CD-Action. Wydanie specjalne: Dragon Ball

DRAGON BALL: CD

 

Dziaders ze mnie, nie ukrywam. Jestem z pokolenia ludzi, którzy pamiętają, jak muzykę nagrywało się na kasety z radia, a na dworze słuchało się jej z walkmana. Jestem z pokolenia, które filmy wypożyczało w lokalu z kasetami VHS, a nawet pamięta czarnobiałą telewizję. Poza tym moje pokolenie to to, które wychowało się na pierwszych komiksach superhero od TM-Semic i boomie na mangę i anime w naszym kraju – i to boomu, kiedy wiedzę o japońskiej popkulturze i kulturze czerpało się z magazynu „Kawaii”, który równie często dawał nam fajne informacje, co i rzeczy zupełnie wyssane z palca. I ten „Kawaiec” w roku 2002 wypuścił wydanie specjalne zatytułowane „100% Dragon Ball” (takich numerów specjalnych z szyldem „100%” swoją drogą wyszło trzy – drugi był o Clampie, trzeci o „Sailor Moon”, jakby to kogoś interesowało) i… No to było coś. Jako nastolatek byłem tym zachwycony. „DB” wtedy to było coś, to był hit, coś, co każdy lubił, znał, każdy się zachwycał (a nawet jeśli nie, każdy udawał, że jest inaczej), bo było czym i taki numer był skarbem. Teraz, po latach, patrzę na niego w nieco inny sposób, bo jednak jakość niektórych elementów czy ich rzetelność czasem pozostawiały sporo do życzenia, ale sentyment budzi. To była pierwsza taka publikacja. I dotąd to pierwsza i jedyna encyklopedia „Smoczych kul” w nadwiślańskiej krainie, bo tym właśnie była. A teraz na rynek wskoczył podobny projekt, ale tym razem jako wydanie specjalne „CD Action” (czyli wszystko zostaje w rodzinie, bo „Kawaii” założył współtwórca „CD” Paweł „Mr Jedi” Musiałowski – jego jednak w tym specialu zabrakło, a szkoda) z tym, że to nie encyklopedia, a zbiór artykułów. A ten zbiór  jest… No nie powiem, że lepszy. Że choćby na tym poziomie. Budzi sentyment. Przy okazji to porcja lekkich tekstów o jednym z najsłynniejszych m&a w dziejach. Ale bardziej przypomina to prywatę, niż rzecz, która ma wyczerpywać temat czy mówić o nim z dziennikarskim, kronikarskim i profesjonalnym zacięciem. A wpadek jest tu cała masa.

 

Okej, najpierw jednak odpowiedzmy sobie na pytanie, co konkretnie znajdziemy w środku. A zatem tak. Mamy tekst o tym, czym właściwie jest kanon „DB”, albo czym być może tudzież powinien. Mamy krótką biografię Toriyamy (jeśli chcemy więcej, trochę faktów pojawia się w innych tekstach, jak chociażby przy okazji omawiania mniej znanych mang autora), mamy tekst o „Daimie” i fillerach w anime. Mamy „Dragon Ball rok po roku”, czyli takie kalendarium tego, co, kiedy i gdzie wychodziło albo się kończyło. Mamy trochę o grach („Fighter Z”, „Kakarot”, „The Breakers”, „Budokaie”, gry, przy których pomagał Tori, pierwsze dragonballowe rozrywki cyfrowe i db-owe beat 'em up), o filmie fabularnym, o innych mangach Toriyamy, czy o mitach i religii w „Smoczuch kulach”. Mało? Jest tekst o Toyotarou, dyskusja czy „GT” jest takie słabe, jak się o nim mówi, parę słów o cenzurze w „DB” i o tym, gdzie i jak wrócić dziś do czytania i oglądania serii, gdyby ktoś chciał. Jest też o fanfikach, są wspominki (sportowca, ale i nie brak wspomnień naczelnego tego wydania), jest tekst o „Dragon Ballu Super” i rasach występujących w serii. Do tego mamy omówienie filmów kinowych, popkulturowych nawiązaniach w i do „DB”, chronologię serii, trochę (albo bardzo ogólne trochę) o tym, czym są shouneny tak w ogóle, sporo o ewolucjach i samych smoczych kulach i ich typach. Mamy też wreszcie szerzej o sportowcach i dywagacje na temat przyszłości świata „Smoczych kul”. No i tyle.

 

Mój problem z tym numerem jest taki, że twórcom w większości przepadów nie zależało na profesjonalizmie. Poszli w prywatę, poszli w często dość pobieżne, powierzchowne, niedokładne podejście do tematu, jakby wszystko to zrobione było na szybko. Czasem nielogicznie przy tym. Zanim jednak o szczegółach, jednym z podstawowych błędów odnośnie tego magazynu było wydawanie go tak szybko. Na rynek trafił, kiedy „Daima” się kończyła, przez co ostatniego dzieła Toriyamy nie jest w stanie omówione rzetelnie i w należyty sposób, a to było potrzebne dla dopełnienia całkiem sporej ilości teksów. Poza tym przed ukazaniem się pisma miała też miejsce premiera dodatkowego rozdziału serii „Super”, też istotnego dla zarówno rozważań o kanonie, jak i przyszłości serii, o czym się tu rozmawia, ale masa rzeczy w krótkim czasie zdążyła się zdezaktualizować. A wystarczyłoby zaplanować to nieco inaczej, wypuścić w innym terminie, dopracować, tym bardziej, że nie mówimy o czekaniu na rzeczy, które pojawią się nie wiadomo kiedy, a z konkretnie podanymi, bliskimi datami, o których w środku się wspomina. Ale, oczywiście, zrobiono inaczej. I to pokazuje też podejście do tego, co mamy w środku – można było lepiej, głębiej i mocniej, można było dokładniej i rzetelniej, ktoś mógł nad tym wszystkim przysiąść i zapanować, uporządkować, ale po co. Wszystkim najwyraźniej wystarczyło tak, jak jest.

 


Nie przeczę, artykuły czyta się lekko i szybko, stylistycznie jest przyjemnie, jest też parę tekstów naprawdę na poziomie, ale już sam początek pokazał mi, że nie jest to takie piękne, jak obiecywali nam twórcy. Tekst o kanonie rozpatruje różne aspekty tego, jak tu w ogóle szukać kanonu w „DB” – acz z tym można długo polemizować – ale już nie spogląda ani na „Superkę”, ani na „Daimę” poprzez tego, że same w sobie przeczą wszystkiemu, co rzekomo kanoniczne (a przecież autor tekstu obrał podejście że „kanon=to co stworzył osobiście Tori). Poza tym mamy tu takie smaczki, jak to, że autor wspomina o „Zmartwychwstaniu ‘F’” w kontekście jej mangowej wersji i fakcie, że ta pojawia się tam tylko na jednej stronie (co też nie jest do końca prawdą, tomikowo faktycznie jest to tylko wzmianka o tych wydarzeniach, ale powstała częściowa mangowa adaptacja filmu, o której zresztą mówi się w innych artykułach, ale w tym nie ma o niej nawet słowa). No i co? A no to, że potem pisze o filmie „Brolly”, który według niego w mandze się nie pojawia – a pojawia, najpierw też wspomniany tylko na jednej stronie, ale potem mamy więcej wątków z niego pokazanych w „DB Super” i w pewnym sesnie streszczającej wiele wydarzeń filmu w formie retrospekcji. A to pokazuje, że zgłębienie tematu nie było dla autorów szczególnie ważne.

 

Tekst o „Daimie” jeszcze lepiej obrazuje wszystkie niedostatki tej publikacji. Tu mówić o kanonie tej serii – a się mówi – nie znając finału, to dla mnie strzał w kolano. Poza tym jednak to tekst sprawiający wrażenie, jakby jego autor chciał, ale nie mógł, albo mu się w pewnym momencie odechciało. O fabule samej serii w zasadzie nic nie mówi, ale nie przeszkadza mu to rzucić ważnym spoilerem z późnych odcinków. Przy okazji swój tekst podzielił na rozdziały, a pierwszy zatytułował tak, że jasne było iż opowie o ciągle psującym się statku bohaterów, bo powiedział to wprost, ale w tekście nie ma o tym nawet słowa. Dla tych więc, którzy serialu nie znają, tytuł to coś znikąd i nie ma najmniejszego sensu. Poza tym twórca omawia „Daimę” mówiąc, co teoretycznie mogłoby się fanom nie podobać, ale robi to w sposób tak bezpieczny, że nawet słowem nie zająknie się o absolutnym braku logiki, który aż bije po oczach. No dziwnie to wypada, jakby autor skupił się na wszystkim poza tym, na czym powinien się skupić. W zasadzie zamiast skupiać się na „Daimie”, koncertuje się na… tłumaczeniu nam swoich uczuć odnośnie serii. I to bardziej nawet niż na samych uczuciach.

 


Poza tym kolejny spory minus to brak konsekwencji i spójności w nazewnictwie. Ja wiem, że mamy różne przekłady, że RTL7 dawał nam co innego, niż JPF, a współczesne translacje wyglądają, jak połączenie jednego z drugim, ale… Przecież mamy jeden dobry i profesjonalny przekład tych imion i nazw, czyli mangę, tych jednak się tu prawie nie używa, chyba nawet częściej padają nazwy oryginalne czy angielskie, niż któreś z polskiego przekładu (zresztą mamy przypadki, jak odniesienia do nowych rozdziałów „Dragon Balla Super”, gdzie pojawiają się Płatkanie, ich planeta itp. I tu, choć po polsku mamy tylko jeden przekład tych nazw, jeden z autorów uporczywie wciska nam nazewnictwo pochodzące z amerykańskiego przekładu, bez zająknięcia się o naszej wersji, chociaż potem w magazynie wspomniane są na moment te polskie odpowiedniki, ale to już w zupełnie innym artykule. Niestety, np. takich Ogrzewersów, jak brzmi polski przekład, tutaj nie uświadczymy, mimo iż jest o nich mowa, ale jedynie w ich zanglicyzowanej formie – Heeters, ech.). Co ciekawe, w jednym tekście postać mistrza nazywana jest Boskim Mistrzem, zaraz obok w drugim pojawia się i jako Master Roshi / Mistrz Roshi, i jako Genialny Żółw, a potem występuje jeszcze też jako Kame Sennin albo Żółwi Pustelnik. A to nie jedyny taki przykład. Wiadomo, zagorzali fani wiedzą o kogo chodzi, ale ci niedzielni, ci którzy nie siedzą w tym tak mocno mogą się pogubić. Można to było ujednolicić, można było – i trzeba! – przy okazji takich wzmianek dodać przypis, że bohater tu nazywa się tak, ale np. w wersji anime czy mangowej już inaczej (naprawdę, to nie boli zrobić na końcu przypisy, a w tekście jedynie odnośniki – zresztą w przypadku omawiania „Dr. Slumpa” wspomina się, jak bohater nazywa się w wersji oryginalnej, a jak w polskiej, jest też bodajże jedna taka wzmianka odnośnie „DB”), ale o to się nie pokuszono. Szkoda. Tym bardziej, że te wszystkie tłumaczenia przez lata wprowadziły sporo różnych nazw i na pewno ich wymienienie i usystematyzowanie wyszłoby z pożytkiem dla magazynu. Merytorycznie niestety, jak widać, do czasów „Kawaii” nie zmieniło się wcale tak dużo.

 

Plusy? Cóż, tych też nie brak, ale mam wrażanie, że niemal wszystko, co dobre w pewnym momencie musi zostać zepsute. Teksty o grach są zrobione w zasadzie bez zarzut (poza tym, że nazewnictwo postaci nie jest spójne), z wyczuciem tematu żarowo gier, jak i „DB”. Poza tym świetny jest tekst o innych mangah Toriego – swoisty przewodnik po wszystkim co zrobił, nawet jeśli odpadło i nie było drukowane w magazynie, a przy nim wspomniane są też animowane adaptacje tych z nich, które się ich doczekały. Sympatycznie do pewnego momentu wypada też omówienie rok po roku co najważniejszego działo się w świecie wydawniczym na polu „DB” (manga, seriale, gry, filmy), które jest miłym dodatkiem, choć niepotrzebnie podzielonym na części. I, niestety, niewolnym od błędów – pominięto film numer osiem, a siódmy wciśnięto dwa razy (w sumie nie wiem też po co streszczać tu filmy, skoro kilka stron dalej jest artykuł tym się zajmujący w nieco bardziej obszernej formie). Co gorsza, chociaż zestawienie to obejmuje też parę rzeczy pobocznych i fanowskich, zapomina jednocześnie o np. polskiej kinowej premierze dwóch połączonych w jeden film ostatnich wtedy kinówkek „DB Z” (a w tamtych czasach obejrzenie anime w polskim kinie było wydarzeniem wielkim i tak rzadkim, że prawie się nie zdarzającym), czy ich wydaniu na DVD.

 


Jednocześnie jednak muszę twórcom oddać to, że w magazynie jest też parę rzeczy, których nie wiedziałem. Niewiele tego jest co prawda, choćby te fakty związane ze sportem, bo ja akurat sportu nie oglądam, nie trawię wszelkich meczy etc. i moja wiedza w temacie jest znikoma, acz i tak doskonale wiedziałem, że niejeden sportowiec był natchnięty serią, acz może raczej trzeba byłoby powiedzieć całą tą azjatycką kopano-mordobijną popkulturą, z tym, że nie znałem nazwisk i detali. Choć trochę zabrakło mi szerszego spojrzenia – bo „Dragon Ball”, jak wiele dzieł popkultury, inspirował ludzi do innych, nie tylko sportowych, działań, zmieniając ich życie, a o tym nikt się nawet nie zająknie. Co do gier, z których większość nawet nie ukazała się poza Japonią, to choć o niemal wszystkich słyszałem, często nie miałem większego pojęcia o tym, na czym polegała cała zabawa czy co od siebie potrafiły wnieść do uniwersum. A potrafiły. I te teksty o cyfrowej rozgrywce, chyba najbardziej profesjonalne w całości, jak już pisałem, pozostają bez zarzutu.

 

Ciekawie wypadał artykuł o „DB” i religii. Jest tam parę fajnych rzeczy z folkloru czy i wierzeń, nie tylko azjatyckich. Co prawda rzecz bywa naciągana, bo porównywanie turnieju do ragnaröku to strzał w kolano, a rozpisywanie się o mesjanistycznej naturze Gokū, tego Gokū, który woli doprowadzić do śmierci ludzi czy powstania zagrożenia dla wszystkiego, byle tylko zmierzyć się z przeciwnikiem w pełni jego sił, bo tak kręci go walka, a nie słuszna sprawa, mnie rozśmieszyło, ale… No sam w sobie tekst wypada ciekawie i dobrze się go czyta. Podobnie miło weszła mi sekcja o kinówkach ze świata „Dragon Balla” (choć nie pogardziłbym, gdyby autor pokusił się o wszystkie filmy i speciale, a nie tylko produkcje skierowane na duży ekran, ale o tych jest trochę w części „Rok po roku”), chociaż tu też mamy takie kiksy, jak zmienienie tytuły filmu „Najsilniejszy wojownik na Ziemi” na „Najsilniejszy facet na świecie” (serio? nie dało się inaczej?), a i miło mi weszła część o bogach i rasach (chociaż tu posługiwanie się nazwą Zeno dla jednego z bohaterów, gdy mamy dwa polskie, zbliżone bardzo do siebie i rozpowszechnione przekłady mogłoby zostać poprawione). In plus zaliczam też tekst o serii „Super”, nawet jeśli zabrakło mi tu tego, co najbardziej w tej serii rzuca się w oczy – że niemal każdy wątek, każda saga to kopia czegoś, co już w serii było i to kopia bezczelna. Autor sporo narzeka, wyciąga różne mniej lub bardziej oczywiste kwestie, ale tej, która aż bije po oczach, nie porusza. Miło weszły też artykuły o popkulturowych odniesieniach do serii czy transformacjach, albo całe to słuszne narzekanie na fabularną amerykańską kinówkę. 

 


Kawał dobrej roboty to za to chronologia. Postarał się autor, żeby wszystko jakoś ułożyć, dopasować do linii czasu itp., a jednocześnie streścił wszystkie najważniejsze wydarzenia, dzięki czemu, kto już coś mało pamięta, ogólny zarys historii może sobie odświeżyć. Są tu też ostrzeżenia przed spoilerami i to jedyny nie do końca zrozumiały dla mnie zabieg, bo cała chronologia jest spoilerem, a tu w dwóch miejscach (jedno dotyczy „Daimy”), pojawiają się takie. No i bardziej obeznani z różnymi chronologiami fani mogliby tu dostać pewne wyjaśnienia dlaczego według autora to czy tamto dzieło się wtedy, a nie kiedy indziej, bo przecież w innych miejscach znajdziemy nieco inne daty, ale cóż. Za to nic nie mogę zarzucić artykułowi poświęconemu zawiłościom rozłamu w wydawniczym świecie, jaki nastąpił po odejściu najważniejszego redaktora „Smoczych kul”, ciekawie wyjaśniający brak dalszych odcinków serii „Super” czy niepewną przyszłość marki (acz, jak pisałem, gdyby zaczekać na publikację dodatkowego rozdziału mangi, można by tu dodać trochę informacji). Podobnie pochwalę też tekst o wszystkich typach kul występujących w seriach, wliczając w to serie „GT” i „Super Dragon Ball Heroes”, czyli te, najczęściej w piśmie pomijane i ignorowane. A tego ignorowania jest dużo więcej.

 

Weźmy tekst o Toyotarou i jego losach. Tu za wiele opowiedzieć się nie da, bo i o samym Toyo niewiele wiadomo (acz mówienie, że tak, jak Toriyama strzeże swojej prywatności nie ma wielkiego sensu – u mangaków urywanie tożsamości, płci czy jakichkolwiek faktów o sobie to powszechna praktyka i na tle niektórych innych artystów Tori i Toyo wręcz odważnie się odkrywają, a czytając ten tekst można odnieść wrażenie, jakby oni dwaj byli jakimiś wyjątkami, skrzętnie ukrywającymi swoje żywota). Poza tym jest wzmianka o plagiacie rysunku z „Captain Marvel” dokonanym przez Toyotarou, ale zero słowa o tym, że większość jego okazjonalnych grafik, czy to okładkowych, czy zdobiących strony tytułowe, to po prostu przerobione kopie innych rysunków. I takie braki aż rzucają się w oczy. Podobnie jest w tekście o shounenach, jako takich, gdzie wrzucono ledwie klika tytułów, coś z początku, trochę najsłynniejszych, a nie spróbowano nawet oddać bogactwa gatunku, ograniczając go do historii skierowanych do małych chłopców, którzy zdaniem autora wolą oglądać walki, niż interesować się dziewczynami. A przecież shounen to gatunek skierowany do nastolatków, a nie dzieci. Gatunek wypełniony dużą dozą erotyki, bo tego chce grupa docelowa. Poza tym to całe bogactwo różnych opowieści, od stricte romantycznych historii, przez sportowe akcje, na rzeczach pokroju fabuł o mangakach starających się zdobyć sławę skończywszy. A tu z mniej typowych mamy jedynie postapo. Za zbędny w takiej formie, w jakiej dostaliśmy, uważam też tekst o tym, gdzie czytać i oglądać „Dragon Balla”. Bo dostajemy tu dwustronicowy artykuł, w którym masa jest prywaty, ale za to pominięte zostały takie informacje, jak to, że wcale nie musimy wykupować abonamentu MangaPlus, żeby czytać mangę, bo w darmowej wersji zawsze dostępna jest część rozdziałów (w tym na bieżąco wszystkie najnowsze). Więc wystarczyłoby tu wypunktować miejsca, dodać kontekst i nic nie pomijać, a wyszłoby lepiej i konkretniej. I zostałoby miejsce na dorzucenie jakichś istotnych treści.

 


Brak mi też w magazynie szerszego spojrzenia na „SDBH” czy „GT” – nie dyskusji, jak w przypadku tego ostatniego (dyskusji, czy może raczej przerzucenia się paroma argumentami i tyle), a opowiedzenia o tych tytułach, zarysowaniu ich, pokazaniu co mają do zaoferowania, a co w nich poszło nie tak. Bo skoro jest miejsce na wspominanie rozlegle twórczości fanów, czemu oficjalne dzieła są ignorowane? Czemu można tu wrzucić felieton sportowca, który „DB” lubił i cenił, a już licznych ciekawostek o autorze serii nie – a przecież jest ich tyle, anegdoty o jego lenistwie czy zamiłowaniu do płci pięknej, o samochodzie, który Toriyama zaprojektował, a tym, jak redaktorzy wpływali na kształt „Dragon Balla”, który zakończyłby się dużo wcześniej, gdyby nie oni, jak ci różni redaktorzy zainspirowali poszczególnych złoli. Dorzuciłbym też coś o produkcjach takich, jak „Kosuke-sama Rikimaru-sama_ Konpeitou no Ryuu”, zamiast kolejnej strony reklam (kasa musi się zgadzać, ale…) można by opowiedzieć o fenomenie marki na całym świecie i powspominać o kartach chio, naklejkach, magazynie z szachami w kształcie bohaterów i innych gadżetach dostępnych nad Wisłą w czasie boomu na serię (ten szał naprawdę wart był wspomnienia), i… No i nie mogę przeżyć, że nie ma tu nawet słowa wzmianki o dwóch fabularnych (acz nieoficjalnych) azjatyckich adaptacjach „Smoczych kul” – „Dragon Ball: Ssawora Son Goku, Igyeora Son Goku” oraz „Xīn Qī Lóng Zhū” (znanym, jako „Dragon Ball: The Magic Begins”). Wstyd. Obciach. Strzał w kolano.

 

 

Miało być ładnie, miało być pięknie, a jest… Ten magazyn to bardziej taka prywata, niż kompendium wiedzy w temacie. Pozachwycanie się bardziej swoją pasją do „Dragon Balla”, niż samym „Dragon Ballem”. Gość chciał zrobić sobie pismo o jednym ze swoich hobby, dostał kasę, zrobił, jest. Fajnie. Ale fajnie bardziej dla niego (dla nich), niż dla nas. Dla fanów tematu to nie źródło wiedzy, bo mało znanych faktów jest tu bardzo niewiele, więc i niewiele nowego się dowiedzą: więcej ciekawostek, fajnych informacji i lepsze przyłożenie się do tematu znajdziecie bez trudu na masie internetowych fanpage’ów czy stron, także po polsku. Ja osobiście, choć nie śledzę mocno tematu i tylko czasem wyświetli mi się tu czy tam jakaś ciekawostka, mam tych ciekawostek i faktów więcej w głowie, niż znalazłem na tych stronach. Gdyby tak zatem zrobić jakiś konkretny, porządny research, poszukać, poczytać, naprawdę byłoby o czym pisać i co nam zaprezentować. Chyba nikt się jednak o to nie pokusił. Jak i nie pokusił się o dobrą korektę, redakcje, na przypilnowanie spójności etc. Fajnie jest to pisane, nonszalancko, lekko, tak po kumplowsku, ładnie wygląda (okładeczka z lakierowaniem, które pod odpowiednim katem układa się na Gokū w fryzurę SSJ, dobra jakość grafik, bogato ilustrowane wnętrze), ale to tylko otoczka, sedno pozostaje mocno niespełnione. Więc 35 zł za kilka dobrych artykułów i masę pozostawiających wiele do życzenia ,czyli właściwie za trochę wspominek i prób grania na sentymencie to jednak niezbyt adekwatna cena. Może te dodatkowe artykuły, które nie weszły do magazynu a dodawane były cyfrowo dla kupujących preorder wniosły coś więcej, nie wiem, nie skusiłem się na przedpłatę, jednak mi do satysfakcji zabrakło bardzo dużo. Miałem nadzieję, że będzie inaczej, że będzie super, że będzie naprawdę dobrze chociaż, ale obawiałem się, że dostanę jednak rzecz pozostawiającą sporo do życzenia i bardzo ogólną – i taką niestety dostałem. Do paru tekstów jeszcze chętnie wrócę, nie przeczę, ale za kilka lat nie będę wspominał tej publikacji z sentymentem, a jakim wspominam „Kawaii 100%” i im podobne. Acz cieszę się, że w temacie „DB” coś się dzieje, coś kręci i nadal jest obecny. Może dzięki temu powstaną inne, bardziej satysfakcjonujące publikacje. Kto wie.

Komentarze