WOJNA KLATCHU Z ANKH-MORPORK
I kolejny tom „Świta Dysku” za mną. Tym razem
rzecz znów o Straży, ale jednocześnie coś nieco innego, niż tomy poprzednie. I
nie tylko dlatego, że Vimes jakby nieco zmienił się od strony charakteru, przynajmniej
początkowo, ale i że ton całości stał się mroczniejszy i cięższy. No i jeszcze
akcja tym razem jest nie tylko bardziej na większą skalę, ale i bardziej… hmm…
definitywna? To, co tu się dzieje, to wydarzenia mogące zatrząsnąć status quo Dysku,
krain i bohaterów. Czy tak robią? Nie zdradzę, ale śmiało mogę powiedzieć, że
to najlepszy tom o Straży i jeden z najlepszych dotychczasowych tomów „Świata
Dysku” w ogóle.
Na Okrągłym Morzu, gdzieś między Ankh-Morpork,
a Klatchem pojawia się wyspa Leshp. Problem jest taki, że oba kraje roszczą
sobie do niej prawa, chociaż nie jest to miejsce, które miałoby wiele do
zaoferowania. A że nikt nie zamierza ustąpić, konflikt jest pewny. Wojna zbliża
się wielkimi krokami, Ankh-Morpork szykuje się na walkę, ale co zrobić, gdy
nawet rodzimi handlarze sprzedają broń wrogom?
Tymczasem w tle dzieje się wielka polityka, a
co gorsza, gdy do Ankh-Mopork z wizytą przybywa książę Klatchu, Khufurah, dochodzi
do zamachu na niego. Sprawę bada Vimes i jego ekipa, ale całość wydaje się
mocno podejrzana. Napięcie między krajami narasta, patrycjusz zaczyna snuć
swoje plany, a bohaterowie będą musieli wyruszyć w podróż do Klatchu, gdzie…
Właśnie, co na nich czeka? Jakie sekrety skrywa 71-godzinny Ahmed? I czym to wszystko
się zakończy?
Tak, początkowo bohaterowie wydają się nieco
inni. Tak, są w tym tomie świetnie pomyślane rzeczy, które wciśnięto bez umotywowania
(rozdzielenie się Vimesa). Tak, czym to się skończy jest oczywiste od początku.
Ale co z tego? Kogo to obchodzi? Gdy zabawa jest tak przednia, jak ta, wszystko
inne schodzi na dalszy plan. Patrycjusz nie tylko pojawia się częściej, ale
staje się jedną z głównych postaci i pokazuje na co go stać, na wielu
nieoczekiwanych polach, a to wielki plus, bo on znakomicie został skrojony. Związek
Angui i Marchew fajnie się rozwija, Nobby ma okazję pokazać (i poznać) swoją
kobiecą stronę, a my możemy przekonać się, jak radził sobie w przeszłości na
wojnie. Do tego dochodzi Leonard z Quirmu z jego wynalazkami, fajne nowe
postacie (Ahmed rządzi) i…
No i ta akcja. Z jednej strony zbrodnia i
śledztwo, z drugiej polityczny thriller mający w sobie coś z opowieści o terrorystach
rodem z „24 godzin” (wiadomo co było pierwsze, nie musicie mi przypominać), z
trzeciej świetna komedia pomyłek, z czwartej przygodówka z retrofuturystycznymi
elementami, gdzie statki przemierzają morza i oceany, bohaterowie trafiają do obecnego
kraju, a i popłyną łodzią podwodną. A co najważniejsze to i tak przepiękna
satyra na politykę, na dyplomację, na wojnę, na patriotyzm (a zwłaszcza tytułowy
jingoizm), nawet na rasizm, seksizm etc., etc. Pyszne to wszystko, znakomicie
wykonane, podlane wątkami mocno religijnymi, ale też ukazanymi w krzywym zwierciadle,
a wreszcie zwieńczone w finale, który bohaterom, a zwłaszcza jednemu z nich,
się należał. Nie brak tu emocji, pojawia się nutka wzruszeń, a trafność spostrzeżeń
potrafi i wycisnąć z czytelnika śmiech, i parę momentów pochylenia się nad tym
także.
Warto. Oj warto. A ja od razu łapię za kolejny tom, bo „Ostatni kontynent” to rzecz, na którą ostrzyłem sobie zęby i liczę na równie dobrą zabawę.

Komentarze
Prześlij komentarz