ELOI,
ELOI, LAMA SABACHTHANI
Ja i Moorcock. No nie jestem fanem i tego się nie wypieram. Czytałem to i owo jego autorstwa, od krótkich form, których już nie pamiętam, po opus magnum, czyli „Elryka z Melniboné”, znanego także jako „Saga o Elryku” / „Elryk Saga”, ale za każdym razem, choć niezłe albo dobre, czegoś mi w nich brakowało. Nie padłem nigdy na kolana, nie pomyślałem też, że o, to ten autor, którego prace muszę teraz śledzić, bo świetny jest. Właściwie w zasadzie nie ciągnęło mnie do poznania żadnej jego kolejnej książki, za wyjątkiem „…i ujrzeli człowieka”, kontrowersyjnej noweli science fiction, na wznowienie której czekaliśmy, jeśli dobrze liczę, niemal 35 lat (CIA Books / Svaro Ltd. wydało na naszym rynku tę opowieść w 1991 albo 1992 roku, różne źródła podają różne daty). Także cieszyć się znów można, choć cieszyć się, to akurat nie za dobre określenie, bo opowieść do miłych i przyjemnych nie należy. A czy warto? Na pewno choćby dla przekonania się o co tyle szumu, kontrowersji i w ogóle. Poza tym, w odróżnieniu od większości prozy Moorcocka, którą miałem w rękach, rzecz jest mocniejsza i nasycona emocjami. A przy okazji całkiem dobrze napisana. Pozostaje jednak nie do końca spełniona i bardzo oczywista. Choć nadal warta uwagi, a tym, których odstraszają kontrowersje na gruncie religijnym, mogę powiedzieć jedno: rzecz nie jest wcale do końca taka, jaką się wydaje (i nie taka, jaką autor chciał ją uczynić).
Karl Glogauer od najwcześniejszych lat ma problemy psychiczne. Zafascynowany obsesyjnie wiarą i religią, cierpiący na syndrom mesjasza i religijne nerwice każące mu choćby odgrywać ukrzyżowanie, którego jest obiektem, z wiekiem wcale nie zmienia się na lepsze. Napędzany obsesjami i depresją, niestroniący od prób samobójczych i przygodnych relacji seksualnych, coraz bardziej narcystyczny i wątpiący, z jednej strony niszczy kolejne związki, w które się wikła, z drugiej wchodzi w kolejne podejrzane zrzeszenia, sekty i wierzenia. I szuka swojego miejsca w życiu, próbując jednocześnie zgłębiać jungowską psychologię, jakby to była druga najważniejsza rzecz w jego życiu.
Ale poznajemy go, kiedy trafia do Ziemi Świętej roku 28. Wehikuł czasu, którym przybywa, zawodzi, coś idzie nie tak, Karl niemal traci życie, ale, poraniony, trafia pod opiekę charyzmatycznego przywódcy religijnego, którym okazuje się planujący rewoltę przeciw rzymskim okupantom Jana Chrzciciela. Przybył tu, bo marzy o zobaczeniu Jezusa, chce być świadkiem ukrzyżowania i chce też udowodnić sobie - i, przede wszystkim, innym - że ma rację. Nie jest jednak gotowy na to, co go tu czeka. A może właśnie jest? Bo czyż nie na to czekał? Nie do tego przygotowywał się całe swoje życie?
Ta rozpisana na dwie płaszczyzny (czasy Jezusa oraz współczesność bohatera, ukazującą nam nie tylko jego samego i wszystkie targające nim nerwice i problemy psychiczne, ale i drogę do tego, jak w ogóle przeniósł się w czasie), przetykane swoistym strumieniem czasu i biblijnymi cytatami nowelka to rzecz gorzka i tak należałoby ją podsumować. Można mówić, że to rzecz z pewnym filozoficznym zacięciem, z założenia mająca być egzystencjalną science fiction, ale przede wszystkim to historia gorzka. Pozostałe wymiary są w niej raczej płaskie, acz obecne. Z tej pewnej głębi mamy tu wszystkie te dywagacje zarówno bohatera, jak i osób z jego otoczenia, a zwłaszcza pewnej dziewczyny, na tematy wiary, religii i Junga, mamy też całkiem złożonego psychologicznie (acz to złożenie raczej jest liźnięte, niż zgłębione niestety) bardzo irytującego (ale nie tak, jak niektóre jego partnerki) bohatera, pełnego problemów ze sobą samym, seksualnością i światem, ale jednak króluje tu przede wszystkim gorycz. I to gorycz do mnie trafiała.
Nowela pozostaje przy tym krótka, prosta, ale całkiem treściwa. Kontrowersyjna, temu nie zaprzeczam, bo autor stara się nas zszokować, często usilnie, acz mnie to nie ruszyło. Są tacy, którzy poczują się wstrząśnięci czy zniesmaczeni, tak, ale w moim przypadku trudno jest o dzieło, które by mnie zszokowało. Nie mają znaczenia moje poglądy i przekonania, czytuję książki zupełnie z nimi sprzeczne i jeśli są dobre, potrafię się nimi zachwycić. Ale fakt, osoby wrażliwe na kwestie religijne mogą się poczuć dotknięte, urażone i cokolwiek jeszcze przyjdzie Wam do głowy. I to całkiem mocno. Bo są takie momenty, takie elementy, takie nawet niesmaczne podejście autora do materii, że dla wielu będzie tego za dużo. Tym bardziej, że Moorcock sprawia wrażenie, jakby chciał na siłę przesuwać granice dobrego smaku i krytykanctwa. Ma się w tym kryć jego komentarz odnośnie wiary i zderzenia człowieka ze swoimi ideałami, idolami czy marzeniami. Mamy poczuć zawód i rozczarowanie, może nawet w mniemaniu autora przejrzeć na oczy, ale jednocześnie jest tu pewne zabezpieczenie pozwalające odczytywać „…i ujrzeli człowieka” także na zupełnie inne sposoby.
Bo czym jest w rzeczywistości wszystko to, co widzimy w ostatnim akcie historii? W tym akcie, w którym stara się dość usilnie nadać sens temu, co fabularnie już za bardzo sensu nie ma? Z jednej strony mamy tu bohatera z niejednymi problemami psychicznymi, więc można uznać, że wszystko, co dzieje się na naszych oczach, to efekt jego choroby albo myślenia życzeniowego. Bo czyż nie popada coraz bardziej w obłęd? Całe to odmóżdżenie (że ujmę to tak kolokwialnie), które go w tym momencie spotyka staje się dla autora celem pozwalającym uniknąć głębszych myśli i głębszych dylematów w kwestii tego, czemu tak a nie inaczej wygląda rzeczywistość, które na moment pojawiają się w głowie Karla, ale Moorcock woli je zdławić, bo nie współgrały z wizją, którą usilnie chciał przemycić. A to myśli i dylematy jak najbardziej naturalne, wie o tym doskonale wspominając o nich, ale nie potrafi rozliczyć się z nimi tak sprawnie, jakby chciał, więc ucieka się do tego zagrania z gubieniem tożsamości / wyparciem / wejściem w rolę. Nad tym wszystkie unosi się zadane w pewnym momencie, ale szybko porzucone pytanie, jak bardzo podróżnik w czasie wpłynął na wydarzenia, których jest obserwatorem. Moorcock nad tematem się nie pochyla, Karl tak samo, ale odnosząc się do takich znanych zjawisk, jak efekt obserwatora, kot Schrödingera czy wreszcie Efekt Motyla, można zastanawiać się nad realnością prawd widocznych na stronach. Acz to już chyba byłaby kwestia naciągana.
Łatwiej dostrzec tu coś innego. Ten najbardziej kontrowersyjny moment, czyli spotkanie z Józefem, Marią i Jezusem, wcale nie musi być tym, czym się wydaje. Czy to może być pomyłka taka, jak na początku „Żywota Briana”? Nie wiadomo, ale sprawa tego, jak wiele jest tu cieśli o imieniu Józef i Marii może niejednemu czytelnikowi dać do myślenia. Co w takim razie z całą resztą? Pod tym względem to, co staje się udziałem i Karla, i Moorcocka - mniej lub bardziej świadomie (choć po części na pewno nieświadomie) - stoi w sprzeczności z ich podstawowymi założeniami. Będą mocniejsze spoilery, więc czytacie resztę akapitu na własną odpowiedzialność. A zatem w samym finale agnostyk (Karl) / ateista (Michael) stają się tu osobliwymi narzędziami w rękach siły wyższej, zmieniając się w obrońców wiary. Człowiek w pewnym sensie zastępuje tu Boga w Jego roli, by okazać się ostatecznie tym, co boskie dzieło podtrzymuje. To, co w zamierzeniu pisarza miało być chyba pokazaniem, że nawet człowiek może dokonać boskich rzeczy, w rzeczywistości promuje religijną prawdę, że nawet największy grzesznik może być świętym i dokonać wielkich rzeczy. Człowiek zastępując Boga i tak ostatecznie wypełnia boską wolę i to, co boskie (wiara) trwa tu dalej, rodzi się, rozrasta, sięga coraz dalej, jedynie to co ludzie przekonuje się, że jest za słabe na ten ciężar, rozpadając się w wielkim cierpieniu i gnijąc. Równie wymowna staje się sama scena ukrzyżowania, nie dość, że odmieniona, to jeszcze poprzedzona także odmienioną wizją samego procesu - jakby Karl zmienił historię, ale jednocześnie nawet tak znamienny czyn człowieka nie zdołał zmienić wiary, tchniętej przez siłę wyższą. Kto więc się obawia tej książki do strony religijnej, śmiało może odczytać ją zarówno jako szaleństwo bohatera-wariata, jego pomyłki i zmiany, jak i wizję tego, że nawet autor-ateista (bo na takiego Moorcock wygląda) nieświadomie może stać się narzędziem w rękach Boga i, tworząc dzieło z zamiarem obnażenia wiary, w założenia tej wiary się wpasować. Ot taki paradoks.
Abstrahując od tego wszystkiego, powieść jest niezłą wyprawą do Jerozolimy sprzed dwóch tysięcy lat. Oczywiście jednocześnie jest prosta i przewidywalna, ale miewa swój urok i klimat, szczególnie w samym finale. Moorcock nie jest autorem wielkich, złożonych powieści o powalającej głębi, tu nieco w tę głębię pójść próbował acz ze skutkiem raczej płytkim., choć sam czytelnik może nadać mu większej głębi. To zresztą nowelka, ledwie 180 stron (a i tak jest to wersja wydłużona względem pierwowzoru), więc jak najszybciej przechodzi do sedna. Trochę przez to po macoszemu podchodzi do tego, co powinno interesować i autora i bohatera najbardziej – faktów, miejsc i postaci historycznych. Te niby są, ale jednak nie czuć tu za często historycznej trafności, a i widać, że temat nie został tu zbyt mocno zbadany. Jest jeszcze zderzenie przekonań i pragnień z murem szarej rzeczywistości, a idąc dalej, także np. rozważania na temat losu, wolnej woli, mesjanizmu i całej masy związanych z nimi elementów, ale one też zdają się liźnięte i stanowiące coś na kształt nośnika masochistycznej akcji, która interesuje pisarza. Czegoś więc zabrakło, czegoś było za mało, czegoś innego za dużo, ostatecznie jednak książka jest ciekawa (w końcu zgarnęła Nebulę za najlepszą nowelę), potrafiąca wciągnąć i mająca parę świetnych momentów, choć przez większość czasu dzieje się w dość ograniczonej przestrzeni i w zasadzie niewiele wydarzeń ma wówczas miejsce. Uważam więc, że sięgnąć warto, choćby dla przekonania się. Polemiki. Choć osobiście życzyłbym sobie, żeby to była historia na poziomie „Żywota Briana”, do którego „… i ujrzeli człowieka” jednak jest daleko. Nie zmienia to jednak faktu, że, jak zawsze w przypadku „Wehikułu czasu”, serii, którą zamierzam przeczytać w całości, niepomijająca żadnej jej odsłony, nie był to czas stracony i nie żałuję godzin poświęconych na lekturę.
Komentarze
Prześlij komentarz