Armada #14: Ostateczna rozgrywka – Jean David Morvan, Philippe Buchet

WALKA O WSZYSTKO

 

Czternasty album „Armady” to właściwie, wraz z poprzednikiem, jedna długa opowieść podzielona po prostu na dwa tomy. I, tak jak obiecuje to tytuł, to faktycznie pewna ostateczna rozgrywka. Nie taka ostatecznie ostateczna, bo kończąca jedynie parę wątków związanych z szemranymi interesami na szczytach władzy, ale daje Navis zasłużone zakończenie tego rozdziału. To raz. Dwa, że to kolejny bardzo fajny powrót do przeszłości, a także rzecz oferująca kilka interesujących rzeczy. No kawał dobrej zabawy, za jaką serię się ceni i tyle w temacie.

 

Jeśli chodzi i treść, to tym razem akcja zaczyna się w momencie, w którym skończył się poprzedni tom. Navis musi poradzić sobie z tym, jak przewodniczący w mediach wprost oskarżył ją o próbę porwania. Problem w tym, że to wszystko to jedynie zagrywka, za którą kryją się wydarzenia, które doprowadzą do wielkiej zmiany: pytanie na lepsze, czy na gorsze. Przewodniczący bowiem ma swój cel, w tym celu wspiera go adwokat Navis, chociaż obaj się nienawidzą. Ale na scenie pojawia się jeden z nielicznych przedstawicieli rasy wojowników niemal doskonałych, która dla Armady zajmowała się brudną robotą i zaczyna wykańczać tych, którzy mogą pokrzyżować szyki spiskowców. Navis też znajdzie się na jego celowniku, podobnie, jak kolekcjoner, który jako jedyny wie, jak ją wyśledzić. Zaczyna się walka z czasem, ale i gra o wszystko, która może odmienić losy nie tylko naszej bohaterki, ale i Armady…

 

Powiem tak: ten tom to pomieszanie z poplątaniem wszystkiego, co w serii było do tej pory. Jest akcja rodem z serii o agentach, jest wielkie zagrożenie, jest polityka i są nowe, ciekawe rasy. Jest też powrót do przeszłości, gdy Navis w starym stylu, uzbrojona w noże, jakimi posługiwała się na samym początku, w tomie „Ogień i popiół”, staje do walki z wrogiem, którego nie ma szans pokonać i… No i świetnie się to czyta, bo całość wypełniona jest z jednej strony dobrze poprowadzoną, świetnie wykonaną akcją i jej zwrotami, dramatyzmem i paroma momentami, gdzie nie brak emocji. Do tego jest to wszystko krwawsze, niż dotychczas, mocniejsze, choć jednocześnie tak samo widowiskowe, jak zawsze. Humoru co prawda tym razem nie ma, ale jest sporo łagodnej erotyki – o dziwo twórcy unikają epatowania nagością i stawiają raczej na seksowne stroje i pozy, a kiedy Navis jest niekompletnie ubrana, prezentują ją w taki sposób, że to, co newralgiczne, pozostaje zasłonięte. Ot coś i dla tych, co lubią tę erotyczną stronę serii, jak i tych, dla których jednak czasem jej było za dużo.

 


Poza tym są tu nawiązania, smaczki itp. Jakie? A no zobaczymy tego antagonistę – przedstawiciel rasy wojowników idealnych, których niemal już nie ma, a którzy potrafili oczyszczać całe planety. Brzmi znajomo? Ale takie dragonballowe nawiązanie, nie jedyne w sumie, bo świat Navis zawsze mocno przypominał mi planetę Króla Światów z „DB”. W „Armadzie” zresztą widać wiele wpływów, a całość to taka piaskownica, gdzie twórcy bawią się, jak wielkie dzieci, tym, co uwielbiają w popkulturze, od „Star Wars”, po „Tomb Raidera” (Navis blisko końca, jej wspinaczka czy strój z miejsca kojarzą się z tymi grami). Dobrze to napisane, dobrze wyważone, więc jest i czas, by plansze przerzucać szybko, gdy walka rozgrywa się w szalonym tempie, i by poczytać sporo, patrząc jak wątki się układają, pięknie rysowane… Super się bawiłem. Lepiej nawet niż w kilku ostatnich tomach i niezmiennie lecę dalej z kolejnymi tomami.

Komentarze