WALKA O
WSZYSTKO
Czternasty album „Armady” to właściwie, wraz z
poprzednikiem, jedna długa opowieść podzielona po prostu na dwa tomy. I, tak
jak obiecuje to tytuł, to faktycznie pewna ostateczna rozgrywka. Nie taka ostatecznie
ostateczna, bo kończąca jedynie parę wątków związanych z szemranymi interesami
na szczytach władzy, ale daje Navis zasłużone zakończenie tego rozdziału. To raz.
Dwa, że to kolejny bardzo fajny powrót do przeszłości, a także rzecz oferująca
kilka interesujących rzeczy. No kawał dobrej zabawy, za jaką serię się ceni i
tyle w temacie.
Jeśli chodzi i treść, to tym razem akcja zaczyna
się w momencie, w którym skończył się poprzedni tom. Navis musi poradzić sobie
z tym, jak przewodniczący w mediach wprost oskarżył ją o próbę porwania. Problem
w tym, że to wszystko to jedynie zagrywka, za którą kryją się wydarzenia, które
doprowadzą do wielkiej zmiany: pytanie na lepsze, czy na gorsze. Przewodniczący
bowiem ma swój cel, w tym celu wspiera go adwokat Navis, chociaż obaj się
nienawidzą. Ale na scenie pojawia się jeden z nielicznych przedstawicieli rasy
wojowników niemal doskonałych, która dla Armady zajmowała się brudną robotą i
zaczyna wykańczać tych, którzy mogą pokrzyżować szyki spiskowców. Navis też
znajdzie się na jego celowniku, podobnie, jak kolekcjoner, który jako jedyny
wie, jak ją wyśledzić. Zaczyna się walka z czasem, ale i gra o wszystko, która
może odmienić losy nie tylko naszej bohaterki, ale i Armady…
Powiem tak: ten tom to pomieszanie z poplątaniem
wszystkiego, co w serii było do tej pory. Jest akcja rodem z serii o agentach,
jest wielkie zagrożenie, jest polityka i są nowe, ciekawe rasy. Jest też powrót
do przeszłości, gdy Navis w starym stylu, uzbrojona w noże, jakimi posługiwała
się na samym początku, w tomie „Ogień i popiół”, staje do walki z wrogiem,
którego nie ma szans pokonać i… No i świetnie się to czyta, bo całość wypełniona
jest z jednej strony dobrze poprowadzoną, świetnie wykonaną akcją i jej
zwrotami, dramatyzmem i paroma momentami, gdzie nie brak emocji. Do tego jest
to wszystko krwawsze, niż dotychczas, mocniejsze, choć jednocześnie tak samo
widowiskowe, jak zawsze. Humoru co prawda tym razem nie ma, ale jest sporo
łagodnej erotyki – o dziwo twórcy unikają epatowania nagością i stawiają raczej
na seksowne stroje i pozy, a kiedy Navis jest niekompletnie ubrana, prezentują
ją w taki sposób, że to, co newralgiczne, pozostaje zasłonięte. Ot coś i dla
tych, co lubią tę erotyczną stronę serii, jak i tych, dla których jednak czasem
jej było za dużo.
Poza tym są tu nawiązania, smaczki itp. Jakie? A no
zobaczymy tego antagonistę – przedstawiciel rasy wojowników idealnych, których
niemal już nie ma, a którzy potrafili oczyszczać całe planety. Brzmi znajomo?
Ale takie dragonballowe nawiązanie, nie jedyne w sumie, bo świat Navis zawsze
mocno przypominał mi planetę Króla Światów z „DB”. W „Armadzie” zresztą widać
wiele wpływów, a całość to taka piaskownica, gdzie twórcy bawią się, jak
wielkie dzieci, tym, co uwielbiają w popkulturze, od „Star Wars”, po „Tomb
Raidera” (Navis blisko końca, jej wspinaczka czy strój z miejsca kojarzą się z
tymi grami). Dobrze to napisane, dobrze wyważone, więc jest i czas, by plansze
przerzucać szybko, gdy walka rozgrywa się w szalonym tempie, i by poczytać
sporo, patrząc jak wątki się układają, pięknie rysowane… Super się bawiłem. Lepiej
nawet niż w kilku ostatnich tomach i niezmiennie lecę dalej z kolejnymi tomami.



Komentarze
Prześlij komentarz