BOHATEROWIE OSTATNIEJ AKCJI
Nigdy nie nazywałem siebie fanem Pratchetta.
Jako, że to kultowy pisarz, ostatecznie kupowałem kolekcję „Świata Dysku”, ale
głównie dlatego, że wychodziła tanio, a sama rzecz stanowiła coś, co znać
wypada. Dlatego nie ciągnęło mnie nigdy do uzupełnienia braków tej edycji, a
potem zacząłem czytać, wsiąknąłem i musiałem kupić „Ostatniego bohatera”.
Szkoda, że ta książka nigdy nie wyszła w edycji normalnej. Pięknie wygląda jako
bogato ilustrowany, wielki formatem album, ale czytelnicy mieliby wybór.
Zresztą taki „Eryk” też zaczynał jako książka ilustrowana, a mamy go w edycji
bez grafik. Ale, nie powiem, samo wydanie robi wrażenie, aż chce się sięgnąć,
czytać. A zawartość? fabularnie i od strony wykonania to typowy (acz nie
najwybitniejszy) tom „Świata Dysku”, tylko krótszy i bardziej nastawiony na
akcję od początku do końca. Ale to właśnie szata graficzna stanowi to, co go
wyróżnia. Chociaż wydawca pod względem jakości niektórych z nich mógł się
postarać, bo trafiają się tu solidne wpadki, a cena niska nie jest.
Kiedyś pierwszy bohater ukradł bogom ogień i
podarował go ludziom. Teraz ostatni bohater, Cohen Barbarzyńca, w swojej
ostatniej akcji, chce… zwrócić go bogom. Tylko w bardziej wybuchowej formie.
Ale dlaczego właśnie coś takiego chce zrobić? I co na to bogowie?
O jego misji dowiaduje się patrycjusz, który
angażuje Leonarda z Quirmu i magów z Niewidocznego Uniwersytetu, żeby ocalili
świat. Bo, jak się można domyślić, akcja Cohena doprowadzi do zagłady. Tylko
jak tam dotrzeć, zanim Barbarzyńca, który już jest w drodze do celu, pierwszy to
zrobi? Metod jest wiele, ale nie dość, że ekipa powinna dotrzeć żywa, to
jeszcze w miarę możliwości wrócić. No i kto powinien wyruszać? Leonard,
wiadomo, bo ktoś musi zająć się budowaniem pojazdu już w trakcie wyprawy, do
tego Marchewa, bo kto, jak nie on, a Rincewind… cóż, Rincewind nie chce
zgłaszać się na ochotnika, ale jako że wie, że i tak się to dla niego skończy w
ten sposób, więc oszczędzając czasu i nieprzyjemności – zgłasza się. Ale nie
wie jeszcze, co go czeka. Bo ta wyprawa pośle podróżników w miejsca poza
dyskiem i…
Jeśli chodzi o treść, ten tom „Świata Dysku”
łączy w jednej, wielkiej i epickiej, ale jednocześnie dziejącej się dość powoli
akcji tyle, ile tylko zdołał. Mamy magów (Rincewind i bibliotekarz nie zostają
pominięci), mamy Straż Miejską, patrycjusza, Śmierć, Cohena i Srebrną Ordę, Leonarda,
bogów… A wszystko to w akcji przypominającej wczesne przygody Rincewinda, czyli
pokazującej nam jak najwięcej Dysku i co poza nim w serii szalonych przypadków.
Dorzuca wynalazki, smoki, szybką akcję, która jednocześnie dzieje się
stosunkowo powoli – nie pierwszy i nie ostatni pewnie raz – i wszystko to
stłacza na dość niewielkiej ilości stron. Efekt? Często wydarzenia przedstawione
są pobieżnie mimo wszystko, kolejne fragmenty są krótkie a rzecz stawia na to,
by przede wszystkim było na co popatrzeć. I jest. ale i poczytać także, bo
Pratchett serwuje nam całkiem fajną historyjkę, nawet jeśli wiele elementów i
postaci potraktowanych jest dość powierzchownie i bardziej jako fan service,
niż pełnoprawna opowieść. Mniej tu rzeczy skrzy się humorem, mniej jest tak błyskotliwych,
jak to seria ma w zwyczaju momentów, acz nie, że tych elementów zabrakło zupełnie.
A grafika? Wiadomo, nie z każdą wizją postaci
w wykonaniu Kidby’ego się zgadzam, ale nie zmienia to faktu, że gość potrafi rysować,
malować, kolorować i świetnie zrobił to wszystko. Jest realistycznie, jest cartoonowo,
jest widowiskowo i z odpowiedniemu klimatem. Mamy kosmos, mamy zaśnieżone góry,
mamy… wiele różnych rzeczy mamy. Są plansze genialne, są plansze bardzo dobre,
złych nie ma. Tylko czasem co do jakości druku można mieć zastrzeżenia. Niemal wszystkie
grafiki są dobrej jakości, ale widać też, że niekiedy rozdzielczość mogłaby być
lepsza (porównanie tego, co mamy na okładce z tą samą grafiką w środku). Jest jednak
wpadka, której nie powinno tu być – rozpikselowana rozkładówka ze stron 154-155.
Bo takie rzeczy, jak napis, który powinien znajdować się na kartce na obrazku
swobodnie popływa sobie po rysunku jeszcze da się przeżyć. I ja wiem, że od strony
technicznej Pratchett w Polsce to tak średnio zawsze wypadał – świetny przekład
(tu nie jest inaczej), ale korekta zawsze przepuszczała taką masę błędów, że
nawet nie chciało mi się tego wspominać. A tu jeszcze mamy spartaczoną grafikę,
co przy tej cenie jest nieakceptowalne. Okładka też mogłaby być twardsza, bo
album przy czytaniu wygina się i niestety niewygodnie leży w dłoniach. A no i
żal trochę takiego doboru okładki, bo np. takie wydanie Golnacz z 2001 ma
zarówno oryginalną grafikę na pierwszej, jak i czwartej stronie okładki, a nie
coś wziętego ze środka tomu).
Ale nie zmienia to faktu, ze sama opowieść i
rysunki warte są poznania. Przydałoby się jednak, żeby wydawca przygotował
jakieś budżetowe wydanie tego samego – gorszy papier, mniejszy format, ale
zawartość ta sama (są takie wydania, np. travel edition czy paperback od Orion
Publishing Co). Rysunki może nie są mega ważne, ale mamy tu kilka ciekawych
rzeczy dopowiedzianych (nie tylko zatem ilustracje, ale i np. projekty Leonarda
wraz z opisami czy prezentacja smoków) i fajnie łączą się z całością. A całość,
nawet jeśli pospieszona tu, czy przeciągnięta tam, z naciąganymi momentami i
watkami religijnymi, którym brak pewnej dozy dawnej wdzięczności, nadal warta
jest uwagi i poświęcenia jej (niewielkiej ilości, to w zasadzie dłuższe
opowiadanie niż powieść) czasu. Zwłaszcza jako fajne pożegnanie z Cohenem.

Komentarze
Prześlij komentarz