środa, 10 października 2018

Uncanny X-Men #6: Historie małe - Brian Michael Bendis, Chris Bachalo, Kris Anka, Valerio Schiti

JUBILEUSZ I FINAŁ UNCANNY X-MEN


Wreszcie nadeszła ta chwila. Po trwającej ponad trzy lata przygodzie z X-Menami pisanymi przez Briana Michaela Bendisa, jego run dobiega właśnie końca. Niestety, bo scenarzysta ten, twórca m.in. „Ultimate Spider-Mana”, stworzył naprawdę znakomitą, porywającą i wciągającą opowieść, której nawet najsłabsze tomy okazywały się dobrym lekturami, a całość na głowę biła zdecydowaną większość tytułów wydawanych w ramach Marvel Now. Szkoda więc już żegnać się z całością, ale na szczęście finał, choć niezbyt spektakularny, nie zawodzi.


Drużyna X-Men pod dowództwem Scotta Summersa rozpada się. On sam zresztą zamyka swoją szkołę, a jego podopieczni zaczynają solową karierę. Niestety, problemy ich nie opuszczają, wszystko wydaje się iść w coraz gorszą stronę i to nie tylko dla Beasta, któremu grozi proces. Co czeka Scotta? Czy podźwignie się w końcu, czy też pogrąży jeszcze bardziej? I jaki los spotka szkołę, bo bez rewolucji się nie obejdzie…


Komiksy pisane przez Bendisa to zawsze dzieła wyróżniające się na tle innych. Nawet kiedy scenarzysta ten bierze się za coś sztampowego, ogranego czy też przejmuje opowieść po innych twórcach, potrafi wycisnąć z niej wszystko to, co najlepsze. Jednocześnie jest w stanie zrobić to w taki sposób, by i długoletni fani serii, i zupełnie nowi odbiorcy, poczuli się w nich, jak w domu. I dokładnie to pokazał nam zarówno w „All-New X-Men”, którymi odświeżył przygody mutantów, czyniąc je łatwymi w odbiorze dla nieobeznanych z serią, jak i „Uncanny X-Men”, gdzie idąc drogą bardziej przeznaczoną dla obeznanych z cyklem odbiorców, połączył ten tytuł z wcześniej wspomnianym, tworząc imponującą sagę.


I nie zawodzi także tym razem. Akcja i humor, jak zwykle trzymają poziom, poważniejszych i bardziej emocjonalnych momentów też nie brakuje. Czy coś wywraca się tu do góry nogami, czy też nie (z wielkimi finałami Marvela bywa różnie), tego Wam nie zdradzę, ale jeśli dobrze bawiliście się przy poprzednich tomach (a dało się inaczej? szczerze wątpię), teraz też będziecie. I pewnie niejeden z czytelników – a sam mam na to ochotę – zasiądzie do przeczytania całego runy Bendisa od początku. Jest tego wart.


Tak, jak w fabule, tak i w ilustracjach, większych nowości nie ma, ale album nie rozczarowuje. Kreska, zarówno ta prostsza, jak i bardziej złożona, podobnie, jak kolor, prezentują się dobrze. Całość wypada przyjemnie dla oka, choć próżno szukać tu większej spójności. Zbyt wielu różnych artystów pracowało nad tą, jak i drugą x-serią Bendisa. Ale czy taka różnorodność jest zła? Absolutnie nie, ważne by poszczególni rysownicy trzymali poziom, a w większości zeszytów „All-New” oraz „Uncanny X-Men” się to udało.


A zatem polecam gorąco – jak zwykle zresztą. Warto poznać ten zeszyt, tak samo zresztą, jak i wszystkie albumy z mutantami pisane przez tego twórcę. Wiedział co chce zrobić i jak ma to wykonać, tak by wyszło znakomicie, a to nie często się zdarza. I w dobry sposób uczcił sześćsetny zeszyt przygód „Uncanny X-Men”, który wszedł w skład tego tomu.





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz