Sin City: Damulka warta grzechu – Frank Miller

BO TO ZŁA KOBIETA BYŁA


„Damulka warta grzechu”… No jak to brzmi? Tłumacz, jak zawsze, popisał się (mówię o tym pierwszym, ale potem, wiadomo, zmieniać tytuły tomów już zwyczajnie nie wypadało). Środek jednak to świetny komiks. zacna historia, wyśmienite, coraz lepsze rysunki Millera (ale jeszcze to nie szczyt jego mrocznych, czarnobiałych ilustracji – tym będzie „Ten żółty drań”, czwarty tom „Sin City”) i po prostu kapitalna całość. Nie powiem, żeby ta cześć zrobiła kiedyś na mnie większe wrażenie, niż tom pierwszy – i nadal go nie robi – ale trzeba oddać Millerowi, że dopracował tu wszystkie elementy i lepiej panuje nad samą opowieścią, więc rozumiem czemu ten tom wymieniany jest obok „Drania” jako ten najlepszy. Czy jednak uważać go za lepszy od poprzednika, czy nie, „A Dame to Kill for” to rewelacyjny mocny czarny kryminał oparty na schemacie „seks i przemoc”, który poznać naprawdę warto, nieważne czy czytaliście poprzednią część, czy nie, bo to rzecz samodzielna, choć z pewnymi odniesieniami, które fanom dają sporo frajdy.

 

Dwight to człowiek po przejściach. Były alkoholik, który na życie zarabia robiąc zdjęcia parom w obskurnym moteliku. Wszystko jednak mimo to jakoś tam mu się układa, jakoś leci, a on sam jakoś sobie radzi i tkwiącej w nim samym bestii nie dopuszcza do głosu ani tym bardziej nie wypuszcza.

No i wtedy na scenie pojawia się ona, Ava, kobieta z jego przeszłości. Zła kobieta. Kobieta fatalna. Wyrządziła mu wiele szkód i krzywd, zraniła, zniszczyła, a teraz szuka u niego pomocy. Dwight pamięta co było, wie, co być może, ale znów jej ulega, znów nie może być obojętny, traci głowę, daje się omotać, rusza, zaczyna działać, ale nie wie jeszcze w co się wpakował, co na niego czego i czym się to wszystko skończy.

 

Drugi tom cyklu „Sin City” to, jak pisałem, rzecz, która zrobiła już na mnie mniejsze wrażenie. Pod względem wykonania jest co prawda jeszcze lepiej, niż poprzednio, z większym wyważeniem także tempa oraz z postaciami, z którymi można się nieco bardziej identyfikować niż z takim Marvem chociażby, ale emocjonalnie to jednak coś, co na mnie podziałało jakoś mniej, słabiej. No pierwszy tom trzepał mocniej, miał też zagadkę, a przede wszystkim, co tu dużo mówić, to było coś oryginalnego, coś innego, świeżego. Więc efekt wow był. Tu niby mamy to samo, znów facet, znów kobieta, może odwrócono niektóre role, ale ogólnie schemat ten sam – pojawia się kobieta, która popycha faceta do działania, rujnuje mu życie, acz też coś do tego życia wnosi, żeby nie było (choćby nieco seksu) i wszystko zmierza do finału, który ma w sobie i coś z tragedii, i coś z happy endu. Marv, choć (spoiler) ginął, swój cel osiągnął, tu Dwight też osiąga swój cel i jest trup.

 


Ale i tak zabawa jest wyśmienita. Sprawnie skonstruowana fabuła daje nam konkretną, mocną zabawę, gdzie brud, gdzie seks, gdzie przemoc, śmierć i ogólnie to, co najgorsze. Świetna jest też psychologia bohaterów, która tu zyskuje jeszcze na jakości, co rekompensuje nam fakt, że tym razem opowieść nie jest oparta na zagadce, a akcji. A co do akcji, nagłe jej zwroty i nawiązania do temu pierwszego („Damulka...” toczy się przed owym tomem i w jego trakcie, więc nie dość, że możemy popatrzyć na znane nam sceny z innej zupełnie perspektywy, to jeszcze poznajemy wcześniejsze losy Marva, Goldie, Wendy czy Gail - acz Miho, która śmiało mogłaby załatwić Kevina czy Roarka, a jednak nie miała udziału w wydarzeniach poprzedniej części wypada nieprzekonująco, choć postać to fajna), a rysunki zachwycają jeszcze bardziej niż w „Mieście Grzechu”, bo to, co tam było eksperymentem, tu jest okrzepnięte w swej formie, bardziej dopieszczone i dopracowane i niemal bliskie ideały – lepiej będzie już tylko w „Tym żółtym draniu”.

 

No i właśnie „Drań” i „Damulka” to jedyne dwa tomy „Sin City”, które magazyn „Wizard” umieścił na swojej liście 100 najlepszych komiksów wszechczasów – wiem, lata temu to było, ale lista, poza paroma pozycjami, które nie wiem, jakim cudem tam trafiły („Obergeist” chociażby) i paroma, które jakimś cudem się tam nie znalazły, jakoś bardzo się nie zdezaktualizowała. I tylko tłumaczenie pierwszego wydania, do którego mam sentyment – i które ma fajniejsze okładki – woła o pomstę do nieba.

Komentarze