niedziela, 18 sierpnia 2019

The Promised Neverland #10 - Kaiu Shirai, Posuka Demizu

NOWA, SZALONA GRA


„The Promised Neverland” to jedna z tych serii, którą stworzyć mogli jedynie Japończycy. Tylko oni bowiem potrafią w taki sposób połączyć rasowy, krwawy i mroczny horror z uroczymi postaciami i sympatyczną nutą. I to w sposób jakże spójny i pasujący do siebie tak, że całość zadowoli zarówno miłośnikom klasycznych straszaków, jak i przygodówek o dzieciach, które muszą przedwcześnie dorosnąć, by poradzić sobie z tym, co nadciąga.


Wojna trwa. Żadna ze stron nie ustępuje. Zaczyna się nowa, szalona gra.

Dzieci z Goldy Pond zmagają się z demonami. Mając po swojej stronie snajpera i przewagę w terenie, wydaje się, że znajdują się na zwycięskiej pozycji, ale co właściwie oznacza dziwne zachowanie przeciwnika? I jaki będzie miało ono wpływ zarówno na działania naszych bohaterów, jak i wynik całego starcia?

Tymczasem Emma zjawia się na spotkaniu z potężnym Lewisem i przekazuje mu wiadomość od Lucasa. Wróg jest zaskoczony, że ten nadal żyje, a elementy układanki zaczynają powoli wskakiwać na swoje miejsce, ale to przecież dopiero początek. Co wyniknie z gry, która teraz się zacznie? I kto przetrwa szalone wydarzenia?


Ilustracje zdobiące okładki poszczególnych tomików "The Promised Neverland" mogą mylić. Bo spójrzcie tylko na nie: wielkookie dzieci o uroczych buziach, ciepłe barwy, urok, trochę sielskiego klimatu… Nawet jeśli jest w nich jakiś mrok czy twarze dzieci zdradzają lęk albo wściekłość, wydaje się być, że nie dzieje się tu nic złego. Ale to tylko pozory. Na początku serii tym wyraźniejsze, że część akcji działa się w sielankowej scenerii. Teraz wydarzenia pędzą na złamanie karku, a w opowieści królują mrok, napięcie i szybkie tempo wydarzeń. Zagadki nieco straciły na sile (a szkoda), ale całość i tak trzyma naprawdę świetny poziom.


Twórcy zrobili bowiem rasowy survival horror z postapokaliptyczną nutą. Właściwie mieszają się tu różne stylistyki i gatunki straszaków, a całość skupia się na naprawdę dobrze skrojonej fabule. Bohaterowie nieco się już zaharowali i zniknęła część ich słodyczy, wciąż jednak są ujmujący i intrygują nas. Dobrze wypadają też wrogowie, a konstrukcją świata przekonuje, nawet jeśli niektóre elementy na pierwszy rzut oka wydają się przesadzone. Zresztą nawet jeśli znalazłyby się tu jakieś błędy, czytelnik tak mocno zostaje wciągnięty w ten świat, że nie zwraca na nic uwagi, a po prostu daje się porwać całej opowieści.


Jest jednak jedna rzecz, która nic nie zmieniła się od samego początku: doskonała szata graficzna, która w rewelacyjny sposób balansuje między, jakże różnymi zdawałoby się, stylistykami. Cartoonowy design postaci, typowy dla mang, bogactwo detali, świetna dynamika, momentami znakomite zabawy z perspektywą, do tego doskonale uchwycone wszystkie elementy gatunkowe: od mroku, po demony. Kto lubi horrory i dobre mangi koniecznie powinien więc całość poznać. Nie będzie zawiedziony.


A ja dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.









czwartek, 15 sierpnia 2019

Magic Knight Rayearth #3 - Clamp

KONIEC POCZĄTKU W KRAINIE MARZEŃ


Co prawda to jeszcze nie pożegnanie z całą opowieścią, ale pierwsza seria „Magic Knight Rayearth” właśnie dobiegła końca. Jak na finałowy tomik przystało, zabawa jest szybka, dynamiczna i zmierzająca do konkretnego zakończenia. Czy wszystko zostaje wyjaśnione? O tym musicie przekonać się sami, ale zaręczam, że warto. W końcu panie z grupy Clamp nigdy jeszcze nie zawiodły swoich czytelników, a „MKR” to jedno z najlepszych ich lekkich dokonań. Dlatego cieszę się, że za nami dopiero połowa całej serii.


Walka o krainę marzeń trwa! Po pokonaniu Alcyone, wydawało się, że wszystko jest na dobrej drodze do zwycięstwa, ale niestety! Oto na scenie pojawia się nowy, niepozorny, ale potężny wróg. Ascot co prawda wygląda jak chłopiec, niemniej włada niezwykle silną magią ognia, a moce Hikaru i Fuu nie są w stanie nic zdziałać przeciw niej, bo wszystko kończy się niczym dolewaniem oliwy do płomieni. Jedyną nadzieją wydaje się być Umi, którą wzywa smok Ceres, jedna z legendarnych Dusz Maszyn. Dziewczyna musi mu jednak udowodnić, że jest godna by odziać się w jego pancerz. Jak wypadnie jej próba? Czy młodym wojowniczkom uda się uratowana Emeraude i cały świat i wrócić do domu? I co z Zagato?


Szybko minęła pierwsza część tej serii, oj szybko. Tym bardziej, jak na panie z Clampa, nad którymi chyba na zawsze będzie ciążyła klątwa nigdy nieukończonego „X”. Cieszy więc fakt, że „MKR” nie podzieliło tego losu, stając się krótką, ale zakończoną opowieścią. I przede wszystkim bardzo udaną, choć jak na panie z grupy Clamp, bardzo lekką, prostą i przeznaczoną dla młodszego grona odbiorców, niż ich opus magnum.


Co nie znaczy, że mamy tu do czynienia z serią gorszą od mocniejszych dokonań autorek. Nie raz udowodniły nam, co potrafią (weźmy choćby lekkiego i zabawnego, ale rewelacyjnego „Chobitsa”) i tą opowieścią robią to ponownie. Nie przypadkiem zresztą całość jest już kultowa i doczekała się jakże udanego anime – swoją drogą doskonale znanego w Polsce, bo lata temu emitowała niezapomniana stacja RTL7, która wychowała pierwsze pokolenia polskich miłośników mangi i anime. Już ten status „Magic Knight Rayearth” sprawia, że po mangę warto jest sięgnąć, ale na szczęście opowieść broni się doskonale bez całej tej otoczki.


Bo co tu dużo mówić, „MKR” to kawał dobrej serii fantasy, połączonej z nutą mecha, humoru i typowej opowieści o przyjaźni osadzonej korzeniami w szkolnym życiu. Czyta się to znakomicie, bo akcja jest szybka, a fabuła, choć typowa, ciekawa i wciągająca. Do tego dochodzi znakomita szata graficzna, pełna czerni, rastrów, detali i charakterystycznej dla Clampa symboliki, dzięki czemu serię ogląda się z jeszcze większą przyjemnością, niż czyta. Jeśli zatem lubicie twórczość japońskich autorek, które dały nam „X”, koniecznie powinniście poznać tę serią. Polecam i czekam na kolejne tomy.


A wydawnictwu Waneko dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.









środa, 14 sierpnia 2019

To - Stephen King

RYTUAŁ PRZEJŚCIA


Od dekad fani twórczości Stephena Kinga sprzeczają się czy najlepszym jego dziełem jest „Bastion” czy też może „To”. Ja uparcie pozostanę wierny romantycznej balladzie SF „Dallas ‘63”, ale „To” zdecydowanie znajduje się w czołówce moich ukochanych prac Króla Horroru. Teraz, wraz ze zbliżającą się premierą drugiej części ekranizacji książki, monumentalna powieść powraca po raz kolejny na półki polskich księgarń, tym razem z nową, rewelacyjną okładką filmową. Kto więc jeszcze jej nie czytał, a ceni dobre opowieści z dreszczykiem, powinien koniecznie po nią sięgnąć. Nie dość bowiem, że to jedna z najlepszych historii grozy, jakie kiedykolwiek powstały, to jeszcze stanowi ówczesne opus magnum Kinga, podsumowanie wszystkich jego horrorowych fascynacji, wielki test z ludzkich lęków i pożegnanie z potworami. A wszystko to rozpisane na ponad tysiącstronicowe tomiszcze, które pod każdym względem robi wielkie wrażenie i wciąga tak, że trudno jest odłożyć książkę na półkę przed jej skończeniem.


Rok 1957. Po ulewnych deszczach Derry zmienia się w zalane miasto. Nie każdy jednak narzeka na ten stan rzeczy. Dziewięcioletni George Denbrough wychodzi pobawić się w płynącej wodzie łódką z papieru. Sam, bo jego brat leży chory w łóżku. Kiedy chłopiec w jednym z kanałów dostrzega postać klauna, nie wie jeszcze co to będzie dla niego oznaczało. Chwilę potem ginie tragiczną śmiercią, ale to zaledwie początek koszmaru, który obejmie całe miasto…

Rok 1984. W Derry dochodzi do zamordowania geja, jednak sprawcy, jak jeden mąż powtarzają, że na miejscu zbrodni był ktoś jeszcze  - klaun. Gdy dowiaduje się o tym, miejscowy bibliotekarz, a zarazem przyjaciel brata George’a, Mike Hanlon, postanawia powiadomić swoich dawnych towarzyszy, że zło powróciło. Kiedyś stawili mu czoła, choć nie pamiętają już wielu spraw i poprzysięgli, że zrobią to ponownie, jeśli To wróci. Teraz nadszedł czas na ostateczną konfrontację, zanim jednak to nastąpi będą musieli przypomnieć sobie o tym, co przeżyli ćwierć wieku wcześniej, a świadomość tamtych wydarzeń może być dla nich śmiertelnie niebezpieczna…


Prawda o „To” jest taka, że kiedy Stephen King zabrał się za jej pisanie w latach 80. XX wieku, nie był pewien czy cała opowieść w ogóle powstanie. Wiedział, że będzie to dzieło monumentalne i wymagające. Pomysł na całość, choć nie do końca sprecyzowany, narodził się w 1976 roku, kiedy King, czekając na naprawę samochodu, spacerował po okolicy warsztatu samochodowego. Przechodził właśnie po drewnianym mostku, przypomniała mu się bajka „Trzy koziołki” Petera Christena Asbjørnsena i Jørgena Moe’a i w głowie zrodziło się pytanie: a co gdyby troll z opowiastki nagle do niego zawołał mostu? Od razy powróciły do niego wszystkie dziecięce lęki i zapragnął napisać to, co dawna chodziło mu po głowie – rozliczenie ze wszystkimi strachami, jakie nawiedzają nas w życiu. Zebranie wszystkiego, czego boją się ludzie, tak jak na początku każdego odcinka „Królika Bugsa” zbierali się wszyscy bohaterowie (cóż, Król Horroru nie raz inspirował się tą animacją, że wspomnę choćby „Co jest, doktorku” z „Lśnienia”). Wciąż jednak czegoś mu brakowało.


Tu z pomocą przyszło samo miasto i ludzie. King, jak na gawędziarza przystało, chodził po Bangor, zaglądał w różne miejsca, a kiedy znalazł coś ciekawego, pytał o to mieszkańców. Tak usłyszał opowieść o wielkiej powodzi, podczas której można było przepłynąć z jednego końca miasta na drugi czy o plątaninie podmiejskich kanałów. Brzmi znajomo? To oczywiście jedynie fragment wszystkich inspiracji, bo Król splótł tu zarówno prawdziwe wydarzenia (zamordowanie geja przez grupę nastolatków), jak i własne sny (scena z lodówką to właśnie jeden z nich) i tak ostatecznie zrodziła się powieść, która podsumowała całe dotychczasowe życie i karierę pisarza. Powieść najbardziej osobista z ówcześnie wydanych i, jak już wspominałem, stanowiąca pożegnanie z pisaniem o potworach. Potem King tworzył już tylko książki o duchach, kosmitach, psychopatach i tym podobnych, choć w ten czy inny sposób do tematu potworów w końcu i tak powrócił, ale to już materiał na zupełnie inne rozważania.


Zostawmy więc już te kulisy powstawania „To” i skupmy się na tym, co ma powieść od zaoferowania, a jest tego mnóstwo. Przede wszystkim King bierze tu na warsztat dosłownie wszystko, co może nas straszyć, odwołuje się do naszych dziecięcych, popkulturowych i pierwotnych lęków, wplata w to wszystko znakomite tło obyczajowe i świetnie skrojone postacie i serwuje nam powieść, która autentycznie wciąga i fascynuje. Jak nikt inny bowiem potrafi rozliczyć się z dzieciństwem (tym zresztą miało być „To”), a tutaj wątki te doprowadza do perfekcji. Do perfekcji doprowadza również małomiasteczkową społeczność, z jej tajemnicami i niezwykłym klimatem i bohaterami. Mentalność wymyślonego przez niego Derry też urzeka, a wakacyjne wydarzenia potrafią wprowadzić sielankowy nastrój, charakterystyczny dla ciszy przed burzą. Burzą, która nie minie przez ponad ćwierć wieku, chociaż na chwilę znowu przycichnie.


Pozostaje jednak jedno zasadnicze pytanie: czy „To” straszy? W moim przypadku odpowiedź brzmi: nie. Ale też i Stephen King nie napisał żadnej książki, która by napawała mnie lękiem. Ba, w życiu nie spotkałem literackiego horroru, który wzbudziłby we mnie strach, choć Kojiemu Suzukiemu udało się nieco mnie zaniepokoić niektórymi scenami „The Ring: Krąg” czy „Spiral”. Nie mogę być więc miarodajny w tej kwestii, mogę za to powiedzieć, że powieść ma relacyjny klimat, autor potrafi też zbudować napięcie i zaatakować scenami, które na długo pozostają w pamięci – i to wcale nie horrorwymi sekwencjami, bo częściej Król bardziej porusza nas zwyczajnymi, emocjonującymi momentami, niż grozą. Taki już jego urok – i to w nim cenię najbardziej, bo obyczajowe wątki przemawiają w końcu do każdego, poruszając w odbiorcy niejedną osobistą strunę .


Niestety, jednocześnie pojawiają się w „To” dwa elementy, które King mógł sobie darować. Pierwszym z nich jest scena z żółwiem, co prawda ciekawa w kontekście późniejszej jego twórczości, a w szczególności epickiej sagi „Mroczna Wieża”, gdzie ostatecznie splotła się cała jego praca literacka i życie osobiste, ale ma nieprzekonująco śmieszne momenty. Drugim minusem powieści jest seks. A dokładniej seks w wykonaniu małoletnich bohaterów – co prawda autor chciał w ten sposób zaakcentować swoisty rytuał przejścia, końca dzieciństwa i wkroczenia w dorosłość, ale i tak sceny te pozostawiają pewien niesmak.


Tak czy inaczej jednak „To” to powieść, którą polecam każdemu miłośnikowi mocnych wrażeń z czystym sercem. Horror, który do dziś inspiruje kolejne pokolenia twórców, a zarazem dzieło robiące wielkie wrażenie. Coś, do czego chce się wracać i odkrywać na nowo. Rewelacyjnie napisane, wynosi horror o potworach do rangi sztuki i literatury wyższej, gwarantując satysfakcjonujące doświadczenie. Warto przeczytać tę książkę i mieć ją na swojej półce, co tam warto!, jeśli jesteście miłośnikami horroru, po prostu nie wyobrażam sobie, byście nie weszli w jej posiadanie. A nowa edycja, zamknięta w urzekającej oprawie (nie wiem nawet czy nie lepsze, od świetnej okładki poprzedniego filmowego wydania) nadaje się do tego lepiej, niż doskonale.


Dziękuję wydawnictwu Albatros za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

wtorek, 13 sierpnia 2019

II wojna domowa: X-Men - Cullen Bunn, Andrea Broccardo

SENTINELE TERRIGENOWE



Drugi i zarazem ostatni bezpośredni dodatek do „II wojny domowej”, prezentuje nam przygody X-Menów. Ich udział, podobnie jak udział Spider-Mana, któremu poświęcona była analogiczna miniseria w samym evencie był ograniczony do niezbędnego minimum. Teraz jednak możemy przekonać się, co bohaterowie robili w tym czasie i jaki to miało wpływ na ich losy. Jesteście ciekawi, co spotkało marvelowskich mutantów? A zatem rozejrzyjcie się za komiksem wśród nowości, bo nawet jeśli nie jest tak udany, jak główna seria, nadal dostarcza dobrej rozrywki.


Na świecie pojawił się nowy Inhuman – Ulysses, który potrafi przewidywać przyszłość. Dzięki niemu można zapobiegać katastrofom, które jeszcze nie nastąpiły, ale rodzi się pytanie, jak daleko mogą posunąć się w tym celu bohaterowie? Czy można aresztować kogoś, kto jeszcze nic złego nie zrobił? Konflikt między herosami zaczyna narastać…

Tymczasem X-Meni zajmują się swoimi problemami. Pojawienie się mgły terrigenowej, która odpowiada za przebudzenie mocy nowych Inhumans osłabia mutantów coraz bardziej. Gdy chmura stanowi coraz większe zagrożenie, członkowie rasy homo superior starają się znaleźć schronienie. Problem w tym, że w ich własnych szeregach kryją się sentinele terrigenu – przemienieni w sentinele ludzie, którzy chcą zabijać mutanty. To jednak tylko jeden z problemów. Bo działania Ulysessa stają się dla niektórych X-Menów nadzieją, dla innych zaś przepowiedni końca, jednak Magneto w całej sytuacji widzi zagrożenie i jest gotów nawet do wojny z Inhumans…


Pierwsze wrażenia po przeczytaniu zebranych tu komiksów? Jest lepiej, niż w niezłym  albumie„II wojna domowa: Amazing Spider-Man”. Lepiej, a jednocześnie z większą ilością stron, bo na deser czeka na czytelników klasyczny zeszyt z roku 1970, przedstawiający starcie Magneto z Inhumans. Przede wszystkim jednak to dobra, typowa opowieść o X-Menach, którzy muszą mierzyć się z nowym zagrożeniem, nietolerancją i wewnętrznymi rozłamami. Scenarzyście Cullenowi Bunnowi wystarczyły zaledwie cztery zeszyty, by stworzyć dobry dodatek, który da się czytać także bez znajomości głównego eventu.


Cała opowieść nie jest zbyt skomplikowana, ale jednocześnie to lekko napisana, dynamiczna i pełna akcja historia, przy której nie można się nudzić. Scenarzysta serwuje nam komiksy trzymające naprawdę niezły poziom i wcale nie odbiegające aż tak bardzo, od głównej serii, jak można by sądzić. Oczywiście wiadomo, to przede wszystkim bonus, nic co musicie znać, żeby czytać kolejne zeszyty, jak i sam event, ale warto sięgnąć po całość. Dlaczego? Z jednej strony miło jest poczytać wydarzenie ze wszystkimi tie-inami, bo wtedy przyjemność zasadniczo się wydłuż, ale przede wszystkim wszyscy miłośnicy X-Menów będą po prostu dobrze się bawić.


Poza tym „II wojna domowa: X-Men” oferuje naprawdę dobrą szatę graficzną. Rysunki są miłe dla oka, ich stylistyka to połączenie realistycznych grafik z cartoonowymi naleciałościami, do jakich w ostatnich latach przyzwyczaiły nas przygody marvelowskich mutantów. Do tego dochodzi wspomniany już klasyczny bonus i dobre wydanie. Kto lubi „X-Menów”, nie zawiedzie się i nawet jeśli zazwyczaj unika czytania eventów, w tym przypadku pewnie zechce zrobić wyjątek. A jeśli tak, także i na tym polu nie będzie żałował.







Wilczyca i Czarny Książę #16 - Ayuko Hatta

SENTYMENTALNY KONIEC


Kolejna seria mangowa dobiegła właśnie końca. „Wilczyca i Czarny Książę” długi czas gościła w moim czytelniczym menu, przeżywając swoje wzloty i upadki i teraz, kiedy nadszedł jej finał, żal mi jest, że żegnam się z tymi bohaterami. Ale dobrze, że autorce udało się podnieść poziom i zaserwować nam naprawdę znakomity finał, który w niejednym czytelniku trąci sentymentalną nutę i przypomni mu lata młodości (mnie przypomniał).


W końcu nadszedł ten moment. Erika i Sata kończą szkołę, został im już tylko jeden, ostatni dzień w liceum. Pora pożegnań i wspominek. Gdy mowa końcowa zostaje wygłoszona, bohaterom trudno uwierzyć jest, że to już koniec. Mają wrażenie, że jutro, jak co dzień, wstaną rano i będą musieli iść na lekcje. A jednak. Od teraz wszystko się zmieni, nadchodzi dorosłe życie, a studia będą niezłym do niego wstępem i prawdziwym sprawdzianem. O dziwo Sata, któremu jako chyba jedynemu nie jest żal, że szkoła średnia właśnie została za nim, przekonuje się, że niemal nie ma w budynku i na jej terenie miejsca, który nie kojarzyłby mu się z Erikę i nie przywoływał ciepłych wspomnień. Czas jednak otworzyć nowy etap życia. Erika wyjeżdża do Kioto, studiować wymarzony kierunek. Jak związek obojga przetrwa rozłąkę? Czy chłopak będzie ja odwiedzał tak często, jak deklarują to jej przyjaciele? I co jeszcze czeka na oboje? Gdy Sata składa dziewczynie niecodzienną propozycję, ich przyszłość… Właśnie, jak będzie wyglądać ich przyszłość?


Cóż, nie ma co ukrywać, że autorka uchyla przed nami rąbka tajemnicy. W końcu pożegnanie ze szkołą to tylko jeden z wątków, zajmujący około 1/4 tomiku. Reszta to zabawa z przyszłością, rozbudzanie w nas i bohaterach nadziei i uchylenia kurtyny, za którą kryje się to, co przyniosą dalsze lata. To, co przyniosłaby cała opowieść, gdyby trwała jeszcze dłużej. Dobrze jednak, że kończy się w tym miejscu. Pierwsze kilka tomów było wprost rewelacyjnych. W każdym z nich autorka odtwarzała wszystkie najważniejsze motywy shoujo, podkręcając tempo do maximum, czym kupiła moje serce. Potem jednak nagle zwolniła. Wciąż było dobrze, ale czegoś brakowało. Finał to rekompensuje, bo przyspiesza tempo opowieści i świetnie gra na naszych sentymentach.


I nie ma znaczenia czy kończąc szkołę, było Wam żal zostawienia za sobą wszystkich tych lat nauki, czy cieszyliście się z tego. Ten tomik obudzi w Was tęsknotę i nostalgię. Jednocześnie dostarcza udanych romantycznych uniesień, dobrego humoru, niezłego klimatu i świetnej szaty graficznej. Niby ilustracje są lekkie i proste, niby to typowe shoujo, a jednak robi wrażenie i wpada w oko, bardziej nawet niż wiele podobnych serii.


Dlatego jeśli lubicie ten gatunek, polecam Wam „Wilczycę i Czarnego Księcia” gorąco. Mimo kilku słabszych tomików, całość warta jest poznania. I pewnie jeszcze nieraz do niej wrócicie.


Dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.









poniedziałek, 12 sierpnia 2019

Providence #1 - Alan Moore, Jacen Burrows

KSIĘGA, SEKTA I…


Podobno do tej samej rzeczki dwa razy się nie wchodzi. Powiedzcie to jednak miłośnikom kąpieli, rybakom i ratownikom. A na poważnie, jeżeli coś robi się dobrze, można powtarzać to w nieskończoność, a i tak będzie udane. Mimo narzekań niektórych czytelników, miniserie „Podwórze” i „Neonomicon” były kawałkiem bardzo przyjemnej rozrywki dla miłośników mitologii wymyślonej przez Lovecrafta. Nic zatem dziwnego, że ich scenarzysta Alan Moore powrócił do tematu, tym razem rozciągając swoją opowieść do rozmiaru dwunastoczęściowej maxiserii. Jeśli podobał się Wam poprzedni tom, tym będziecie równie urzeczeni, bo autor „Strażników”, nawet jeśli w przypadku tych opowieści nie wspiął się na wyżyny swoich możliwości i nie szuka wielkich nowości, serwuje nam kawał dobrego horroru dla dorosłych odbiorców.


Rok 1919. Robert Black, młody lecz ambitny dziennikarz, zbacza na mroczną ścieżkę, która zawiedzie go w miejsca, o których nigdy by nie pomyślał. Tajemnicza księga, sekta, dziwne wydarzenia… Black zaczyna odkrywać, co kryje się za kurtyną codzienności…


Providence”, to jak „Neonomicon” jedna z najlżejszych i najprostszych opowieści, jakie w swej karierze napisał Alan Moore. W odróżnieniu od reszty jego dzieł (oczywiście jeśli nie liczyć przewidywalnych komiksów o Spawnie) nie zaskakują one i raczej unikają typowych dla scenarzysty elementów. Nie ma więc misternej konstrukcji, w której każdy element ma wielkie znaczenie, nie ma także wywracania wszystkiego do góry nogami przy pomocy nieoczekiwanej ostatniej strony. Jest za to dogłębne wniknięcie w mitologię wymyśloną przez Lovecrafta (to, plus jego losy), zabawa motywami i schematami i próba, całkiem udana zresztą, dodania całości realizmu.


W odróżnieniu od Lovecrafta jednak Moore wkracza na tereny ostrej erotyki – ojciec mitologii Cthulhu w swoich dziełach kwestii seksu nie poruszał, a i w życiu raczej unikał podobnych rzeczy, choć tłumiona seksualność dawała o sobie znać na innych polach. W „Providence” nie ma co prawda tylu mocnych scen, wciąż jednak są one obecne i wyraziste, czym Moore na swój sposób przełamuje pruderię literatury grozy sprzed wieku. Przede wszystkim jednak składa wielki hołd Lovecraftowi i dokłada swoją cegiełkę do rozległego uniwersum przez niego stworzonego (także pod względem literackim, bo w tym tomie znów daje o sobie znać prozatorskie zamiłowanie pisarza).


Jeśli zaś chodzi o szatę graficzną, nie jestem miłośnikiem kreski Burrowsa, ale nadal zebrane tu komiksy wypadają nieźle. Przydałoby się więcej brudu i mroku (tu na szczęście z pomocą przychodzi całkiem udany kolor), niemniej prace autora mają swoje dobre strony (choćby powtarzalność konkretnych ujęć czy realistyczne ukazanie nagości), a świetne wydanie dobrze to wszystko uzupełnia. Kto lubi twórczość Moore’a albo ceni Lovecrafta, będzie zadowolony.







Czarodziejki.net #4 - Kentarou Satou

TEMPEST NADCHODZI


Po tym, jak pierwszy to „Czarodziejek.net” okazał się wielkim pozytywnym zaskoczeniem, a kolejne odsłony serii okazały się jeszcze lepsze, na tom czwarty czekałem z wielka niecierpliwością. I cieszę się, że w końcu dorwałem go w swoje ręce, bo zabawa jak zwykle jest przednia. W końcu na jaw wychodzą niektóre kwestie, pojawiają się nowe pytania, a akcja się zagęszcza i staje się mroczniejsza (jeśli to w ogóle możliwe).


Aya i Tsuyo, dzięki pomocy Amagi, wracają do zdrowia. Wyleczona zostaje również Shoi. Wybawicielka jednak oferuje im o wiele więcej, niż tylko pomoc: wyjawia im bowiem jakże zaskakujący fakt, że swoją różdżkę dostała z zupełnie innego źródła niż one. Istnieje bowiem jeszcze jedna strona czarodziejek, a kto wie czy nie ma ich więcej, a ona sama dąży do współpracy. W jakiej sprawie? Wie czym ma być Tempest, do którego pozostał niecały miesiąc, ale są pytania, na które wciąż nie potrafi odpowiedzieć. Wszystko sprowadza się do tego (uwaga, spoiler!!!), że na Ziemię zstąpić mają Pradawni, a co za tym idzie większa część ludzkości najzwyczajniej w świecie umrze. Istnieją jednak sposoby przetrwania Tempestu – trzeba zaspokoić głód Króla Pradawnych, dostarczając mu negatywną energię. Jak to zrobić? Używając jak najwięcej mocy różdżek. Tylko te czarodziejki, które będą to robiły, przetrwają. Ale tu pojawiają się wątpliwości: jak mają przeżyć, skoro władanie magią szybko je zabija? O co więc właściwie chodzi w tym wszystkim? By się tego dowiedzieć nasze bohaterki postanawiają schwytać administratora…


Od samego początku seria „Czarodziejki.net” była krwawa, wulgarna i nie stroniła od tematów związanych z seksem. Tym razem autor, zachowując wszystkie te elementy, dorzucił do całości całkiem sporą dawkę mniej lub bardziej łagodnej erotyki, co jeszcze bardziej odcina to dzieło od najsłynniejszego w naszym kraju (i chyba na świecie także) dzieła tego typu – „Czarodziejki z Księżyca”. Ale mi takie dojrzałe podejście do tematu jak najbardziej odpowiada. I nie myślcie, że Kentarou Satou jedynie bawi się makabrycznymi i szokującymi elementami byle wywołać jakieś emocje w czytelnikach. W tym wszystkim kryje się całkiem sporo głębi i prawdy o ludzkiej naturze, a całość autentycznie wciąga.


Bo to w końcu oparta na intrygujących pytaniach apokaliptyczna historia. Momentami całość zmienia się w oparty na akcji horror, ale zarazem nie brak tu też lżejszych elementów, nuty uroku czy humoru, które równoważą sadystyczną stronę opowieści. Nie zapomnijcie dodać do tego świetnej szaty graficznej: prostej, brudnej, ale pełnej makabrycznych detali, które są w tym przypadku nieodzowne i pełnej dynamizmu. Efekt finalny jest świetny. Co prawda jest to rzecz stricte dla dorosłych czytelników, ale nie zmienia to faktu, że mamy tu do czynienia z jedną z najlepszych opowieści tego typu, jakie trafiły na polski rynek. Warto ją poznać i dać się wciągnąć w ten chory świat.


Dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.









Upiorne opowieści po zmroku - Alvin Schwartz

DOBRANOCKI DLA NIEGRZECZNYCH „DZIECI”


Przyznam szczerze, że nie tego się spodziewałem. Zbiór klasycznych upiornych opowieści przywodził mi na myśl jakąś antologię z rozbudowanymi tekstami. Nie ważne, jednego czy większej liczby autorów. Tymczasem to, co dostałem w tym przypadku, okazało się być… Właśnie, kojarzycie takie książeczki dla dzieci z króciutkimi dobranockami do przeczytania w pięć minut przed snem? To właśnie taki odpowiednik tamtych dzieł. Ba, ma nawet całkiem bogatą galerię ilustracji. Okej, okej, czy to znaczy, że mamy do czynienia z porażką literacka? Nic bardziej mylnego. Owszem, nie jest to dzieło wybitne i niejeden czytelnik może czuć się zawiedziony, ale taka forma ma swoją motywację i przede wszystkim całkiem nieźle się sprawdza.


Co ma wspólnego sen o karawanie z windą? Dlaczego nie wolno stawać po zmroku na grobie? Co na drzwiach samochodu robi hak? Co wspólnego ma strych z krzyczącym człowiekiem? I co czeka na myśliwego w Kanadzie? A to oczywiście tylko fragment tego, co czeka tu na Was!


A zatem zaczynajmy od tego, dlaczego książka ta wygląda tak, a nie inaczej. Bo to nie powieść, nie zbiór opowiadań, a antologia legend miejskich i opowieści czerpanych z folkloru – oczywiście opowieści mających nas straszyć. Z tym, że akurat w tym wypadku nie my mamy być przerażeni, a słuchacze, którym będziemy je czytać / opowiadać. Dlatego każda z nich jest krótka, w sam raz do zapamiętania czy łatwego uchwyceni ogółu, by w prosty sposób można było potem powtórzyć całość. Kto wie czy taka własna interpretacja nie okaże się lepsza, niż oryginał? Wystarczy dobra atmosfera, nuta wyczucia i efekt gotowy.


Zresztą gdyby tego wyczucia Wam zabrakło, autor radzi jak macie czytać całość, jakim głosem i tempem, by zrobić jak największe wrażenie. Warto więc zasiąść w większym gronie, najlepiej przed ogniskiem, już po zmroku i zacząć opowiadać. Gdyby miało to miejsce gdzieś na odludziu, gdzie w roślinach szeleści wiatr, a dookoła nie ma żywej duszy, gdzie każdy szmer w trawie może oznaczać zagrożenie, a każdy cień zdaje się być czymś przerażającym. Wtedy podobne opowieści zrobią wrażenie, jakich mało, a jednocześnie nieraz wybuchniecie śmiechem. W końcu przerażenie i śmiech nie leżą od siebie zbyt daleko.


Ale i do samotnego czytania, do poduszki, że tak się wyrażę, niniejsza antologia nadaje się całkiem dobrze. Znajdziecie tu opowiadanka, zupełnie jakby autor szeptał je Wam do ucha, wierszyki, wyliczanki. To mieszanka legend miejskich nowych i starych. Ludzie zawsze lubili się bać, lęk w końcu pomaga człowiekowi nie podejmować zbędnego ryzyka. Tu mamy strachy naszych przodków uchwycone w zgrabnej, skrótowej formie. Rewelacyjnie przy tym zilustrowane, wciągają i dostarczają dobrej zabawy z dreszczykiem. Nie jest to wielka pozycja, ale ma swój oldschoolowy urok, który mnie kupił, dlatego polecam. Obawiam się, co prawda, co wyjdzie z filmu nią inspirowanego, ale jeśli po lekturze będzie Wam mało, obejrzyjcie „Ulice strachu”, całkiem udaną produkcję opartą na legendach miejskich właśnie, która doskonale nada się jako suplement mocnych wrażeń.


Dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka za udostępnienie egzemplarza do recenzji.






Batman #6: Narzeczona czy włamywaczka - Tom King, Mikel Janín, Joëlle Jones

NARZECZEŃSTWO TRWA


Krok po kroku zbliżamy się do wielkiego wydarzenia w życiu Batmana. Wątek jego miłości do Catwoman, rozwijany już od kilku tomów, powoli osiąga punkt kulminacyjny. Co z tego wyniknie, ci którzy jeszcze o tym nie wiedzą (a trudno było przegapić newsy i spoilery, jakich w sieci swego czasu było pełno) przekonają się już wkrótce. A póki co czeka na nich kawał dobrej rozrywki w postaci albumu „Batman: Narzeczona i włamywaczka”.


Batman i Catwoman. Bruce Wayne i Seline Kyle. Superbohater i włamywaczka. Czy miłość tej dwójki może przetrwać?
Im bliżej są ślubu, tym na ich drodze staje coraz więcej przeszkód, z którymi będą musieli sobie poradzić. Okres narzeczeństwa trwa, ale Bruce i Selina muszą zmagać się nie tylko z przygotowaniami do nadchodzącej ceremonii ślubnej. Gdy na scenie pojawia się Wonder Woman, o Batmana upomina się przeszłość. Dawno złożona obietnica rzuci go w wir walki o inny świat, w którym, jak się wkrótce okazuje, czas płynie zupełnie inaczej. Czy relacja, jaka zawiąże się w tej rzeczywistości między Mrocznym Rycerzem a Amazonką będzie miała wpływ na jego związek z Catwoman? Jakby tego było mało na horyzoncie pojawia się Poison Ivy, która przejmuje kontrolę nad wszystkimi. Dosłownie! Jak Batman poradzi sobie z tym zagrożeniem?


Śluby bohaterów komiksowych to, podobnie jak śluby celebrytów, wielkie wydarzenia, które echem odbijają się także w rzeczywistych mediach. Może nie w Polsce, ale tu rynek superhero nie jest taką machiną do zarabiania pieniędzy, jak za wielką wodą. A że Batman od ołtarza trzymał się z daleka przez 80 lat (wersje alternatywne się nie liczą), trudno nie śledzić tego wydarzenia. Jak na romans przystało, cała opowieść komplikuje się z każdym kolejnym zeszytem, a na bohaterów czekają kolejne trudności na drodze do miłości. Tom King, scenarzysta, który najlepiej czuje się w opowieściach obyczajowych, a nie superhero (co widać także po „Batmanie”), odwleka kulminacyjny moment, jak tylko może, ale robi to w dobrym stylu.


Tak, jak samo odwlekanie nie jest niczym nowym (w latach 90. by ślub Supermana jednocześnie mógł odbyć się w komiksach i serialu, zainicjowano wydarzenie „Śmierć Supermana” byle odciągnąć moment w czasie), tak i używane przez scenarzystę zabiegi trudno uznać za jakieś nowości. A jednak robi on całkiem sprawną i naprawdę udaną opowieść, którą czyta się szybko i przyjemnie. Są tu bardziej mroczne, dramatyczne czy popisowe momenty, są bardziej życiowe i wręcz intymne, a całość, choć złożona z luźnych historii, warta jest poznania.


Poza tym mamy też znakomitą szatę graficzną. Zebrane tutaj komiksy zilustrowane zostały w sposób realistyczny i szczegółowy, a dobry kolor wieńczy całość. Dobre wydanie (tym razem nieco grubsze – ale poczekajcie na kolejny tom, tam nie będziecie narzekać na zbyt małą ilość stron) też wypada bardzo miło dla oka. Czyli jest tak, jak zawsze: bardzo dobrze. Jak zwykle więc polecam album Waszej uwadze i czekam już niecierpliwie na kolejny.






niedziela, 11 sierpnia 2019

Card Captor Sakura #3 - Clamp

WOJNA I MIŁOŚĆ


Chciałem napisać, że „Card Captor Sakura” to jedna z tych mang, które najbardziej spodobały mi się w czasach, kiedy wydawane były w „MangaMixie”, ale tam praktycznie wszystkie tytuły utrzymane były na wysokim poziomie i przy każdym bawiłem się znakomicie. Faktem pozostaje jednak, że „CCS” zostało przerwane w takim momencie, iż żałowałem, że ciąg dalszy nigdy się nie ukazał. Teraz w końcu mogę przeczytać całość i jedno muszę powiedzieć: mimo pewnych zgrzytów, z tomu na tom historia robi się coraz ciekawsza i trudno jest się od niej oderwać.


Uczennica czwartej klasy szkoły podstawowej Sakura Kinamoto nie jest zwykłą dziewczyną. Wyznaczona do odnalezienia wszystkich magicznych kart Clowa, na co dzień zmaga się z niezwykłymi bytami i stara ratować świat. Ale i w jej życiu osobistym nie brakuje problemów, z którymi musi sobie poradzić. Zakochana w koledze brata, robi wszystko, by być jak najbliżej niego, ale i o tę miłość musi walczyć – i to z własnym kolegą z klasy. Na dodatek chłopak ów, Li, jest krewnym Clowa i także poluje na karty, a jakby tego było mało, Sakurę kocha koleżanka.

Te wszystkie zawirowania to jednak jedynie początek tego, z czym dziewczynka musi się zmierzyć. Na horyzoncie pojawia się tajemnicza, obserwująca ją postać, a także… druga Sakura. Jej kopia wdziana jest w różnych miejscach, a na dodatek nieźle rozrabia. Keruś, by pomóc jej w tej sprawie, postanawia nauczyć ją wróżyć z kart Clowa. Co dzięki nim odkryje dziewczynka? I co jeszcze na nią czeka?


„Card Captor Sakura” to manga bardzo prosta i bardzo urocza – i w tym właśnie tkwi jej siła. Panie z Clampa, odchodząc od swojej zwyczajowej stylistyki pełnej mroku i detali, serwują nam opowieść dla młodych czytelników, utrzymaną na dodatek w modnej w czasach powstania serii (choć ostatnio za sprawą gry „Pokemon Go” temat znów wrócił do łask) stylistyce polowania na wszelkiego typu znajdźki, tak rozsławionej przez „Pokemona”. W skrócie rzecz ujmując, czytelnicy rozpoczynający swoją przygodę z mangą będą bardzo zadowoleni. Ale pozostaje pytanie co z pozostałymi odbiorcami?


Żeby dać się porwać tej serii, trzeba lubić urok i słodycz, to nie ulega wątpliwości. W czytelnikach z mojego pokolenia na dodatek, pokolenia, które wyrosło na pierwszym mangowym boomie w naszym kraju, „Sakura” obudzi niejeden sentyment. Ale jednocześnie w tej wspomnianej już prostocie tkwi całkiem spora siła. Bo mangę czyta się szybko, ale naprawdę z przyjemnością, a postacie z miejsca kupują naszą sympatię.


Tak samo zresztą, jak szata graficzna. Ta jest niemal zupełnie pozbawiona czerni, ale nie brak tu zarazem tej typowej dla prac Clampa symboliki. Dużo zwiewności i delikatności, świetny dynamizm i oszczędność potwierdzająca klasę autorek tworzą coś naprawdę znakomitego. Nie jest to może wielka seria, ot czysta rozrywka, która nie wymaga wiele od czytelnika, ale i tak warta jest uwagi i godna polecenia wszystkim tym, którzy chcą się rozerwać w lekki, uroczy i bardzo przyjemny sposób.


Dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.








sobota, 10 sierpnia 2019

Dragon Ball GT / Dragon Ball Super

GT KONTRA SUPER


Temat „Dragon Ball Super” nie jest może szczególnie świeży, ale coraz powraca na usta fanów. Tym bardziej teraz, gdy trwa seria (choć należałoby raczej nazwać ją reklamówką) „Super Dragon Ball Heroes”. Patrząc jednak na kolejne odcinki „DBS” i odświeżając sobie zapomnianego już nieco i niesłusznie odżegnywanego od czci i wiary „Dragon Balla GT”, zacząłem zastanawiać się czemu właściwie miłośnicy serii tak, a nie inaczej podchodzą do obu tych tytułów i… Znalazłem jedynie brak jakiejkolwiek logiki w ich wywodach.


A zatem pamiętacie co najczęściej zarzucano serii „GT”, kiedy w końcu się pojawiła? Było tego sporo, ale najważniejszych kwestii jest właściwie kilka. Pierwszą z nich jest fakt, że niepotrzebnie odmłodzono Gōku. Potem pojawiły się głosy, że fabuła jest wtórna (okej, twórcy powrócili w niej do początków „DB” i nawet powielili kilka wątków – ten  Zounamą to wypisz wymaluj pierwsze spotkanie Ulonga, ale często był to również hołd), a także niespójna z kanonem – skoro Sayianie od urodzenia mieli jednakowe owłosienie, to jakim cudem Vegecie urosły włosy? Serialowi zarzucano także, że wprowadził do akcji nowe smocze kule, o których wcześniej nie było mowy, wątek kosmicznej podróży w ich poszukiwaniu, a także to, że akcja toczy się szybko i zamyka w ledwie 64 odcinkach, podczas gdy w serii „Z” tyle trwały walki z jednym wrogiem. Narzekano także, że poziom mocy bohaterów nie jest taki, jak kiedyś, zmieniono także charaktery niektórych, a wreszcie na to, że całości nie stworzył Akira Toriyama itd. itd.


Ale spójrzcie tylko na „Dragon Balla Super” – żeby nie było, lubię tę serię i z ochotą oglądam, ale czasem aż zgrzytam zębami. Tu Gōku może nie odmłodzono, ale zrobiono z niego skończonego debila (czyli zmiana charakteru jest – podobnie zmieniono też kilka innych postaci). Akcja również jest wtórna, bo właściwie mamy ciągłe powtarzanie tych samych wątków, od boskiego zagrożenia (czym, jak nie częścią ziemskiego bóstwa był Piccolo?), przez powrót Frizera i Trunksa z przyszłości, po turnieje walk. A to tylko najważniejsze powtórki. Kanoniczność też sypie się tu na każdym kroku (Gōku i Vegeta mają tu przez moment brody…), mamy również (uwaga!) kule, o których nikt wcześniej nie wspominał (także kosmiczne) i międzygwiezdne podróże. Akcja zaś potrafi się tu wlec niemiłosiernie (przygotowania do turnieju wszechświatów, ciągłe walki przedturniejowe, z których nic nie wynika i długie starcia ze słabymi wrogami potrafią znużyć). A poziom mocy bohaterów? Patrząc na to, jaki Gōku był potężny, kiedy w nowej formie (te nowe przemiany też nie wyglądają tak dobrze, jak SSJ4 z „GT”)  mierzył się z Beerusem, po długich treningach powinien pokonywać przeciwników z palcem w nosie, a męczy się ze słabymi i przegrywa (w „DBGT” za to jego słabość chociaż umotywowano tym, że zmalał i nie kontroluje niektórych rzeczy). A przy okazji całości nie stworzył Toriyama, nawet jeśli miał w niej jakiś udział.


Patrząc na to wszystko, stwierdzam że jednak „GT” stoi u mnie na tym samym poziomie, jeśli nie wyżej, niż seria „Super”. Co z tego, że ta druga odsłona ma lepszą animację, skoro komputerowe efekty zabijają jej klimat, a kolorystyka aż wali po oczach. Wolę już nastrojowy, może naiwny, ale jednak oldschoolowy look starych serii i dziwię się, że ci sami fani, którzy tak pomstowali na „GT”, jakże często zachwycają się „Superem”. Chyba zapomnieli już, co kiedyś ich drażniło, ale wciąż uparcie trzymają się swoich racji, bo wstyd przyznać się do tego przed samym sobą. Tak czy inaczej jednak z chęcią będę wracał do wszystkich serii „DB” i cokolwiek w temacie powstanie z przyjemnością będę oglądał dalej, bo mimo mojego sarkania, żadne „Smocze kule” jeszcze tak naprawdę mnie nie zawiodły.