wtorek, 6 listopada 2018

Grass Kings #1 - Matt Kindt, Tyler Jenkins

PRYWATNY RAJ


Ten komiks nadawałby się idealnie na serial telewizyjny, który szybko zyskałby status kultowego. Już sam pomysł, tak prosty, że aż genialny, byłby w tym wypadku gwarantem sukcesu, a gdyby produkcja zyskała takie znakomite wykonanie, jakiego doczekała się opowieść graficzna, byłoby wprost rewelacyjnie. Na razie jednak mamy ten album, wciągający, fascynujący i urzekający, który warto polecić każdemu miłośnikowi dobrych, dojrzałych opowieści graficznych.


Zanim przeczytacie poniższy opis, zastanówcie się, czy chcecie wiedzieć o czym jest ta seria. Ja nie chciałem, nie czytałem blurba, nie wnikałem w żadne informacje na jej temat. Po prostu usiadłem, dałem się wciągnąć i zaskoczyć z czym właściwie mam do czynienia. I to zaskoczyć, jak najbardziej pozytywnie. Do czego i Was zachęcam. Jeśli jednak chcecie pójść inną drogą, kilka słów o fabule:

Witajcie w Królestwie Trwa, nadmorskim miasteczku, do którego wstęp mają tylko wybrani. Grupa ludzi, uciekając przed resztą świata, zaszyła się tutaj, tworząc zamkniętą społeczność rządzącą się własnymi prawami i strzegącą swoich tajemnic za wszelką cenę. Uciekli przed polityką, uciekli przed podatkami, uciekli przed własnym życiem. Tylko czy taka egzystencja może trwać długo? Wszystko zaczyna się zmieniać, gdy do Królestwa trafia tajemnicza kobieta z problemami, której z pomocą przychodzi rządzącym miejscem Robert…


Jeśli przeczytaliście powyższy opis, wiecie już czego się spodziewać. Jeśli nie, powiem Wam, że to, co serwują nam autorzy, to połączenie historii sensacyjnej i thrillera, w którym mamy zamkniętą społeczność, sekrety jej mieszkańców, iskrzenie między bohaterami, napięcia, problemy… Mamy strzelaniny wybuchy, lejącą się krew, nawet seryjnego mordercę w tle. Ale mamy też spokojne sielskie momenty, obyczajowe wątki, szukanie własnego miejsca, walkę o wolność itd., itd. A wszystko to dobrze zbalansowane i podlane oniryczną nutą.


Sam wydawca, całkiem słusznie zresztą, porównuje „Grass Kings” do „Bękartów z południa” i „Synów Anarchii”. Ja dodałbym do tego jeszcze „Ludzi gniewu” i „The Walking Dead”. Bo klimat dzieła Kindta i Jenkinsa, jak i wykonanie poszczególnych scen najbardziej kojarzy mi się właśnie z „Żywymi trupami”. W zasadzie mamy tu garstkę ludzi kontra cały świat – w dziele Kirkmana ów świat reprezentowały chodzące zwłoki i nieprzyjazne bojówki, tu mamy żywych, choć nie mniej niebezpiecznych typów. Wszystko to mogłoby być wtórne, mogłoby też być strasznie nijakie (ileż to mieliśmy już kryminałów, gdzie trzeba bronić dziewczynę z tajemnicami, nawet płacąc za to najwyższą cenę?), ale Kindt zdołał napisać świetny scenariusz, który autentycznie robi wrażenie.


Podobnie rzecz ma się z szatą graficzną. Ilustracje są niechlujne, tak jak akwarelowy kolor, ale jest w tym metoda – i jest niesamowity klimat potrafiący zachwycić. Do tego nie zapominajmy także o świetnym wydaniu. Powiększony format, twarda oprawa i dobrej jakości offsetowy papier pasują do tego komiksu lepiej, niż cokolwiek innego. Wszystko to składa się na naprawdę znakomity album, który powinni poznać wszyscy miłośnicy dobrych, mocnych opowieści dla dorosłych. Polecam gorąco i czekam na więcej!





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz