Ostatni bohater – Terry Pratchett, Paul Kidby

BOHATEROWIE OSTATNIEJ AKCJI

 

Nigdy nie nazywałem siebie fanem Pratchetta. Jako, że to kultowy pisarz, ostatecznie kupowałem kolekcję „Świata Dysku”, ale głównie dlatego, że wychodziła tanio, a sama rzecz stanowiła coś, co znać wypada. Dlatego nie ciągnęło mnie nigdy do uzupełnienia braków tej edycji, a potem zacząłem czytać, wsiąknąłem i musiałem kupić „Ostatniego bohatera”. Szkoda, że ta książka nigdy nie wyszła w edycji normalnej. Pięknie wygląda jako bogato ilustrowany, wielki formatem album, ale czytelnicy mieliby wybór. Zresztą taki „Eryk” też zaczynał jako książka ilustrowana, a mamy go w edycji bez grafik. Ale, nie powiem, samo wydanie robi wrażenie, aż chce się sięgnąć, czytać. A zawartość? fabularnie i od strony wykonania to typowy (acz nie najwybitniejszy) tom „Świata Dysku”, tylko krótszy i bardziej nastawiony na akcję od początku do końca. Ale to właśnie szata graficzna stanowi to, co go wyróżnia. Chociaż wydawca pod względem jakości niektórych z nich mógł się postarać, bo trafiają się tu solidne wpadki, a cena niska nie jest.

 

Kiedyś pierwszy bohater ukradł bogom ogień i podarował go ludziom. Teraz ostatni bohater, Cohen Barbarzyńca, w swojej ostatniej akcji, chce… zwrócić go bogom. Tylko w bardziej wybuchowej formie. Ale dlaczego właśnie coś takiego chce zrobić? I co na to bogowie?

O jego misji dowiaduje się patrycjusz, który angażuje Leonarda z Quirmu i magów z Niewidocznego Uniwersytetu, żeby ocalili świat. Bo, jak się można domyślić, akcja Cohena doprowadzi do zagłady. Tylko jak tam dotrzeć, zanim Barbarzyńca, który już jest w drodze do celu, pierwszy to zrobi? Metod jest wiele, ale nie dość, że ekipa powinna dotrzeć żywa, to jeszcze w miarę możliwości wrócić. No i kto powinien wyruszać? Leonard, wiadomo, bo ktoś musi zająć się budowaniem pojazdu już w trakcie wyprawy, do tego Marchewa, bo kto, jak nie on, a Rincewind… cóż, Rincewind nie chce zgłaszać się na ochotnika, ale jako że wie, że i tak się to dla niego skończy w ten sposób, więc oszczędzając czasu i nieprzyjemności – zgłasza się. Ale nie wie jeszcze, co go czeka. Bo ta wyprawa pośle podróżników w miejsca poza dyskiem i…

 

Jeśli chodzi o treść, ten tom „Świata Dysku” łączy w jednej, wielkiej i epickiej, ale jednocześnie dziejącej się dość powoli akcji tyle, ile tylko zdołał. Mamy magów (Rincewind i bibliotekarz nie zostają pominięci), mamy Straż Miejską, patrycjusza, Śmierć, Cohena i Srebrną Ordę, Leonarda, bogów… A wszystko to w akcji przypominającej wczesne przygody Rincewinda, czyli pokazującej nam jak najwięcej Dysku i co poza nim w serii szalonych przypadków. Dorzuca wynalazki, smoki, szybką akcję, która jednocześnie dzieje się stosunkowo powoli – nie pierwszy i nie ostatni pewnie raz – i wszystko to stłacza na dość niewielkiej ilości stron. Efekt? Często wydarzenia przedstawione są pobieżnie mimo wszystko, kolejne fragmenty są krótkie a rzecz stawia na to, by przede wszystkim było na co popatrzeć. I jest. ale i poczytać także, bo Pratchett serwuje nam całkiem fajną historyjkę, nawet jeśli wiele elementów i postaci potraktowanych jest dość powierzchownie i bardziej jako fan service, niż pełnoprawna opowieść. Mniej tu rzeczy skrzy się humorem, mniej jest tak błyskotliwych, jak to seria ma w zwyczaju momentów, acz nie, że tych elementów zabrakło zupełnie.

 

A grafika? Wiadomo, nie z każdą wizją postaci w wykonaniu Kidby’ego się zgadzam, ale nie zmienia to faktu, że gość potrafi rysować, malować, kolorować i świetnie zrobił to wszystko. Jest realistycznie, jest cartoonowo, jest widowiskowo i z odpowiedniemu klimatem. Mamy kosmos, mamy zaśnieżone góry, mamy… wiele różnych rzeczy mamy. Są plansze genialne, są plansze bardzo dobre, złych nie ma. Tylko czasem co do jakości druku można mieć zastrzeżenia. Niemal wszystkie grafiki są dobrej jakości, ale widać też, że niekiedy rozdzielczość mogłaby być lepsza (porównanie tego, co mamy na okładce z tą samą grafiką w środku). Jest jednak wpadka, której nie powinno tu być – rozpikselowana rozkładówka ze stron 154-155. Bo takie rzeczy, jak napis, który powinien znajdować się na kartce na obrazku swobodnie popływa sobie po rysunku jeszcze da się przeżyć. I ja wiem, że od strony technicznej Pratchett w Polsce to tak średnio zawsze wypadał – świetny przekład (tu nie jest inaczej), ale korekta zawsze przepuszczała taką masę błędów, że nawet nie chciało mi się tego wspominać. A tu jeszcze mamy spartaczoną grafikę, co przy tej cenie jest nieakceptowalne. Okładka też mogłaby być twardsza, bo album przy czytaniu wygina się i niestety niewygodnie leży w dłoniach. A no i żal trochę takiego doboru okładki, bo np. takie wydanie Golnacz z 2001 ma zarówno oryginalną grafikę na pierwszej, jak i czwartej stronie okładki, a nie coś wziętego ze środka tomu).

 

Ale nie zmienia to faktu, ze sama opowieść i rysunki warte są poznania. Przydałoby się jednak, żeby wydawca przygotował jakieś budżetowe wydanie tego samego – gorszy papier, mniejszy format, ale zawartość ta sama (są takie wydania, np. travel edition czy paperback od Orion Publishing Co). Rysunki może nie są mega ważne, ale mamy tu kilka ciekawych rzeczy dopowiedzianych (nie tylko zatem ilustracje, ale i np. projekty Leonarda wraz z opisami czy prezentacja smoków) i fajnie łączą się z całością. A całość, nawet jeśli pospieszona tu, czy przeciągnięta tam, z naciąganymi momentami i watkami religijnymi, którym brak pewnej dozy dawnej wdzięczności, nadal warta jest uwagi i poświęcenia jej (niewielkiej ilości, to w zasadzie dłuższe opowiadanie niż powieść) czasu. Zwłaszcza jako fajne pożegnanie z Cohenem.

Komentarze