Nie wiem, czy można powiedzieć, że gdyby TM-Semic
miało wydać tylko jeden komiks z Thorem w roli głównej – a tylko jeden zresztą
wydało – powinna nim być ta historia, ale na pewno „Worldengine” był strzałem w dziesiątkę. Wszystko za sprawą scenariusza Warrena Ellisa, który w
swojej bogatej karierze napisał tylko te cztery zebrane tu komiksy z Bogiem
Piorunów. I chociaż nie są to prace tak znakomite, jak jego czołowe dzieła z
„Authority”, „Planetary”, „Transmetropolitanem” czy „Hellblazerem” na czele, to
wciąż kawał świetnej opowieści, która w dzisiejszych czasach mogłaby zostać
wznowiona i w niczym nie ustępowałby runowi Jasona Aarona, a niejednokrotnie
okazałby się od niego lepsza.
Thor przybył do naszego świata odbudować swoje
życie. Teraz umiera. Nigdy dotąd nie był chory, teraz męczy go straszliwy ból,
pluje krwią… Szykując się na śmierć, starając się nie zarazić nikogo, spisuje
swój pamiętnik i jednocześnie usiłuje znaleźć ocalenie. Ale na horyzoncie pojawia
się zagrożenie. Ożywione trupy. Thor zaś będzie musiał, mimo swojego staniu,
stanąć do walki i odkryć, co naprawdę się dzieje…
Czytając ten album i „Mega Marvela” poświęconego
Kapitanowi Ameryce, trudno jest nie odnieść wrażenia, że ówczesne serie
umieraniem i odradzeniem stały. Teraz zresztą też z tym, że wówczas wyglądało
to zdecydowanie inaczej – lepiej i nie tak wtórnie, jak we wszystkich obecnych
eventach. W „Kapitanie” symbol Ameryki umierał i odżywał już na pierwszych
stronach, tutaj Thor zmaga się ze swoją śmiertelnością. Obu zaś łączy coś
innego – w tych historiach pokazują nam, co znaczy bohaterstwo. I że to nie
moce uczyniły z nich bohaterów, a jedynie pomogły im lepiej wykonywać ich
zadanie.
Zresztą takie ludzkie oblicze Thora bardziej do
mnie przemawia, niż to, co czytam w Marvel Now w obecnych czasach. Tego Thora
się czuje, rozumie, jest nam, bliższy, niż kreacja choćby Aarona. Zresztą reszta
bohaterów też wypada nieźle, a sama akcja jest naprawdę dobra. Nie ma tu
miejsca na nudę, nie ma też czasu na rozpisywanie się o byle czym. Ellis od
razu przechodzi do sedna, nie bawi się w podchody. Seruje nam dobrze
nakreślonego Boga Piorunów (plus ciekawą marvelowską wersję Johna Constantine'a na drugim planie), z miejsca wrzuca nas w wir wydarzeń i prowadzi to
wszystko w dobrym stylu. Nie serwuje nam kontrowersji, z których słynie, jest
łagodny, ale nadal pomysłowy. I pozwala poznać postać i jej świat nowym
odbiorcom, a fanom dać się porwać widowiskowej akcji.
Szata graficzna? Wczesny Deodato, który sporo w
swoim stylu zawdzięczał np. Jimowi Lee, jest mocno przerysowany i… Właśnie,
kobiety mają długie nogi i ciała seksowne w sposób najbardziej sztuczny z
możliwych. Postacie wyglądają jak lalki, przybierają pozy, których normalnie
się nie przybiera, a ich wygląda jest przeidealizowany. A jednak ma to swój urok,
tła są znakomite, a Deodato nawet w takim wykonaniu już coś w sobie ma.
I chociaż od premiery tego albumu minęło już ćwierć
wieku, „Thor: Worldengine” to dla mnie wciąż jeden z najlepszych komiksów o tym
bohaterze wydanych po polsku. I kolejna rzecz, której wznowienia sobie i Wam
bym życzył.




Komentarze
Prześlij komentarz