środa, 20 stycznia 2021

Alien. Oryginalny scenariusz – Dan O'Bannon, Christiano Seixas, Guilherme Balbi

OBCY: ÓSMY PASAŻER „SNARKA”

 

Tę historię zna chyba każdy – nawet jeśli jakimś cudem jeszcze jej nie widział, na pewno o niej słyszał. Teraz, za sprawą komiksu, każdy może przekonać się jak pierwotnie miała wyglądać, zanim scenariusz przeszedł ostateczne poprawki. I chociaż nic nie zastąpi wybitnego filmu Ridleya Scotta, warto tę wersję opowieści poznać i raz jeszcze przeżyć opowieść o zmaganiach załogi kosmicznego statku z tajemniczym, morderczym kosmicznym bytem. A przy okazji to bezcenny skarb dla prawdziwych miłośników sagi, który daje im szansę odkrycia opowieści takiej, jaka zrodziła się w umyśle scenarzysty na samym początku.

 

Frachtowiec Snark wraca z kosmicznej misji wydobywczej na Ziemię. Podróż przebiega bez zakłóceń do chwili, kiedy załoga odbiera sygnał nieznanego pochodzenia. Czyżby w kosmosie istniało inteligentne życie? Wszyscy mają nadzieję, że tak i uda im się nawiązać pierwszy kontakt z obcymi, dlatego obierają kurs na opuszczoną planetoidę. To, co jednak zaczyna się jakże obiecująco, bo odkryciem obcego pojazdu i starożytnej piramidy, zmienia się w koszmar, którego nikt z załogi może nie przetrwać…

 

Dan O'Bannon pierwszą wersję scenariusza „Obcego” napisał w roku 1976, chcąc przerobić swój wcześniejszy, komediowy film „Dark Star” na rasowy horror. Inspirował się przy tym żelazna klasyką kina SF z lat 50., w tym m.in., „Zakazaną planetą”. Zrodziła się z tego fabuła, która zanim trzy lata później trafiła w końcu na kinowe ekrany, przeszła wiele zmian (ostateczny kształt filmu stał się zasługą zarówno jego reżysera, Ridleya Scotta, producentów, jak i współscenarzysty Ronalda Shusetta), stając się jednym z najlepszych obrazów science fiction w dziejach. Realistycznym, przekonującym, bardzo zwyczajnym w swej niezwykłości i skupionym  na klimacie.

 


Teraz, po latach, scenarzysta komiksowy Christiano Seixas, postanowił odgrzebać pierwotny scenariusz O’Bannona sprzed wszelkich zmian i przedstawić go w formie komiksu. I dobrze, że tak się stało, bo to kawał świetnej opowieści. Jakże różnej od kinowego hitu, ale jednocześnie bardzo mu bliskiej. O zmianach nie chcę się wypowiadać, bo ich odkrywanie stanowi sedno lektury, ale tutaj nawet Obcy ma zupełnie inny wygląd, niż ten zaprojektowany potem przez H. R. Gigera. Inny jest też klimat, chociaż to głównie zasługa rysownika, ale zabawa jest naprawdę znakomita, nawet jeśli każdy czytelnik przyzna, że dobrze się stało, iż niektóre sceny zostały wyrzucone z wersji filmowej.

 

Scenariusz to pełna akcja opowieść SF, w której nie brak intrygujących kwestii i świetnych pomysłów, którą czyta się jednym tchem. O wiele lepiej, niż większość komiksów z Alienami czy powieściowe adaptacje filmów. Jeśli zaś chodzi o rysunki, to te są udane, chociaż cała opowieść zyskałaby, gdyby wykonać ją w bardziej oldschoolowy, klasycznym stylu, uzupełnionym o stonowaną kolorystykę i realizm rodem z „Sagi o Potworze z Bagien” czy pierwszych tomów „Sandmana”. Na szczęście to, co dostajemy też ma swój urok. Dostosowane do naszych czasów, oferuje dość realistyczną, choć jednocześnie uproszczoną pod względem designu postaci szatę graficzna, pełną popisów wyobraźni i komputerowych fajerwerków. Odpowiedzialnemu za ilustracje Guilherme Balbiemu udaje się zaserwować nam sporo klimatycznych scen, a całość jest dynamiczna i miła dla oka.

 


Jako całość zaś, „Alien. Oryginalny scenariusz” (szukajcie go w ofercie księgarni TaniaKsiazka), to rzecz która musi koniecznie znaleźć się na półce każdego fana Obcych i pozycja godna polecenia wszystkim miłośnikom science fiction. Razem z wydanym wcześniej komiksem „Alien 3. Oryginalny scenariusz” (trójka bowiem to część, która od przeszła takie zmiany, że to, co ostatecznie widzieliśmy w kinach, niewiele przypominało pierwotny scenariusz) stanowi doskonały dodatek do alienowej kolekcji. Ale i bardzo dobrze sprawdza się jako samodzielne dzieło.

 

Sprawdźcie też inne komiksy i nowości w księgarni TaniaKsiazka.pl.





Dragon Ball Super #68: Granolah, The Survivor – Akira Toriyama, Toyotarou

OCALAŁY GRANOLA

 

Poprzedni rozdział „Dragon Balla Super” dopiero zaczął nas wprowadzać w sagę „Ocalałego Granoli”, kończąc wpierw wątki z poprzedniej opowieści. Już wtedy jednak dało się powiedzieć, że to będzie dobra historia. Teraz, kiedy wydarzenia w końcu nabierają tempa, wreszcie z pełnym przekonaniem mogę rzez, że warto było na tę story arc czekać, bo Toriyama chyba wreszcie naprawdę odzyskał to, co sprawiało, że klasyczne „Smocze kule” były tak znakomite.

 

Kiedy spełniająca życzenia rybka cierpi na bezsenność… może to nic nie oznaczać. Ale równie dobrze może oznaczać coś wielkiego i strasznego. Gokū i Vegeta, którzy ćwiczą na planecie Piwusa nie wiedzą jeszcze, co na nich czeka…

Tymczasem łowca nagród Granola wykonuje kolejną misję. Wciąż jednak nie może zapomnieć o koszmarze, jaki go spotkał – masakrze dokonanej przez Saiyan na zlecenie Frizera, której nie może pomścić bo ani Saiyanie, ani Frizer już nie żyją. Co się jednak stanie, gdy Granola dowie się, że jednak ten, który stał za rzezią żyje? I jaki cel w poinformowaniu o tym ma jego pracodawca?

 

Cały „Dragon Ball Super” to, chyba śmiało można tak rzecz, powtórka z rozrywki. Pierwsza jego saga, czyli „Bitwa bogów”, stanowiła powtórkę z pierwszego starcia Gokū z Piccolo (który też był przecież na swój sposób boski, jako cząstka ziemskiego boga). „Zmartwychwstanie ‘F’” było niczym innym, jak kopią „Sagi Frizera”. Potem mieliśmy kolejny turniej sztuk walki, po nim powtórkę z losów Trunksa z przyszłości, a wreszcie kolejny turniej, bardziej epicki, ale nadal taki sam, jak inne turnieje, z bardziej niż większość z nich oczywistym zakończeniem. Potem mieliśmy okazję powrócić do tematu Broly’ego, znanego z dawnych dragonballowych filmów, a po nim czekała nas „Saga Więźnia Galaktycznego Patrolu” – pierwsza oryginalna, ale niestety nie powalająca na kolana. Wszystko przez to, że Toriyama zatracił już zdolność tworzenia fascynujących przeciwników, a na tym opiera się połowa sukcesu bitewniaków.

 


Ale historia Granoli to powrót Toriego do tego, za co go kochaliśmy. Dobrze zaprojektowane nowe postacie, dobry klimat (przypominający m.in. „Sagę Frizera”, ale dzięki humorowi – zasługa Jaco! – dobrze się broniący) i konkretna akcja dają nam dobrą opowieść. I taką dobrą opowieścią jest ten rozdział. Tu bowiem, to co stare, łączy się z tym, co nowe. Wraca część dawnej jakości, mniej jest powtórek, za to dużo lekkości i humoru, co stanowiło zawsze siłę mang Toriyamy. Do tego mamy sporo dynamizmu i tradycyjnie świetne rysunki Toyotarou, który zachowując styl mistrza, uzupełnił go o to, czego leniwy przecież Toriyama (czego nigdy nie krył), unikał – detale, bardzo zagęszczone kadry i więcej efektów, z rastrami włącznie.

 

I chyba dodawać już nic nie muszę. Fani „Dragon Balla” powinni poznać tę opowieść, bo jest tego warta i daje nadzieję, że seria „Super” nie tylko szybko się nie skończy, ale i – a może przede wszystkim – da nam to, za co tak bardzo kochaliśmy stare „DB”, a czego w nowych tomach nieco brakowało. Nieważne jednak jak będzie, sam fakt, że Toriyama wrócił do „Smoczych kul” po latach cieszy, bo nawet w najsłabszych momentach, seria nigdy nie zeszła poniżej pewnego, bardzo dobrego poziomu, który bawi lepiej, niż większość bitewniaków dostępnych na rynku.

Strażnicy Galaktyki #2: Jeźdźcy na niebie – Gerry Duggan, Frazer Irving, Mike Hawthorne, Chris Samnee, Greg Smallwood, Rod Reis, Roland Boschi, Terry Pallot

STRAŻNICY Z TAJEMNICAMI

 

Każdy, kto czytał „Strażników Galaktyki” z Marvel Now z pewnością przyzna, że były świetną serią. Może i nie najlepszą w dorobku odpowiedzialnego za nią Bendisa, może nie tak świetną, jak dwa pozostałe pisane przez niego cykle („All-New X-Men” i „Uncanny X-Men”), ale naprawdę znakomitą. Teraz przygody tej szalonej ekipy trafiły w ręce znanego z „Deadpoola” Gerry’ego Duggana i chociaż już tak dobre nie są, to przyzwoita rozrywka, której największym pozytywem jest to, że stara się wpasować w klimat kinowych filmów o Strażnikach Galaktyki.

 

Sekrety nigdy nie są niczym dobrym. Tajemnice, które skrywają Strażnicy Galaktyki niemal zniszczyły ich drużynę. Trzeba więc coś z tym zrobić i odpowiedzieć na kilka pytań. A tych się przecież namnożyło. Gamora coś ukrywa, ale co takiego? Drax Niszczyciel odrzucił przemoc i zrezygnował z walki, ale co jest tego przyczyną? Groot nie rośnie, a Rocket obwinia o to siebie, jaka jest jednak prawda i dlaczego tak myśli? Ale pytania to wcale nie koniec problemów, bo już na horyzoncie czai się konflikt między odrodzonym Korpusem Nova, a Bractwem Raportów…

 

Lubię serię „Deadpool”, nad którą Duggan współpracował, ale nie oszukujmy się, cykl ten miał równie wiele dobrych, co przeciętnych tomów. Czasem ich humor śmieszył, czasem nie, czasem bawiłem się wyśmienicie, czasem skakanie od jednego zeszytu do drugiego irytowało brakiem konsekwencji. „Strażnicy Galaktyki” w wykonaniu tego scenarzysty, którzy trafili do mnie dzięki uprzejmości księgarni TaniaKsiazka,  plasują się gdzieś pomiędzy. To dobry rozrywkowy komiks środka, który wypełniony jest akcją i – w mniejszym stopniu – żartami. Na kolana może nie powala, ale bynajmniej nie zawodzi i nie pozwala się nudzić.

 


Co więcej można powiedzieć o tym tytule? Choćby to, że komiksy zebrane w tym albumie oferują konkretną, szybką akcję, przygody, humor, niebezpieczeństwa  itd., itd., a wszystko to podane w sposób lekki, przyjemny i szybki w odbiorze. Warto tu także nadmienić, że Duggan chciał zrobić jak najbardziej imponującą i bliską kinowym blockbusterom opowieść. I całkiem dobrze mu to wyszło, dzięki czemu „Strażnicy Galaktyki” od Marvel Now 2.0 przypominają jeden z kosmicznych eventów tego wydawnictwa, co jest jak najbardziej in plus.

 

Szata graficzna? W tym tomie jest mocno różnorodna, bo stworzona przez siedmiu artystów. Niektóre grafiki są mniej udane (Frazer Irving), niektóre bardziej (Mike Hawthorne, Greg Smallwood, Rod Reis), ale jako całość album jest udany. Jeśli czytaliście poprzednie tomy, polecać Wam nie muszę, bo na pewno chcecie dostać odpowiedzi na postawione wcześniej pytania (ale czy je dostaniecie, to już musicie odkryć sami). Ale kto lubi kosmiczne opowieści z humorem, śmiało może sięgnąć. Nie zawiedzie się.

 

Sprawdźcie też inne komiksy i nowości w księgarni TaniaKsiazka.pl.





wtorek, 19 stycznia 2021

Yotsuba! #12 - Kiyohiko Azuma

CUKIEREK ALBO PSIKUS

 

Niedawno pisałem, że „Dobranoc, Punpunie” to najlepsza seria, jaką ma w swojej ofercie wydawnictwo Kotori. A co znajduje się na drugim miejscu ich publikacji? Oczywiście genialna „Yotsuba!”, która jednocześnie stanowi nie tylko najlepszą komedię z jego oferty, ale i jedną z najlepszych humorystycznych serii w dziejach mangi. Najnowszy jej tom zaś tylko potwierdza po raz kolejny, że cykl ten znać warto, bo niewiele rzeczy potrafi rozbroić czytelnika z taką mocą i skutecznością.

 

Co w tym tomie czeka na naszą szaloną dziewczynkę? Tygrys podejmuje się nauczenia jej wiązania kokardy. Ważniejsze jednak jest to, co nadciąga, czyli Halloween. Yotsuba już cieszy się na przebieranie, ale i zbieranie słodyczy. Tylko, że tata twierdzi, że słodycze są niezdrowe! Na koniec zaś na naszą bohaterkę czeka niezwykłe wydarzenie – biwak! Co ją jednak na nim spotka? I co z niego wyniesie?

 

„Yotsuba!” to jakże niepozorna seria. Ot kolejna opowieść o dziecku, które próbuje poradzić sobie z problemami, jakie zsyła mu świat i inni ludzie, można by powiedzieć. Ile było już takich opowieści? Ile dzieci przeszło do historii popkultury? I ile podobnych pytań jeszcze muszę zadać, by pokazać Wam, jak niewiele dzieliło dzieło Azumy od stania się kopią podobnych mu tworów czy utonięcia w morzu tego typu historii. Na szczęście to, co wyszło spod jego ręki, okazało się tak doskonałe, że pobiło zdecydowaną większość konkurencji i sprawiło, że „Yotsuba!” stała się jedna z tych mang, które absolutnie każdy powinien poznać. Nie ważne czy ma dziesięć, pięćdziesiąt czy sto lat.

 

Skąd ta siła tej serii? A z prostej przyczyny: geniuszu autora w przemienianiu codziennych spraw i wydarzeń, które dla nas są normalnością, w prawdziwie gigantyczne wyzwania dla głównej bohaterki. Azuma, zupełnie jak sama Yotsuba, wynajduje w normalności rzeczy, na które my byśmy nie zwrócili uwagi, próbując je wytłumaczyć na sposób rozumienia dziecka, które właściwie niczego nie rozumie i odkrywa w nich rzeczy autentycznie rozbrajające. Co więcej u niego rozbroić potrafi dosłownie wszystko, nie tylko humor sytuacyjny czy słowny.

 


I tu docieramy do rysunków, które są iście perfekcyjne, choć nas pierwszy rzut oka wyglądają bardzo prosto. Spójrzcie tylko na miny Yotsuby albo na to, jak wygląda zamknięta w śpiworze czy przebrana za dynię. Wyraz jej twarzy czy jej gesty (swoją drogą, by odróżnić ją od innych postaci, autor rysuje ją w sposób prostszy i bardziej cartoonowy, niż resztę) – trudno się nie zaśmiać, ale i trudno też nie ulec urokowi Yotsuby (tak, jako bohaterki, jak i serii). I to właśnie wielka siła tego komiksu. Siła rozbrajania czytelnika, który siada by chwilę poczytać, a potem orientuje się, że nie może odłożyć tomiku na półkę przed jego skończeniem.

 

Jednocześnie wszystko to nie jest wcale głupie. A przy okazji zupełnie inaczej opowieść odbiorą dzieci, inaczej młodzież, a w jeszcze inny sposób dorośli. Dlatego polecam ją każdemu i z niecierpliwością czekam na ciąg dalszy.

 

Tytuł kupicie tutaj:




poniedziałek, 18 stycznia 2021

Dobranoc, Punpunie #4 - Inio Asano

ŻYCIE, KTÓRE NAS GWAŁCI

 

Wydawnictwo Kotori ma w swojej ofercie wiele świetnych tytułów mangowych. Jeden z nich jednak bije na głowę je wszystkie, a mowa oczywiście o genialnej serii Inio Asano, „Dobranoc, Punpunie”. Serii tylko dla dorosłych – i to na dodatek tych, którzy szukają mocnych, głębokich i poruszających tak emocjonalnie, jak i intelektualnie opowieści – ale absolutnie wartych polecenia każdemu.

 

O czym jest ta historia? O życiu. O dojrzewaniu kogoś, kto dojrzały – przynajmniej emocjonalnie – być nie potrafi. Punpun w swoim życiu przeżył już wiele, chociaż pozostaje wciąż młody. Większość z tego to były jednak straty i porażki, przetykane seksualnymi fascynacjami i rozmowami z tym, co nasz bohater uważa za Boga. Co teraz na niego czeka? Co przyniesie los i kolejne dni? I w jakie kolejne tarapaty wpakuje się nasz bohater?

 

Spotkałem się z wieloma słowami krytyki odnośnie mang Inio Asano. Wielu czytelników – definitywnie mocno niedojrzałych i niegotowych na takie dzieła – sarkała na nadmiar erotyki czy wulgarności. I najwyraźniej nie była w stanie przebić się przez tę powierzchowność w kierunku tego, co w dziełach autora najważniejsze – czyli prawdziwego życia. Życia brudnego i wulgarnego, życia, które przecież zawsze obraca się wokół seksu (obejrzyjcie jakiś film, przeczytajcie książkę czy komiks – nawet te młodzieżowe, superbohaterskie, gdzie biuściasta bohaterki w obwisłych kostiumach prężą swoje nienaturalne ciała, by się o tym przekonać). Ale też i życia ponurego, depresyjnego, w którym zawsze czeka nas więcej zawodów, niż pozytywnych zaskoczeń. Które więcej zabiera, niż daje. I które prędzej nas zgwałci i zostawi zmasakrowanego na poboczu, niż pogłaszcze po głowie.

 


I dlatego „Dobranoc, Punpunie” (po japoński imię bohatera oznacza zarówno wściekłość / gniew, jak i intensywny zapach) tak mocno przemawia do serca i umysłu. To prosta opowieść o rodzinie, miłości, dojrzewaniu, nienawiści, seksie, ludziach i świecie. Przełamana tym, co można uznać za fantastykę, ale równie dobrze i za omamy, intryguje tym bardziej i na takiej samej zasiądzie, na jakiej intrygowały seriale pokroju „Wilfred”, gdzie to, co niezwykłe, stawało się częścią życia w iście przerażający swą naturalnością sposób. Asano wszystko to łączy w porywającą i poruszającą całość, która pod każdym względem stanowi jedną z najlepszych serii mangowych dostępnych na polskim rynku.

 

Także pod względem graficznym. Jego prace to rzadko spotykany nawet na japońskim rynku hiperrealizm, pełen mroku i doskonałego uchwycenia właściwie wszystkiego, co uchwycone zostać powinno. Tu nawet celowe uproszczenia są po prostu rewelacyjne dla oka. Nad każdą stroną czytelnik chce – i powinien – się zatrzymać. Chce się zanurzyć, podziwiać, zachwycać. Bo nawet jeśli patrzy na skrajny brud, jest to brud piękny i fascynujący. Czyli taki, jak cała ta manga. Kto jeszcze jej nie czytał, powinien nadrobić to koniecznie. ale uwaga, po wszystkim pozostanie takie uczucie niedosytu, że będziecie od razu chcieli załapać za wszystkie inne prace Asano. A i tak wraz będzie Wam ich mało.

 

Tytuł kupicie tutaj:




Nowi Mutanci (DVD)

CZAS NA MŁODYCH

 

Nowi mutanci to produkcja, która przemknęła przez świat bez większego echa. Więcej mówiło się o niej w czasach, kiedy to na przemian zapowiadano, że się pojawi, albo że nie pojawi się nigdy. Ostatecznie film miał swoją premierę w sierpniu 2020 roku i zarobił o wiele mniej, niż kosztował (zyski przy budżecie 67-80 milionów dolarów wyniosły niecałe 47 milionów), a teraz powraca w wydaniu DVD. Czy warto po niego sięgnąć? Co ma w sobie dobrego, a na jakim polu zawiódł?

 

Zanim odpowiem na te pytania, kilka słów o samej fabule. Danielle "Dani" Moonstar, Samuel "Sam" Guthrie, Illyana Rasputin, Roberto "Bobby" da Costa i Rahne Sinclair to grupa nastolatków obdarowanych mocami w wyniku mutacji. By nie zagrażać nikomu, zostają odizolowani w tajnym ośrodku. Tak przynajmniej wydaje się na początku. Prawda jest jednak taka, że w ich uwięzieniu kryje się coś więcej, a zło, z którymi przyjdzie im się zmierzyć, woli by pozostali zamknięci. Co się stanie, gdy młodzi herosi dowiedzą się o tym?

 

Powszechnie mówi się, że Nowi mutanci to najgorszy film z serii X-Men, ale wcale tak nie jest. Co prawda nawet współtwórca komiksowej serii o tym tytule, Bob McLeod, narzekał na film (a głównie na kwestię wybielenia Roberto – co we współczesnym kinie, gdzie nawet białych historycznych bohaterów zastępuje się czarnoskórymi aktorami jest rzadkością), ale prawda jest taka, że seria ma gorsze filmy. Poprzednia odsłona cyklu, czyli Dark Phoenix, nie była za dobra, ale nadal najsłabszym obrazem o marvelowskich mutantach pozostaje Wolverine – niby oparty na miniserii Claremonta i Millera, ale zmieniający ją nie do poznania, zabijający cały klimat i będący po prostu nudnym kinem akcji.

 


Nowi mutanci zaś to taka młodzieżowa fantastyka z porcją grozy, jakiej na rynku wiele. Fabularnie na kolana nie powala, ale i nie zawodzi szczególnie, bo chyba nikt nie oczekiwał złożonej treści, ważkich problemów społecznych czy przesłania. Który obraz z serii zresztą zawierał tego typu elementy? (nie mówcie tylko, że Logan, bo ten mocno przereklamowany film był dowodem na to, że co prawda wystarczy zwolnić tempo i wrzucić trochę przekleństw i krwi by niewymagający widz uznał kino za ambitne, ale na pewno nie usatysfakcjonuje to wymagających kinomanów). New Mutrnats nie mają takich ambicji. Chcą bawić i robią to całkiem przyzwoicie.

 


Owszem, nic tu nie zaskakuje, nic nie zachwyca, ale półtorej godziny seansu mija nam bez nudy. Przyzwoite aktorstwo, nie najgorsze efekty, fabuła niewymagająca myślenia i szybkie tempo sprawiają, że jako kino do obejrzenia z paczką przyjaciół, kiedy zajadacie się popcornem i śmiejecie z absurdów pojawiających się na ekranie, sprawdza się dobrze. Jeśli zaś chodzi o wydanie DVD, bo ono interesuje nas w tym momencie najbardziej, to niestety na płycie czeka na Was goły film, bez dodatków. Nie są one co prawda potrzebne, ale byłyby całkiem miłym akcentem dla fanów.

 

Reasumując: jeśli lubicie kino superhero, śmiało możecie obejrzeć Nowych mutantów. Wbrew pozorom to nie najgorsza część X-Men, a na tle wielu filmów superbohaterskich (że wspomnę m.in. Daredevila, Elektrę, dwa ostatnie Punishery czy nawet oba Hulki i Ant-Mana) wypada dobrze. I można go obejrzeć bez znajomości wszystkich filmów o X-Men.

 

Dziękuję dystrybutorowi filmu, firmie Galapagos, za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

 



Recenzja ukazała się wcześniej na portalu Planeta Marvel.

niedziela, 17 stycznia 2021

Punisher Kills the Marvel Universe – Garth Ennis, Doug Braithwaite

WYKOŃCZYĆ SUPERBOHATERÓW MARVELA

 

„Punisher Kills the Marvel Universe” to jedna z wariacji, daleka od kanonu. To tylko czysta zabawa, utrzymana w klimacie takich dzieł, jak pięćdziesiąty zeszyt „Lobo”, gdzie tytułowy heros zabija niemal całe uniwersum DC. Nie ma tu głębi, nie ma zaskoczeń, ale jest całkiem przyzwoita zabawa motywami, chociaż czasem aż prosiło się o coś więcej.

 

W trakcie walki superbohaterów z wrogami z kosmosu, ginie rodzina Franka. Zrozpaczony Castle z miejsca morduje Cyclopsa i kilku innych bohaterów i wkrótce zostaje skazany na dożywocie. Z więzienia wyciąga go stojący na czele ludzi pokrzywdzonych przez walki herosów mężczyzna i zleca zabicie wszystkich ludzi z supermocami. Frank zaczyna masakrę...

 

Na pierwszy rzut oka zeszyt ten zachęca już okładką, dając nadzieję na zabawę jaką znamy z innych bardziej rozrywkowych komiksów Ennisa, ale jak się szybko przekonujemy, środek jest zupełnie inny. Nie graficznie, bo wszystko tu do siebie pasuje, chociaż i na tym polu komiks nie powala – ot czysta, prosta, typowa dla lat 90. XX wieku robota – ale fabularnie. Bo po Ennisie spodziewamy się wiele nawet w lekkiej odsłonie a tymczasem dostajemy… Właśnie

 


Scenariusz niestety pasuje idealnie do szaty graficznej. Niby nadal jest to Ennis i nie brak mu przebłysków inwencji, ale... Cóż, nie ma w tym komiksie nic oryginalnego. Jest puszczanie oka, jest zabawa motywami, ale brakuje siły wyrazu. Brak jakichś głębszych przemyśleń, a skoro ich nie ma, czytelnik liczy na szaloną jazdę bez trzymanki. Ale tej szalonej jazdy tu nie ma. Masakra jest, ale łagodna, kontrowersje nie istnieją, a całość jest zachowawcza. Swój urok ma, fanów znajdzie, ale nikogo nie zachwyci.

sobota, 16 stycznia 2021

Miles Morales: Spider-Man #18-19 - Saladin Ahmed, Javier Garrón

PIERWSZA SAGA KLONÓW MILESA

 

Na kwiecień tego roku Marvel zapowiedział „Clone Sagę” Milesa Moralesa. Wszystko jednak zaczęło się dużo wcześniej, bo we wrześniu minionego roku, kiedy to w dwóch zeszytach serii „Miles Morales: Spider-Man” po raz pierwszy pojawił się temat klonów. Niestety, przedstawiona w nich historia daleka jest od satysfakcjonującej i nieszczególnie pozytywnie nastraja na ciąga dalszy. I to wcale nie dlatego, że właściwie wyrwana jest ze środka innych wydarzeń.

 

Wszystko zaczyna się, kiedy Miles wraca do domu i zostaje zaatakowany przez przeciwnika ubranego w jego spidermanowy strój. Kim jest wróg? Jedno jest pewne – posiada takie same moce jak on! Miles nie wie jeszcze, że to jego klon powstały w wyniku eksperymentów, którym był poddany jakiś czas temu, ani do czego go to wszystko doprowadzi.

Tymczasem jego rodzice zostają zaatakowani przez tajemniczy oddział. Kim są przeciwnicy i jaki cel im przyświeca? A jakby tego było mało uczniowie Brooklyn Visions Academy postanawiają zbuntować się przeciw rządom zaprowadzonym w placówce przez C.R.A.D.L.E. Wpadają jednak w kłopoty, z którymi sami na pewno sobie nie poradzą…

 

Sporo wydarzeń? Sporo akcji? Po powyższym opisie może wydawać się, że tak właśnie jest, ale niestety to, co dostajemy na stronach tych zeszytów jest proste, jak drut i niczym nie zaskakuje. Na dodatek ma w sobie sporo sztampy i chociaż trafiamy w sam środek wydarzeń (część z nich jest mocno powiązana z dziejącym się w ogóle świecie Marvela „Outlawed”, reszta z tzw. „Ultimatum Sagą” dziejącą się na łamach serii „Miles Morales: Spider-Man”), wszystko tu jest jasne i tak proste, że aż prostackie. Owszem, nie kończy się w tym miejscu, przed nami jeszcze sporo akcji, ale po lekturze jakoś nie mam większej ochoty się w nią zanurzać.

 


Pierwszy zeszyt to właściwie szybka akcja, gdzie chwilę Miles okłada się po gębie ze swoim klonem, chwilę możemy obserwować protesty polityczne w szkole, ujęte w dość tandetny sposób, z którego nie wynika nic ponad to, że zapychają nieco miejsca (a aż prosiło się o głębię i zaangażowanie w jakieś ważkie sprawy), chwilę mamy do czynienia z atakiem na rodziców Moralesa i… koniec. Drugi zeszyt jest inny, ale nie lepszy. Dużo gadania o niczym jakoś bardzo nie nudzi, ale sceny, kiedy Miles poznaje w końcu prawdę o Ultimatumie, to tandeta. Wróg, niczym w najgorszych tanich kryminałach sprzed kilku dekad, wyjaśnia mu wszystko krok po kroku, co jest wręcz żenujące. Myślałem, że tego typu schematy już dawno porzucono, bo od dziesięcioleci były takim kiczem, że nikt przy zdrowych zmysłach nie powielał ich na poważnie, a jednak. Reszta to znów akcja, z której niewiele wynika i swoiste wprowadzenie w kolejne wydarzenia, ale te znów wydają się być takim kiczem i powtórką z rozrywki, że szkoda na nie czasu.

 

Owszem czyta się to szybko i bez nudy, a ilustracje są udane, ale co z tego, skoro zaraz o wszystkim się zapomina? A na dodatek te dwa zeszyty odpychają wtórnością? W czasach, kiedy serię pisał Brian Michael Bendis, oferowała ona wszystkie najważniejsze klasyczne pajęcze wątki odświeżone i odpracowane niemal do perfekcji. W czasach, gdy „Milesa Moralesa” pisze Saladin Ahmed dostajemy jedynie przeciętną kopię tego, co już było, podaną bez większej inwencji. Po zeszytach takich, jak te żałuję, że bohaterowie świata „Ultimate” nie odeszli wraz z jego zniszczeniem w „Tajnych wojnach” – a zarazem wraz z odejściem Bendisa, który powinien zostać jedynym autorem „Ultimate Spider-Mana”. Reszta twórców, jak widać, jedynie zabija to, co z zapałem i pasją Bendis budował przez półtorej dekady.

piątek, 15 stycznia 2021

Amazing Spider-Man: Clone Saga

MAKSYMALNE KLONOWANIE

 

Marvel zapowiedział właśnie powstanie nowej „Sagi klonów”, piątej już z kolei i drugiej przeznaczonej dla Spider-Mana ze świata „Ultimate”. Pojawiła się więc dobra okazja by przyjrzeć się poprzednim opowieściom z tej serii i ich losom. Nie pod względem fabularnym (choć jeśli będziecie mili ochotę, przygotuję i taki przekrojowy tekst), ale bardziej wydawniczym, przybliżając czym pierwotnie miały być zanim stały się tym, czym się stały.

 

ORYGINALNA SAGA KLONÓW

Pierwsza „Saga klonów” pojawiła się w 1975 roku, kiedy wydawcy zażądali by Gerry Conway, scenarzysta, który dwa lata wcześniej zabił na stronach „The Amazing Spider-Man” #121 Gwen Stacy,  przywrócił ją. Fani, którzy dotąd – kolokwialnie mówiąc – mieli ją gdzieś, nagle wpadli we wściekłość i Marvel w końcu musiał odzyskać dla serii ukochaną Patera Parkera. Conway jednak, zamiast ożywiać ją, zaprezentował nam jej klona, a nawet poszedł dalej: sklonował Petera, zmuszając go do konfrontacji z drugą wersją samego siebie. To doprowadziło do chwilowego wahania Petera czy jednak jest prawdziwym sobą, czy może klonem. Ostatecznie kwestię tę rozstrzygnięto zaraz potem i nikt nie sądził, że kiedyś powróci. I tylko od czasu do czasu twórcy podejmowali temat, a to serwując nam postać Carriona – nieudanego klona Jackala – a to przywracając Gwen w trakcie „Revolutionary Wars”, ale były to nieistotne, jednorazowe incydenty.

 

DRUGA SAGA KLONÓW

Na dobre do klonów postanowiono wrócić, kiedy zbliżała się premiera 400 zeszytu serii „Amazing Spider-Man”. Redaktor Mark Bernardo dostał z góry rozkaz stworzenia opowieści w stylu „Śmierci Supermana” z konkurencyjnego DC Comics (swoją drogą to właśnie śmierć Gwen Stacy, łamiąc niepisane prawo o nieuśmiercaniu istotnych bohaterach, pozwoliła po latach zaistnieć tej historii). Jednocześnie chciano zrobić coś monumentalnego, co powtórzyłoby zarówno sukces marvelowskiego eventu „X-Men: Era Apocalypse’a”, jak i dc-owskiego „Batman: Knightfall”, czyli opowieści rozpisanych na wiele zeszytów wielu serii. Scenarzysta Terry Kavanagh wpadł na pomysł, by wrócić do tematu klona Petera, ale nikomu się on nie spodobał. Na szczęście (lub nieszczęście) J.M. DeMatteis, twórca „Ostatnich łowów Kravena”, dostrzegł potencjał tej opowieści i chociaż Tom DeFalco odrzucił ideę, wkrótce sam musiał przyznać, że może coś z tego być. I się zaczęło.

 


Pierwszy pomysł na „Sagę klonów” był taki, by wystartować ją na kilka numerów przed 400., rozpisać na parę serii i zakończyć w tym jubileuszowym zeszycie. Fabuła w skrócie była prosta: powraca Ben, klon Petera, na pewien czas zostaje drugim pająkiem, by w końcu w czterechsetnym „Amazing Spider-Manie” okazało się, że tak naprawdę klonem jest Peter. Ben zaś prawdziwym Parkerem, który w końcu wraca do swej roli. Potem, na pewien czas, tak jak to było w „Erze Apocalypse’a”, wszystkie serie ze Spiderem miały zmienić tytuły na powiązane z Benem, a wreszcie wrócić do normy, gdy zostanie on zwyczajowym Pająkiem. Wydawca jednak przekonał się, że opowieść się sprzedaje i chciał ciągnąc ja, jak najdłużej. Plan przerodził się więc w taki, by dorzucić klonów, rozwinąć wątki, rozbudować całość… I przesadził. Twórcy, którzy nie bardzo wiedzieli co z tym zrobić, brnęli dalej, aż w końcu sprzedaż zaczęła spadać. Autorom, jak i samym fanom nie podobało się, że Ben ma okazać się prawdziwym Peterem, więc w końcu trzeba było zająć się i tą sprawą. Decyzję, że stary Parker wróci jako główny bohater (bo w pewnym momencie w ogóle zniknął z łam serii), podjęto jeszcze zanim Scarlet Spider na dobre zapanował jako jeden, jedyny Pająk. Wszystko zaś skończyło się ostatecznie na ponad 170 numerach (wliczając w to takie publikacje, jak żartobliwe „Spider-Man: 101 Ways to End the Clone Saga”), po których zostało wiele pytań, niejasności i sprzeczności. Wszystko ostatecznie spróbowano poukładać w zeszycie „Spider-Man: The Osborn Journal”, ale sens całości się pogubił, a „Clone Saga” stała się symbolem kiczu, tandety i swoistym kamieniem u szyi Marvela. Czymś, do czego nie powinno się wracać. A jednak. Potem klony coraz pojawiały się w różnych opowieściach, ale „Saga klonów” wydawał się martwa. Do czasu.

 

ULTIMATE CLONE SAGA I DALEJ

Jako pierwszy wrócił do niej Brian Michael Bendis. Kiedy zaczynał pisanie serii „Ultimate Spider-Man”, zapowiedział, że nie będzie tu żadnych „symbiontów z kosmosu ani klonów”, ale dość szybko złamał swoje postanowienie. Ostatecznie jednak do tematu klonowania wrócił dopiero z okazji setnego zeszytu serii, kiedy to w zaledwie dziewięciu numerach zrobił najbardziej szaloną i wypełnioną smaczkami opowieść z „USM”. Do tego zabawił się samymi klonami, serwując nam takie pomysły, jak to, że Jessica Drew to tak naprawdę żeński klon Petera. Potem do tematu wrócił jeszcze Dan Slott serwując nam wydany po polsku „Spisek klonów” i na tym temat wydawał się skończony. Ale teraz Marvelk zapowiada na kwiecień kontynuację wątku klonów w świecie Milesa Moralesa, który zaczął się w numerach 17-18 jego własnej serii i co z tego wyjdzie, nie wiadomo, ale jedno jest pewne: każdy fan, nawet ten mający dość „Clone Sagi”, z ochotą sprawdzi, co opowieść będzie miała do zaoferowania. Zabawy na miarę fabuły Bendisa bym się nie spodziewał, bo i seria, po tym jak opuścił jej pokład, nie prezentuje już takiego poziomu, ale kto wie, może twórcy mają jakiś dobry pomysł i jeszcze nas zaskoczą? Czas pokaże.

czwartek, 14 stycznia 2021

Strangers in Paradise Vol. 3 #1: Love Me Tender - Terry Moore, Jim Lee

KOCHAJ MNIE CZULE

 

Trzeci volume „Strangers in Paradise” przenosi serię w nowe czasy. Zmienia się wiele, ale całość nadal pozostaje świetną opowieścią obyczajową, która potrafi wzruszyć i urzec. I, tym razem, wypełniona jest solidną dawką sentymentów.

 

David reporterem? Franicne bohaterką Purple Phantasm? Katchoo jako heroska Kat? To tylko sen! Ale od ostatnich wydarzeń minęło wiele lat, Francine od dekady jest zamężna i od tylu samo lat nie widziała Katchoo. Przypadkowe spotkanie z Casey wywołuje falę wspomnień...

 

Wielka rewolucja nastaje w „SIP”. Zakończyła się druga seria, zaczyna trzecia i oto otrzymujemy multum zmian. Po pierwsze dostajemy wgląd w przyszłość bohaterek, a dokładnej Francine i powoli dochodzimy do tego, dlaczego tak właśnie jest. Powoli, a więc nie liczcie, że w tym zeszycie cokolwiek się wyjaśni. Za to akcja wraca do momentu finału serii 2 i kontynuuje tamtejsze wątki.

 


Kolejną zmianą jest wydawca, którym staje się Image. Terry Moore rezygnuje z założonego przez siebie wydawnictwa na rzecz potentata niemainstreamowych tytułów, co pociąga za sobą kolejne zmiany. Pierwszą jest prolog stworzony przez Jima Lee, pierwszy i jedyny fragment „SIP” innego autora, drugim fakt, że opowieść dostajemy w pełnym kolorze. Kolorze, który całkiem nieźle pasuje do całości, choć i tak „Obcych w raju” powinno się czytać w czerni i bieli, bo wtedy, jak wszystkie prace Moore’a, robią największe wrażenie.

 


Nie zmienia się jednak jakość serii, emocje, klimat i wszystko to, za co „SIP” pokochałem. Kto więc sięgnie po ten zeszyt, a poprzednie nie są mu obce, na pewno się nie rozczaruje. A że to dopiero początek, jest na co czekać.

środa, 13 stycznia 2021

24: Dziedzictwo

DZIEŃ ŚWISTAKA

 

Kiedy kilka lat temu ogłoszono powstanie serialu „24: Dziedzictwo” i pokazano pierwsze zwiastuny, byłem optymistycznie nastwiony do projektu. W końcu, po latach słabizn, jeden z moich ulubionych seriali miał szansę wrócić do łask. Potem obejrzałem jednak pierwszy odcinek i odpuściłem: okazało się bowiem, że twórcy po raz kolejny zamordowali świetną markę. Teraz, po latach, postanowiłem w końcu obejrzeć rzecz do finału i chociaż „Dziedzictwo” jest jedynie miernym cieniem dawnych „24 godzin”, da się je oglądać. Niestety to, co mogło być udanym hołdem dla klasyki, stało się bezczelną kopią właściwie wszystkiego, co tworzyło ten serial.

 

Niegdyś Eric Carter był jednym z rangersów, którzy zabili terrorystę – Ibrahima bin-Khalida. Teraz wiedzie w miarę spokojne życie u boku ukochanej, ale do czasu. Kiedy syn bin-Khalida, wraz ze swoimi ludźmi wpada na trop rangersów, terroryści zaczynają eliminować ich jednego po drugim. Carterowi udaje się uciec, ale nie wie jeszcze z jakim problemem będzie musiał się zmierzyć. Bo za zamachami kryje się coś więcej, a na dodatek zagrożone mogą być całe Stany Zjednoczone, jeśli nie świat…

 

„24: Dziedzictwo” to dziesiąty sezon „24 godzin”, a zarazem reboot serii, w którym nie pojawia się niemal nikt z obsady poprzednich sezonów. Zniknął główny bohater, Jack Bauer, zniknęli jego pomocnicy, czasem tylko ktoś wspomnieć którąś z dawnych postaci (Edgar), czy na ekranie pojawi się ktoś z mniej istotnych znajomych (Tony), ale to tyle. A jednak, oglądając tą serię każdy miłośnik „24” poczuje się, jakby przeżywał na nowo wszystko to, co już widział wcześniej. Tylko, że to co kiedyś było naprawdę znakomite, teraz śmieszy, zamiast wywoływać napięcie.

 


Każdy odcinek, każda scena i wątek bowiem, to kopia któregoś odcinka, sceny czy wątku z poprzednich serii. Eric jest jak Jack, tylko słabiej mu to wychodzi. Wątek z terrorystami mszczącymi się za zabicie ich ojca? Na tym opierał się cały pierwszy sezon. Tam też eliminowano krok po kroku kolejnych zawiązanych z tym wydarzeniem ludzi. Kandydat na prezydenta, w sztabie którego kryją się ludzie z sekretami? To kopia odcinków z pierwszego i trzeciego sezonu. Wątek licealisty, którego terroryści muszą dobić w szpitalu? Wypisz wymaluj moment z przyjaciółką Kim z „Dnia pierwszego”. Rodzina ważnego bohatera współdziałająca z terrorystami? Spójrzcie na sezon 6. Wątek z rodzinną terrorystów? Sezon 4. Zamachy w całych Stanach? Sezony 4 i 6.

 


Można by tak wymieniać godzinami, bo „Legacy” nie ma w sobie za grama oryginalności. Niby serial tworzyli ci sami ludzie, ale po prostu zrobili z nim to, co twórcy „Star Wars” z „Przebudzeniem mocy” – wzięli stare scenariusze, skopiowali wszystko jak leciało i skleili w całość, zmieniając nieco twarze, patrzące na nas z ekranu. W konsekwencji „Dzień dziesiąty” staje się sensacyjnym „Dniem świstaka”, który zamiast budzić sentyment, każe nam zlitować się nad produkcją. Dla nowych odbiorców rzecz może być atrakcyjna, fani znajdą tu kilka momentów stanowiących przebłysk dawnej inwencji, ale jako całość „Dziedzictwo” jest po prostu jeszcze jedną produkcją sensacyjną, w której nie ma nawet odpowiedniej dozy realizmu (a kiedyś było go dużo), a każdy zwrot akcji zwrotem nie jest, bo wszystko da się tu przewidzieć na parę odcinków w przód, z zakończeniem oczywistym od pierwszej sceny włącznie.

 

Plusem jest to, że nadal serial nie nudzi i wyróżnia się pozytywnie dzięki formule, w której czas na ekranie biegnie tak, jak w życiu. Owszem, na pokazanie całej doby nie ma tu miejsca, ale i tak przemawia to do wyobraźni. Obsada też jest niezła, a i trzeba oddać twórcom to, że mimo poprawności politycznej, która przeniknęła do serii, nie zdecydowali się brnąć w tę stronę. I chociaż „24: Dziedzictwo” nie jest produkcją spełnioną, ani nie przenosi znanych nam motywów w nowe czasy (co za wszelką cenę próbują wmówić nam autorzy), rzecz da się obejrzeć. Bez zachwytu, ale i bez nudy. A mi pozostaje jedynie mieć nadzieję, że kiedyś twórcy powrócą z bardziej wartościową fabułą i raz na zawsze domkną wszystkie wątki, przynosząc nam produkcję na miarę pierwszych trzech sezonów.