poniedziałek, 1 czerwca 2020

Deadly Class #4: 1988 Umrzyj za mnie - Rick Remender, Wes Craig

MORDERCZE EGZAMINY


Rick Remender to kolejny autor, który nie do końca sprawdził się jako twórca superhero, ale już tworząc rzeczy autorskie, pokazał że nie należy go skreślać. A „Deadly Class” to chyba najlepsza z tych autorskich rzeczy. Seria brudna, brutalna, oparta na pomyśle, który mógł nie wypalić, a jednak wypalił. Seria, którą czyta się z dużą przyjemnością i po każdym kolejnym tomie ma się tylko ochotę na więcej i więcej.


Witajcie w szkole dla bandytów, morderców i wszelkiej maści przestępców. Bo przecież bossowie półświatka też gdzieś muszą uczyć swoje dzieci i przygotowywać do przejęcia rodzinnego interesu czy znalezienia własnej, zbrodniczej drogi. To właśnie tu przypadkiem trafił młody Marcus, który zdołał znaleźć w murach placówki swoje miejsce, ale teraz czekają na niego zupełnie nowe wyzwania.

Oto powoli pierwszy rok nauki dobiega końca. A co ma wtedy miejsce w każdej normalnej szkole? Oczywiście że egzaminy i z tym właśnie zmagają się teraz także uczniowie Kings Dominion. Jak będą wyglądały owe egzaminy? To tylko jeden z problemów, bo każdy, kto nie splami sobie rąk krwią do końca semestru, będzie musiał pożegnać się z tym światem…


Gdyby profesor Xavier nazywał się Leon zawodowiec, prowadziłby szkołę taką, jak Kings Dominion. To pierwsze, co ciśnie się na usta w trakcie lektury „Deadly Class” i nie da się tego wrażenia pozbyć do samego końca przygody z serią. Minus? Wtórność? W przypadku innego cyklu na pewno by tak było, ale na szczęście Remender pokazał na co go stać i  stworzył rzecz znakomitą. A przecież wcale się na to nie zanosiło.


Mordercza szkoła to żaden odkrywczy temat, a i sam Remender nie należy przecież do wybitnych scenarzystów. Jeśli czytaliście jego „X-Men” czy „Uncanny Avengers” wydawane po polsku, doskonale zdajecie sobie z tego sprawę. Starał się, ale nie jest to twórca, który lubi superhero i dobrze się w nim czuje. Jest za to autorem depresyjnym, lubiącym brud i przemoc i doskonale uchwycił to wszystko w przygnębiającej, ale nie wolnej przecież od czarnego humoru „Deadly Class”.


Jest tu akcja, jest szybkie tempo, dobre zaplecze obyczajowe, ponury, dołujący nastrój, sporo mocnych, drastycznych scen, jest wreszcie satyra na młodość i czasy szkolne. Ale dla mnie równie istotne, jak te elementy jest to, jak zarówno scenarzyście, jak i znakomitemu rysownikowi, jakim jest Wes Craig, udało się uchwycić klimat lat 80. XX wieku. Ten mrok, te kolory, te połączenie głupiego zdawałoby się pomysłu (szkoła, w której uczy się młodzież na morderców), z nonszalancją i lekkością, jakie miały tylko filmy z tamtego okresu. Okresu, gdzie dzięki swobodzie twórczej udawały się nawet najbardziej szalone i absurdalne pomysły. I wszystko to jest tutaj, zachowane na naprawdę świetnym poziomie.


Kto więc kocha dobre komiksowe thrillery albo po prostu lata 80., koniecznie powinien „Deadly Class” poznać. To świetna seria, ale uwaga, nie dla młodego czytelnika. A jakby było Wam mało, na jej podstawie powstał serial – ja jednak nie zamierzam go prędko oglądać, nie chcę psuć sobie wrażenia, jakie zostawiła we mnie ta opowieść, a patrząc na ostatnie podobne produkcje (chociażby tylko niezły „Preacher”), pewnie mam rację i produkcja by mnie zawiodła.









Magi #29 - Shinobu Ohtaka

MAGI TYSIĄCA I JEDNEJ NOCY


Seria, która nie mogła mnie kupić, a jednak zachwyciła powraca z 29 tomem. Tomem, coraz bardziej przybliżającym nas do nieuchronnego finału, co widać po samej akcji, trzymającym świetny poziom i dostarczającym rozrywki, od której nie mogę się oderwać. A mogłem się nudzić. Przecież nie jestem fanem arabskich klimatów i unikam ich, jak tylko mogę. Ale autorka „Magi” przekonała mnie do siebie zarówno siłą wizji, jak i wykonaniem. I jedyne, czego teraz żałuję, to to, że nie poznałem wcześniej tej serii. Ale, jak to mówią, lepiej późno niż wcale, a że w zamian przygody Aladayna odwdzięczają się czytelnikowi z nawiązką, chyba nie muszę nic więcej dodawać.


Nadchodzi koniec wojny domowej w Kou. Wszystko dzięki wkroczeniu Sindbada. Czyżby wszystko dobiegło właśnie końca? Zdaje się, że tak, mijają trzy lata, odmieniony świat pod rządami władcy absolutnego to już nie to samo miejsce. Ale wtedy zaczynają się dziać rzeczy, które otwierają kolejny i zarazem ostatni rozdział tej przygody!


Nie znać „Baśni tysiąca i jednej nocy” po prostu nie wypada. Ja znam, chociaż nie lubię, bo to nie mój klimat, bajka nie moja i bo znam wiele innych opowieści i baśni, które o wiele bardziej warte są uwagi, niż one. Wszystko to nie ma jednak większego znaczenia, bo „Magi” to seria, która spodoba się zarówno miłośnikom tego typu dzieł, jaki tym, którzy ich nie znoszą, ale za to chętnie sięgają po dobre, wciągające shouneny / bitewniaki, albo po prostu dobre mangi nieżalenie od gatunku, byle rozerwać się na poziomie.


Oczywiście każdy miłośnik arabskich legend znajdzie tutaj nie tylko znajome klimaty i postacie, ale też mnóstwo przepuszczonych przez autorski filtr znajomych wątków czy elementów, połączonych z ciągłym puszczaniem oka i zabawami tym wszystkim. Na miłośników shounenów natomiast czeka akcja, mnóstwo znanych schematów (chłopiec wybraniec – głodomorów na dodatek – wielka moc, quest, na który wyrusza etc.), sympatyczni bohaterowie, szybkie tempo, sporo humoru, nuta erotyki… Klasyk, ale jak zawsze znakomity w odbiorze, porywający i wciągający. Bo takie są już dobre shouneny, a „Magi” zdecydowanie do nich należy.


Oczywiście seria może pochwalić się także – bo jakże by inaczej, bez tego w Japonii trudno byłoby się przebić, a co dopiero sprzedać – znakomitą, pasującą idealnie do wymogów szatą graficzną. Kreska jest lekka i prosta, design postaci wyrazisty, dynamika świetnie uchwycona, świat spójny i znakomicie oddany… Muszę dodawać coś jeszcze? To już niemal trzydziesty tom, a całość nadal trzyma znakomity poziom i ja ze swej strony polecam gorąco, wyczekując już kolejnych odsłon.


A wydawnictwu Waneko dziękuję za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.








niedziela, 31 maja 2020

W głębi lasu - Harlan Coben

BACKWOOD THRILLER


Twórczość Cobena jaka jest, chyba wie każdy. Wystarczy przeczytać jedną z jego powieści i już jakby czytało się wszystkie. Czasem, nieczęsto ale się zdarza, autor zmienia nieco schemat i taką odmianą jest „W głębi lasu”, powieścią wydaną pierwotnie ponad dekadę temu, a teraz odświeżoną dzięki serialowej adaptacji przygotowanej dla Netflixa. I to – warto ten fakt nadmienić – adaptacji dokonanej przez Polaków i z polskimi aktorami.


Las. Obóz. Młodzież. Śmierć.

Każdy zna ten schemat. Oto na letnim obozie w środku lasu dochodzi do tragedii. Czwórka nastolatków wymyka się nocą w odludne miejsce, gdy para wychowawców jest bardziej zajęta jest sobą, niż pilnowaniem innych. To, co odkryją młodzi ludzie będzie kosztowało ich życie. Wkrótce jednak okazuje się, że sprawa jest o wiele bardziej skomplikowana. Zamiast czterech ciał, znalezione zostają tylko dwa. Pozostała dwójka – w tym siostra jednego z wychowawców, Paula – znika bez śladu.
Mijają dwie dekady. Paul, który całe życie obwiniał się o tragedię, teraz pracuje jako prokurator. Walka o prawdę i sprawiedliwość staje się powrotem do tego, co wydarzyło się przed laty, kiedy jeden z zaginionych odnajduje się martwy. Czy jest szansa, by jego siostra też gdzieś jeszcze żyła? Dawne nadzieje odżywają z nową siłą, ale przecież zagrożenie sprzed lat wcale nie zniknęło…


Zaczyna się niczym rasowy slasher, a raczej backwoodslasher. Młodzież, obóz, środek lasu i zbrodnia, która burzy spokój, zmieniając na zawsze świat bohaterów. Potem powieść zmienia się w typowy dla Cobena thriller, gdzie tajemnice przeszłości wychodzą na jaw, znów stając się groźne, a ktoś kto powinien nie żyć, okazuje się najprawdopodobniej żywy. Stały zestaw zagrywek pisarza na pewno zadowoli tych, którzy właśnie na nie liczą. Tych, którzy tego typu zagrywek nie znoszą, nie przekona. Ale za to „W głębi lasu” oferuje całkiem sporo elementów, które spodobają się miłośnikom horrorów spod szyldu slashera, chociaż te niestety w pewnym momencie znikają ze stron powieści (a dla mnie, miłośnika tego typu rzeczy stanowiły one największą jej siłę), ale i tak książkę czyta się dobrze.


Coben nie jest może autorem, który w swoich dziełach oferuje szczególną odkrywczość i oryginalność, ale na pewno jest autorem który pisze dobrze. Nie wybitnie, bo nie bawi się słowami, nie rozsmakowuje się w epickich, dopieszczonych opisach, nie szuka wielkiej głębi, nie skupia się na stworzeniu rozbudowanych, złożonych psychologicznie i charakterologicznie postaci. Zamiast tego stawia na szybką akcję, lekkość stylu, prostotę opisu… Jego książki mają nie nudzić, mają pędzić na złamanie karku i być łatwe w odbiorze, ale nie przesadnie. I takie właśnie są. „W głębi lasu” czyta się szybko i przyjemnie, klimat jest całkiem niezły, a fabuła, choć typowo dla autora poprowadzona, prezentuje się dobrze. Byłaby to lepsza powieść, gdyby Coben zmienił ją w slasher, gdzie zawarłby analizę lęków zarówno tych pierwotnych, jak i społecznych, ale i tak jest nieźle.


Reasumując: „W głębi lasu” to niezły thriller dla miłośników prozy autora i tych, którzy szukają lekkiej literatury z dreszczykiem. Lepszy od większości podobnych dzieł współcześnie ukazujących się na rynku, całkiem dobrze nadający się w sam raz na wakacyjne wieczory z książką w ręku. Niewymagającą, ale sympatyczną.


Dziękuję wydawnictwu Albatros za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

Odrodzenie #8: Zostań jeszcze przez chwilę - Tim Seeley, Mike Norton

KONIEC ODRODZONYCH?


Kolejna świetna komiksowa seria dobiega właśnie końca. „Odrodzenie”, które było z nami niemal od początku istnienia Non Stop Comics, dotarło właśnie do momentu, kiedy musimy pożegnać się z tym znakomitym tytułem. Zabawa do tej pory była świetna i klimatyczna i taki też jest finał całej opowieści. Czy ostateczny? Czy rozstrzygający? To już musicie odkryć sami, ale naprawdę warto jest to zrobić.


Wydarzenia w mieście nabierają tempa. Sytuacja jest nie tylko coraz bardziej napięta, ale i z każdą chwilą staje się bardziej niebezpieczna. Już tylko jedna iskra dzieli mieszkańców od wybuchu wojny domowej, której stara się zapobiec Em, jednak nie będzie to łatwe. By utrzymać lokalne społeczeństwo przed całkowitym rozpadem, będzie musiała zdecydować się na niejedno poświęcenie i zawarcie sojuszy, o których nawet by nie pomyślała. Jak skończy się to wszystko? Czy dowiemy się jak i dlaczego Odrodzeni powrócili? Czy odkryjemy prawdę o tym, co dzieje się w mieście? I przede wszystkim czy dowiemy się, jaki to wszystko ma cel?


Tim Seeley średnio sprawdził się jako scenarzysta przygód bohaterów z Gotham City. I nie ważne, czy zajmował się przygodami samego Batmana, rewolucjonizował Nightwinga, wyciągając na światło dzienne nieznane fakty na temat przeszłości tej postaci, czy też brał udział w crossoverach – wychodziło mu to dość przeciętnie, łamane przez nieźle. Ale nieźle to za mało, by było co cenić go, jako scenarzystę. Podobnie jednak jak inni jego koledzy znani z pracy dla DC, tacy jak chociażby Tom King czy Rick Remender, Seeley po prostu nie za dobrze czuje się w klimatach superhero, za to kiedy wziął się za opowieść niezależną, jaką jest przecież „Odrodzenie”, wyszła mu ona znakomicie.


„Odrodzenie” bowiem z superhero nie ma nic wspólnego. Owszem, są tutaj dziwne mocne i dziwni przeciwnicy także, ale wszystko to zamiast przynależeć do jakiejś epickiej opowieść, jest rasowym horrorem. Opowieścią grozy o zombie, ale takich, które poza tym, że wróciły zza grobu (i czasem dzieje się z nimi coś dziwnego), nie różnią się wcale od nas – dla mnie to zdecydowanie lepsze rozwiązanie fabularne, niż powielanie schematu, który już za czasów George’a Romero stał się kiczem, a który średnio udanie powielił potem Kirkman w swoich „Żywych trupach”. Na tym jednak nie koniec, bo Seeley podlewa to wszystko kryminałem, thrillerem, nutą fantastyki, a także solidną porcją obyczajowych wątków. A wszystko to łączy w niesamowicie klimatyczną opowieść w stylu Stephena Kinga, którą czyta się, jak to mówią, z wypiekami na twarzy.


Oczywiście siła „Odrodzenia” tkwi też w znakomitych ilustracjach Mike’a Nortona, który w dość prostych, cartoonowych grafikach, zawarł tyle emocji i klimatu, że już dla samych rysunków warto byłoby po tę serię sięgnąć. Na szczęście, jak wiedziecie powyżej, powodów do tego jest o wiele więcej. A że finał także jest bardzo satysfakcjonujący, polecam Wam całość gorąco. Warto na te osiem tomów wejść do tego świata i spędzić trochę czasu w towarzystwie bohaterów. I tak pewnie zechcecie tu jeszcze nie raz wrócić.








Vigilante: My Hero Academia Illegals #6 - Hideyuki Furuhashi, Betten Court, Kohei Horikoshi

BOHATER LEGALNY, BOHATER NIELEGALNY


„Vigilante: My Hero Academia Illegals”, spin-off znakomitej serii „My Hero Academia: Akademia bohaterów” na początku kroczył nie tylko swoją drogą, niemal nie przenikając się z głównym cyklem, ale też i prezentował inny, niestety słabszy poziom. Nadal był dobrym shounenem, ale daleko było mu do tego, co czytaliśmy na co dzień w „MHA”. Ale gdy piszę te słowa, cykle coraz bardziej się zrównują. Fabuła bliższa jest tej w głównej opowieści, poziom też się poprawił. Nie powinno więc nikogo dziwić, że to już szósty tom, a my dalecy jesteśmy od jej finału.


W Naruhacie źle się dzieje. Mistrz zniknął i nie ma go już kilka miesięcy, złoczyńców przybywa i okazują się być coraz groźniejsi. Nasz nielegalny bohater robi co może, by wypełniać swoją misję, ale co będzie, kiedy stanie oko w oko w prawdziwym herosem?


Jeśli czytaliście moje poprzednie recenzje albo po prostu tę serię, to wiecie, że „My Hero Academia: Akademia bohaterów” w równym stopniu czerpie z mang typu shounen, co i amerykańskich zeszytówek superhero. Nic więc dziwnego, że stała się takim międzynarodowym hitem i doczekała się spin-offu, rzeczy typowej dla najpopularniejszych tylko opowieści. Oczywiście jak też już przecież wiecie i jak to w takich przypadkach najczęściej bywa, spin-off nie jest tak dobry, jak oryginał, ale i tak „Vigilante: My Hero Academia Illegals” to dobry komiks dla miłośników shounenów, bitewniaków i opowieści o herosach ratujących świat. A może raczej światek. Albo chociaż jakąś osóbkę. Jeśli się uda.


Co jeszcze ze stałych elementów tych gatunków czeka na czytelników? Humor to rzecz oczywista, są jednak jeszcze nieodzowne seksowne dziewczyny, a wszystko to łączy się z szybkim tempem, sympatycznymi bohaterami i typową lekkością. Mocno to wszystko podlane zostało estetyką podpatrzoną u amerykańskich komiksiarzy, ale jak to mówią sami twórcy, w pracy nad tą serię inspirowali się zarówno „Strażnikami” Alana Moore’a i komiksami o Batmanie Franka Millera (Hideyuki Furuhashi), jak i „Spider-Manem” (Koichi). I chociaż nie ma tu poziomu tych legendarnych opowieści, a i nawet do przygód Człowieka Pająka trudno znaleźć pewne podobieństwa, wszystko to gdzieś tam jest i ma swój urok.


Tym bardziej, że jest nieźle narysowany. Nieźle, nawet dobrze, jeśli nie zestawiać z rewelacyjną szatą graficzną pierwowzoru, w przyjemny dla oka sposób, który dobrze oddaje wszystkie najważniejsze elementy shounenów, od odpowiednich kobiecych kształtów, przez dynamikę, po zapadające w pamięć postacie. Kto polubił „My Hero Academię”, powinien poznać także i „Illegals”, bo to ciekawe uzupełnienie całości. Ci, którzy nie znają „Academii”, a lubią shounenowe bitewniaki i chcieliby od tego tomiku zacząć swoją przygodę ze światem wymyślonym przez Horikoshiego, też śmiało mogą sięgnąć po cykl, bo nie wymaga on większej znajomości czegokolwiek. W skrócie: dobra zabawa dla nastolatków i nie tylko.


Dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.








sobota, 30 maja 2020

FILMY I SERIALE NA WAKACJE

FILMY I SERIALE NA WAKACJE


Wakacje coraz bliżej, ale jak to z wakacjami bywa, nie zawsze pogoda sprzyja wypoczynkowi poza domem. Z okolicznościami też bywa różnie. Co wtedy? Ja najbardziej polecam jakąś książkę, ale że nie samą książką człowiek żyje, warto czasem także obejrzeć coś w telewizji. Wyborów oczywistych jest cała masa, pozwólcie więc, że skupię się na rzeczach mniej typowych, ale wartych poznania. Rodzimych, familijnych dziełach, które łatwo jest zignorować, znając poziom polskiej kinematografii, ale lepiej tego nie robić, bo mogą okazać się pozytywnym zaskoczeniem.


A zatem od czego warto zacząć? Na pewno od klasycznego, świętującego w tym roku sześćdziesięciolecie powstania filmu „Szatan z siódmej klasy” opartego na kultowej powieści Kornela Makuszyńskiego. Potem w roku 2006 powstała nowa wersja, w tym serialowa, ale ją lepiej niestety przemilczeć. Jednakże produkcja z roku 1960 wciąż robi wielkie wrażenie. Czarnobiały film o skromnym budżecie jest bowiem wzorcowym przykładem rodzimych obrazów przygodowych z sensacyjną nutą. Klimatyczny i ciekawie poprowadzony, może staromodny, ale nadal sympatyczny, pokazuje nam losy niejakiego Adasia Cisowskiego, ucznia z detektywistycznymi zapędami, który wpada na trop tajemnicy z czasów wojen napoleońskich. Sekrety, przygody, zagrożenia, młodzieńcze uniesienia… Czy trzeba czegoś więcej od kina wakacyjnego?


W podobnych klimatach utrzymane są dwa seriale z 1971 roku, a dokładniej „Pan Samochodzik i templariusze” oraz „Wakacje z duchami”. W pierwszym z nich dostajemy opowieść o historyku sztuki i zarazem detektywie amatorze, posiadaczu niezwykłego auta, który wpada na trop tytułowego skarbu. W drugim trójka chłopców spędza wakacje u cioci niedaleko zamku, w którym rzekomo starszy. Gdy pojawiają się duchy, a wokół budowli przybywa tajemniczych jegomości, dzieci decydują się odkryć, co tak naprawdę dzieje się w okolicy.

Dobre aktorstwo, niezły klimat, sporo humoru… Obecne seriale i filmy oparte na tych samych schematach są porażkami, jednak dzieła sprzed pół wieku są zupełnie inne. Wciągają, nie są naiwne, a nawet gdy pojawiają się infantylne elementy, mają one swój urok.


Zostawiając na chwilę seriale z elementem quasifantastyki i sensacyjnych tajemnic, warto przyjrzeć się kilku innym produkcjom z lat 1967-1977, które znakomicie nadają się na wakacyjny seans. Pierwszy z nich, „Niewiarygodne przygody Marka Piegusa” to seria komicznych przypadków, jakie spotykają pewnego pechowego chłopca. Kolejny, „Podróż za jeden uśmiech”, zabiera nas w wyprawę z Krakowa nad morze, którą dziecięcy bohaterowie muszą odbyć nie mając grosza przy duszy i starając się znaleźć kolejne środki transportu. Nieco odejściem w inne rejony wydaje się serial „Stawiam na Tolka Banana”, o bandzie dzieci, które za wzór obrały sobie tytułowego Tolka, uciekiniera z poprawczaka, ale w rzeczywistości doskonale pasuje on do powyższych tytułów. Powrotem do wakacji staje się natomiast sympatyczna produkcja (równie udana w wersji filmowej, co serialowej) oparta na książce Hanny Ożogowskiej, „Dziewczyna i chłopak”, traktująca o bliźniakach, które na czas wakacji zamieniają się miejscami i trafiają w miejsca pierwotnie dla nich nieprzeznaczone.


Po wszystkich tych klasycznych już dziełach, na których wychowało się pokolenie naszych rodziców i dziadków, przeskoczmy nieco w czasie, tym razem do seriali, na których wychowałem się ja. Do dziś pamiętam, z jakim zapałem śledziłem kolejne ich odcinki i jak czekałem na ciąg dalszy. A że wciąż są one łatwo dostępne, warto się za nimi rozejrzeć.


Pierwszą z tego typu produkcji jest udany polsko-australijski twór „Dwa światy”, traktujący o grupie młodzieży, która na obozie odkrywa przejście do niezwykłego świata, gdzie magia i dziwna technika koegzystują ze sobą w realiach rodem z naszego średniowiecza. Drugi to polsko-niemiecka „Tajemnica Sagali” ukazująca przygody dwóch chłopców, których fragment kosmicznego kamienia rzucił w podróż w czasie. Słabszy od nich, głównie ze względu na przeciętne aktorstwo i słabe efekty specjalne, ale nadal wartym obejrzenia pozostaje „Gwiezdny pirat”, w pełni polska produkcja traktująca o grupie dzieci, fanów książki „Tajemnica Żywodębu”, którzy trafiają do domu autorki, by odkryć, że to co opisała na stronach powieści może być prawdą, która wciągnie ich w pełną niebezpieczeństw i tajemnic przygodę.


Kolejna warta nadmienienia pozycja to polsko-niemiecki serial z 1999 roku, „Słoneczna włócznia”, o tytułowym przedmiocie odkrytym w Andach i pewnym kosmicie, który zaprzyjaźnia się z dwunastoletnim chłopcem. A jeśli macie już dość fantastyki, warto przejrzeć się serii „Sto minut wakacji”, która ukazuje nam dziennikarza i jego syna, próbujących nakręcić materiał o wakacjach znanej gwiazdy kina i jej córki. Pozostając w tym klimacie, warto też obejrzeć „Sposób na Alcybiadesa”, serial z roku 2005, który nakręcony został jednak siedem lat wcześniej, równocześnie z filmem, którego był wydłużoną wersją. O ile jednak film ze względu na hiphopowe wstawki (ktoś chciał uczynić go atrakcyjnym dla współczesnego widza, ale zamiast przenieść akcję z lat 60. do naszych czasów, porwał się na zabieg, który zamordował produkcję), serial jest naprawdę znakomity. To bowiem sentymentalna opowieść o uczniach, którzy chcieli kupić od starszych kolegów sposób na nauczycieli, by zdać nie musząc się przy tym uczyć, nieświadomi jak odmieni to ich życie.


Po roku 2000 niestety polskie kino i polska telewizja przestały prezentować dobre seriale dla dzieci i młodzieży. Próbowano zaserwować nam chociażby „Klub włóczykijów”, ale okazał się on porażką, a na nowe wersje takich dzieł, jak „Szatan z siódmej klasy” lepiej spuścić zasłonę milczenia. Wciąż jednak pozostają klasyki, odświeżane coraz przez telewizję i dostępne za grosze na wyprzedażach z DVD, które autentycznie warto poznać. Mam nadzieję, że Was do tego zachęciłem tym krótkim przewodnikiem. A jeśli będzie Wam mało, istnieją inne seriale, które nie do końca pasowały do tego zestawienia, ale które warto jest poznać. „Siedem życzeń”, „Wow”, „Maszyna zmian” czy jedyny dobry wyprodukowany w XXI wieku – „Magiczne drzewo” (łącznie z uzupełniającym go filmem) to tylko niektóre z nich. Pamiętajcie o nich, bo polska kinematografia to nie tylko porażki pokroju telenowel czy filmów takich, jak „Zenek”.


piątek, 29 maja 2020

Plunderer #8 - Suu Minazuki

TRZYSTA LAT UCZUĆ


W poprzednim tomie zakończył się pewien etap „Plunderera”. Odpowiedzi na większość pytań zostały udzielone, akcja dziejąca się w przeszłości znalazła już swój finał. Można było zakończyć, można było też kontynuować, a którą drogą poszli twórcy, chyba trudno się nie domyślić. I jest to dobra droga, bo „Plunderer” to kawał świetnego shounena, który nie powiedział jeszcze ostatniego słowa, a który czyta się wprost rewelacyjnie.


Czy uczucia mogą przetrwać trzysta lat? Hina i pozostali poznali już przeszłość Rihito i wrócili do swoich czasów. Teraz jednak trzeba podjąć się kontynuowania rozpoczętego trzy wieki temu zadania. Co z tego wyniknie? szczególnie gdy sytuacja – także uczuciowa – zacznie się komplikować, jak relacje łączące bohaterów?


Przez pewien czas z każdym kolejnym tomem „Plunderer” stawał się coraz lepszy. Całość zaczęła się jako lekki, komediowy shounen ze sporą dawką majteczkowych scen i szczyptą tajemnicy. W drugim tomie przybyło akcji, fabuła się  zagęściła, a klimat stał się mroczniejszy. Tom trzeci zaś był już konkretną dawką szybkiego tempa, zwrotów akcji, sekretów, tajemnic i lejącej się krwi. Potem wszystkie te elementy zostały utrzymane na podobnym poziomie, a wreszcie ostateczny poziom został osiągnięty i od tamtej pory „Plunderer” cały czas go zachowuje. I dobrze, bo chociaż się nie podnosi, wciąż jest niemalże rewelacyjny, a najnowsza część, otwierająca jednocześnie nowy rozdział opowieści, jest jak najbardziej satysfakcjonująca i urzekająca.
                                                                           
                                    
                           
Jedną z podstaw tej serii, jak wiecie zawsze były jednak tajemnice. Właśnie one od początku były siłą napędową „Plunderera”, a teraz się skończyły. Jak to wpływa na odbiór serii? Cóż, pewne sekrety nadal są obecne i to na pewno dostarczy pożywki czytelniczym umysłom, ale jednocześnie znajdziecie tu zdecydowanie więcej atrakcyjnych rzeczy. Co się jednak dziwić, autor tej serii, jak twórcy wszystkich najlepszych shounenów, skupił się na powieleniu wszystkich najlepszych elementów gatunkowych (walki, majteczki, twardzi faceci, seksowne kobiety, supermoce, majteczki, szybka akcja, damska bielizna, wiecie jak to jest ;) ), po czym podlał je odrobiną świeżości w postaci ciekawie skonstruowanego świata.


Wszystko to zostało oczywiście po prostu rewelacyjnie zilustrowane. „Plunderer” ma świetny klimat i to pierwsze, co rzuca się w oczy. Jednak bohaterowie też są rewelacyjnie uchwyceni w swej prostocie, a całość wieńczy doskonałe oddanie zarówno świata, jak i walk. Wpadające w oko plenery, wciągająca dynamika, wreszcie także urzekający urok, którego całości nie brakuje – także jeśli chodzi o seksowne bohaterki dobrze przez naturę obdarzone, które cenią sobie odbiorcy shounenów. Jeśli więc jeszcze nie znacie „Plunderera”, a cenicie dobre opowieści – nieważne shounen to, akcyjniak, bitewniak, fantasy czy cokolwiek z nimi powiązanego – sięgnijcie koniecznie.


Dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnieni egzemplarza do recenzji.









Oblivion Song #3 - Robert Kirkman, Lorenzo De Felicin

TELENOWELA SF


Robert Kirkman to scenarzysta, który do historii co prawda przejdzie, ale nie za jakość swoich prac, a dlatego, że na nowo rozbudził w ludziach zainteresowanie tematem zombie dzięki swoim „Żywym trupom”. Narobił też nieco szumu „Invincible”, ale była to kolejna przereklamowana seria o kiepskich dialogach, która skonstruowana została na zasadzie kopiuj-wklej wątków i postaci z innych dzieł (nie czuć tam było ani zabawy tym, ani hołdu, a jedynie brak własnych pomysłów), a jakiś czas temu powrócił z nowym tytułem, „Oblivion Song”. Tytułem niezłym, choć dalekim od wybitności i odkrywczości, który jednak można przeczytać, w formie niezobowiązującej rozrywki.


Dekadę temu część Filadelfii wraz z jej mieszkańcami trafiła do innego wymiaru – Oblivion. Ich ratowaniem – nie bez kierujących nim pobudek osobistych – zajął się Nathan Cole, który skończył w więzieniu. Teraz znów jest na wolności i odkrywa, że są inni, którzy kontynuowali jego działalność. Niestety, kiedy pojawia się problem i bezimienni zaczynają niewolić ludzi, Nathan musi połączyć siły z bratem i stanąć do walki. A walczyć jest o co, bo od tego zależą losu obu rzeczywistości…


Dlaczego nie przepadam za scenariuszami Kirkamana? I dlaczego ludziom się one podobają? Cóż, nie przepadam za jego pisarstwem, bo brak w nim odkrywczości. Brak większego pomysłu. I przede wszystkim talentu, by przekuć to w coś więcej, niż kopię tego, co było wcześniej. Każdą swoją serię Kirkman zmienia w telenowelę i wątki obyczajowe, relacje między bohaterami i wszystko inne, plączą się jak w operach mydlanych, a ostatecznie nic z tego nie wynika. Przemiany psychologiczne postaci następują zbyt szybko i nie przekonują, wątki często są naciągane, a tempo nie porywa. Miewa wciągające momenty, czasem zdarzają mu się naprawdę świetne fragmenty, ale na tym koniec. Zostaje opowieść na poziomie popołudniowej telenoweli. Co się w tym podoba? To samo, co w telenowelach – brak konieczności myślenia, odrobina rozrywki po męczącym dniu i… lubimy to, co już znamy i on nam to daje.


Po części mamy to także w „Oblivion Song”. Tu też widać telenowelowe zapędy, bohaterowie nie są zbyt psychologicznie pogłębieni, przesłania tutaj żadnego nie uświadczycie, a fabuła nie skłania do myślenia. To tylko czysta rozrywka, ale zaważywszy na fakt, że na razie podawana jest w niewielkich porcjach i nie rozrosła się za bardzo, czyta się ją przyjemnie. Bezrefleksyjnie, ale i bez większego znudzenia. Ma kilka udanych momentów, ogólny klimat też jest niezły, szata graficzna, choć prosta,  cartoonowa, też wypada nie najgorzej. Ot lekki komiks środka, do przeczytania i zapomnienia, na tyle niezły by nie żałować czasu i pieniędzy na niego poświęconych.


Kto lubi Kirkmana, „Oblivion Song” też polubi, bo autor powielił tu wszystkie typowe dla siebie schematy. Kto nie lubi, nie polubi, chyba że jest fanem fantastyki i ma ochotę na podobne dzieło. Reszta, jeśli ich ciekawi, może zaryzykować i przekonać co to. Komiks jest na tyle niezły, że można śmiało to zrobić. Kto wie, jeśli nie szukacie ambicji i głębi, może Was naprawdę kupi ta fabuła.







czwartek, 28 maja 2020

Odzyskanie czasu - Baoshu (Bao Shu)

POWRÓT DO „WSPOMNIENIA”



Co prawda nie często zdarza się, by inni autorzy kontynuowali legendarne tytuły wybitnych twórców, ale jednak. W świecie fantastyki mogliśmy czytać zarówno rosyjską kontynuację „Władcy pierścieni”, jak i ciąg dalszy „Wojny światów”, „Autostopem przez galaktykę” i wielu innych kultowych utworów. Rzecz w tym, że praktycznie nigdy nie zdarzało się to za życia autora pierwowzoru. Dlatego właśnie „Odzyskanie czasu” jest swoistym ewenementem. Nie dość bowiem, że twórca znakomitej trylogii „Wspomnienia o przeszłości Ziemi” wciąż jest wśród nas, to jeszcze sama jego opowieść jest rzeczą stosunkowo nową. A tu proszę, inny autor – z namaszczeniem Cixina Liu – podjął się napisania powieści rozgrywającej się w tym świecie i już możemy się nią cieszyć. A cieszyć jest czym. Owszem, „Odzyskanie czasu” nie jest tak wybitne, jak „Problem trzech ciał” i jego kontynuacje, ale to wciąż kawał znakomitej fantastyki, po którą warto sięgnąć.


To miało być, jak chwytanie się brzytwy. Ostatnia deska ratunku. Desperacki plan połgał na tym, by wystrzelić w kierunku floty Trisolarian zamrożony na pokładzie statku mózg Yun Tianminga i liczyć, że wrogowie ożywią go i pewnego dnia dzięki temu Yun zdoła przekazać swoim ziomkom ważne informacje, które pomogą w ich sytuacji. Po części się to udało, jednak jednocześnie ostatnia nadzieja ludzkości zdradziła własny gatunek. Czy kiedyś zdoła odkupić swoje winy? Po tysiącleciach zesłania pojawia się ku temu okazja. Niejaki Duch potrzebuje jego pomocy w wojnie z przeciwnikiem zagrażającym całemu wszechświatowi. Stawka jest wielka, a Yun chce odegrać w nadchodzących wydarzeniach znaczącą rolę. Czy to powozili mu zmazać winy? I jakie będą konsekwencje jego działań i tych wydarzeń?


Zaczyna się, niczym „Gwiezdne wojny”. Co prawda nie w odległej, tylko w innej galaktyce, ale to kwestia nomenklatury, prawda? Nie nastroiło mnie to optymistycznie, bo fanem „Star Warsów” nie jestem, wolę ambitniejszą fantastykę. Ale na szczęście powieść Baoshu jest ambitniejsza. A przede wszystkim naprawdę dobra. Namaszczony przez samego Cixina Liu autor – swoją drogą obsypywany chińskimi nagrodami fantastycznymi i chociaż te na świecie nie są może szczególnie cenione, okazuje się, że nie dostał ich przypadkiem – okazał się godnym następcą jego spuścizny i stworzył dzieło może nie tak świetne, jak pierwowzór, ale za to lepsze od ostatnich książek Cixina, czego, przyznam szczerze, się nie spodziewałem.


„Odzyskanie czasu”, jak na dobrą fantastykę przystało, jest opowieścią świetnie pomyślaną i tak samo poprowadzoną. Zbudowana została co prawda na świetnym gruncie, jaki przygotował poprzednik, jednak Baoshu idzie tu po części swoją drogą. Zachowując to, za co kochaliśmy „Wspomnienie o przeszłości Ziemi”, odświeża schemat i stara się dostosować go do własnej wrażliwości. Efekt finalny jest znakomity: dostajemy kawał dobrej fantastyki, gdzie space opera, military fiction i tradycyjna Science Fiction spotykają się z ważkimi tematami i rzeczami bliskimi także nam. Jednocześnie udziela tu odpowiedzi na kilka pytań, jakie zostały po książkach Liu, a i nie zapomina by całość była po prostu dobrą rozrywką na poziomie.


Rozrywką świetnie napisaną i wciągającą. Lekką, ale jednocześnie posiadającą swój należyty ciężar. Jeśli czytaliście pierwowzór, koniecznie powinniście poznać także „Odzyskanie czasu”, bo to bardzo pozytywne zaskoczenie i kawał godnego spin-offu.


Dziękuję wydawnictwu Rebis za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

Fire Force #3 - Atsushi Ohkubo

FEUER FREI


„Fire Force” to kolejny shounen, który narodził się z… kopiowania schematów innych serii. I jednocześnie to kolejny shounen, któremu o dziwo wyszło to na dobre. Zresztą cały gatunek opiera się na podobnym podejściu do tematu i chociaż nie wszyscy aż tak wprost powielają elementy dzieł innych twórców, jak to ma miejsce w przypadku Atsushiego Ohkubo, i tak „FF” to o dziwo dobra seria, jeszcze nie do końca spełniona i wyważona, ale jednak wciągająca, potrafiąca dostarczyć czytelnikom dobrych wrażeń i gwarantująca, że nikt z fanów bitewniaków nie będzie się nudził.


Akcja nabiera tempa, a wydarzenia pędzą na łeb na szyję, kiedy Ósemka, chcąc poznać prawdę o przyczynach ludzkiego zapłonu, atakuje siedzibę Piątki! Zaczyna się gorąca walka, która może źle się skończyć właściwie dla wszystkich. Ale kiedy stawką są odpowiedzi na takie pytania, jak o to, co łączy Hibanę i Iris, warto zaryzykować. Ale czy najważniejsza tajemnica czyli sekret ludzkiego zapłonu zostanie w końcu rozwiązany? A jeśli tak, co owo rozwiązanie przyniesie?


Co zatem wtórnego jest w, „Fire Force”? Fabularnie to opowieść, która stanowi niemalże kopię innego świetnego shounena, jakim jest wciąż ukazujący się „Ao no Exorcist”, poplątaną z klimatami rodem ze „Strażaka” syna Stephena Kinga, Joe Hilla. Zacznijmy od świata, gdzie nie brak dziwnych mocy, z którymi walczy oddział strażaków. Tyle, że trudno ich tak właściwie mówić tu o strażakach, skoro bliżej im do zakonu egzorcyzmującego opętanych przez ogniste demony ludzi – egzorcyzmującego za pomocą broni, czego w „Ao” też nie brakowało. Do tego mamy głównego bohatera, podobnego z wyglądu do postaci wiodącej z tamtej serii, na dodatek skrywającego sekrety i też mającego w sobie demoniczne moce. Tego typu podobieństwa można by mnożyć, ale nie ma to sensu. Każdy znający „Ao no Exorcist” sam je zauważy, reszty zaś nie będą one interesować.


Ale czy taka wtórność jest zła? Nie, jeśli została dobrze wykorzystana. Pamiętacie, jak po zakończeniu „Dragon Balla” autorzy i wydawcy prześcigali się w wynajdywaniu zastępstwa dla tego cyklu? Wtedy też powstało wiele kopii „Smoczych Kul”, wśród których wyrosły godne jej legendy serie, jak „Naruto”. Poza tym samo „Ao no Exorcist”, z którego czerpie „FF” było mieszanką elementów „DB”, „Pokemona”, „Harry’ego Pottera” i jeszcze wielu innych dzieł. Liczy się więc jakość wykonania, a to akurat czeka na czytelników przygód strażaków.


Manga ta to zresztą pod każdym względem typowy shounen, a to zawsze świetnie się sprawdza. Szybka akcja, piękne dziewczyny, odrobina łagodnej erotyki, niezłe wykorzystanie strażackich klimatów, humor, fantastyka… Wszystko to składa się na komiks, który czyta się szybko i przyjemnie. Zabawa z „Fire Force” jest bardzo przyjemna nawet jeśli nigdy nie marzyliście by zostać strażakami. Do tego dochodzi niezła szata graficzna, przyjemnie realistyczna i cartoonowa zarazem, pełna świetnej dynamiki i jeszcze lepiej uchwyconych postaci, oferuje wszystko to, czego od podobnych serii oczekujecie. Kto lubi shouneny, będzie zadowolony i o to przecież chodzi, prawda?


Dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.








Twardziel - Jeff Lemire

GDYBY WOLVERINE NIE BYŁ HEROSEM



Po świetnych seriach „Łasuch” czy „Royal City”, nadeszła pora na kolejne autorskie dzieło Jeffa Lemire’a, jednego z tych komiksowych artystów, którzy zachwycić potrafią najbardziej sztampowym dziełem. I takim zaskoczeniem jest też „Twardziel” – oczywiście zaskoczeniem pozytywnym. Nie żebym nie spodziewał się, że będzie to świetny komiks, bo nawet najsłabsze opowieści tego twórcy były udane, ale po takim temacie nie spodziewałem się, że będzie udany aż tak bardzo. A jednak.


Poznajcie Dereka Ouelette’a. Niegdyś był sportowcem, hokeistą z perspektywami na dużą karierę, ale niestety. Brutalny incydent, jaki miał miejsce w trakcie meczu dekadę temu, przekreślił jego przyszłość. Teraz Derek nadal mieszka w rodzinnym kanadyjskim miasteczku i wiedzie żywot brutalnego straceńca, który pogrążył się w alkoholu i bójkach. Wydaje się już, że nic w jego życiu się nie zmieni, a on będzie skazany na powtarzanie tych samych błędów, ale do czasu.

Oto bowiem pewnego dnia zjawia się u niego siostra. Szuka schronienia przed chłopakiem. Ukrycie się, stanie się dla obojga szansą na przepracowanie przeszłości i odnowienie rodzinnych relacji, ale czy to się uda? Chłopak podąża za siostrą Dereka i już wkrótce dojdzie do spotkania, które może być tragiczne w skutkach…


Jeff Lemire dał się nam poznać zarówno jako autor komiksów niezależnych („Royale City”), superbohaterskich („Extraordinary X-Men”) i antihero („Czarny Młot”). Poruszał się w najróżniejszych estetykach, od postapokaliptycznej bajki o zwierzo-ludziach zaczynając „(Łasuch”), przez marvelowskie eventy („Inhumans kontra X-Men”), na obyczajowych fabułach łączących w sobie elementy superhero i sensacji („Hawkeye”)  kończąc. Które z nich najlepiej mu wyszły, wiedzą chyba wszyscy czytelnicy – te najbardziej osobiste, co nie znaczy, że najbliższe życia. W końcu rewelacyjny „Czarny Młot” był jedynie hołdem oddanym ukochanym komiksom, który bawił się motywami wyznanymi wszystkim czytelnikom tego gatunku w sposób, jakiego od lat w opowieściach graficznych nie było.


„Twardziel” jest inny. To obyczajowa, życiowa fabuła, która do gustu przypadnie miłośnikom „Royal City”. Mocna, brutalna – męska można by rzec, ale bardziej należałoby powiedzieć ludzka, bo traktująca o ludzkich problemach, załamaniu, rodzinie, przemocy… O uzależnieniu od cierpienia, próbach wyrwania z przeklętego kręgu i tajemnicach przeszłości. O nas samych, naszych walkach ze słabościami i codziennością. Osadzona w kanadyjskim klimacie, robi duże wrażenie, wciąga, porusza i zachwyca. Przy okazji jednak autor puszcza coraz do czytelników oko. Bo jak inaczej określić bohatera twardziela, brutala z Kanady, który nie panuje za bardzo nad swoją agresją, a jego biografia nie jest wolna od sekretów, jak swoistym nawiązaniem do najsłynniejszego kanadyjskiego bohatera, Wolverine’a? Można tu też doszukiwać się tradycyjnie prywatnych wątków, skoro Lemire sam pochodzi z tamtych stron, a to przecież część smaczków, jakie oferuje Wam ten album.


Album gruby, niemal trzystustronicowy, świetnie wydany i absolutnie wart poznania, nawet bez bawienia się w wyłapywanie wszystkich takich drobiazgów, zostawionych przez twórcę. Komiksy Lemire’a za każdym razem oferują rewelacyjną rozrywkę na wysokim poziomie, „Twardziel” zaś to jeden z najlepszych, jakie wyszły spod jego ręki. Specyficznie, ale absolutnie znakomicie i klimatycznie zilustrowany, oszczędny w kolorystyce, ale jakże bogaty, jeśli chodzi o emocjonalną głębię i siłę wyrazu, mocny i wart poznania pod każdym względem. Jeśli cenicie dobre powieści graficzne, rzeczy skierowane do dojrzałego i wymagającego czytelnika, pokazujące jaka siła drzemie w tym medium, niniejszy tom to coś, za czym powinniście rozejrzeć się wśród wydawniczych nowości.






środa, 27 maja 2020

Amelia i Kuba: Złota Karta – Rafał Kosik

ZŁOTA KACZKA



Po roku od publikacji poprzedniego tomu, Rafał Kosik wraca z nową historią ze świata „Amelii i Kuby”, serii skierowanej co prawda przede wszystkim do czytelników w wieku 7-12 lat, jednak pozostającą atrakcyjną dla dorosłych miłośników prozy autora, jeśli wciąż mają w sobie coś z dziecka. „Złota karta”, bo taki nosi tytuł, to – jak to było z poprzednimi tomami – zarówno znakomita kontynuacja serii, która jest z nami już od ośmiu książek, jak i samodzielne dzieło, od którego można zacząć swoją przygodę z prozą autora. A warto jest ją zacząć, bo Kosik to jeden z najlepszych rodzimych autorów fantastyki i nie ważne jakiej grupie wiekowej dedykowana jest jego proza, zawsze jest satysfakcjonująca i zapewnia niezapomniane wrażenia.


To mógł być koncert marzeń – darmowe bilety nie trafiają się bowiem co dzień – ale jak to w życiu bywa, coś musiało pójść nie tak i w rzeczywistości to, co miało być szaloną impreza, zmieniło się w nudę. A jak wiadomo, z nudy człowiek robi głupie rzecz i tak oto nasi bohaterowie trafiają nie tam, gdzie powinni. Jak zawsze, można by powiedzieć, ale nie do końca. Kiedy Amelia, Kuba i reszta ferajny orientuje się, że znajdują się w miejscu, gdzie według legendy przebywa Złota Kaczka, postanawiają spróbować ją znaleźć i… udaje im się to. Problem w tym, że to, co znajdują bardziej przypomina Kaczora Howarda niż legendarne stworzenie, ale liczy się tylko to, że nasi bohaterowie dostają milion do wydania. Haczyk? Muszą go wydać go w jeden dzień. Wkrótce nie tylko wpadają w szał kupowania, ale przekonują się także, co oznacza wydawanie pieniędzy i jakim może być kłopotem. Czy to jednak jedyny problem, z jakim będą musieli się zmierzyć? I czym skończy się dla nich ta przygoda?


„Amelia i Kuba” to seria, którą śmiało można nazwać młodszą siostrą znakomitego cyklu Kosika, „Felix, Net i Nika”. Młodszą, prostszą, ale tak samo udaną i uroczą, a co ciekawe rozgrywającą się w tym samym świecie, co „FNiN”. Oba tytuły co prawda się nie przenikają ze sobą, ale jeśli znacie opowieść o szalonych warszawskich nastolatkach, w opowieściach o ich młodszych kolegach znajdą wiele znajomych elementów.


Abstrahując jednak od tego wszystkiego, „Amelia i Kuba” to po prostu kawał dobrej opowieści dla dzieci. Trochę fantastycznej, trochę przygodowej, trochę baśniowej, jak widać po niniejszym tomie. Kosik do tej pory na warsztat brał motywy z literatury science fiction czy nawet horroru, teraz sięga po legendę o Złotej Kaczce, czyniąc ją atrakcyjniejszą dla współczesnego odbiorcy. A wszystko to w powieści, gdzie bohaterowie i świat tak bliscy współczesnym czytelnikom, zderzają się z tym, co niezwykłe, ale i stanowiące część naszej historii czy kultury. Zachowując przy tym ducha polskiej literatury młodzieżowej z czasu PRL-u, tworzy dzieło, które czyta się szybko, lekko i bardzo przyjemnie, a na dorosłych czeka tu kilka satyrycznych kąsków.


Zaciekawiła Was ta opowieść? A zatem przeczytajcie, bo warto. Nieważne czy znacie poprzednie części, czy nie, bo „Złotą kartę” można czytać – jak wszystkie tomy serii – niezależnie od całej reszty.


Dziękuję wydawnictwu Poweraph za udostępnienie egzemplarza do recenzji.