ZNÓW W DERRY
Z tym serialem jest u mnie trochę, jak z ostatnim
sezonem „Stranger Things” – no nie podszedł mi na początku, w połowie
odpuściłem, nie ciągnęło, ale w końcu obejrzałem do końca i, choroba, jednak to
fajne było. Początek przesadzony, efekty specjalne nie za specjalne, a sama
opowieść zbędna, no bo i po co w zasadzie jeszcze raz to samo. No a potem
zmiana, jednak mnie to urzekło, dzięki kilku wątkom i powiem Wam, że chociaż
fakt, to to samo w zasadzie, co „To”, jeśli twórcy zrealizują swój zamysł o
trzech sezonach (jeden dziejący się w latach 30., jeden już po „To”), nawet
jeśli wciąż będzie to to samo, bo będzie, ja chętnie znów wlezę do tej rzeki i
popłynę z jej nurtem, jak pewna papierowa łódeczka.
Akcja toczy się w 1962 roku, kiedy to pewien
chłopak chce uciec z Derry. Niestety nie udaje mu się i… I kilka miesięcy później
jego zniknięcie wciąż rozpala wyobraźnię dzieciaków, które go znały. Gdy okazuje
się, że niektóre z nich słyszały śpiewanie zaginionego dobiegające gdzieś ze
ścieków, a i pojawiają się u nich koszmarne wizje, bohaterowie zaczynają własne
śledztwo. Ale co z tym wszystkim ma wspólnego lokalna baza wojskowa? I do czego
wydarzenia te mogą doprowadzić?
Nie kupił mnie ten serial na początku. Przesadzony wstęp,
usilna próba wystraszenia, która wypadła jednak blado, efekty, które do mnie
nie trafiały – weźmy choćby tego pociętego na kawałki ojca jednej z bohaterek,
który coraz pojawia się w jej wizjach, no śmiesznie to wygląda, jak coś z
komediowego horroru czy parodii, a nie faktycznego filmu grozy – i wysilony wątek
militarny, w który potem bez większego sensu wciśnięto Dicka Hallorana (fani
Kinga wiedzą co to za postać), jednocześnie pozbawiając go zupełnie charakteru –
to tylko kilka z minusów, które skutecznie psuły mi serial. Lubię „To”, chociaż
przez pewne elementy strasznie mi ta powieść zgrzyta i czuję też do niej
niesmak, lubię jej adaptacje – na szczęście tych elementów pozbawione – ale i
one nie są wybitnymi filmami. Ot niezła rozrywka, ale nic, co by mnie trzepnęło
czy zwaliło z nóg.
Serial okazał się nieco inny, bo od początku jakiś
taki mocno przeciętny, nieangażujący, skrojony w zasadzie byle jak, bo na
sprawdzonym schemacie, z nawet podobnymi pod wieloma względem postaciami i
wątkami. Odgrzewany kotlet, powtórka z rozrywki. Prequel, ale mógłby w zasadzie
być reamke’iem dziejącym się w innych czasach niż filmy, ale zrobionym przez
tych samych twórców. A jednak dooglądałem i to była dobra decyzja. Nie wiem czy
po prostu miałem większą ochotą, ale od połowy serial zaczął mi lepiej wchodzić.
Ale też i poprawiła się akcja, doszło parę fajnych wątków, zwłaszcza ten romantyczny,
może i z usilnie łzawy w pewnym momencie, niemniej jednak i tak mający swój urok,
a i pojawienie się clowna po tym, jak przez cały sezon unikano go, zagrało
fajnie, niczym kiedyś u Spielberga odwlekane pojawienie się rekina, UFO czy
dinozaurów.
W ostatecznym rozrachunku całość okazuje się
nierówna, niewyważona, ale jednak całkiem przyjemna. W tej przyjemności spory udział
ma szczególnie końcówka, kiedy odkrywamy, kim jest – a raczej będzie – jedna z
postaci i kiedy w scenie na napisach mamy fajny pomost między serialem, a
kinowym „To, rozdział 1”, ale więcej nie zdradzam. Nieźle jest to zagrane,
młodzi pasują do swoich ról, a i starają się coś pokazać na ekranie, a całość
ma też przyjemny klimat. I chociaż nie jest to wielka produkcja i wiele rzeczy
można jej zarzucić, mimo wszystko fajnie było spędzić czas w Derry.

Komentarze
Prześlij komentarz