Na pomysł, by połączyć ze sobą Alienów i Predatorów po raz pierwszy wpadli twórcy komiksowi, na mniej więcej rok przed tym, jak w „Predatorze 2” pokazano czaszkę Aliena. W konsekwencji powstał crossover „Aliens versus Predator”, który stał się sporym hitem i jedną z najbardziej cenionych opowieści tego typu. Nic więc dziwnego, że w końcu musiał doczekać się kolejnych odsłon, zarówno krótkich, jak i długich. „Wojna” należy do tych drugich i chociaż nie jest spełnionym dziełem, czyta się je całkiem dobrze. Problem w tym, że po takich twórcach można się było spodziewać o wiele więcej, niż to, co ostatecznie trafiło w czytelnicze ręce.
Machiko Naguchi jako jedyny człowiek wstąpiła do klanu Predatorów. Nie może się jednak do końca odnaleźć w ich świecie, choć jednocześnie zaczyna zatracać coraz bardziej swe ludzie cechy charakteru i, być może także, człowieczeństwo.
Tymczasem Predatorzy szykują się do największych łowów w dziejach. Łowów, które mają się odbyć na zamieszkanej przez ludzi planecie Bunda, a które stanowić będą prawdziwą wojnę. Co zrobi w tej sytuacji zagrożenia dla jej własnego gatunku Machiko? Komu będzie wierna? I dokąd ją to wszystko zaprowadzi?
Komiksy o Obcych trudno jest nazwać ambitnymi, ale
nie zmienia to faktu, że stanowią całkiem niezłą rozrywkę i jako takie
sprawdzają się idealnie. Akcja, krew, odrobina grozy... Wszystko to miesza się
w typowy survival horror czasem lepszy nawet od większości filmów z serii.
I tak po części też jest w przypadku „Wojny", kontynuacji „Aliens vs Predator” (albumu, który zainspirował potem zarówno gry, jak i kinowy film). Może nie jest to lepsze od filmy Andersona, ale od drugiego kinowego starcia obu ras już tak. A i bije też parę innych rzeczy, jak choćby ostatnie produkcje z Predatorami. Komiks nie ma może elementu zaskoczenia tak ważnego w horrorze, ale zarazem ma w sobie to coś, czego tym filmom brakuje: jakąś taką oldschoolową magię, charakter i klimacik.
Oczywiście „Wojna" nie powala na kolana ani
scenariuszem, ani tym bardziej rysunkami (choć pierwsze 27 stron jest po prostu
świetne, szkoda, że potem zmienia się rysownik), niemniej ma w sobie pewną
prostotę, która sprawia, że czyta się ją lekko i przyjemnie. Jak to sequel, cierpi na bolączki, że miało być to samo, ale więcej i bardziej widowiskowo, przez co cierpi sama fabuła i poczucie zagrożenia, ale i tak przyjemnie jest, lekko, prosto i w sympatycznym stylu. A czy chcieć
czegoś więcej od komiksu o takiej tematyce? Można, ale po co?
Efekt finalny jest taki, że dostajemy widowiskową
rozrywkę, która dobrze sprawdziłaby się jako gra. Jest tu kilka nastrojowych
momentów, jest parę zapadających w pamięć scen i niewiele poza tym, ale jak na
komiks z Obcymi to rzecz całkiem niezła i przyjemna. Bez rewelacji, ale i bez
żalu. Jednym słowem, dla fanów. Na szczęście w odróżnieniu od innych komiksów
rozwijających filmowe uniwersa, nie jest tak słaba, jak chociażby komiksy ze
świata „Gwiezdnych wojen”.



Komentarze
Prześlij komentarz