BO TO
ZŁA KOBIETA BYŁA
„Damulka warta grzechu”… No jak to brzmi? Tłumacz,
jak zawsze, popisał się (mówię o tym pierwszym, ale potem, wiadomo, zmieniać
tytuły tomów już zwyczajnie nie wypadało). Środek jednak to świetny komiks.
zacna historia, wyśmienite, coraz lepsze rysunki Millera (ale jeszcze to nie
szczyt jego mrocznych, czarnobiałych ilustracji – tym będzie „Ten żółty drań”,
czwarty tom „Sin City”) i po prostu kapitalna całość. Nie powiem, żeby ta cześć
zrobiła kiedyś na mnie większe wrażenie, niż tom pierwszy – i nadal go nie robi
– ale trzeba oddać Millerowi, że dopracował tu wszystkie elementy i lepiej
panuje nad samą opowieścią, więc rozumiem czemu ten tom wymieniany jest obok
„Drania” jako ten najlepszy. Czy jednak uważać go za lepszy od poprzednika, czy
nie, „A Dame to Kill for” to rewelacyjny mocny czarny kryminał oparty na
schemacie „seks i przemoc”, który poznać naprawdę warto, nieważne czy
czytaliście poprzednią część, czy nie, bo to rzecz samodzielna, choć z pewnymi
odniesieniami, które fanom dają sporo frajdy.
Dwight to człowiek po przejściach. Były alkoholik,
który na życie zarabia robiąc zdjęcia parom w obskurnym moteliku. Wszystko
jednak mimo to jakoś tam mu się układa, jakoś leci, a on sam jakoś sobie radzi
i tkwiącej w nim samym bestii nie dopuszcza do głosu ani tym bardziej nie
wypuszcza.
No i wtedy na scenie pojawia się ona, Ava, kobieta
z jego przeszłości. Zła kobieta. Kobieta fatalna. Wyrządziła mu wiele szkód i
krzywd, zraniła, zniszczyła, a teraz szuka u niego pomocy. Dwight pamięta co
było, wie, co być może, ale znów jej ulega, znów nie może być obojętny, traci
głowę, daje się omotać, rusza, zaczyna działać, ale nie wie jeszcze w co się
wpakował, co na niego czego i czym się to wszystko skończy.
Drugi tom cyklu „Sin City” to, jak pisałem, rzecz,
która zrobiła już na mnie mniejsze wrażenie. Pod względem wykonania jest co
prawda jeszcze lepiej, niż poprzednio, z większym wyważeniem także tempa oraz z
postaciami, z którymi można się nieco bardziej identyfikować niż z takim Marvem
chociażby, ale emocjonalnie to jednak coś, co na mnie podziałało jakoś mniej,
słabiej. No pierwszy tom trzepał mocniej, miał też zagadkę, a przede wszystkim,
co tu dużo mówić, to było coś oryginalnego, coś innego, świeżego. Więc efekt
wow był. Tu niby mamy to samo, znów facet, znów kobieta, może odwrócono
niektóre role, ale ogólnie schemat ten sam – pojawia się kobieta, która popycha
faceta do działania, rujnuje mu życie, acz też coś do tego życia wnosi, żeby
nie było (choćby nieco seksu) i wszystko zmierza do finału, który ma w sobie i
coś z tragedii, i coś z happy endu. Marv, choć (spoiler) ginął, swój cel osiągnął,
tu Dwight też osiąga swój cel i jest trup.
Ale i tak zabawa jest wyśmienita. Sprawnie
skonstruowana fabuła daje nam konkretną, mocną zabawę, gdzie brud, gdzie seks,
gdzie przemoc, śmierć i ogólnie to, co najgorsze. Świetna jest też psychologia
bohaterów, która tu zyskuje jeszcze na jakości, co rekompensuje nam fakt, że
tym razem opowieść nie jest oparta na zagadce, a akcji. A co do akcji, nagłe
jej zwroty i nawiązania do temu pierwszego („Damulka...” toczy się przed owym
tomem i w jego trakcie, więc nie dość, że możemy popatrzyć na znane nam sceny z
innej zupełnie perspektywy, to jeszcze poznajemy wcześniejsze losy Marva,
Goldie, Wendy czy Gail - acz Miho, która śmiało mogłaby załatwić Kevina czy Roarka, a jednak nie miała udziału w wydarzeniach poprzedniej części wypada nieprzekonująco, choć postać to fajna), a rysunki zachwycają jeszcze bardziej niż w „Mieście
Grzechu”, bo to, co tam było eksperymentem, tu jest okrzepnięte w swej formie,
bardziej dopieszczone i dopracowane i niemal bliskie ideały – lepiej będzie już
tylko w „Tym żółtym draniu”.
No i właśnie „Drań” i „Damulka” to jedyne dwa tomy
„Sin City”, które magazyn „Wizard” umieścił na swojej liście 100 najlepszych
komiksów wszechczasów – wiem, lata temu to było, ale lista, poza paroma
pozycjami, które nie wiem, jakim cudem tam trafiły („Obergeist” chociażby) i
paroma, które jakimś cudem się tam nie znalazły, jakoś bardzo się nie
zdezaktualizowała. I tylko tłumaczenie pierwszego wydania, do którego mam
sentyment – i które ma fajniejsze okładki – woła o pomstę do nieba.



Komentarze
Prześlij komentarz