czwartek, 14 lutego 2019

Pieśń o Warszawie

Dziś nie recenzja, a zapowiedź. Kilka słów ode mnie będzie, jak dorwę rzecz w swoje ręce, a teraz głos daję oficjalnym materiałom ;)

Daj się porwać Pieśni

W Pieśni o Warszawie nie znajdziesz samotnych mścicieli czy niezniszczalnych bohaterów.

Poczujesz za to bijące od płonącego miasta gorąco. Klaustrofobię korytarzy, w których warszawiacy chronią się przed upałem. Stres, kiedy każdy kolejny dzień zmienia się w prawdziwą walkę o przetrwanie.

Kiedy zginie roślinność, ludzkość umrze razem z nią

Rośliny umierają, a na świecie panuje głód. Po serii wojen o  resztki surowców ludzkość przegrała z kataklizmem. Nastąpił Koniec – globalny głód i wymieranie o apokaliptycznych wręcz rozmiarach.  Warszawa nigdy nie miała łatwej historii, jednak to jej mieszkańcy zawsze stanowili o sile stolicy.  I to właśnie oni są jednymi z ostatnich żyjących ocaleńców. Wśród mieszkańców jest Oskar – wyrzutek, próbujący znaleźć swoje miejsce w umierającym świecie.

Trawiona pożarami Warszawa, walka o przetrwanie i dramat jednostki.

Oskar żyje na granicy społeczeństwa po tym, jak oskarżono go o tajemnicze morderstwo. Warszawiacy już wydali na niego wyrok, zwłaszcza że znał ofiarę. Chłopak żyje w nieustającym strachu i poczuciu winy. Co naprawdę stało się tamtego tragicznego dnia?

Niespodziewanie, Oskar otrzymuje zadanie, od którego zależy jego los – bezlitosny wyrok lub całkowita amnestia.

Wilczyca i Czarny Książę #13 - Ayuko Hatta

POZNAJ MOICH RODZICÓW


Po ostatnich tomach, które kończyły się jakąś rozbudzającą czytelniczą ciekawość retardacjach, trzynasta część „Wilczycy i czarnego księcia” wraca na tory, na których serwuje nam zamknięte opowieści i sama stanowi zamkniętą całość. Na czytelników czekają nie tylko trzy nowe rozdziały, pełne humoru i miłosnych uniesień, ale przy okazji także porcja dodatków, w których mocniej wnikamy w postacie i ich przeszłość. Co prawda seria nie ma już tego szybkiego tempa, które zachwyciło mnie w jej początkowych tomach, ale to nadal kawał dobrego shoujo, które spodoba się wszystkim miłośniczkom i miłośnikom tego gatunku.


Trwa szkolna wycieczka, Erika i Sata starają się wykorzystać ten czas na swój sposób, ale szybko zostają zaangażowani w miłosne perypetie, kiedy Takeru wyznaje miłość Sanuś! Wszyscy są zaskoczeni i zafascynowani całą sytuacją, ale to zaledwie początek. Oto bowiem dziwne zachowanie Kamiyi każe zastanowić się, co on właściwie czuje do Sanuś i co w tej sytuacji powinien zrobić.

Powrót do domu i normalnego życia staje się też początkiem kolejny niezwykłych wydarzeń. Oto bowiem rodzice Eriki chcą bliżej poznać Satę. Minął rok, jak ta dwójka się spotyka, więc nadeszła chwila, by chłopak spędził z nimi nieco czasu i pokazał się od jak najlepszej strony. Sata, mimo niechęci, zgadza się wziąć udział we wspólnym posiłku, o ile jednak matka Eriki okazuje się być kobietą jakże podobną do swej córki, co można jej zaliczyć na plus, to ojciec, kiedy trochę sobie wypije, zaczyna robić problemy, z którymi trzeba będzie sobie poradzić…

Wkrótce potem nadchodzi czas urodzin Eriki. Ba, nie są to zwykłe urodziny, a długo wyczekiwana osiemnastka. Dziewczyna chce, by Sata zaskoczył ją i sam zorganizował im jakoś ten dzień. Chłopak stara się więc rozgryźć, czego ona mogłaby chcieć, ale im bardziej się stara, tym większą katastrofą wszystko grozi…


Jak pisałem na wstępie, „Wilczyca i czarny książę” nie jest tak dynamiczną, szybko poprowadzoną opowieścią, jaką była na początku. Zwolnienie tempa nastąpiło zresztą już jakiś czas temu, więc jeśli dotychczas nie stanowiło to dla Was minusa, nie będziecie zawiedzeni. Zresztą nawet jeśli rzecz ta rozczarowała Was w pewnym stopniu, perypetie Saty i Eriki nadal mają w sobie tyle uroku, humoru i emocji, że nie sposób się przy nich nudzić. Wręcz przeciwnie, zabawa wciąż jest udana, wciągająca i warta czytania.


Najlepiej w tym tomie wypadają miłosne zawirowania w życiu Sanuś i kolejne urodzinowe katastrofy. Ale jako całość, część ta również jest udana. Dobrze (jak zawsze) napisana i zilustrowana, spodoba się wszystkim miłośnikom shoujo i miłosnych uniesień w komediowym tonie. Nawet jeśli chcieliby poznać serię od tego momentu.


Dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.







Berserk #20 - Kentarō Miura

GDY FANTASY SPOTYKA HORROR


Dziś będzie trochę nietypowo, bo in media res, skoro rzucam się od razu z recenzją na 20 tom serii „Berserk”, ale cóż, czasem tak bywa. Zostawiając jednak wszystko to za sobą, a spoglądając na samą mangę, muszę powiedzieć, że to kawał dobrej, dynamicznej opowieści. Opowieści w sam raz dla dorosłych miłośników dark fantasy i horroru, którym nie straszna makabra, lejąca się krew i trupy zaściełające ziemię.


Głównym bohaterem serii jest niejaki Guts, zwany również jakże wymownie Zabójcą Stu i Czarnym Szermierzem, służącym jako najemnik i działającym w średniowiecznej Europie. W tym tomie wkracza on do Albionu, ale jak zawsze nic nie może iść bezproblemowo. Z jednej strony Mozgus i jego ludzie, z drugiej istoty nie z tego świata atakujące święte miejsce… Tragedia i rzeź wiszą w powietrzu, sytuacja staje się coraz bardziej napięta i niebezpieczna, a w wirze szalonych wydarzeń nasz najemnik stara się za wszelką cenę ocalić Cascę, ale czy ma jakiekolwiek szanse?


„Berserk” to bezwzględnie seria dla dorosłych. Mroczna, krwawa i brutalna ani przez chwilę nie oszczędza czytelnika, oferując mu ekstremalne przeżycia serwowane w szybkim tempie. Jest tu coś z shounenoweggo bitewniaka, bo akcja i walki dominują nad tym tomem, ale przeniesione na dojrzalszy grunt, na który zapuszczają się czytelnicy wychowani na takich mangach, jak „Dragon Ball” czy „Naruto”, którzy wyrośli już z ich klimatów. Tu motywy i schematy podobnych opowieści zostają wykorzystane w dojrzały sposób i podlane rasowym horrorem, w którym wszelkiej stwory i makabra aż wylewają się ze stron.


Patrząc na całość, można powiedzieć, że Kentarō Miura tworzy na stronach „Berserka” własną wersję „Conana”, zdekonstruowaną jednak i wymieszaną z mixem motywów gatunkowych. Całość stworzona jako one shot w roku 1988, a w od 1989 roku wydawana jako seria, została jednak skrojona w tak atrakcyjny sposób, że po dziś dzień pozostaje równie udana, co niemal trzy dekady temu. Seria zresztą ukazuje się nadal i nosi status jednej z najlepiej sprzedających się mang dla dorosłych, a to przecież o czymś świadczy. Ważniejsze jest jednak to, że i bez tych wszystkich haseł zachwalających całość, bez zwracania uwagi, że popularność cyklu zapewniła mu zarówno serial anime, jak i trylogię filmów, „Berserk” broni się naprawdę znakomicie.


Ale i tak największą siłą całości pozostaje szata graficzna. Kreska autora jest realistyczna, szczegółowa i bardzo dynamiczna. Klasyczna w swym wyglądzie, robi naprawdę duże wrażenie, z miejsca wpada w oko i zostaje w pamięci czytelnika na długo. Jako całość zaś „Berserk” to kawał dobrego fantasy dla dorosłych, wartego polecenia wszystkim miłośnikom gatunku, bo w swojej kategorii to jedna z najlepszych rzeczy.


Dziękuję wydawnictwu JPF za udostępnienie egzemplarza do recenzji.










środa, 13 lutego 2019

Dar trzech króli - Kumichi Yoshizuki

MIŁOŚĆ SILNIEJSZA NIŻ ŚMIERĆ


Są tacy, którzy lubią jednotomówki, bo te zapewniają im krótką i całkiem intensywną rozrywkę bez konieczności angażowania się w ciągnące się przez lata serie. I są tacy, którzy wolą jednak wejść w długie opowieści, bo w świecie mang te historie, które kupiły serca czytelników, nigdy nie kończą się szybko. Ja należę do tej pierwszej grupy i będę bronił tego typu dzieł, bo nie raz trafiłem wśród nich na prawdziwe perełki. Czy perełką jest „Dar trzech króli”? Nie, ale to naprawdę znakomita lektura, potrafiąca rozśmieszyć i wzruszyć. Mająca swoje minusy, ale na pewno bardzo sympatyczna, urocza wciągająca i absolutnie znakomicie narysowana.


Głównym bohaterem jest 24-letni Daichi, który przed laty zakochał się w niej – pięknej i uroczej Akari. Mieszkali po sąsiedzku, dużo ze sobą rozmawiali, wymieniając wiadomości pisane na kartkach papieru, które do własnych okien przesyłali, jako samolociki i nawet jeśli nie dogadywali się najlepiej, bo za bardzo się różnili, jednocześnie stanowili swoje idealne uzupełnienie. Z czasem między nimi zaiskrzyło, coś wyszło i… Akari zasłynęła, jako dziewczyna zbyt piękna na bycie astronomem, ale pewnego dnia, w drodze do obserwatorium, zginęła przygnieciona przez koparkę. Miała zaledwie dziewiętnaście lat. Daichi poprzysiągł jednak, że nigdy o niej nie zapomni i…

… pięć lat później wraca w rodzinne strony. Praca w Tokio odciągnęła go nieco od myślenia o ukochanej, chłopak zaczął zapominać już jak ona wyglądała, ale nie chce pozwolić by czas zamazał wspomnienia o niej. Dlatego przybywa na miejsce jej śmierci i pogrążą się we wspomnieniach, o wspólnie spędzonych z nią chwilach. Jednak przebywająca w niebie Akari woli, by o niej zapomniał. Nie chce tego, ale uparcie wierzy, że tak będzie lepiej. Korzystając z fortuny, jaką zgromadziła pośmiertnie (za każde wspomnienie o zmarłym na konto danej duszy trafia odpowiednia suma, a ona była osobą dość popularną), stara się jak najbardziej zniechęcić go do przebywania tu i wspominek. Ale jednocześnie zdaje sobie sprawę, że dawne uczucie wcale w niej nie zgasło. Tylko czy miłość między zmarłą, a żywym ma w ogóle sens?


Sympatyczny komediodramat o miłości – tak można w skrócie określić „Dary trzech króli”, historię niezbyt wymagającą, ale potrafiącą rozśmieszyć i wzbudzić całkiem sporo emocji. Owszem, wiele już było opowieści o miłości zza światów, na „Uwierz w ducha” śmiało się i płakało już kilka pokoleń widzów, a „Między piekłem a niebem” czy „Ghost Story” starały się wynieść tę tematykę na nieco ambitniejsze tereny. A to tylko trzy spośród wielu przykładów podobnych dzieł. Co więc ta manga ma jeszcze do zaoferowania? Tym bardziej, że sama stanowi adaptację opowiadania O. Henry’ego?


Całkiem sporo. Owszem, nie ma tu zbytniej oryginalności, ale i nie o nią chodzi. Chodzi natomiast o klimat i emocje, a tych tutaj nie brakuje ani przez chwilę. Może nie do końca kupiła mnie koncepcja nieba i pieniędzy, ale przeważające w „Darze” wątki obyczajowe są jak najbardziej znakomicie wykonane. Dużo tu łez, dużo uśmiechów, jeszcze więcej pięknie wyrysowanych kadrów ukazujących nam zarówno urzekające plenery, jak i ujmujące scenki rodem z życia każdego z nas. Świetnie uchwycone są też postacie i ich emocje, w kadrach mnóstwo jest detali, a klimat całości jest naprawdę udany. Kto więc lubi dobre historie o miłości – nie romanse, bo słowo to sugeruje twór niskiej jakości – będzie bardzo zadowolony. Ja byłem i polecam całość bardzo gorąco.


A wydawnictwu Waneko dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.








wtorek, 12 lutego 2019

My Hero Academia: Akademia Bohaterów #9 - Kohei Horikoshi

ZA ŚWIETLANĄ PRZYSZŁOŚĆ


Jak ja się cieszę, że „My Hero Academia” ukazuje się na polskim rynku z częstotliwością tomiku na miesiąc; co przecież nie zdarza się często, a co świadczy o popularności i dobrym przyjęciu danego tytułu. Ale nie ma się co dziwić. Seria Koheia Horikoshiego to wzorcowy shounen, jeden z najlepszych dostępnych w naszym kraju, a tego typu mangi (pamiętacie „Dragon Balla” czy „Naruto”? głupie pytanie, każdy pamięta) zawsze stają się hitami. Jeśli więc lubicie ten gatunek, albo – tak, jak ja – macie do niego sentyment, nie wahajcie się ani chwili, bo „Akademia bohaterów” to coś dla Was. Tak samo, jak i dla miłośników komiksów spod szyldu superhero.


Zaczyna się obóz treningowy, mający na celu pomóc młodym adeptom superbohaterskiego fachu wzmocnić ich zdolności i właściwie je ukierunkować. Jak zwykle jednak nic może iść tak, jak powinno, bo oto młodzi herosi zaatakowani zostają przez złoczyńców, którzy chcą zniszczyć uczniów U.A. w imię, jak sami twierdzą, świetlanej przyszłości. Jakie cele kryją się za tym hasłem i jak z problemami poradzą sobie Midoriya i jego koledzy?


Moje najważniejsze mangowe doświadczenie życia? „Dragon Ball”, bez dwóch zdań. Ta seria była i jest moją największą mangową miłością, nie zliczę ile razy ją czytałem, jak wyczekiwałem na kolejne jej tomiki (ukazywały się średnio raz na dwa tygodnie, to dopiero było tempo, a mi wraz było mało) i ile fanfików zrobiłem (wszystkie lądowały w szufladzie). A wspominam o tym, bo przy „My Hero Academia” wspomnienia te odżywają, a ja znów momentami czuję się jak tamten dzieciak. Ale, jak wielokrotnie pisałem, na sentymencie daleko zajść się nie da – a przynajmniej nie w moim przypadku, bo jeśli dana rzecz nie ma własnej wartości, budzenie wspomnień nie wystarczy na długo. Na szczęście dzieło Horikoshiego broni się także w oderwaniu od podobnych rzeczy.


Wszystko, co sprawia, że shounen jest tak popularny, w tej serii znalazło swoje miejsce i zostało dobrze wykorzystane. Jest niepozorny bohater, który wkracza na ścieżkę bycia swoistym wybrańcem (mogą się z nim zatem identyfikować docelowi czytelnicy), jest szybka akcja, dużo humoru, potężni przeciwnicy, widowiskowe pojedynki i nuta erotyki także się znalazła – w tym tomie zresztą autor nie mając pomysłów na zapełnienie miejsca serwuje nam kącik z bohaterkami w bieliźnie. Całość ma też udany klimat, wciąga, bo choć powiela schematy, robi to z urokiem i w naprawdę udany sposób, a postacie z miejsca kupują czytelniczą sympatię. Tak jest w każdym tomie, a wraz z rozwojem akcji czytelnik coraz bardziej wciąga się w ten świat.


Jednocześnie nie można zapomnieć też o doskonałej szacie graficznej. Prosty design postaci, rewelacyjna dynamika walk, mnóstwo detali, realizm połączony z bardziej cartoonowymi naleciałościami… Wszystko to daje doskonały efekt końcowy, w którym jest i mrok, i brutalność, i urok – i humor także. Dlatego bez zbędnego przedłużania, polecam serię bardzo gorąco. To kawał świetnej mangi nie tylko dla nastoletnich chłopców, bo w tym tomie otwiera się nowy, mroczny rozdział całej opowieści.


A wydawnictwu Waneko dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.







poniedziałek, 11 lutego 2019

Bakuman #17 - Tsugumi Ohba, Takeshi Obata

MANGOWA MAFIA


Aż trudno uwierzyć, że to już siedemnasty tom „Bakumana”. W końcu przed polskimi czytelnikami jeszcze tylko trzy części tej jakże znakomitej mangi, a jej akcja ciągle sprawia wrażenie, jakby daleka była od zakończenia. Czy to źle? Absolutnie nie, bo dzięki temu napięcie co z tego wyniknie (i czy autorzy częściowo nie zapomnieli o kluczowym wątku miłosnym, który od dłuższego już czasu nie gości na stronach serii) sprawia, że całość czyta się znakomicie, z napięciem i ochotą na więcej, która wyraża się – przynajmniej w moim przypadku – narzekaniem, kiedy w końcu dostanę kolejny tom!


W „Shounen Jumpie” zaczyna wrzeć, kiedy magazyn przeżywa prawdziwy najazd starych autorów. Dawni mangacy, którzy niewiele osiągnęli i nigdy nie wybili się ponad przeciętność, szybko kończąc swoje kariery, wracają z pracami, które zachwycają wszystkich. Redaktorzy nie są tak podejrzliwi, jak młodzi twórcy, którzy zaczynają obawiać się, jak ta sytuacja wpłynie na magazyn z założenia przeznaczony dla nastoletnich odbiorców. Takagi i Mashiro mają na tę kwestię zupełnie inne zapatrywanie, a oliwy do ognia dolewają fakty z przeszłości, które wychodzą na jaw.

Tymczasem Niizuma jako jedyny zauważa, że za scenariuszami dzieł mangaków musi stać ktoś inny, na co zwraca uwagę swojemu redaktorowi. Nikt nie jest jednak świadom istnienia organizacji gwarantującej przeciętnym twórcom wybicie się na rynku komiksów. Tylko jak potraktować ich obecność, skoro tworzą naprawdę znakomite rzeczy? I co z tego wszystkiego może wyniknąć?


„Bakuman” jest świetny i co tu dużo mówić. To, jak już wielokrotnie pisałem, jedna z najlepszych mang odstępnych na polskim rynku – i nie tylko, bo przecież jej odbiór na całym świecie jest jak najbardziej pozytywny i wymieniana jest wśród tych najbardziej wartych poznania. Wszystko to dzięki dwóm rzeczom: doskonałemu wykorzystaniu wszystkim znanych schematów shounen, ale zaszczepionych na zupełnie świeży grunt oraz niemalże perfekcyjnemu wykonaniu. Wisienką na tym torcie stają się zakulisowe ciekawostki ze świata mangi, które odsłaniają przed nami świat równie fascynujący, co bezlitosny.


Bo cóż tu można powiedzieć o „Bakumanie”, jak nie to, że jest to wzorcowy bitewniak? Może na to nie wygląda, ale w końcu mamy bohatera wybrańca, który powoli zbliża się do wytyczonego sobie celu, zmagając się z kolejnymi przeciwnikami i przeciwnościami losu. Nie ważne, że jego „supermocą” jest tworzenie mang, a wrogami inni mangacy starający się zdobyć pierwsze miejsce na liście najpopularniejszych komiksów magazynu, własne anime i szansę na kolejne własne projekty. Jest w tym wszystkim wątek miłosny, choć najintensywniejszy na samym początku serii, nie brak również dzieł tworzonych przez bohaterów, które potrafią wciągnąć równie mocno, co sam „Bakuman”, a to nie lada sztuka, bo autorzy serwują nam tu najróżniejsze historie, czasem oparte na zgranych pomysłach, a jednak w ich rękach jakże udane.


Wszystko to wieńczy tradycyjnie doskonała szata graficzna. Prosta, ale jakże szczegółowa, realistyczna i klimatyczna. W odróżnieniu od typowych shounenów, nie mamy tu splashpage’ów i dynamicznie rozłożonych kadrów. Strony są mocno zagęszczone zarówno pod względem ilustracji, jak i ilości tekstu na nich się znajdującego, ale dzięki temu zabawa z „Bakumanem” jest dłuższa i treściwsza, a to jak najbardziej cieszy. Dlatego wszystkim miłośnikom shounenów polecam tę serię bardzo, bardzo gorąco.


A wydawnictwu Waneko dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

Odyseja Lanfeusta #1 - Christophe Arleston, Didier Tarquin

POWRÓT DO DOMU


Przygody Lanfeusta wkraczają w fazę, kiedy w ręce czytelników nad Wisłą trafiają albumy wcześniej w naszym kraju nie wydane. „Odyseja”, seria chronologicznie dziejąca się po „Lanfueście w kosmosie”, choć w oryginale zaczęła ukazywać się równo dekadę temu, do Polski dotarła dopiero teraz w kolejnym zbiorczym wydaniu. Wydaniu grubszym od poprzednich, ale tak samo znakomitym. Fani serii będą więc z całości bardzo zadowoleni i jedynie fakt, że na ciąg dalszy znów będziemy musieli zaczekać kilka miesięcy można – z przymrużeniem oka oczywiście – poczytywać jako pewien minus.


Z krainy fantasy w odmęty kosmosu – taką drogę przebył obdarzony niezwykłymi mocami Lanfeust z Troy. Teraz, po niemal dwóch dekadach – czas jednak, ze względu na kosmiczne paradoksy obszedł się z nim tak łaskawie, że nasz heros nie zmienił się przez lata – powraca do domu, nie sam, choć niestety już bez ukochanej przy boku. Jak jednak przyjmą go i towarzyszącego mu Hebiusa dawni ziomkowie? I jakie nowe przygody na nich czekają, bo w to, że teraz nadejdzie sielanka, nie wierzy nikt, skoro wokół nie dzieje się najlepiej…


Lanfeust po latach powraca w tym tomie nie tylko w rodzinne strony, ale też i z nowymi przygodami. Na obu polach bohater stał się już swoistą legendą, dawno go nie widziano, choć pamiętano o jego dokonaniach (tym bardziej, że niedawno pojawiły się zbiorcze wznowienia jego wczesnych przygód). Ale jak po tym czasie przyjmą go rodacy/czytelnicy? Mam nadzieję, że równie dobrze, co kiedyś. Ci, którzy poznali go dopiero teraz, dzięki nowej edycji i dali się całości urzec, na pewno i tym tomem będą zachwyceni. Starzy czytelnicy, obawiający się, jak po latach będzie przebiegał powrót do całości to inny temat. Ale myślę, że i oni odetchnęli z ulgą, bo „Odyseja” to kawał dobrego, humorystycznego science fantasy, które nadal trzyma ten sam poziom. Może początkowo nie jest tu tak krwawo i erotycznie, jak przed laty, ale potem i te elementy powracają w dawnej sile, przypominając, że twórcy nie stracili pazura.


Zatem jak na dzieło swego gatunku przystało, „Odyseja Lanfeusta” to przepełniona akcją, niezwykłościami i epickimi scenami opowieść o wybrańcu władającym mocami. Twardzi faceci, piękne kobiety, potężni wrogowie i cała masa niezwykłych istot, wrzuceni zostają w wir szalonych wydarzeń. Dużo w tym humoru, dużo puszczania oka i umowności. A przede wszystkim dużo uroku, który sprawia, że przygody Lanfeusta czyta się szybko i bardzo przyjemnie. Oczywiście jeśli lubicie fantasy, a właściwie szeroko pojmowaną fantastykę czy komiksy przygodowe, bo to właśnie do tej grupy czytelników przeznaczone są komiksy z tej serii. Jednakże jak na przedstawiciela szufladki gatunkowej, która od lat nie ma zbyt wiele dobrego do zaoferowania, zachowują naprawdę wysoki poziom i mimo komediowego tonu, całość jest niegłupia i potrafi wywołać niejedną emocję.


To, plus znakomita szata graficzna, pełna detali, choć zarazem cartoonowa, tworzy znakomity efekt. Nie do końca poważny, nie do końca żartobliwy, satysfakcjonujący zarówno czytelników mających ochotę na dobre fantasy, jak i przygodową komedię. Świetne wydanie (tym razem na tom składa się aż pięć albumów) też robi wrażenie. W skrócie: solidna dawka świetnego komiksu dla nieco starszych czytelników gwarantowana. Warto więc się za nią rozejrzeć wśród nowości.






Superman. Action Comics: Efekt Oza - Dan Jurgens, Rob Williams, Victor Bogdanovic, Ryan Sook

OZ WIELKI I POTĘŻNY


Długo fani czekali na tę chwilę, ale w końcu nadeszła. Tajemniczy Oz, który stał za wieloma wydarzeniami nie tylko w „Supermanie”, ale także i – a właściwie przede wszystkim – w całym uniwersum DC, wreszcie wychodzi z cienia i zaczyna działać. Czytelnicy dostają więc w końcu kilka odpowiedzi na stawiane od dawna pytanie, a co ważniejsze w ich ręce trafia kawał dobrego, wciągającego i dynamicznego komiksu, który czyta się jednym tchem i z ochotą na więcej.


Każe mówić na siebie Oz. To on porwał Doomsdaya i wiele innych postaci. Jest istotą równie tajemniczą co potężną, a dotychczas nie było wiadomo, po której stronie stoi. Teraz wychodzi z ukrycia i ujawnia swoje sekrety. Zanim jednak wszystkie ujrzą światło dzienne, wywracając życie Supermana do góry nogami, Człowieka ze Stali czeka nie lada wyzwanie. Oz żąda by ten opuścił Ziemię raz na zawsze, a by go do tego skłonić, zaczyna siać zniszczenie na całym świecie. Na Supermana czeka walka, której tym razem może nie wygrać…


Przygody Supermana to niewątpliwie najważniejszy z komiksów w dorobku Dana Jurgensa. A Jurgens to niewątpliwie jeden z najważniejszych scenarzystów tej serii: to w końcu on wymyślił Doomsdaya, stworzył wątek śmierci Supermana i wprowadził takie postacie jak Hank Henshaw czy Booster Gold. Kiedy po latach wrócił do pisania „Action Comics” nie zrobił już co prawda takiej rewolucji, ale za to postanowił przywrócić wszystkie najważniejsze elementy swojej twórczości z lat 90., podlał je solidną dawką tajemnic i podkręcił akcję niemal do maksimum. W konsekwencji powstała najlepsza z serii „Odrodzenia”, która teraz powoli dobiega końca. Kolejny tom „Action Comics” będzie ostatnim pisanym przez Jurgensa (ten rękę przyłożył jeszcze do tysięcznego zeszytu serii, ale to już na zasadzie hołdu), niemniej jak widać po „Efekcie Oza”, jego scenariusze ani na chwilę nie tracą mocy.


Ba, niniejszy tom jest jednym z najlepszych, bo nie tylko udziela nam w końcu kilku odpowiedzi, które rozpalały wyobraźnię od samego początku, ale też i podkręca akcję tak, że od całości nie sposób się oderwać. Jednocześnie rozwiązania fabularne satysfakcjonują i przygotowują nas na wielki finał. Czy będzie równie udany, jak ten album? Mam taką – graniczącą z pewnością – nadzieję, bo Jurgens w „Odrodzeniu” jeszcze mnie nie zawiódł, a wręcz udowodnił, że można po raz kolejny odgrzać tego samego kotleta tak, by z nijakiego jedzenia stał się naprawdę smakowitym daniem.


Tak, jak i scenariusz, tak i szata graficzna również trzyma świetny poziom, do jakiego nas przyzwyczaiła seria. Tym bardziej, że zdecydowana większość albumu wyszła spod ręki Viktora Bogdanovicha, a kreska tego artysty, przypominająca chociażby rysunki Grega Capullo, jest realistyczna, choć uproszczona i  mangowymi naleciałości, a przy tym szczegółowa i wpadająca w oko. Całość składa się na naprawdę znakomite dzieło warte polecenia każdemu miłośnikowi Supermana. Oby wszystkie komiksy z tym bohaterem były tak udane, jak ta seria.


Album ten, jak i inne (nie tylko komiksowo) nowości znajdziecie tu:

niedziela, 10 lutego 2019

Czarodziejki.net #1 - Kentarou Satou

CZARODZIEJKI NIE Z KSIĘŻYCA


Hasła „manga” i „czarodziejki” to połączenie, które w szczególności czytelników znad Wisły budzi sentymentalne skojarzenia. W końcu to od „Czarodziejki z księżyca”, co prawda w wersji anime, ale jednak, zaczął się w naszym kraju boom na japońską popkulturę – i nie osłabł do dziś, skoro na rynku funkcjonuje kilka wydawnictw, publikujących miesięcznie po kilkadziesiąt tytułów. Teraz w ofercie jednego z nich, Waneko, pojawiła się nowa seria, „Czarodziejki.net”. Po okładce trudno było mi powiedzieć cokolwiek na jej temat, ale fragmenty w sieci wyglądały bardzo intrygująco. Teraz, po lekturze, mogę powiedzieć jedno: warto było po tę mangę sięgnąć i z ochotą zapoznam się z kolejnymi tomami. Ale muszę przestrzec, że to seria, która wszystkich liczących na powtórkę z „Sailor Moon” może zszokować.


Główną bohaterką opowieści jest nastoletnia Aya Asagiri, która nie ma lekkiego życia. Wręcz przeciwnie – i to do tego stopnia, że ciągle myśli tylko o śmierci. Koleżanki i koledzy w szkole postawią się nad nią bez chwili przerwy, bijąc ją, poniżając i starając się na każdym kroku zadać jej ból. W domu gimnazjalistka też nie ma łatwo, bo brat uwielbia patrzyć, jak wymiotuje z bólu, więc z ochotą zadaje jej kolejne ciosy. I nie tylko.

I wtedy, pewnego dnia, z komputera odzywa się głos witający ją na stronie czarodziejki.net. Dziwna postać oznajmia jej z ekranu, że została wybrana ze względu na swoją depresję. Wybrana do czego? Otrzyma różdżkę – czy jej użyje, czy nie, to już zależy od niej. Następnego dnia Aya znajduje ową różdżkę, choć bardziej przypomina ona pistolet. Nie wie co ma z nią zrobić, nie ma pojęcia do czego przedmiot służy. Ale kiedy zostaje zaatakowana przez koleżanki, które chcą koledze umożliwić zgwałcenie jej, korzysta z prezentu i… Chwilę potem jej napastnicy znikają i pojawiają się pod kołami pociągu. Wydarzenie to zmienia życia nastolatki, ale dziewczyna nie ma jeszcze pojęcia jak bardzo i co to wszystko będzie dla niej oznaczało…


Jak widzicie po powyższym opisie, „Czarodziejki.net” i „Czarodziejka z księżyca’ to opowieści leżące po dwóch różnych stronach tego samego tematu. „Sailorki” były typowym fantastycznym shoujo, gdzie miłość i dobro, mieszały się z widowiskowymi walkami i nutą słodyczy. „Net” to natomiast seria brutalna, krwawa i podejmująca dość odpychającą tematykę. Dla wrażliwych czytelników takie elementy, jak pociąg masakrujący uroczego kotka czy kawałkujący ludzi mogą się okazać czymś ponad ich siły. Ale w tym tkwi moc tej mangi, która porusza i nie zostawia obojętnym.


Całość jest co prawda mroczna, ale nie brak tu też lżejszych elementów, nuty uroku czy humoru. Sadyzm zrównoważony jest przez akcję, pojawiają się też ciekawe pytania, a wszystko to zostało znakomicie zilustrowane. Z prostotą, ale i mocą makabrycznych detali, które są w tym przypadku nieodzowne. Efekt finalny jest świetny, co prawda jest to rzecz stricte dla dojrzałych czytelników. Ale w temacie czarodziejek to jedna z najlepszych mang jakie czytałem, więc polecam całość z czystym sercem i czekam na więcej.


A wydawnictwu Waneko dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.








poniedziałek, 4 lutego 2019

W imię dziecka - Ian McEwan

W IMIĘ ZASAD


Gdybym właściwie przez przypadek, bo jedynie tchnięty przeczuciem, że opisana treść może okazać się czymś ciekawym, nie sięgnął po „Na plaży Chesil”, nigdy „W imię dziecka” nie trafiłoby w moje ręce. Już tytuł nie brzmi zachęcająco, zapowiadając coś na poziomie telewizyjnych produkcji spod szyldu historie z życia wzięte. Opis, który zdaje się potwierdzać takie przypuszczenia, też by mnie nie kupił. Ale ponieważ „Chesil” mnie zachwyciło, po kolejne dzieło McEwana sięgnąłem wbrew temu wszystkiemu. I nie żałuję, bo to naprawdę kawał dobrej literatury. Nie tak wybitnej, jak mój poprzedni kontakt z twórczością brytyjskiego pisarza, ale i tak z czystym sercem mogę polecić ją miłośnikom dobrych książek z ambicjami.


W życiu Fiony Maye zaczyna dziać się dużo i niekoniecznie tak, jakby to sobie wymarzyła. Starzejąca się kobieta, sędzia Wysokiego Trybunału Anglii i Walii, która na prawie rodzinnym zna się tak doskonale, że w środowisku adwokackim jest swoistą legendą, nie dość, że musi stawić czoła rozpadającemu się małżeństwu, to jeszcze na polu zawodowym też nie ma lekko. Oto bowiem musi podjąć decyzję w sprawie siedemnastoletniego chłopaka. Wiara nie pozwala mu podjąć leczenia, a bez niego nastolatek umrze. Ponieważ rodzice są tego samego zdania co on, to na sądzie – a dokładniej na Fionie – spoczywa obowiązek podjęcia decyzji czy skarze go na terapię wbrew jego woli, czy też pozwoli mu umrzeć w imię wyznawanych zasad…


Ascetyczna, literacko znakomicie napisana, bez zbędnych słów, treściwa i przesycona emocjami – taka jest właśnie ta powieść. Jak pisałem na wstępie, nie jest to dzieło równie wybitne co „Na plaży Chesil”, książki, która stała się dla mnie emocjonalnym rollercoasterem. Jednakże patrząc na całość przez pryzmat tematyki, która wydaje się nie tylko do cna już wyeksploatowana (a nawet w tych dobrych dziełach wypadała blado), ale i miałka, nijaka i niewarta uwagi, „W imię dziecka” wypada wprost rewelacyjnie. Co po raz kolejny pokazuje, że książki nie należy oceniać tak po okładce, jak i po opisie oraz tytule. A przynajmniej nie, kiedy na owej okładce widnieje nazwisko dobrego autora.


A takim autorem niewątpliwie jest McEwan. Oszczędnym stylem, na niewielkiej ilości stron, po raz kolejny serwuje nam wiele emocji, sporo prawdy i mnóstwo literackiej siły, jaką mają w sobie tylko powieści z wyższej półki. Siłą tej powieści jest też podanie wszystkiego w prosty, oszczędny, ale skłaniający do myślenia sposób. Autor chce żebyśmy zastanowili się nad tym, jak nasze wybory wpływają na życie nasze i ludzi, których dotyczą. I co właściwie jest ważniejsze: poglądy, przekonania religijne czy życie. Chyba każdy czytelnik w trakcie lektury zada sobie pytanie, co by zrobił, gdyby mógł ocalić komuś życie tylko sprzeniewierzając się wszystkiemu, co ratowany wyznaje i co ceni bardziej, niż siebie. Jednocześnie McEwan niczego nam nie narzuca – a przynajmniej nie w widoczny, wyraźny sposób. I to kolejna cecha jego pisarstwa, którą cenię. To podejście do czytelnika pozwalające odbiorcy zdecydować, czy chce dać się poruszyć na poziomie intelektualnym, emocjonalnym, czy też na obu.


Efekt finalny jest znakomity i wart polecenia każdemu myślącemu czytelnikowi, dla którego książki nie są tylko popołudniową i weekendową rozrywką. Ci, którzy nie przepadają za myśleniem raczej się tu nie odnajdą, bo McEwan pisze przede wszystkim dla inteligentnych odbiorców, ale cała reszta będzie zadowolona. I im „W imię dziecka”, tym bardziej jeśli tytuł i opis ich zniechęcają, polecam z czystym sercem.


A wydawnictwu Albatros dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

niedziela, 3 lutego 2019

Nienawidzę Baśniowa #2: Fujowy żywot - Skottie Young

FUJ Z BAŚNIAMI


„Nienawidzę baśniowa” to seria, która szczególnie w naszym kraju ma predyspozycje do stania się dziełem kultowym. W końcu takie miano od lat noszą tutaj przygody Lobo, które stały się jednym z większych fenomenów komiksowych na polskim rynku, a dzieło Skottie’ego Younga to opowieść, wyglądająca jakby Ostatni Czarnian trafił do świata My Little Pony. Jest kolorowo, jest tęczowo, jest słodko, jest uroczo, jest krwawo, jest brutalnie, a słowo autocenzura autorowi mówi niewiele. Kto ceni takie szalone jazdy bez trzymanki, gdzie dziecięce motywy zderzają się z murem wulgarnej satyry (i to tak, że rozbijają sobie głowę, a z czaszki, w fontannach posoki, wypływa mózg) będzie zachwycony.


Nie wyszło. Dziewczynka imieniem Gertrude trafiła do baśniowego świata, pełnego kolorów, niezwykłości, słodyczy i innych takich. Trafiła, ale już przez kolejne ćwierć wieku wyrwać jej się z niego nie udało. Dorosła – mentalnie, bo w ciało wciąż miała dziecięce – zgorzkniała, szukała możliwości powrotu, ale jak napisałem chwilę temu: nie wyszło. Teraz zasiada na tronie Baśniowa, chciałaby pomordować, wyrżnąć w pień jakąś wioskę, ras parę wytępić, takie tam, ale królewskie obowiązki jej na to nie pozwalają. Kiedy więc nadchodzi Zima a wraz z nią zwolnienie z roli królowej, Gertrude rusza do akcji. Postanawia po raz kolejny podjąć się questa powrotu do swego świata i fuj z tym, co będzie musiała zrobić, by tego dokonać. A właściwie fuj z tym, z całym Baśniowem i wszystkim, co tylko stanie jej na drodze!


Kiedy wydawnictwo TM-Semic w roku 1994 wypuściło na rynek komiks „Lobo: Ostatni Czarnian”, chyba nikt nie spodziewał się, że rzecz stanie się obiektem swoistego kultu i jednym z najbardziej poszukiwanych potem albumów na naszym rynku. Główny bohater nie był nawet oryginalny, powstał bowiem jako DC-owska odpowiedź na Wolverine’a, z tym, że jego autorzy postanowili odrzeć go ze wszelkich ludzkich cech, jak najbardziej podkręcić brutalność, przerysować przemoc, a wszystko to osadzili w jakże umownych, komediowo-satyrycznych ramach. I właśnie ta inność, brak poszanowania wszelkich świętości i sprawdzanie jakie granice można przekroczyć w mainstreamie, przesądziły o sukcesie całości. I dokładnie tą samą drogą podąża „Nienawidzę baśniowa” Younga. Co prawda nie ma tu jeszcze takiej obrazoburczości, jak w „Lobo”, ale baśniowe i bajkowe schematy zostają zdekonstruowane, twórca przepuszcza je przez filtr rzezi i niewybrednego humoru i dorzuca do tego solidną dawkę puszczania oka.


Całość jest więc bardzo umowna, mocno przerysowana i podkolorowana. Ale przede wszystkim jest zabawna, chociaż nie jest to humor dla każdego i raczej to miłośnicy czarnej jego odmiany będą czuli się tutaj najlepiej. W tym wszystkim nie brak także sentymentalnej, nuty, w końcu Young na warsztat wziął schematy pamiętane ze szczenięcych lat każdego z nas. I chociaż tak, jak twórcy „Lobo”, mimo całej lejącej się krwi, kiedy dotarł do granicy wulgarnego języka, nie przekroczył jej, w „Baśniowie” ma to nie tylko swój urok, ale i motywację. A wszystko to znakomicie zilustrowane, w sposób cartoonowy, kolorowy, ale nie szczędzące nam przy tym makabrycznych detali, ukazanych w stylistyce serialu „Happy Tree Friends” – i znakomicie wydane.


Kto lubi takie klimaty, będzie z całości bardziej niż zadowolony. Bo mimo groteskowej, rzeźnickiej estetyki i niewyszukanego humoru, to kawał dobrej rozrywki. Lepszej, niż początkowo można by sądzić.