Filmy naszej młodości (serial)

FILMY PEŁNE NIESPÓJNOŚCI

 

Jak każdy kinoman, nie tylko lubię filmy oglądać, ale i oglądać o filmach (o filmach czytać zresztą też, ale to nie temat na dziś). Dlaczego więc miałem w końcu nie obejrzeć „Filmów naszej młodości”, serialu, który opowiada o kultowych produkcjach, głównie z lat 80. i 90. XX wieku? Właśnie. Obejrzałem i… No i fajnie było, ale jednocześnie bardzo dziwnie. Dobór pozycji do omawiania zarówno intrygujący, jak i każący się podrapać w głowę i mruknąć ale po chorobę oni to tu wcisnęli. Dziwi też pomijanie reżyserów w wywiadach na potrzeby odcinków (na szesnaście epizodów, tylko do pięciu wzięto reżyserów – okej, jest jeszcze szósty, ale wciśnięty do zupełnie innej części serii, niż robił, więc nie zaliczam – i nawet jeśli odjąć tych, którzy odeszli z tego świata, braki są tu spore). Ale i tak nie żałuję czasu poświęconego seansowi.

 

Jak powstały kultowe filmy, takie jak „Szklana pułapka”, „Kevin sam w domu”, „Obcy: Decydujące starcie” czy „Powrót do przyszłości”? Z jakimi problemami mierzyli się twórcy? Jak taki drobiazg, jak herbatka, mógł zniszczyć przygotowywany długo plan, albo jak kłótnia z żoną wpłynęła na zmianę koncepcji filmu o terrorystach w budynku? Te i inne rzeczy znajdziecie tutaj, w formie zwięzłej, wyluzowanej i sentymentalnej.

 

Można powiedzieć, że ten serial (przy okazji twórców, którzy zrobili identyczną rzecz, ale poświęconą zabawkom z dzieciństwa), to takie połączenie dwóch różnych seriali – pierwszy to „Filmy naszej młodości”, drugi to liczący jedynie dwa epizody „Świąteczne filmy naszej młodości”, potem dokooptowane do sezonu trzeciego. I te świąteczne filmy, jak intrygująco by nie brzmiały, to jednak w dużym stopniu strzał w kolano. Fajnie, że jest tu „Miasteczko Halloween”, bo lubię i bo pasuje, choć odcinek jakiś za ciekawy nie jest, ale wrzucenie tu „Elfa” z 2003 to kompletna pomyłka, bo było tyle produkcji, tyle fajnych, znaczących albo po prostu zapadających w pamięć filmów, a wybrano taki gniot, nie pasujący nawet do założeń… No ale właśnie wątpliwymi wyborami ta seria stoi. Bo niby filmy z lat 80. i 90., niby popularne, ale... Właśnie, ani to przekrój, ani zamknięcie się w danych gatunkach. Wzięto, co kultowe, wiadomo, co się sprzedawało, ale jest masa filmów bardziej kultowych i z lepszymi wynikami. I bardziej stanowiących duchy swoich epok, niż np. „Dirty Dancing”, „Pretty Woman” czy „RoboCop” (nawet jeśli „RoboCopa” akurat z tej trójki lubię). Bo tamte lata to przecież czasy, kiedy kino kopane wciąż miało się dobrze, a kino nowej przygody w ogóle szalało. Wciśnięto tu „Park jurajski”, ale olano „Indianę Jonesa”, wrzucono „Elfa” a nie dano „Gremlinów”, kino sportowe i buddy movies, tak samo jak parodie, które wtedy się narodziły, rosnące w siłę kino katastroficzne, często z kosmicznym zacięciem, czy popularne wtedy i cenione filmy wojenne zostały zamiecione pod dywan. Jest „Aliens”, a nie ma „Terminatora 2”, który był kinem o wiele bardziej przełomowym. Są te wspomniane tandetne romansidła, a nie ma naprawdę znaczących, a i mniej tandetnych, jak „Uwierz w ducha” czy „Titanic”.

 

Jaki był zatem klucz? Chyba tylko widzimisię autorów i ich własne preferencje. A może coś innego? Nie wiem. Ale mimo to są tu filmy, które lubię, do których wracam i jest sporo fajnego materiału na ich temat. Scenarzyści, aktorzy, producenci – rzadko niestety reżyserzy, ale i ci się zdarzają – opowiadają tu o kręceniu, o kulisach i ciekawostkach, o zmaganiach z brakiem budżetu, kombinowaniem jak poradzić sobie z danym problemem etc., etc., etc. Zdarza się, że nawet wracają na miejsce kręcenia wydarzeń, by pokazać, jak wygląda teraz. Jeśli ktoś siedzi w temacie, zauważy, że sporo materiałów tu wzięte jest z różnych miejsc, choćby w epizodzie o „Piątku 13” mamy dużo rzeczy z dokumentu „Crystal Lake Memories: The Complete History of Friday the 13th”, więc nie jest to stricte coś nowego, ale i w tych powtórkach są pewne nowe drobiazgi (w tym „Piątku” chociażby mamy świeży materiał z powrotu jednej aktorki nad jezioro). Całość zaś zrobiona jest z humorem, pełna żartów, niestroniąca od wulgarności i stawiająca bardziej na takie mniej istotne, mało znane rzeczy, a nie ogólny obraz powstawania danego dzieła i to miejcie na uwadze. Bo to dość wybiórcze, nastawione na anegdoty i ciekawostki podejście, a nie krok po kroku analizę całego procesu, coś do uzupełnienia wiedzy, którą fan powinien już mieć – i mi to pasuje.

 

I pasuje serial, chociaż zgrzyta w nim wiele. Można to było zrobić lepiej, można było inaczej, a można było też więcej i wtedy wyszłoby kompleksowo. Ale zrobiono, co zrobiono. Odcinki sprawdzają się jako omówienie danych propozycji w ramach, które przyjęto, ale całość nie sprawdza się jako ukazanie nam dzieci tamtych czasów, kinowego ducha epoki, najważniejszych przedstawicieli, największych hitów czy nawet tego, jak ogólnie wyglądała ówczesna kinematografia. To więc rzecz nie dla pasjonatów, a fanów danych tytułów, które tu mogą poznać nieco od kulis. I tyle. należycie do tej grupy? To rzecz dla Was i będziecie się fajnie bawić.

Komentarze