowały im życie i gwarancję, że nie poniosą żadnych konsekwencji. Kim jednak tak naprawdę jest? I jakie cele przyświecają jego krucjacie? To starają się zrozumieć jego dawni towarzysze. Shepherd spotyka się z Benito by omówić sytuację. Graves nie powinien żyć, ale żyje. Nikt nie wie o co mu chodzi, a obaj mają podzielone zdania na temat tego, jak powinni postąpić. Czy lepiej znów spróbować go wyeliminować, czy może poczekać na rozwój wypadków i odkryć dzięki temu jego motywy?


"100 naboi", podobnie jak "Sin City" , opiera się na jednej - i gatunkowo bardzo zbliżonej - idei, którą twórcy konsekwentnie rozwijają, tworząc coś niesamowitego. Tu i tam mamy do czynienia z historią senscyjno-kryminalną, pełną twardych facetów i równie twardych, a zarazem seksownych kobiet. Świat, w którym przyszło im żyć jest brudny i brutalny. W obu przypadkach mamy też do czynienia z autonomicznymi opowieściami składającymi się w większą całość za sprawą powracających wątków i postaci. I zarówno "100 naboi", jak i "Sin City", zachwycają klimatem.


Największą siłą dzieła napisanego przez Briana Azzarello nie są ani wielkie nowości fabularne, ani łamanie schematów, ani też zaangażowana treść - choć trzeba przyznać, że historia potrafi skłonić do myślenia i komentuje niejedno zjawisko społeczne - a zagadka i strona obyczajowa. Tajemnica, która obecna jest na stronach serii od samego początku, rozwijana niespiesznie i coraz bardziej rozbudowywana, bez przerwy angażuje i intryguje człowieka. Wspomagają ją wątki jakże zwyczajne, codzienne. Bliskie nam, nawet jeśli bohaterowie rzadko kiedy są zwykłymi, szarymi obywatelami.


Zresztą te postacie też są fascynujące. Takie ludzkie, takie żywe, takie przekonujące - krwiste i wcale nie papierowe. Nie da się im nie współczuć, nie da się ich nie lubić albo nie nienawidzić i to właśnie sprawia, że "100 naboi" tak bardzo angażuje czytelnika. Do tego jest też świetna akcja, dobre tempo, różnorodne przygody i doskonała szata graficzna, bardzo podobna do stylu, jakim w latach 90. operował Frank Miller, autor "Sin City" (który swoją drogą w tym tomie zalicza epizodyczny udział, jak zresztą wielu innych znakomitych artystów). Świetne wydanie to już tylko wisienka na torcie, ale jakże smakowita.


Czy trzeba dodawać coś więcej? To, że polecam serię każdemu miłośnikowi dojrzałych opowieści graficznych to jedynie formalność. Komiksy, takie jak ten spodobają się nawet tym, którzy sensacyjnych historii nie znoszą.




Lucky Luke #61: Polowanie na duchy - Lo Hartog Van Banda, Morris

KOMEDIA WESTERN KRYMINAŁ HORROR?


Lucky Luke i duchy chyba się lubią, bo to nie pierwsza przygoda dzielnego kowboja zahaczająca o horror. Ale to dobrze, bo mieszanie się gatunków wpływa odświeżająco na każdą serię i tak jest też tym razem. W konsekwencji zabaw z konwencjami powstał nie tylko kolejny naprawdę udany tom "LL", ale także kawał dobrego humorystycznego westernu pomieszanego z grozą i kryminałem, który spodoba się nie tylko miłośnikom cyklu.


Kompania przewozowa Wells Fargo tym razem miała pecha. W piątek trzynastego zniknął dyliżans wraz z towarem i ludźmi i choć minęło już nieco czasu, nic nie udało się w tej sprawie ustalić. Ponieważ sytuacja jest niepokojąca i nikt nie chce powozić kolejnymi transportami, do przewiezienia ludzi, a także wyjaśnienia sprawy zaangażowany zostaje nie kto inny, jak Lucky Luke. W wyprawie towarzyszy mu porywcza Calamity Jane, która chce odzyskać broń, jaka miała trafić do niej wraz z zaginionym dyliżansem. Oboje spodziewają się spotkać przestępców napadających na powozy, ale czy prawda nie będzie o wiele bardziej skomplikowana, niż myślą?


"Lucky Luke" to jedna z tych licznych klasycznych europejskich serii komiksowych, które czyta się znakomicie i daje się porwać szalonej zabawie niezależnie od swoich gatunkowych preferencji. Ja nie lubię westernów, a jednak od tego cyklu nie potrafię się oderwać. Wiem, że to przede wszystkim komedia, ale nie oszukujmy się, czy to ma jakieś znaczenie? Nie, liczy się jedno: wykonanie, a to w przypadku tych komiksów pozostaje zawsze na wysokim poziomie.


I nie chodzi mi tu tylko o siłę nośną całości czyli żarty. Te oczywiście są znakomite, w punkt trafione i bawią zarówno na poziomie słownym, jak i samych obrazów. Ale też o to, że i cała reszta też jest bardzo udana. Ciekawe przygody, sympatyczni bohaterowie, szybkie tempo, dużo wydarzeń... Nie ma tu miejsca na nudę, jest za to naprawdę sporo satyry. W tym tomie na dodatek mamy ciekawy klimat z pogranicza strasznej opowieści i kryminału/thrillera - parodystycznie przedstawiony, ale jednak.


Do tego dochodzi znakomita, klasyczna szata graficzna, świetny kolor, dobre wydanie... Mali i duzi czytelnicy mający ochotę się pośmiać na poziomie, będą bardzo zadowoleni. Ja niezmiennie polecam.


A wydawnictwu Egmont dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.


Lucky Luke #51: Daisy Town - René Goscinny, Morris

PIERWSZY LUCKY LUKE NA WIELKIM EKRANIE


"Daisy Town" to zdecydowanie jeden z najbardziej rozpoznawalnych epizodów z serii "Lucky Luke". Wszystko za sprawą filmu z 1971 roku, będącego pierwszą kinową przygodą kowboja szybszego niż jego własny cień, na dodatek napisanego osobiście przez twórców serii, René Goscinnego i Morrisa (oraz wyreżyserowany przez tego pierwszego). Co ciekawe, niniejszy komiks jest właśnie oparty na owym filmie, a nie na odwrót. Ale nie obawiajcie się, bo "Daisy Town" nie jest jak typowe historie adaptujące filmowe hity - to znakomity album, który trzyma poziom, do jakiego przyzwyczaiła nas seria.


Tak to się odbywa na Dzikim Zachodzie: ktoś zauważy ciekawe miejsce, zatrzymuje się, zaczyna budować i… Tak było właśnie z Daisy Town, ludzie jechali przez prerię, kobieta zauważyła stokrotkę i szybko uznano, że można w tym miejscu zbudować miasto. Najpierw powstało to, co najważniejsze (saloon), potem co niezbędne (więzienie), a potem całą resztę. I wtedy, jak do innych miast, zaczęli tam ściągać wszelkiej maści bandyci. Przypadkiem trafia tu także Lucky Luke. Zaprowadza spokój, przyjmuje posadę szeryfa i… Zaczynają się problemy, bo oto do Daisy Town zmierzają bracia Daltonowie. Dzielny kowboj będzie musiał stawić czoła swoim największym wrogom…


Film, który stał się podstawą dla niniejszego albumu (wydanego dopiero jedenaście lat później), choć był zupełnie nową opowieścią, zawierał szereg nawiązań i wiele elementów zaczerpniętych z komiksów o Luckym Luke'u. Te siłą rzeczy zostały przeniesione na strony papierowej wersji. Na szczęście Goscinny i Morris zdołali po raz kolejny zaserwować nam to samo danie, ale w świeży i bardzo udany sposób.




Na miłośników serii czka więc wszystko to, co w niej pokochali. Jest humor - tak słowny, sytuacyjny, ja i obrazkowy - są przygody, dużo akcji... Wszystko to czyta się lekko i przyjemnie, a co najważniejsze z ochotą na więcej. Co więcej znajdziecie tu także znakomitą klasyczną szatę graficzną, dość typową dla europejskich komiksów humorystycznych, ale zawsze znakomitą i bardzo przyjemną w odbiorze. I wreszcie jest ta okładka, która zawsze kojarzyła mi się i będzie kojarzyć z Lucky Luke'iem.


Nie znacie jeszcze tego albumu albo tej serii? Poznajcie koniecznie. Jak i inne dzieła, które stworzył Goscinny, nie tylko wypada ją poznać - jeśli oczywiście lubi się komiksy - ile po prostu warto.


Dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza do recenzji.


Akame ga Kill #6 - Takahiro, Tetsuya Tashiro

NIEBEZPIECZNE BESTIE


W ostatnim czasie, kolokwialnie mówiąc, mam fazę na mangi z gatunku shounen. Wszystko to przez dwie rzeczy: fakt powrotu po latach "Dragon Balla" i obecność na rynku wiele znakomitych serii tego typu. Jedną z nich jest oczywiście "Akame Ga Kill", krwawa opowieść akcji osadzonej w realiach mrocznego fantasy. I jest to opowieść wciągając, interesująca i potrafiąca obudzić czasem całkiem spore emocje.


Dzięki działaniom Jaegers, przestępczość w stolicy spada, a wręcz zostaje wyeliminowana. Co więcej Night Raid nie zaatakowało nikogo od dwóch miesięcy, co cieszy władze – oczywiście nie oznacza to, że zdeprawowani możni nie oddają się swoim chorym rozrywkom, jak to na nich przystało. Jednakże ponieważ wojownicy nie mają co robić, zostają zaangażowani do zajęcia się nowymi niebezpiecznymi bestiami nękającymi okoliczną ludność.

Tymczasem Night Raid, po zmianie składu oddziału, także dowiaduje się o wspomnianych bestiach. Jako, że walczą ze złem, decydują się zająć nimi, nieświadomi działań Jaegers. Zbliża się więc nieoczekiwane spotkanie nie tylko wrogów, ale także i Esdeth z jej ukochanym…


Jeśli chodzi o zawartość tego tomu, to nie różni się ona od tego, co mieliśmy w poprzednich, więc i ja nic nowego tutaj nie napiszę. "Akame" to wzorcowy shounen oferujący wszystko to, czym charakteryzuje się ten gatunek. Mamy więc bohatera, który jest bliski nastoletnim czytelnikom - nie jest może zbyt potężny na początku, ale wraz z rozwojem akcji nabiera siły i staje się kimś naprawdę ważnym. Mamy też piękne, seksowne, ale zabójcze bohaterki, do tego wrogów władających niesamowitą siłą, artefakty, przygody, ciągłe zagrożenia i wiążące się z nimi walki. Sam świat też jest pełen dziwów i niezwykłości.


Poza tym na stronach "Akame" humor miesza się z mrokiem, a łagodna erotyka z całkiem dosadnie ukazaną brutalnością. Seria ma swój klimat, ma też urok, a każdy tom oferuje na dodatek sympatyczny dodatek w postaci krótkiej humoreski, w której bohaterowie odwiedzają mniej lub bardziej znane mangi. Całość wieńczy udana szata graficzna, mroczna, ale dość prosta, pełna dynamiki i wdzięczności widocznej głównie w designie postaci.


W skrócie: warto "Akame" poznać. Każdy miłośnik shounenów będzie z tej serii zadowolony. Ja jestem i czekam na ciąg dalszy.


A wydawnictwu Waneko dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.






Superman. Action Comics #3: Ludzie ze Stali - Dan Jurgens, Patch Zircher, Stephen Segovia, Art Thibert

PRAWDZIWY KOMIKS AKCJI


Kiedy byłem dzieckiem, przygody Supermana były jednym z pierwszych komiksów dla nieco starszych czytelników. I chociaż potem przez lata nie miałem zbyt wielu okazji do bliższego kontaktu z Człowiekiem ze Stali, od pewnego czasu regularnie czytam wydawane na naszym rynku komiksy o nim i bawię się przy ty znakomicie. Które z nich są najlepsze? Skoro pytam o to w tym miejscu, nie trudno się domyślić - "Action Comics", pisany przez jednego z najważniejszych scenarzystów tej serii, Dana Jurgensa. Świetnie pomyślany, powracający do motywów sprzed lat i rozbudzający wyobraźnię. Czy trzeba czegoś więcej?


Kiedy poflashpointowy Superman umarł, jego miejsce zastąpić chciał nie tylko Człowiek ze Stali sprzed tego eventu, ale również Lex Luthor. I właśnie na konflikcie między nimi zbudowana jest niniejsza opowieść. Gdy Lex zaczyna działać jako superbohater, Clark nie jest w stanie mu zaufać. Wie, że Luthor z jego rzeczywistości nie tylko był złym człowiekiem, ale także i jego największym wrogiem. Jednakże, choć stara się znaleźć dowody na to, że i ten niczym się od niego nie różni, nie jest w stanie tego zrobić. Czyżby mylił się co do niego? Sytuacja zmienia się, kiedy z kosmosu przybywa Bogobójca, potężny przeciwnik, który dostrzegł przyszłość, ale - jak to w komiksach stało się normą - niezbyt kolorową. A dokładniej zobaczył Luthora jako władcę Apokolips i niszczyciela Ziemi. Dlatego zamierza go zabić, na co oczywiście nie chce pozwolić Superman, który stanie w obliczu ciężkich wyborów...


Tytuł nie kłamie - "Action Comics" to rzeczywiście komiks akcji. Od pierwszego zeszytu tej serii tempo fabuły jest zawrotne i właściwie nie zwalnia ani na moment. Spokojniej jest w drugim tytule z Kentem, skupiającym się bardziej na jego rodzinnym życiu "Supermanie", ale i tam nie brak szalonych wydarzeń. Tu natomiast czytelnicy prawie nie mają chwili wytchnienia, ale nie chcą jej, bo Jurgens, człowiek, który w latach 90. XX wieku zrewolucjonizował komiks "Śmiercią Supermana" (a przy okazji to od jego "Rządów Supermanów" zacząłem swoją przygodę z tą postacią) wszystko to serwuje nam w naprawdę znakomity sposób.


Fabuła jest ciekawa, pytania intrygują, a wspomniana akcja sprawia, że całość czyta się jednym tchem. Do tego dochodzi też znakomita szata graficzna, realistyczna i szczegółowa, uzupełniona o dobry kolor. Album ogląda się z dużą przyjemnością, poza tym warto też docenić, że od początku seria trzyma podobny poziom na tym polu.


Kto więc lubi Supermana, koniecznie powinien zapoznać się z tą serią. Kto nie zna, a chciałby zacząć swoją przygodę, oba tytuły wydawane w ramach "Odrodzenia" nadają się do tego naprawdę dobrze. Ja ze swej strony polecam, rozejrzyjcie się za "Action Comics" wśród nowości, bo jest tego wart.





niedziela, 17 czerwca 2018

Wielki bal Smerfetki - Justyna Bednarek

NAUCZ SIĘ CZYTAĆ ZE SMERFAMI


Czy może być coś lepszego do nauki czytania niż książeczka z ulubionymi bohaterami? Chyba nie, dlatego właśnie takie pozycje, jak ta warto polecać najmłodszym odbiorcom w tym właśnie celu. Szczególnie jeśli są dobre. A ta właśnie taka jest, na dodatek oferuje krótką, ale treściwą porcję dobrej zabawy, ułatwiającej przyswojenie sobie materiału.


W Wiosce Smerfów zorganizowany zostaje bal maskowy. Wszyscy są podekscytowani tym wydarzeniem i zastanawiają się kto tym razem zdobędzie tytuł Kawalera Roku. Jedno jest pewne – Damą Roku zostanie Smerfetka. Jak zawsze, bo w wiosce pełnej Smerfów jest w końcu jedyną kobietą. Ale i ona nie jest wolna od zmartwień – nie ma bowiem stroju na bal. Oczywiście Smerfy szybko zamierzają coś na to poradzić, ale każdy zaczyna prześcigać się w kolejnych pomysłach na umilenie jej tej okazji, ich starania przynoszą odwrotny skutek…


Książeczka, o której właśnie piszę, jest rzeczą prostą, lekką i pełną uroku, a zarazem mądrą i przekazującą konkretną wiedzę. W skrócie: wszystko jest tu na swoim miejscu. Tekst, napisany dużymi literami (i posiadający wyróżnione słowa do samodzielnej nauki) i składa się z niespełna 200 wyrazów (23 podstawowych głosek w tekście czytanym). Jest wyraźny, łatwy w odbiorze i układa się w sympatyczną oraz pouczającą opowieść ze Smerfami.


Książeczka uczy słów, uczy też pewnych wartości, ale przy okazji bawi. Od początku do końca zapełniają ją pełnostronicowe, kolorowe grafiki, do tego na małych czytelników czeka porcja naklejek, a na koniec także ćwiczenia pomagające utrwalić poznany właśnie materiał.


Całość jest urocza, wpada w oko, przy okazji została ładnie wydana i z pewnością spodoba się dzieciom. Jeśli lubią Smerfy, nie będzie dla nich lepszej pozycji do stawiania pierwszych kroków na czytelniczej drodze. Polecam.


A wydawnictwu Egmont dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

Przygody Smerfów #12: Smerfuś - Peyo

SMERFY MAJĄ DZIECKO


Od kiedy Egmont zaczął publikować nowe przygody "Smerfów", moim marzeniem było by w końcu sięgnął także po niewydane nigdy w naszym kraju klasyczne albumy Peyo. Marzenie to spełniło się jakiś czas temu i kilka z nich zawitało na sklepowe półki, a teraz dołącza do nich kolejny - "Smerfuś". I cóż, każdy kto czytał choćby jeden z poprzednich tomów wie, że to po prostu świetne komiksy rozrywkowe dla czytelników w każdym wieku. Nie inaczej też jest właśnie z tym tomem, doskonałym jak zawsze i dostarczającym niezapomnianych przeżyć.


W tym tomie na miłośników Smerfów czekają cztery nowe, nigdy niepublikowane w naszym raju historie o niebieskich stworkach. W pierwszej z nich, tytułowej, pewnej nocy wschodzi niebieski księżyc – znak, że wydarzy się coś niezwykłego. I rzeczywiście, bocian podrzuca do wioski małego Smerfa. Mieszkańcy obawiają się kłopotów i obowiązków, jakie mogą wyniknąć z opieki nad Smerfusiem, szybko jednak zaczynają przekonywać się do niego i odkrywać, jak wiele dla nich znaczy.

W kolejnej krótkiej historyjce Smerfy z okazji 542 urodzin Papy Smerfa postanawiają przygotować coś dla niego. Potem nadchodzi czas remontu Wioski Smerfów, a na horyzoncie czai się Gargamel, który znalazł kolejny sposób schwytania naszych niebieskich bohaterów. Wszystko zaś kończy wielka zabawa, na której pojawia się największy wróg Smerfów.


Cóż, trudno jest powiedzieć coś oryginalnego o "Smerfach". Ponieważ seria obecna jest na rynku od 1963 roku i cieszy się kultowym statusem i uwielbieniem, na jej temat powiedziano już chyba wszystko. I to nie raz. Trudno więc nie być skazanym na powtarzanie tych samych rzeczy, ale dopóki małe niebieskie stworki nie zmienią się na gorsze (i nie osiągną niskiego poziomu kinowych filmów), nie da się inaczej. A nie przewiduję by tak się stało, bo jeszcze żaden album z ich przygodami mnie nie zawiódł.


Co się zaś tyczy "Smerfusia" to, jak właściwie każdy komiks stworzony przez Peyo, trzyma on wysoki poziom. Jest zabawny, pełen przygód i sympatycznych postaci, dużo w nim też mądrości, choć nie ma tutaj żadnego usilnego przesłania - wszystko jest lekkie, płynne i naturalne. Nieśmiertelny klimat dopełnia całość, a świetna szata graficzna, klasyczna, prosta, ale doskonale pasująca do fabuły, po prostu zachwyca.


Tych, którzy Smerfy znają, zachęcać nie muszę. Tych, którzy jakimś cudem jeszcze ich nie poznali (naprawdę są tacy?), gorąco namawiam do lektury. Nieważne ile macie lat, ta seria bawi i uczy każdego. I robi to po prostu w rewelacyjny sposób.


Dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza do recenzji.



My Hero Academia: Akademia Bohaterów #4 - Kohei Horikoshi

SPORTOWY FESTIWAL SUPERBOHATERÓW


Chociaż na rynku dostępnych jest wiele mang z gatunku shounen, to chyba właśnie "My Hero Academia" należy do moich obecnych ulubieńców. Oczywiście jeśli chodzi o wciąż ukazujące się tytuły. Dlaczego? Bo to po prostu dobra manga, oferująca wszystko co najlepsze w swojej kategorii i dorzucająca do tego solidną garść superhero. Jest więc lekko, przyjemnie, z humorem, napięciem i solidną porcją walk.


Midoriya niedawno przekonał się co to znaczy być superbohaterem, kiedy wraz z kolegami musiał stawić czoła prawdziwym złoczyńcom, którzy zaatakowali szkolną arenę. Ale zanim nastolatkowie zdołali porządnie odpocząć, nadszedł czas kolejnych wyzwań – a dokładniej Festiwalu Sportowego U.A. Ku zaskoczeniu wszystkich, w pierwszej konkurencji zwyciężył Midoriya, zyskując nie tylko na popularności, ale także i… wartości. To jednak dopiero początek. Osób, które chcą zwyciężyć nie brakuje, a przy kolejnych wyzwaniach na naszego młodego herosa czekają przeszkody, z którym może sobie nie poradzić…


Kiedy patrzę na "My Hero Academia" mam wrażenie, że tak wyglądałby mainstreamowy komiks amerykański gdyby był mangą. Mamy tu w końcu drużynę dzieciaków obdarzonych niezwykłymi mocami, trenujących pod okiem mentorów ("X-Men"), mamy głównego bohatera, zwykłego dzieciaka, który nie jest zbyt popularny, a który swoje moc zdobywa przypadkiem i zostaje bohaterem ("Spider-Man") itd., itd. Podobne rzeczy można by mnożyć, ale po co. Wyszukiwanie ich to część przyjemności płynącej z lektury, a całość łącząc w sobie dwa rodzaje komiksów, serwuje nam naprawdę udany produkt finalny.


Do tego wszystko to czyta się naprawdę przyjemnie i szybko; aż szkoda kończyć lekturę. Humor, akcja, szybkie tempo, ciekawi bohaterowie, urocze bohaterki, walki... Który nastolatek (albo dorosły wychowany na takich opowieściach) tego nie lubi? Szczególnie, że szata graficzna całości jest po prostu znakomita w swej typowej dla shounenów prostocie.


Czy muszę dodawać coś jeszcze? Polecenie "My Hero Academia" to czysta formalność, choć miłośnicy gatunku pewnie i bez tego sięgną po serię. Całą resztę, szczególnie nastolatkom, którzy nie poznali jeszcze shounenów, zachęcam, bo warto.


A wydawnictwu Waneko dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.







piątek, 15 czerwca 2018

Lanfeust w kosmosie (wydanie zbiorcze), tom 1 - Christophe Arleston, Didier Tarquin

KOSMICZNE FANTASY


Jako człowiek, który nigdy nie pałał wielką miłością do fantasy, pewnie niezbyt nadaję się do omawiania pozycji z tego gatunku. Ale z drugiej strony czytam całkiem sporo komiksów go reprezentujących, bawiąc się przy tym naprawdę dobrze, a seria "Lanfeust z Troy" należy do czołówki moich ulubionych tego typu. Co prawda całość to bardziej science fantasy, czasem ocierająca się także  retrofuturystykę, jak w tym właśnie tomie, ale wszystko to to tylko nomenklatura. Liczy się jedno, że dzieło duetu Arleston / Tarquin to kawał dobrego komiksu rozrywkowego w dobrym tego słowa znaczeniu.


Kosmos pełen jest gwiezdnych zdobywców, który nie brak energii i odwagi, ale wyobraźni już tak. Nie chce im się nawet nazywać odkrytych światów, ot nadadzą im jakiś numerek i z głowy, a w przestrzeni często zostawiają masę urządzeń emitujących sygnały. Od tego zaczyna się właśnie niezwykła przygoda, bo na planecie Meirrion agentka Glace dowiaduje się o nowym sygnale z kosmosu – a dokładniej z planety Troy. Wyrusza więc w podróż…
Tymczasem na Troy Lanfeust się nudzi. Brak zagrożeń, brak przygód… Czas zabija pomaganiem potrzebującym, aż nagle dowiaduje się o pewnym smoku. Jak się okazuje to wcale nie smok tylko statek kosmiczny. Spotkanie z agentką Glace zmieni wszystko i rzuci naszego bohatera oraz jego towarzyszy w podróż, jakiej nigdy by się nie spodziewali…


"Lanfeust z Troy" to seria, której daleko do powagi czy grzeczności. Od początku przygody kowala, który zyskał niesamowite moce oferowały dużo niewybrednego humoru, całkiem sporą dawkę erotyki i równie dużą, jeśli nie większą porcję krwawych scen. Jak na fantasy przystało jest tu magia, wielkie bitwy, dziwne stwory z mitów i legend, jest bohater wybraniec, piękna niewiasta, która zdobyła jego serce... Dowcipy pomagają nie tylko rozładować atmosferę, ale też i wprowadzają powiew świeżości, którego brak mi w innych tego typu komiksach. Oczywiście całość nie porzuca zupełnie powagi, oferując przy tym dużo akcji, przygód i epickich scen.


Najnowszy zbiorczy tom, czwarty już z kolei, w bezpośredniej kontynuacji serii zabiera nas w kosmos. Bohaterowie wyrwani ze świata fantasy trafiają w sam środek konkretnego science fiction. Jako jednak, że są przyzwyczajeni do wszelkich niezwykłości (bo co za różnica czy to magia, czy przestrzeń kosmiczna, prawda?) i tu radzą sobie znakomicie, a w całości nie czuć dysonansu. Wręcz przeciwnie, takie podejście pasuje do "Lanfeusta", o czym sami przekonacie się sięgając po ten tom.


A warto to zrobić. "Lanfeust w kosmosie" to dobrze napisana, znakomicie zilustrowana (kreska jest i realistyczna, i cartoonowa, pełna lekkości i uroku) i świetnie wydana opowieść. Tak, jak poprzednie tomy, tak i ten czyta się po prostu znakomicie i ma ochotę na więcej. Dobrze, że Egmont po latach zdecydował się nie tylko wznowić stare, ale także i wydać niepublikowane wcześniej tomy. Może będzie nam dane przeczytać wszystkie cykle z "Troy"? Oby.


Dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza do recenzji.


Mój Kucyk Pony: Przyjaciółki na zawsze #3 - Christina Rice, Tony Fleecs, Agnes Garbowska, Ted Anderson, Joy Fosgitt, Barbara Randall Kesel, Brenda Hickey

SŁODYCZ, KTÓRA NIE SZKODZI


Nadmiar cukru, podobnie jak nadmiar soli - i właściwie wszystkiego innego - szkodzi. Wyjątkiem od tej reguły wydają się być przygody kucyków z "My Little Pony". Każdy tom serii to przesłodzone, kolorowe do bólu oczy, cukierkowe pod każdym względem opowieści, a jednak ich lektura nie niesie ze sobą żadnych konsekwencji. No może poza drobnym uzależnieniem co wrażliwszych na infantylny urok czytelników.


W tym tomie na fanów czekają cztery krótkie opowieści. Na dobry początek Babcia wybiera się na Jabłkocon, gdzie zauważa podejrzane zachowanie jednego z braci Flim Flam. Czy jednak rzeczywiście coś on knuje, tak jak podejrzewa staruszka? Zaraz potem piękny poranek w Ponyville przerwany zostaje popłochem kucyków. Pewien typ szuka Fluttershy i nasze klaczki muszą coś z tym zrobić! A co dalej? Rainbow Dash świetnie sobie radzi w roznoszeniu poczty, ale gdy dostaje zaproszenie na tajną misję od Spitfire, po prostu szaleje ze szczęścia. Co jednak czeka ją na miejscu? Na sam koniec zaczyna się Doroczna Inwazją Wozów z Jedzeniem. Pinkie Pie chce się trzymać jak najdalej od przepysznych FeNOMNomenów, pytanie tylko czy będzie potrafiła…


Wszystko, co w "My Little Pony" najważniejsze powiedziałem już na wstępie. Słodycz to główna siła napędowa całości i za to właśnie kocha się przygody kucyków - albo je nienawidzi. To zresztą bardzo specyficzna seria, bo obok infantylności, cukierkowości i bijących po oczach kolorów oraz rozbrajającej mimiki postaci, mamy tu także popkulturowe odniesienia i moc nawiązań do różnych dzieł. Ten pierwszy aspekt Kucyków zadowoli najmłodszych czytelników, ten drugi - dorosłych. A o tym, że czytelników w tej ostatniej grupie wiekowej także nie brakuje, chyba nikogo nie muszę przekonywać.


Oczywiście nie samą słodyczą ta seria żyje. Są tu zatem także przygody, humor, bardzo wyraziste postacie i taki sam świat. Jest też nuta pozytywnego szaleństwa, dużo lekkości i ta sympatyczna atmosfera. Szata graficzna też jest pełna uroku, barwna, prosta, ale dobrze pasująca do treści. I owszem, "My Little Pony" nie jest żadną wielką serią, to tylko rozrywka, ale rozrywka udana i warta polecenia najmłodszym i tym, którzy wciąż mają w sobie dużo wewnętrznego dziecka.


A ja dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza do recenzji.


Piknik pod Wiszącą Skałą - Joan Lindsay

PIKNIK POD ZNAKIEM ZAPYTANIA


Zapewne wielu czytelników, podobnie jak ja, najpierw poznało tę opowieść w postaci znakomitego i kultowego filmu nakręconego przez Petera Weira w 1975 roku. I chociaż kinowa wersja robiła duże wrażenie - nie przypadkiem przeszła zresztą do historii kinematografii - to jednak powieściowy pierwowzór wywołuje jeszcze więcej emocji, mocno oddziałując na wyobraźnię. I nie ma tu większego znaczenia, że cała historia, mimo pozorów autentyczności, jest fikcją, dzieło Joan Lindsey nawet teraz, ponad pół wieku od premiery, fascynuje i niełatwo o nim zapomnieć.


Rok 1900. Korzystając z pięknego dnia uczennice z elitarnej Pensji Appleyard dla dziewcząt wybierają się na piknik. Nie są same, towarzyszą im nauczycielki, wszystko zdaje się układać znakomicie i nic nie zwiastuje tego, co już wkrótce wstrząśnie całą okolicą. Gdy po lunchu kilka starszych dziewcząt wybiera się na przechadzkę, zaczynają się problemy. Wraca tylko jedna z nich, przerażona jak nigdy. Co się stało z pozostałymi? Okazuje się, że zniknęła także jedna z nauczycielek, a pytań z każdą chwilą przybywa. Piknik w miejscu zwanym Wiszącą Skałą zmienia się w tragedię, jakiej nikt nie mógł się spodziewać…


Chociaż fabuła "Pikniku" przez wielu ludzi uważana jest za opis prawdziwych wydarzeń - w swoim życiu spotkałem się nawet z kilkoma opracowaniami "naukowymi", które powielały treść książki nazywając ją faktami - nic z opisanych przez autorkę rzeczy nigdy nie miała miejsca. Jedynie lokalizacje przez nią podane i barwnie opisane są zgodne z prawdą. Warto to zauważyć już na wstępie i pamiętać o tym, wbrew obiegowej opinii. W końcu nawet sama autorka w wywiadach nie ukrywała fikcyjności swego dzieła - co zresztą tylko podkreśla, jak bardzo ludzie wierzą w to, w co chcą wierzyć.


Ale trzeba przyznać, że trudno jest nie ulec opisywanym przez Lindsay rzeczom. Pisarka postarała się by całość miała jak największy posmak realizmu, a całość podała w sposób tak plastyczny, że tekst mocno przemawia do wyobraźni. Zresztą już sam jej styl jest znakomity, klasyczny, pełen opisów i detali, ale zarazem lekki i przyjemny w odbiorze. "Piknik" pod względem literackim jest pozycją bardzo satysfakcjonującą i estetycznie cieszącą, a to wartość, której tak bardzo brak współczesnym książkom.


Treść na szczęście też jest znakomita, nieoczywista, pozostawiająca nas z pytaniami, na które nie ma odpowiedzi. Tu pole do popisu ma wyobraźnia, która każdemu podpowie czy miał do czynienia z horrorem, science fiction, thrillerem czy może zwyczajną historią obyczajowa o tragedii, jaka dotknęła młode dziewczęta. Co prawda każdy, kto pamięta film, nie będzie niczym zaskoczony - może poza dosadnością całości - ale i tak każdy powinien "Piknik pod Wiszącą Skałą" poznać. Naprawdę warto.


A ja dziękuję wydawnictwu Replika za udostępnienie egzemplarza do recenzji.