czwartek, 11 października 2018

Idący człowiek - Jirō Taniguchi

NA SPACERZE Z TANIGUCHIM


Prostota zawsze jest najlepsza. Ta znana wszystkim prawda, traktowana już od dawna jak frazes, znajduje odbicie w tej właśnie mandze. Taniguchi stworzył w końcu wiele znakomitych dzieł, wiele też do siebie podobnych, a jednak w "Idącym człowieku", opartym na takim samym schemacie, jak jego manga o kulinariach „Samotny smakosz”, zbliża się niemalże do perfekcji. Co za tym idzie, w ręce czytelników trafia tomik ambitny, ale przede wszystkim dogłębnie poruszający, którym człowiek po prostu chce się delektować.


Poznajcie jego. Mężczyznę w średnim wieku, statecznego, spokojnego… Człowieka, który kocha spacerować i robi to w każdej możliwej chwili. Świat woła go, gdy tylko wyjdzie z domu. Czy lato, czy zima, czy słońce, czy deszcz, rusza w drogę, zagląda do miejsc, których wcześniej nie odwiedzał, odkrywa uroki okolicy, poznaje ptaki, czasem w drodze do pracy wysiądzie stację bliżej, czasem pomoże dzieciom zdjąć z drzewa samolot… I zachwyca się każdą z takich chwil, odkrywając jak wiele świat ma do zaoferowania.


Zacznę może od jedynego zarzutu, jaki mam wobec tej mangi. Bo kto powiedział, że przysłowiowa łyżka dziegciu musi być dodana do beczki miodu na samym końcu? Zatem co mnie nie kupiło? Nawet nie użyłby tu tak mocnego słowa, rzecz w tym, że całość zrobiłaby na mnie większe wrażenie, gdyby była zapisem jednego tylko spaceru bohatera po mieście, a nie serią luźnych epizodów. Wkradła się w nie przez to pewna powtarzalność, która jednak wcale nie jest do końca minusem – bohater lubi spacerować, robi więc to ciągle i nie potrzeba tutaj umotywowania.


Przejdźmy zatem do konkretów. Scenariusz całości, tak jak scenariusze poszczególnych rozdziałów, jest prosty. Bohater podziwia i odkrywa otaczający go świat, czasem kogoś spotka, czasem czegoś się dowie, a czasem zrobi coś dziecinnie głupiego – coś, co chciałby zrobić każdy dorosły, by choć na chwilę wrócić do beztroskich lat i zerwać z tym, co go wiąże. Jest w tym piękno zwyczajności, urok tego, obok czego zbyt często przechodzimy obojętnie i prawdziwa poezja. Nominacja do nagrody Eisnera, najważniejszego wyróżnienia amerykańskiej branży komiksowej, jest w tym wypadku jak najbardziej zasłużona.


Ale przecież to nie fabuła, która najczęściej prawie żadnej treści ani dialogów nie przedstawia, a rysunki są tutaj najważniejsze. Taniguchi, posługując się precyzyjną, niemal techniczną kreską, zapewne mocno posiłkowaną fotografiami, odmalowuje przed nami fascynujące plenery. Miasto, bardziej zielone tereny, rzeka, rośliny, zwierzęta, nocne światła… Wszystko to wygląda przepięknie i budzi autentyczne emocje. Aż chciałoby się pójść w ślady bohatera.


Dodajcie do tego znakomite wydanie, zachowujące wszystkie kolorowe strony i oferujące wiele dodatkowych historii, a dostaniecie mangę, którą powinien przeczytać każdy. Nie tylko fan japońskich komiksów czy historii obrazkowych. Bo nawet miłośnicy ambitnej literatury znajdą tu coś dla siebie. polecam bardzo, bardzo gorąco.


A wydawnictwu Hanami dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz