Venom: Czerń, biel i krew - J. M. DeMatteis, David Michelinie, Ryan North, Erik Larsen, Karla Pacheco, Tom Waltz, David Dastmalchian, Takashi Okazaki, Carl Potts, Chris Bachalo, Richard Douek, Al Ewing, Creees Lee, Jonas Scharf, Dave Wachter, Brian Level, Pere Perez, Damian Couceiro, Philip Tan, Robert Gill, Kei Zama

ODCINANIE KUPONIKÓW

 

Cała ta seria „Czerni, bieli i krwi” żadnym cudem nie jest, a jej poprzedni tom był mocno przeciętny i nijaki. Ten jednak nie tylko nie podniósł poziomu, ale okazał się jeszcze słabszy. Jest tu parę ciekawych nazwisk, jest kilka strzałów w kolano widocznych już w samym spisie treści, ale nie ma naprawdę dobrych historii. Jeszcze w tomie o Spider-Manie były ze dwie takie, tam Straczynski i DeMatteis pokazali, że potrafią, tu nie chciało się nawet temu drugiemu, legendzie – choć i tak stworzył najlepszą z tych historii. Cała reszta to, jak większość zawartości tej serii, takie tam odcinanie kuponików, które nic nie wnosi, nic nie daje i nie warte jest uwagi. Ale przyjrzyjmy się temu po kolei.

 

Pierwszy short napisał tu David Michelinie, człowiek, który wymyślił Venoma (nie symbionta, ale Venoma), ale on nie raz pokazywał nam, że nie umie w krótkie. Długie fabuły super mu wychodziły, krótkie formy nie i ta historyjka o tym, jak naukowcy walczą z Venomem to taka sztampa bez treści, choć z całkiem fajnymi rysunkami.

Nieco lepszy, chociaż też typowy do bólu, jest komiks Ryana Northa (czyli gościa, który napisał „Extreme Venomverse”), w którym Eddie „pożycza” symbionta postrzelonemu chłopakowi pragnącemu zemsty. Naciągane to to, nie klei się, choć ma parę fajnych scen.

Potem mamy komiks DeMatteisa, stanowiący jakby epilog do „Maximum Carnage” (które współtworzył dekady temu), gdzie scenarzysta zgłębia relacje ojców i synów na przykładzie Eddiego i maltretowanego chłopca, którego spotyka na swojej drodze. Fabuła w tym żadna, finał wieje sztampą, ale jak na DeMatteisa przystało, jest fajne pogłębienie postaci. No i świetne są rysunki Dave’a Wachtera.

Pozytywnie zaskakuje Erik Larsen (ten gość, który dał Venomowi wielkie zębiska i jęzor) z historyjką dziejącą się przed „Amazing Spider-Man #346”. Eddie i Mindy, Peter i MJ. Losy dwóch par splatają się na spotkaniu, które będzie miało bardzo dynamiczny przebieg. I udało się Larsenowi wcisnąć tu akcję, klimat rodem z powieści o Venomie z lat 90. i nieco emocji, a całość, choć oczywista, jest przyjemna. A rysunki nadal mają w sobie coś, mimo iż Larsen teraz idzie bardziej w klasykę.

Czego nie da się powiedzieć o historii Carli Pacheco („Venom/Carnage Infinity Comic”). Ta historia z Eddiem, jako Bondem (z czasów „Venom: Licencja na zabijanie” – Carrefour to u nas wydał) to najgorsze, co ma do zaoferowania cały zbiór. Fabuła, jak kiepski fanfik jakiś szpiegowskich historyjek z na siłę wciśniętym Venomem (w latach 90. to dawało radę, tu nijak się nie sprawdza). To mogło być fajnie pulpowe, a wyszła bardzo średnio zilustrowana fabularna kiepścizna, przy której strasznie się nudziłem.

Tom Waltz (ostatnio pisze kiepskiego „Knulla”) serwuje nam tu historię z czasów, gdy Flash był agentem Venomem – ot dochodzi do ataku Jacka O'Lanterna i Flash musi wkroczyć do akcji. Dywagacje na temat wyborów, jakich bohater musi dokonać są sztampowe, ale czyta się to nieźle. Głównie dzięki ilustracjom Briana Levela („Venomverse Reborn”).

David Dastmalchian (który wcześniej napisał tylko „Web of Venomverse: Fresh Brains”) snuje prostą, osadzoną w czasach, gdy Venom jeszcze się nie pojawił, ale dokonał słynnego ataku na peronie, acz całkiem niezłą histerię. Ot wewnętrzny monolog szykującego się do zemsty Eddiego. Plus rysunki Philipa Tana, może prostsze, niż zwykle, ale nadal fajne.



I fajny jest też komiks Carla Potsa, który napisał kiedyś „What if... Peter Parker became the Punisher?”, a tu kontynuuje temat, tym razem dając Spider-Puniemu symbionta z kosmosu. Niby proste, niby nic, a jednak sympatyczne, nawet jeśli rysunki Couceiro sporo psują.

Za to historia o Venomie Ninja Takashiego Okazakiego to nieśmieszny żart. Ładne to to graficznie, acz ani to komiks amerykański, ani manga, ale fabularnie to nic innego, jak bezczelna zżynka z „Naruto” tylko, że walą się Venom i Carnage. Słabo.

Al Ewing, który pisze kolejny komiks, a który tak strasznie skiepścił „Venoma” z Marvel Fresh, robi niezłą od strony narracji, ale byle jaką historię z czasów, gdy Venomem był Lee Price (to tak mniej więcej około „Spisku klonów” się działo, ale po polsku seria nie wychodziła, acz gościa może kojarzyć jako Maniaca z „Venom Inc.” np.). A na niego akurat ktoś poluje i… Poza tym, że jest całkiem krwawo i Venom wygląda dobrze (zasługi rysownika) całość jest, bo jest i tyle.

Rich Douek pisze historię o tym, jak Scorpion znów chce być Venomem, ale w to tylko taka krótka opowiastka o niczym. Plus parę żartów ze zjadaniem mózgu. A album zamyka nastrojowa, doskonale zilustrowana opowiastka Chria Bachalo, który tym razem daje nam się poznać jako scenarzysta. I Chris pokazuje, że umie lepiej napisać komiks, niż większość poprzedników, dając nam niezłą świąteczną fabułę o Venomie, Black Cat, zniknięciu kota i kradzieży ozdoby choinkowej. Niewiele z tego wynika, oczywiste to to do bólu, ale czyta się przyjemnie.

 


No i niewiele wynika z całej tej publikacji. Ot kilka niezłych komiksów, kilka bardzo słabych i masa bylejakości bez pomysłu. Żyjemy w czasach, gdy na 20 planszach komiksu nie zawiera się już jednej, a nawet kilku opowieści. Wszystko jest rozciągnięte, rozbudowane, fabuły trwają czasem po dwa zeszyty, ale to zwykle takie tam żarty, z których niewiele wyczytacie konkretów, a minimum dla zamkniętej opowieści to jakieś pięć numerów. Przez to zatraciła się gdzieś umiejętność opowiadania krótkich, zwartych, zamkniętych historii. A mając na taką ledwie kilka plansz, niewielu jeszcze potrafi coś z tego wykrzesać. Tu w większości nie wykrzesali nic. Mamy takie byle co, bez treści, bez znaczenia i choć szybko się to czyta, równie szybko zapomina. A tu można było zrobić coś naprawdę na poziomie.

 

Czytam takie antologie i zastanawiam się czemu Marvel robi to i nam, i sobie. Serwuje zbiór, który aż prosi się o wzięcie śmietanki twórców, by złożyli hołd postaciom, a dobrych nazwisk oferuje dwa, może trzy i zapycha to byle czym. Wyobraźcie sobie (odsuwając na bok kwestie kto dla kogo obecnie pracuje, jakie umowy ma podpisane etc.), gdyby tak obok DeMatteisa, Micheliniego czy Larsena byli tu McFarlane, Jenskins, Bendis, Millar, Remender, Bagley (okej, ten jest, na jednej grafice, serio…), Kaminski (za „Venom: The Hunger” mu się należy), Mackie („Venom: Separation Anxiety”), Hama, Kubert, nawet Slott (wiem, skiepściłby, ale ten gość ma sporo dobrego z Venomem, czy też Anty-Venomem, na koncie), Milligan, Cates, DeFalco, Romita Jr.. Inne nazwiska? Pewnie, ale gdy zrobią coś wyjątkowego albo to wielkie gwiazdy. Dużo można było, żeby zrobić z tego coś wyjątkowego. Odcięto jednak kuponiki, ekipa poszła po najmniejszej linii oporu i mamy, co mamy. Szkoda.

 

Album ma niezłe momenty, ładnie jest wydany (ale zbędne to, bo to taki komiks, który powinno się tani, bo szkoda wydawać na niego kasy), miewa fajne rysunki i tyle. Ot, jak to w „Czerni, bieli i krwi” jest standardem. Nic nie wnosi, nic nie zmienia, a i nawet zabawy nie oferuje dobrej. Odcinanie kuponików i wyciąganie kasy z kieszeni fanów. Kompleciści pewnie i tak kupią, fantastycy Pająka i Venoma też, ale nawet oni nie znajdą tu zbyt wiele dla siebie, a nowi czytelnicy tym mocniej się odbiją, jeśli oczekują rozrywki na jakimś poziomie.

Komentarze