„Nie wymiękaj” krzyczy do nas tytuł. Ale
szczerze, chciałbym, żebym King wymiękł i darował nam tego gniota. Albo żebym
chociaż ja wymiękł i nie kupował – na promocji, za grosze w zasadzie, ale
jednak. Niestety King to to napisał, a wiadomo, jego wydadzą wszystko, czy coś
warte, czy nie. A w tym wypadku warte nijak nie było. Ja wiem, że od paru lat
King pisze książki słabe, od strony treści bliższe kiczowatej propagandzie
skierowanej do ludzi mocno ograniczonych intelektualnie (bo nie wyobrażam
sobie, żeby tak prostackie, łopatologiczne treści kierował do kogoś myślącego),
a fabularnie to nie dość, że albo jego kotlety odgrzewane po raz kolejny
(„Baśniowa opowieść”, „Instytut”, „Później”), albo niemal plagiaty („Billy
Summers”), albo pomysły tak złe i sztampowe, że nie warte splunięcia
(„Outsider”), to jeszcze ich wykonanie pozostawiało bardzo wiele do życzenia.
„Nie wymiękaj” to rzecz o jednym z najgorszych pomysłów, który naprawdę na
żadnym poziomie nie ma w sobie nic ciekawego. A i wykonanie pozostawia sporo do
życzenia. Pisane jest to może i od biedy znośnie, acz wyjątkowo prostacko, tak
z literackich nizin wręcz, ale za to poprowadzone jeszcze gorzej, niż można by
sądzić. O dziwo i tak jest nieco lepiej, niż w tragicznej „Holly”, ale nadal to
bardzo nijaka książka, której nie warto poświęcać czasu, a tym bardziej
pieniędzy.
W więzieniu zabity zostaje osadzony, który,
jak się okazuje wcale nie był winny pedofilii. Na łożu śmierci inny więzień
wyznaje bowiem, że go wrobił i jak to zrobił. I na dodatek, że chociaż przyznał
się do tego wcześniej, władze nic z owym faktem nie zrobiły. Od tego wszystko
się zaczyna.
Wkrótce policja dostaje list, w którym ktoś
zapowiada, że w ramach kary za śmierć niewinnego człowieka, zabitych zostanie
trzynaście niewinnych osób i jedna winna. Czy chodzi o tego zabitego więźnia?
Tak podejrzewa Izzy James, a Holly, która ostatnio coraz więcej spędza z nią
czasu, jest podobnego zdania i cała sprawa zaczyna ją intrygować. A tymczasem
morderca, który dotąd nikogo nie zabił, zaczyna realizację swojego zadania,
powtarzając sobie, że nie może wymięknąć.
Na tym jednak nie koniec. Jednocześnie do tych
wydarzeń dzieją się inne. Oto działaczka na rzecz praw kobiet, która przede
wszystkim nastawiona jest na kreowanie siebie, kontrowersyjna Kate McKay,
zaczyna serię wykładów. Ma jednak wielu przeciwników, którzy nie zamierzają
siedzieć cicho. Gdy jej asystentka zostaje zaatakowana, a sprawca zapowiada, że
to dopiero początek, asystentka nie chce dłużej ryzykować i żąda ochrony. Wbrew
swojemu wizerunkowi silnej, niezależnej kobiety, która nikogo nie potrzebuje,
Kate zmuszona jest szukać pomocy, a tu też na scenie pojawia się Holly, przez
nią zatrudniona i…
Jeśli to miał być dreszczowiec, to jest niewypał
bez dreszczy. Jeśli sensacyjny akcyjniak z mordercami, to akcja jest tu tak
mizerna, że nie ma nawet o czym mówić, a sensacja z niej żadna. Jeśli manifest polityczny,
to tak naiwny i grubą krechą pisany, że obraża inteligencję odbiorcy i nie ma w
nim za grosz logiki (ale do tego King nas już przyzwyczaił – i nie tylko on).
Jeśli zaś wreszcie to miała być książka, która coś wnosi – to to się udało,
jeśli wnieść miała nudę. Bo na nic innego nie macie co tutaj liczyć. A wszelkie
te zachwalani, że to jedna z najbogatszych i najbardziej porywających powieści Stephena
można skwitować jedynie śmiechem politowania. Fabularnie to książka może i
mająca więcej wątków niż łopatologiczna i prostacka „Holly”, ale więcej nie
znaczy lepiej. Bo wciąż jest łopatologicznie, wciąż jest prostacko i nadal to
literacka bieda, a całość porywa tak bardzo, że nie da się przeczytać więcej,
niż kilkunastu, góra kilkudziesięciu stron na raz, bo człowiek zwyczajnie ma dość.
Dość bohaterów, dość nudy, dość oczywistości i braku większej logiki. Dość
żałosnego spektaklu.
Niestety, ale „Nie wymiękaj” nijak nie
zaskakuje. Znów mamy dzieło oczywiste, znów typowe, znów nijakie. Pisarsko tak samo.
Nie wiem dlaczego, ale kiedy King pisze o Holly albo idzie w swoje naiwne
politycznie elementy, tworzy książki o wiele gorzej od reszty pisane. Prosto,
że aż prostacko – nigdy nie był wybitnym pisarzem, nie postawię go obok
mistrzów pióra, ale nie był też tak tani – jakby kierowane to było do
czytelników, którzy jednak boją się ambicji, boją głębi i dobrej jakości, a
przede wszystkim myślenia. Nie wiem czemu opiera fabuły tych historii na
schemacie, który w ogóle mu nie wychodzi – nie buduje tajemnic, a jednocześnie
składa wszystko na szkielecie, w którym wszystko jest skrojone według schematu
i żaden zwrot akcji nie jest w stanie zaskoczyć (Holly dojście do wniosku, że
12 z ofiar jest analogią do ławy przysięgłych zajmuje 86 stron bodajże, a dla
czytelnika jest to oczywiste po przeczytaniu blurba, jeśli wie, że chodzi o
śmierć więźnia…). To już na starcie strzał w kolano, a potem jeszcze King
strzela parę razy, dla pewności, żeby kulało to wszystko.
Podobnie jest z postaciami. Bliźnięta to
bohaterowie tak sztampowe i kiczowato skreśleni, tak żałośnie, że aż zgrzyta
się zębami. To po części przez kingowską naiwność i bardzo płytkie myślenie
życzeniowe. Ale nie jedynie. Holly z książki na książkę staje się coraz gorsza,
coraz bardziej papierowa i nijaka. Wydmuszka, która zatraciła odrobinę
charakteru, jaki miała kiedyś. Kate miała być w jego wykonaniu silną,
niezależną i inteligentną feministką, a wyszła mu taka krzykaczka, która z inteligencją
nie ma nic wspólnego: jak i nie mają z nią jej poglądy, a w zasadzie fanatyzm
(i tu znów King strzela sobie w kolano, bo jednych nazywa fanatykami, podczas
gdy innych, zachowujących się dokładnie tak samo i na tych samych zasadach już nie).
Wszystko, co mówi, od strony logicznej mogłoby obalić nawet dziecka, ale ona –
jak i King – woli zakrzyczeć i nie dać dojść do głosu nikomu, bo dyskusji oboje
nie byliby w stanie wygrać. Nie na argumenty, więc pewnie poszliby w wyparcie. Tu
zresztą wszystko od strony ideologicznej wygląda tak samo. Wszystkie twierdzenia
Kinga zbudowane są z jednej strony na braku logiki, z drugiej na hipokryzji –
hipokryzji, którą jednak King drugiej stronie wytyka, a na własną jest zupełnie
ślepy. A szkoda, bo kiedyś, chociaż miał podobne poglądy, potrafił na temat
spojrzeć szerzej i nie zamykać się w kokonie własnej naiwności.
Poza tym z tej serii robi się żenująco
naciągana telenowela. Wątek z Barbarą już był słaby w poprzednim tomie. Teraz to
już w ogóle jest tak wysilone i nieprawdopodobne, że jeszcze pogłębia kicz i
brak logiki samej opowieści. Opowieści w zasadzie całej opartej na zbiegach
okoliczności i braku realizmu, za to podlanych po prostu słabym, tanim
wykonaniem.
Jest w tej książce taka scena, że bohaterki
czytając zapowiedź mordercy, oceniają jego manifest jako zupełnie nielogiczny,
choć na logiczny pozujący. Dokładnie tak samo jest z manifestem poglądów Kinga
– niby stara się nadać im pozory logiki, ale tej zupełnie w nich nie ma. Widać
to w wielu momentach (weźmy np. taką prezentację rasizmu – King wszędzie go
widzi, ale jedynie w zakresie, jaki dyktuje polityczna poprawność, całą resztę
przejawów rasizmu zwyczajnie przemilcza; czy przy mówieniu o ludziach, którzy
zginęli za swoje poglądy, z przemilczeniem tych, którzy zginęli tylko dlatego,
że po prostu byli, zabici przez poglądy innych), a że „Nie wymiękaj” to właśnie
taki manifest… Sami dopowiedzcie sobie resztę. W skrócie: jak ktoś lubi dobre książki
i szanuje swoją inteligencję i czas, niech trzyma się z daleka. Kiedyś mówiło się,
że proza Kinga jest takim odpowiednikiem fastfoodu, ostatnie książki o Holly to
jednak już nie fastfood, a po prostu odpadki walające się pod śmietnikiem. Aż
po wszystkim wstyd mi, że wydałem na to kasę i poświęciłem parę tygodni, męcząc
ten gniot kawałek po kawałku.

Komentarze
Prześlij komentarz