Thor: Worldengine – Warren Ellis, Mike Deodato Jr.

THOR: KONIEC I ODRODZENIE

 

Nie wiem, czy można powiedzieć, że gdyby TM-Semic miało wydać tylko jeden komiks z Thorem w roli głównej – a tylko jeden zresztą wydało – powinna nim być ta historia, ale na pewno „Worldengine” był strzałem w dziesiątkę. Wszystko za sprawą scenariusza Warrena Ellisa, który w swojej bogatej karierze napisał tylko te cztery zebrane tu komiksy z Bogiem Piorunów. I chociaż nie są to prace tak znakomite, jak jego czołowe dzieła z „Authority”, „Planetary”, „Transmetropolitanem” czy „Hellblazerem” na czele, to wciąż kawał świetnej opowieści, która w dzisiejszych czasach mogłaby zostać wznowiona i w niczym nie ustępowałby runowi Jasona Aarona, a niejednokrotnie okazałby się od niego lepsza.

 

Thor przybył do naszego świata odbudować swoje życie. Teraz umiera. Nigdy dotąd nie był chory, teraz męczy go straszliwy ból, pluje krwią… Szykując się na śmierć, starając się nie zarazić nikogo, spisuje swój pamiętnik i jednocześnie usiłuje znaleźć ocalenie. Ale na horyzoncie pojawia się zagrożenie. Ożywione trupy. Thor zaś będzie musiał, mimo swojego staniu, stanąć do walki i odkryć, co naprawdę się dzieje…

 

Czytając ten album i „Mega Marvela” poświęconego Kapitanowi Ameryce, trudno jest nie odnieść wrażenia, że ówczesne serie umieraniem i odradzeniem stały. Teraz zresztą też z tym, że wówczas wyglądało to zdecydowanie inaczej – lepiej i nie tak wtórnie, jak we wszystkich obecnych eventach. W „Kapitanie” symbol Ameryki umierał i odżywał już na pierwszych stronach, tutaj Thor zmaga się ze swoją śmiertelnością. Obu zaś łączy coś innego – w tych historiach pokazują nam, co znaczy bohaterstwo. I że to nie moce uczyniły z nich bohaterów, a jedynie pomogły im lepiej wykonywać ich zadanie.

 


Zresztą takie ludzkie oblicze Thora bardziej do mnie przemawia, niż to, co czytam w Marvel Now w obecnych czasach. Tego Thora się czuje, rozumie, jest nam, bliższy, niż kreacja choćby Aarona. Zresztą reszta bohaterów też wypada nieźle, a sama akcja jest naprawdę dobra. Nie ma tu miejsca na nudę, nie ma też czasu na rozpisywanie się o byle czym. Ellis od razu przechodzi do sedna, nie bawi się w podchody. Seruje nam dobrze nakreślonego Boga Piorunów (plus ciekawą marvelowską wersję Johna Constantine'a na drugim planie), z miejsca wrzuca nas w wir wydarzeń i prowadzi to wszystko w dobrym stylu. Nie serwuje nam kontrowersji, z których słynie, jest łagodny, ale nadal pomysłowy. I pozwala poznać postać i jej świat nowym odbiorcom, a fanom dać się porwać widowiskowej akcji.

 


Szata graficzna? Wczesny Deodato, który sporo w swoim stylu zawdzięczał np. Jimowi Lee, jest mocno przerysowany i… Właśnie, kobiety mają długie nogi i ciała seksowne w sposób najbardziej sztuczny z możliwych. Postacie wyglądają jak lalki, przybierają pozy, których normalnie się nie przybiera, a ich wygląda jest przeidealizowany. A jednak ma to swój urok, tła są znakomite, a Deodato nawet w takim wykonaniu już coś w sobie ma.

 

I chociaż od premiery tego albumu minęło już ćwierć wieku, „Thor: Worldengine” to dla mnie wciąż jeden z najlepszych komiksów o tym bohaterze wydanych po polsku. I kolejna rzecz, której wznowienia sobie i Wam bym życzył.

Komentarze