piątek, 15 listopada 2019

Reszta świata #2: Świat nazajutrz - Jean-Christophe Chauzy

JAKA PIĘKNA KATASTROFA


Rozerwały się góry na pół lawa spływa strumieniem
Te piekielne kamloty spadają na ziemię
Na jakikolwiek cud szansa jest mała
Cudownie napiął się łuk uwolniła się strzała
(…)
Panie Boże jak wspaniale tu
Zapiera dech brakuje tchu
Panie schowaj nas pod świata dach
Po drabinie z nieba już czas

- Pidżama Porno


„Reszta świata”, udane komiksowe postapo, powraca z drugim tomem. Po tym, jak pierwsza część okazała się zaskakująco udaną opowieścią, która może i fabularnie była zbyt szybko poprowadzona i momentami nieprzekonująca, ale za to została rewelacyjnie zilustrowana. I choćby właśnie dla samych ilustracji warto całość poznać. Tym bardziej, że drugi tom łapie jeszcze lepszy rytm, choć osobiście na miejscu autora kilka plansz bym poprawił.


Główną bohaterką całości jest Marie, zmęczona życiem nauczycielka, która wraz z synami wybrała się w podróż do malowniczo położonego Cazeaux, by przetrawić problemy rodzinne – a dokładniej zdradę męża, który porzucił ją właśnie dla dużo młodszej kochanki. Niestety, w trakcie ich pobytu tam, stało się coś złego. Dziwne zjawiska pogodowe, trzęsienie ziemi, katastrofy… Zanim zdążyli zrozumieć, co się właściwie dzieje, świat się zawalił, a ludzkość zaczęła dziczeć…

Teraz Marie z towarzyszącymi jej dziećmi ucieka przed ludźmi z miasteczka, w którym schronili się na pewien czas. Nie pościg jednak jest najgorszy, a to, co stało się ze wszystkim wokoło. Z dawnego świat zostały tylko ruiny i dymiące zgliszcza. Miasta toną pod wodą, transport nie istnieje, a inni ludzie mogą już nie żyć. Czy ich wędrówka przez to, co ocalało, ma w ogóle sens? Czy zdołają jeszcze kiedykolwiek zobaczyć swoich bliskich? I co takiego czeka na nich po drodze?


„Reszta świata” to komiks, który serwuje nam szalony popis zniszczeń wywołanych przez naturę. Widowiskową rozwałkę zapewnioną nam najprawdopodobniej przez samą planetę. Owszem, autor stara się zaoferować nam coś więcej, jak np. historię o najgorszych stronach ludzkiej natury, niczym w „Drodze”, jednak w tym momencie opowieść nieco szwankowała i szwankuje nadal. Psychologia nie jest najmocniejszą stroną Chauzyego, na szczęście tym razem bardziej skupia się na efektownych apokaliptycznych popisach i sceneriach.


I dobrze, bo to robi duże wrażenie. Wszystko dzięki temu, że zostało tak doskonale zilustrowane, w sposób przypominający prace Hermanna Huppena, gdzie dość prosto, choć realistycznie ukazane postacie, wrzucone zostają do realistycznie, drobiazgowo oddanego świata. Owszem, kilka momentów jest nieco słabszych – jak chociażby dwupanelowa plansza widoczna na przykładowych stronach – twarze i mimika na kolana nie powalają, ale zdewastowane miasta, płonące równiny, zalane tereny, rozbite maszyny czy obrócone w gruz budynki wywołują duże emocje. Dlatego polecam gorąco, bo mimo mankamentów to świetna opowieść, do której chce się wracać.







czwartek, 14 listopada 2019

W domu robaka - George R.R. Martin

PONURA KLAUSTROFOBIA


Gasną już światła, rzecz skończona.
I ponad Larw drgających wir
Z hukiem opuszcza się zasłona
I z wolna każdy kształt co kona,
W żałobny spowija kir.

Mówią anioły z bladych powiek
Łzy ocierając w czasie przerw,
Że sztuka ta ma tytuł Człowiek
Herosem jej: Zdobywca Czerw.

- Edgar Alan Poe


Dzieła z początków kariery Geroge’a R.R. Martina, jak i większość jego prozy poza cyklem „Saga lodu i ognia” (czy jak ktoś woli „Gra o tron”), a także sporą ilość dodatków do niego, trudno uznać za szczególnie udane. Owszem, czyta się je dobrze i z przyjemnością, ba, nie da się także nie docenić pomysłów autora, a jednak czegoś w nich brakuje. Czasem w stylu, czasem w rozwiązaniach fabularnych. I tak jest też z nowelą „W domu robaka”, lekturą właściwie na jedno posiedzenie, która na szczęście może pochwalić się naprawdę udanym klimatem.


Zapomniana, konająca planeta. Zrujnowane miasto. Chęć zemsty.

Młody Annelyn wiedzie dobre życie w skrytym pod ziemią miejscu, gdzie o dobrym życiu praktycznie nie ma co marzyć. Wiele zmienia upokorzenie, jakiego pewnego dnia doświadcza od Dostarczyciela Mięsa. Dlatego chłopak zaczyna przygotowywać plan zemsty. Wszystko jednak kończy się dla niego w jeszcze głębszych pokładach świata, w miejscu, gdzie czeka na niego wstrząsająca prawda o bóstwie przodków - Białym Robaku…


Pierwszym, co rzuca się w oczy w trakcie lektury niniejszej mini powieści to jej ponury ton. Już sam świat z „W domu robaka” nie jest zbyt gościnnym miejscem. Tu, podobnie jak to było w debiutanckiej powieści Martina „Światło się mroczy”, wszystko umiera. Ale zarazem robi to w widowiskowy sposób, co stanowi kolejną, wartą docenienia rzecz (spójrzcie tylko na opisy obumarłego słońca). Ważniejszy jednak okazuje się klimat. Klimat duszny, klaustrofobiczny, czasami ocierający się drastyczne elementy czy obrzydliwości (na mnie, miłośniku mocne literatury wszelakiej maści nie robi to co prawda większego wrażenia, ale warto ostrzec co wrażliwszych odbiorców).


Ale i sama fabuła jest tutaj niezła. Z jednej strony mamy tu science fiction w stylu „Diuny” (i to bardziej podobne do wydanego dekadę wcześniej opus magnum Herberta, niż można by sądzić na pierwszy rzut oka), z drugiej opowieść grozy, ocierającą się zarówno o typowy straszak z dziwnymi bytami, jak i horror cielesny. Ale mamy tu też udane dark fantasy, dla tych, którzy wolą prozę Martina osadzoną w realiach bliższych temu, co polubili w jego współczesnych utworach. Rzecz w tym, że stylistycznie niniejsze dzieło wypada słabiej, niż „Gra o tron”.


„W domu robaka” to lektur stricte rozrywkowa. Niby pewnego przesłania można się w niej na siłę dopatrzeć, ale nie zmienia to faktu, że rzecz jest prosta i skupiona na tym, by oddziaływać przede wszystkim na wyobraźnię, a nie serce. Umysłu czytelnika nie stymuluje, ale za to naprawdę zapada w pamięć. Stylistycznie nie jest może zbyt wymagająca, tak jak i postacie nie są szczególnie złożone, niemniej są tu sceny, które robią wrażenie i o których trudno jest zapomnieć. A że jednocześnie opowieść budzi pewne nasze pierwotne obawy i lęki, trudno nie docenić tej jej strony.


Wszystko to składa się na dzieło, które miłośnikom fantastyki i horroru polecam. To tylko nieco ponad sto stron, nowelka jedynie (Stephen King miał masę opowiadań większych objętościowo!), a jednak mimo pewnych minusów poznać ją naprawdę warto. W sam raz na jedno mroczne, ponure popołudnie z książką w ręku.


Dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

środa, 13 listopada 2019

Coś - John W. Campbell

LODOWE PIEKŁO


Filmowe „Coś” to jeden z najbardziej znanych horrorów Science Fiction w historii kina. I chociaż chyba nie ma osoby, która nie kojarzyłaby tej opowieści, niewielu ma świadomość, że fabuła oparta została na noweli Johna W. Campbella „Kim jesteś?” z 1938 roku. Noweli, która w Polsce po raz pierwszy pojawiła się w magazynie „Fenix” (nr 1/1990). Potem mieliśmy okazję przeczytać ją ponownie w „Broń ostateczna / Coś”, a teraz w końcu powraca i to w należytej, pełnej wersji. I jeśli jeszcze jej nie znacie, a cenicie filmowy hit albo po prostu dobrą fantastykę i horrory, koniecznie powinniście poznać niniejszy tom.


Ludzie uwięzieni wśród śniegów i mrozu. Wróg, który może być każdym. Śmierć czająca się na każdym kroku.

Na Antarktyce grupa badaczy czeka na koniec zimy. Pewnego dnia dokonują jednak nieoczekiwanego odkrycia. Znaleziony w śniegach statek kosmiczny sprzed dwudziestu milionów lat wraz ze znajdującym się wewnątrz kosmitą staje się początkiem walki o przetrwanie. Gdy obcy niepostrzeżenie zabija jednego z badaczy i przybiera jego formę, dla nieświadomych niczego ludzi zaczyna się bardzo ciężki okres…


Chociaż „Coś” najbardziej znane jest z ekranizacji, która podbiła kina w roku 1982, tak naprawdę pierwsza jego filmowa wersja powstała dużo wcześniej, bo jeszcze w roku 1951, podbijając ekrany jako „Istota z innego świata”. Jednak to właśnie późniejszy film twórcy „Halloween” Johna Carpentera, inspirowany dodatkowo prozą Lovecrafta, stał się tym najbardziej kanonicznym i w roku 2011 doczekał się prequela o takim samym tytule, a także hołdu w postaci „Ice”, jednego z odcinków serialu „Z archiwum X”. Nie byłoby jednak żadnego z tych dzieł, gdyby nie nowela napisana w latach 30. XX wieku przez Johna W. Campbella, legendarnego pisarza science fiction, na cześć którego nazwano nagrodę dla najlepszej powieści SF. Dzieła znakomitego i wciągającego. Treścią i jakością bliskiego filmowi Carpentera i dostarczającego podobnie rewelacyjnych wrażeń.


Sama fabuła to rasowy, by nie rzec wzorcowy, horror SF. Klaustrofobiczny, osadzony w przemyślanym środowisku – mroźnym, niegościnnym i niemal równie niebezpiecznym jak to, z czym mierzyć muszą się bohaterowie. Postacie też są całkiem nieźle skrojone, ale to nastrój panujący na stronach, w połączeniu z dobrą akcją i napięciem, daje naprawdę znakomity efekt finalny. W podobieństwa i różnice między tą a filmowymi wersjami nie będę wnikał, żeby nie psuć Wam przyjemności płynącej z ich odkrywania, niemniej warto skonfrontować ze sobą wszystkie wersje, jeśli tylko macie je pod ręką.


I warto też docenić samo wydanie. Owszem, twarda oprawa i niezłe ilustracje w wykonaniu Macieja Kamudy z miejsca rzucają się w oczy, ale istotniejsze jest tutaj coś innego. W tomie dostajemy bowiem pełną wersję tej historii, którą biograf Alec Nevala-Lee odnalazł w 2017 roku w archiwach Houghton Library na Uniwersytecie Harvarda. Całość wzbogacona została m.in. o przedmowy Lee i legendarnego pisarza Roberta Silverberga oraz fragment kontynuacji całości. Chyba nie trzeba dodawać nic więcej? „Coś” to rzecz warta poznania i polecenia. Nie wahajcie się ani przez chwilę i rozejrzyjcie się za książką, póki jeszcze można ją znaleźć wśród nowości.

Cieplarnia - Brian Aldiss

ŻYWA ŚMIERĆ



Brian Aldiss to pierwszy autor, który w serii „Wehikuł czasu” doczekał się więcej, niż jednej powieści. Pierwszy, ale jak pokazują zapowiedzi, nie ostatni. Co prawda nie jest to pisarz tak wybitni, jak niektórzy jego koledzy, których prace odświeżane są w ramach tej linii wydawniczej i nie wydaje się by zasługiwał na podobne wyróżnienie, jednak nie zmienia to faktu, że „Cieplarnia” to kawał bardzo dobrej powieści, którą świetnie się czyta i która nie pozostawia czytelników obojętnych wobec tego, co czeka na nich na stronach.


Przyszłość. Ziemia w ostatnich dniach swego istnienia, na zagładę czeka w blasku konającego słońca. Ale patrząc na nią, trudno nie dostrzec tkwiącego w niej życia. Dżungla rozrosła się do monstrualnych rozmiarów, zdominowała planetę. Zwierzęta, które przetrwały, kryją się w gęstwinie, człowiek jest ginącym gatunkiem, dla którego jedynie związek z inteligentnym grzybem może zapewnić szansę na przetrwanie. Właśnie w takim świecie zaczyna się niezwykła wyprawa. Dokąd jednak ona doprowadzi? I co w trakcie jej trwania się nam ukaże?


„Cieplarnia” po raz pierwszy w formie odcinkowej pojawiła się na łamach legendarnego pisma „The Magazine of Fantasy & Science Fiction” w roku 1961. Owe pięć powiązanych ze sobą opowiadań zostało wspólnie wyróżnionych nagrodą Hugo dla najlepszego opowiadania. I to chyba dostateczny dowód na to, z jak świetną literaturą mamy tu do czynienia. To niby tylko postapo, trochę dziwaczne i momentami eksperymentalne bym rzekł, ale jakie robi wrażenie. I jak świetnie, tak po prostu, wszystko się to czyta.


Aldiss w „Cieplarni” nie przejmuje się naukowym prawdopodobieństwem. Nie szuka umotywowania dla tego, co się wydarzyło i dzieje nadal. Nie przeładowuje więc swojej powieści kwestiami technicznymi i żargonem. Co nie przeszkadza mu jednocześnie w budowaniu spójnego, przekonującego świata, który fascynuje, urzeka, ale i ma nam coś do powiedzenia. Bo „Cieplarnia” to właśnie powieść nastawiona na wyobraźnię, zachwyt i przesłanie. Taki autorski popis wyobraźni, pozornie tylko mniej tajemniczy i intrygujący od poprzedniej powieści autora z Wehikułu Czasu – „Non Stop”. Sekrety są tu obecne, jednak i tak pierwsze skrzypce gra tutaj urzekająca wizja, która autentycznie wciąga i nie pozwala tak łatwo o sobie zapomnieć.


Do tego dochodzą sympatyczne postacie zaludniające „Cieplarnię” oraz znakomity styl, którym Aldiss wszystko to podaje. Powieść jest lekka i przyjemna w odbiorze, ale jednocześnie autor eksperymentuje, szuka i przy okazji – a raczej przede wszystkim – tworzy lekturę satysfakcjonującą bardziej wymagających odbiorców. W skrócie: Wehikuł Czasu znów nie zawiódł i wszyscy miłośnicy dobrej, niebanalnej fantastyki znów będą usatysfakcjonowani. A jak patrzę na zapowiedzi wydawcy („Wieczna wojna”, „Drzwi do lata”, „Człowiek do przeróbki”), literacka uczta szybko się nie skończy.


Dziękuję wydawnictwu Rebis za udostępnienie egzemplarz do recenzji.

Fruits Basket #2 - Natsuki Takaya

SHOUJO BASKET


Ta manga jest naiwna, ta manga jest przesłodzona, ta manga jest prosta i oczywista – czy muszę dodawać coś jeszcze, by Was do niej zachęcić? Wątpię. Bo może w innych przypadkach trudno byłoby wymieniać wszystkie te hasła w formie zalet, jednakże jeśli chodzi o „Fruits Basket” to naprawdę plusy całości. Całości jakże sympatycznej i wciągającej, chociaż wszyscy miłośnicy tego typu mang doskonale znają ten schemat.


Noworoczne życzenie Hondy nie spełniło się i Kyo i Yuki nadal się kłócą. Dodatkowo Yuki łapie przeziębienie, a tu w szkole czeka bieg wytrzymałościowy. Jakby tego było mało, Kyo tylko myśli, jak tu z nim wygrać, więc bohaterów czekają kolejne szalone wydarzenia. Oczywiście na tym nie koniec, bo na scenie pojawia się kolejny krewny bohaterów, a my jednocześnie dowiadujemy się więcej w temacie przemiany. A to jedynie wydarzenia, które czekają na czytelników w pierwszych tylko rozdziałach!


„Fruits Basket” to manga shoujo i to już wszystko powinno Wam powiedzieć. Ba, to nie tylko kolejny przedstawiciel tego gatunku, ale przede wszystkim jeden z najbardziej wzorcowych i klasycznych, choć w pewnym stopniu także jakby nie do końca wykształcony. Wiadomo, przeciwnicy szojek nie mają tu czego szukać (choć zachęcam by dali całości szansę), ale miłośnicy i po prostu fani dobrych mang obyczajowo-romantycznych na pewno będą bardziej niż zadowoleni sięgając po ten tytuł.


Plusami całości są przede wszystkim lekkość i sympatyczny ton. „Fruits Basekt” łączy w sobie humor, szkolne życie, domowe problemy, romantyczną nutę i pewną dozę akcji. Dzięki temu całość czyta się szybko i przyjemnie. Nie ma tu wielkiej głębi, to po prostu kolejna opowieść rozrywkowa, bardziej dla płci pięknej, niż brzydkiej, ale „bardziej” nie oznacza, że jedynie. Całość została bowiem przełamana nutą fantastyki i całkiem sporą ilością scen, które męskim odbiorcom mogą przypaść do gustu. I po prostu dostarcza dobrej zabawy.


Jeśli chodzi o szatę graficzną to jest ona o tyle udana, co niewprawna. Czasem proporcje i perspektywa mocno kuleją, ale i tak „Fruits Basket” ogląda się naprawdę przyjemnie. Bo wszystkie niewprawności tej serii mają swój swoisty urok i naprawdę trudno jest poczytywać je jako minus. Całość ma bowiem tyle ciepła w sobie, że żadne minusy nie mają znaczenia. Liczy się tylko rozrywka, jakiej dostarcza, a polscy czytelnicy dostają jej solidną dawkę w podwójnej grubości tomach. Kto zatem lubi dobre shoujo, niech się nie waha i pozna „Koszyczek z owocami” – naprawdę warto.


Dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.









wtorek, 12 listopada 2019

Potężna Thor #2: Władcy Midgardu - Jason Aaron, Russell Dauterman, Rafa Garrés

NA POMOC WROGOWI


Jakim scenarzystą jest Jason Aaron chyba nikomu mówić nie trzeba. Swoich fanów posiada, temu nie da się zaprzeczyć, ale jak wiadomo ludzie lubią to, co już znają, a on im tego dostarcza. Najczęściej robi to w kiepski sposób (niektóre opowieści o Wolverine’ie czy beznadziejne „War of the Realms”), czasem jednak potrafi powielać pomysły w dobrym stylu i właśnie dobre są jego komiksy z serii „Potężna Thor”.


Tym razem Thor Gromowładna musi pomóc… swojemu wrogowi. Dario Agger, prezes Roxxonu, który jest współwinny wielkiej masakrze świetlistych elfów, znalazł się w niebezpieczeństwie. Niezadowoleni z braku zysków wynikających z podbijania elfickiego świata szefowie wielkich korporacja postanawiają zająć się Aggerem. Ktoś jednak będzie musiał go ocalić, a kto zrobi to lepiej, niż Bogini Piorunów? Rzecz w tym, że zadanie to będzie o wiele trudniejsze, niż nawet ona mogłaby sądzić…


Zastanawiam się, jak Aaron, który stworzył wspomniany już koszmar „War of the Realms”, najgorszy event Marvela jaki czytałem (o ile fakt, że odpadłem po pierwszym zeszycie w ogóle mianem czytania można określić), czasem potrafi zrobić coś dobrego. Owszem, nie oryginalnego ani świeżego, tego nie można powiedzieć, bo wszystkie jego prace to po prostu kopie pomysłów i fabuł innych artystów, ale naprawdę przyjemnego w odbiorze i potrafiącego wciągnąć. Nowości żadnych tutaj nie ma, wałkowanie tematu firmy Roxxon, która jest jednym z najsłabszych przeciwników komiksowych, jakie wymyślono, trudno zaliczyć in plus, a jednak zabawa z tym tomem jest naprawdę dobra.


Co zatem tutaj mamy? Przede wszystkim konkretną akcję, szybkie tempo i brak nudy. Ale co ważniejsze komiksy z tej serii mają do zaoferowania naprawdę nieźle skrojoną bohaterkę. Jane Foster jako Thor to też nie pomysł Aarona, bo ta pojawiła się kilka dekad temu w jednym z zeszytów „What if’…”, a jednak jest na tyle mało wyeksploatowana, by pozostawała atrakcyjną postacią dla czytelników. Owszem, jej motywy odnośnie leczenia raka mnie nie przekonują, za to doceniam wynikające z tego emocjonalne momenty. Dzięki temu – a także dzięki świadomości, że dostajemy tu opowieść z założenia epicką – całość pochłania się z dużą przyjemnością i ochotą na więcej, nawet jeśli to tylko stricte rozrywkowa opowieść.


Rysunkowo album też wypada dobrze. Przyjemna dla oka kreska Dautermana wygląda naprawdę dobrze (widać to zresztą po samej okładce). Nieco gorzej prezentują się grafiki Garrésa, ale i one nie są złe. Całość wieńczy tradycyjnie bardzo dobre wydanie. Kto więc lubi marvelowskie opowieści i historie o Thorze, powinien całość poznać. Nawet jeśli nie trawi dzieł Aarona, akurat tym razem warto sięgnąć po ten tytuł.







Vigilante: My Hero Academia Illegals #3 - Hideyuki Furuhashi, Betten Court, Kohei Horikoshi

MY ILLEGAL ACADEMIA


W trzecim tomiku serii „Vigilante: My Hero Academia Illegals” historia zaczyna rozkręcać się coraz bardziej i coraz więcej zaczyna mieć wspólnego z główną serią „My Hero Academia”. I coraz lepsza jest też sama opowieść. Wciąż co prawda nie jest to poziom przygód Deku, niemniej i tak trudno nie bawić się naprawdę dobrze przy poznawaniu kolejnych perypetii, jakie stają się udziałem bohaterów tego tytułu.


W świecie, gdzie niemal wszyscy mają supermoce, bycie superbohaterem jest bardzo popularnym zawodem. Nie brakuje szkół, które szkolą przyszłych herosów, ale co z tymi, którzy chcieliby bronić świata, a nie posiadają należytych kwalifikacji czy papierka, który potwierdziłby ich zdolności na tym polu? W takiej sytuacji znajduje się właśnie Koichi, który postanowił działać na własną rękę. Jako The Crawler stara się nieść ratunek potrzebującym, ale średnio mu to wychodzi. Średnio też wychodzi mu studencka kariera, którą stara się ratować. Z pomocą przychodzi mu jednak szkolna koleżanka, ale nie robi tego bezinteresownie…


„Vigilante: My Hero Academia Illegals” to typowy spin-off: fani chcą więcej, fani więc dostają. Ani twórcy, ani wydawcy nie mają powodów do narzekań, bo na znoszącą złote jajka kurę nie marudzi się tak samo, jak i się jej nie zażyna. Wiedzą o tym nawet dzieci, prawda? Takie są prawa rynku, nie ma się co oszukiwać, liczy się jednak to, by ekipa odpowiedzialna za całość nie odcinała kuponików od popularności pierwowzoru i zaserwowała nam produkt na poziomie, jakiego oczekujemy. Czy tak jest w tym wypadku?


Po części tak, bo „Vigilante: My Hero Academia Illegals” to dobry komiks. I ciekawie powiązany z główną opowieścią, choć jednocześnie od niej niezależny i nadający się zarówno do samodzielnego czytania, jak i jako uzupełnienie samej „Akademii Bohaterów”. Jednocześnie to rzecz dla miłośników zarówno mang typu shounen, jak i amerykańskich zeszytówek superhero. Lekka, szybka i przyjemna w odbiorze, a zarazem treściwa i oferująca sporo tekstu tak, aby wszyscy czytelnicy mieli naprawdę co poczytać, a nie jedynie przerzucić strony, czytając jedynie kolejne towarzyszące pojedynkom onomatopeje.


Jeśli chodzi o fabułę, mamy tu i szkolne problemy, i walki, i dowcipy – i, oczywiście, szczyptę erotyki. Do tego dochodzą niezłe rysunki. Tylko niezłe, bo w porównaniu z „My Hero Academia”, „Illegals” jest prostsze, pozbawione detali i robi o wiele mniejsze wrażenie, ale wciąż wypada przyzwoicie. Dobre wydanie mile wszystko to uzupełnia. Jak zwykle więc polecam i niecierpliwie czekam na kolejne tomiki tak tej, jak i głównej serii.


A wydawnictwu Waneko dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.








Więcej upiornych opowieści po zmroku - Alvin Schwartz

WIĘCEJ OPOWIEŚCI Z DRESZCZYKIEM



Jeśli interesujecie się choć trochę opiniami czytelników, to wiecie, że pierwszy tom „Upiornych opowieści po zmroku” zebrał dość mieszane recenzje. Rozumiem z czego to wynikało, ale muszę powiedzieć, że była to zupełnie niesłuszna ocena. Owszem, literacko owo dzieło nie było niczym wybitnym, jednak wcale takie nie miało być. Jego celem było przybliżenie nam typowych legend miejskich i strasznych historii, które opowiada się nocą w gronie znajomych i swoją rolę spełniło naprawdę dobrze. I równie dobrze wypada też drugi tom, który znów zabiera nas w mroczny, czasem makabryczny, a czasem zabawny świat lęków ludzkiego folkloru.


Pewien mężczyzna odkrywa, że jest na ulicy. Nie wie skąd się tam wziął, nic nie pamięta… A jakby tego było mało, każdy na jego widok ucieka z krzykiem…

Pewien chłopak poznaje na zabawie dziewczynę. Ponieważ dobrze się dogadują, kiedy podwozi ją do domu, postanawia wrócić za nią i zapytać jak się nazywa. To, co odkryje, wstrząśnie jego światem…

W roku 1864 załoga okrętu konfederatów dostrzega na wodach statek, którego nie ma prawa tam być. Tymczasem w naszych czasach kobieta znajduje w ziemi kość i uznaje, że ta idealnie nadaje się na zupę… Co wyniknie z obu tych sytuacji?

A to tylko część tego, co czeka Was na stronach tej książki!


Co jest największym zarzutem do tej publikacji, wspomniałem już na samym początku: styl. Wszystkie historie zebrane w tym i poprzednim tomie, to króciutkie opowiastki, napisane tak prosto, jak to tylko możliwe. Nie ma tu rozwiniętych fabuł, nie ma kwiecistego, literacko rozbudowanego stylu. Ale wcale ich być nie musi. Owszem, dla miłośników grozy, którzy oczekują takich właśnie rzeczy, może stanowić to pewne rozczarowanie, pamiętajmy jednak, że taka właśnie, a nie inna miała być niniejsza książka.


To w końcu nic więcej, jak zapis podań i krótkich opowieść do opowiadania czy to nocą przy ognisku, czy w podobnej porze w jakimś ciemnym pomieszczeniu, w towarzystwie znajomych. Wszystkie zostały przygotowane tak, by łatwo było je zapamiętać i powtórzyć – każdy już sam zinterpretuje je według własnego uznania, choć autor podaje nam pewne przepisy na to, jak należy to zrobić. Choć akurat w drugim tomie więcej jest typowych „opowiadań”, niż eksperymentów wszelkiej maści (choć mamy tu nawet piosenkę i nuty do niej), więc miłośnicy bardziej klasycznej formy chyba nie będą aż tak bardzo narzekać. Skoro jednak nie narzekaliby na zbiór legend, dlaczego mają narzekać na niniejszy tytuł? Tym bardziej, że to naprawdę ciekawa antologia podobnych historii i jeśli lubicie horrory i legendy miejskie, warto jej się przyjrzeć.


Poza tym całość naprawdę znakomicie prezentuje się od strony edytorskiej. Twarda oprawa, sympatyczna filmowa okładka i piękne, nastrojowe ilustracje w wykonaniu Stephena Gammella robią duże wrażenie. Dodawać chyba nic więcej nie trzeba. Choćby dla przekonania warto całość przeczytać. Może i forma nie każdego kupi, jednak sama treść na pewno usatysfakcjonuje wszystkich, którzy lubią się bać.


Dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka za udostępnienie egzemplarza do recenzji.





Ultima - Stephen Baxter

FANTASTICA ULTIMA



„Proxima” Stephena Baxtera, autora – nie ma się co oszukiwać – w Polsce kojarzonego głównie z powieści pisanych wspólnie z Terrym Pratchettem, była naprawdę przyjemną lekturą SF. Drugi tom, który właśnie pojawił się na rynku, to jednak rzecz o wiele lepsza od poprzednika. Równie świetnie napisana, oparta na znakomitych pomysłach, jeszcze lepiej wykorzystuje potencjał i dostarcza niesamowitych wrażeń zarówno tym, którzy mają ochotę na epicką, spektakularną opowieść kosmiczną, jak i tym, którzy chcą czegoś o wiele bardziej złożonego i ambitnego.


Witajcie na Per Ardua, planecie okrążającej gwiazdę Proxima. To na niej odkryto niezwykłą rzecz, która wiele zmieniła – tzw. Włazy. Czym one są? To rodzaj portali, które pozwalają w mgnieniu oka przenieść się o lata świetlne. Czyżby dla wszystkich nadszedł czas niezwykle sprawnej eksploracji kosmosu i odkrywanie jego tajemnic? Nawet jeśli tak, są w przestrzeni rzeczy, których lepiej jest nie odkrywać…

Prawdziwa natura wszechświata. Prawda o ludzkiej przeszłości i przyszłości. I żyjące od miliardów lat, sterujące nami umysły. Gdy wszystko to wychodzi na jaw, okazuje się, że nie czeka nas nic dobrego. Nadchodzi czas walki. Prawdziwej wojny o kontrolę nad własnym losem i uniknięcie nadciągającej zagłady…


Baxter to autor, obok prozy którego nie warto przechodzić obojętnie. Co prawda to cykl „Długa Ziemia”, który powstał we współpracy z Pratchettem, był chyba najpopularniejszym z dzieł autora na naszym rynku, ale to właśnie solowe powieści najbardziej warte są uwagi. Najlepszym na to dowodem jest właśnie „Ultima”, w której czuć prawdziwą siłę prozy pisarza nagrodzonego m.in. Philip K. Dick Award. Siłę widoczną i w pomysłach, i podejściu do fabuły i samym wykonaniu także. Wykonaniu lepszym, niż dzieła wspomnianego Pratchetta.


Mocną stroną tej powieści są aspekty naukowe i ciekawe podejście do samej wszechświatowej tematyki i zagrożenia, które nadejdzie gdzieś stamtąd. Wizja Baxtera jest odpowiednio epicka, jednak imponująca nie tylko rozmachem, ale i spójnością. „Ultima” przekonuje, „Ultima” wydaje się prawdopodobna, ale „Ultima” też porusza coś więcej w czytelniku. Fantastyka, którą pokochałem jako dziecko urzekała mnie możliwością doświadczenia i zobaczeni rzeczy, których w życiu nie zobaczę. Baxter idzie krok dalej, stymuluje tę moją fascynację, ale też i pobudza intelektualnie. I robi to w sposób lekki, ale treściwy i zapadający w pamięć.


Kto zatem lubi dobrą (w każdym tego słowa znaczeniu) fantastykę, „Ultimę” koniecznie powinien poznać. Solidna dawka świetnej rozrywki na poziomie gwarantowana. Lepsza nawet niż można by sądzić zarówno po opisie, jak i poprzednim tomie.


Dziękuję wydawnictwu Zysk za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

Kapitan Szpic i popielniczka z negatywką - Artur Ruducha, Daniel Koziarski

KOMIKS POSTPEERELOWSKI


Różne spotykam opinie o serii „Kapitan Szpic”, ale ja osobiście lubię tę opowieść i chętnie wracam do niej wraz z kolejnymi tomami. Nic dziwnego więc, że po trzecią część prędzej czy później musiałem sięgnąć. I nie żałuje, bo znów dobrze się bawiłem i pozostaje mi jedynie mieć nadzieję, że na tym zeszycie cała opowieść się nie zakończy.


Magister inżynier docent Adam Czerstwy wpakował się w nie lada tarapaty. Narzeczona poprosiła go, żeby odebrał w Berlinie neseser dla jej przyjaciela, nigeryjskiego milionera Sapiebowale, na miejscu jednak nic nie idzie tak, jak powinno. Jego popielniczka okazuje się być jakże ważna w dziwnej aferze, a on sam zostaje wkrótce aresztowany za to, co celnicy znajdują w jego bagażu.

I tu na scenę wkracza Szpic. Okazuje się bowiem, że Czerstwy to chrześniak majora Wagi, dlatego ten postanawia wysłać Szpica (swoją drogą bliźniaczo do Adama podobnego) do Berlina, by wywabił go z kłopotów. Ten rusza więc do akcji, nie mając najmniejszego pojęcia, w środku jakiej afery właśnie się znalazł…  


Można powiedzieć, że „Kapitan Szpic” to wyrosła na peerelowskim gruncie opowieść graficzna, stanowiąca zarówno satyrę dla ówczesnych komiksów, jak i hołd im złożonym. Lepiej jednak rzec, że to po prostu kawał sympatycznej komiksowej komedii, którą czyta się lekko, szybko i przyjemnie. Żarty czasem śmieszą bardziej, czasem mniej, nie są też dla wszystkich, ale całość jest zabawna i wciągająca. Pozbawiona sensu i logiki, przepełniona zabawami słownymi i wszelkiej maści humorem, z satyrą włącznie, a jednocześnie wcale nie głupia.


Jeśli chodzi o fabułę, po raz kolejny mamy tu do czynienia z parodią klasycznego dzieła peerelowskiego. Jest tu kryminalna zagadka, jest akcja, ale całości nie brakuje także zupełnie innych elementów, jak chociażby fantastyki – tu też w kadrach możecie wypatrzeć pewną znaną wszystkim miłośnikom rodzimego komiksu twarz. Do tego dochodzi spora doza niegrzeczności, że tak to ujmę. Bo o ile komiksy z czasów komuny, które służą autorom za inspiracje, były tworami skierowanymi do młodych czytelników, „Kapitan Szpic” celuje raczej w dorosłych odbiorców. A dokładniej w duże dzieci, które na dziełach z tamtego okresu się wychowały i wciąż żywią do nich sentyment. Owszem, serie Ruduchy i Koziarskiego czytać można i bez znajomości tamtych opowieści i dobrze się bawić, jednak traci się wówczas wszystkie te smaczki pozostawione na stronach.


Jednym z nich, szczególnie wartym docenienia, jest korespondowanie z komiksami peerelowskimi. Bohater milicjant / policjant, śledztwa w sprawie bandytów i przestępstw jak z tamtych lat, wreszcie nawet zeszytowa forma (szkoda, że całość nie wyszła na papierze offsetowym, ale dla współczesnego czytelnika nie byłoby to już tak atrakcyjne). Tytuł to rzecz tak oczywista, że nawet nie muszę o nim wspominać. Wtrącone w to wszystko nawiązania do popkultury (nie tylko tamtego okresu) itd. też dobrze tu pasują, a wszystko to uzupełnia naprawdę przyjemna dla oka szata graficzna.


Kto ma sentyment do peerelowskich komiksów, powinien całość poznać. To tylko rozrywka, specyficzna i nie dla każdego, ale na tyle udana, że dobrze bawi czytelnika. I mi to wystarcza.

Daredevil (Frank Miller), tom 2 - Frank Miller

STARA MIŁOŚĆ NIE RDZEWIEJE



Frank Miller to komiksowa legenda i jeden z ludzi, którzy rewolucjonizowali komiks amerykański. Owsem, jego ostatnie prace częściej zawodzą niż urzekają, jednak lista jego zasług dla opowieści obrazkowych jest długa. To on propagował w końcu kulturę japońską, kiedy ta w Stanach nie należała do zbyt popularnych. To on także wynalazł cyberpunk, bo przecież jego „Ronin”, spełniający wszystkie założenia tej odmiany fantastyki, ukazał się przed „Neuromancerem”, którego uważa się za stwórcę gatunku. I jemu zawdzięczamy zrewolucjonizowanie Batmana („Powrót Mrocznego Rycerza” to jednocześnie to dzieło, które razem ze „Strażnikami” Moore’a zapoczątkowało wielkie zmiany w opowieściach graficznych, zwane Współczesną Erą Komiksu). Zanim jednak wszystko to nastąpiło, Miller dał się poznać jako człowiek, który odmienił Daredevila, wynosząc jego przygody na wyżyny popularności, a sobie zapewniając należyte miejsce wśród komiksowych gigantów. I teraz polscy czytelnicy w końcu mogą przeczytać drugi zbiorczy tom serii, w którym znalazły się zeszyty pisane i rysowane przez Millera. Tom uważany za jedno z najważniejszych i najlepszych dokonań w dziejach komiksu – i to jakże słusznie.


Fabuła całości jest stosunkowo prosta. Daredevil w trakcie kolejnej ze swoich walk z przestępczością zostaje zaatakowany przez Elektrę, najniebezpieczniejszą zabójczynie na świecie. Ta urodzona w Grecji, wyszkolona na ninja kobieta szybko staje się jednym z jego najpotężniejszych, jeśli nie najpotężniejszym wrogiem. Rzecz w tym, że nasz heros doskonale ją zna. I to o wiele lepiej, niż w obecnej sytuacji by sobie tego życzył. Oboje bowiem poznali się na studiach, pokochali, zdradzili sobie nawzajem wszystkie swoje tajemnice… Rozdzieliła ich tragedia, a teraz, kiedy po latach znów się spotykają, stojąc po różnych stronach barykady, przekonują się, że stara miłość nie rdzewieje. Ale wkrótce znów czekają na nich tragiczne wydarzenia…


Frank Miller swoją komiksową karierę zaczynał pod koniec lat 70. XX wieku od drobnych opowieści. „Daredevil”, do którego trafił dzięki swojemu uporowi, stał się jego pierwszą poważną serią, a z czasem także trampoliną do sławy. Oczywiście początki wcale na to nie wskazywały, bo nie dość, że tytuł nie radził sobie najlepiej, to jeszcze scenarzysta (Miller wówczas jedynie rysował cykl) nie pozwalał mu rozwinąć skrzydeł. W końcu jednak artysta dopiął swego i najpierw zaczął współtworzyć scenariusze, a potem pisać je samodzielnie. I zrewolucjonizował „Daredevila”. Wszystko zaczęło się od otwierającego ten tom nr. 168., gdzie jednocześnie debiutuje Elektra. Millerowi wystarczają tu ledwie standardowe 22 plansze by zbudować fascynującą opowieść, pogłębić psychologię postaci, zawrzeć genezę bohaterki, zapewnić mnóstwo akcji i jednocześnie, zachowując charakter całości, wynieść tytuł na prawdziwe wyżyny.


Jednocześnie zaczął wprowadzać charakterystyczne dla siebie elementy i motywy. Jego bohaterowie stali się rozbudowani i złożeni, a w samej opowieści pojawiły się mrok, brutalność i duża doza realizmu. Przede wszystkim jednak Miller wprowadza tu najważniejszą z nowości: Elektrę, jedną z najistotniejszych postaci kobiecych w historii komiksu, która pierwotnie miała być jednorazową bohaterką. Szybko jednak zdobyła tak wielką popularność, iż Miller musiał do niej wrócić. Ale swoim zwyczajem poszedł pod prąd (uwaga spoiler, dla tych, którzy jakimś cudem jeszcze tego nie wiedzą) i uśmiercił Elektrę. Nie chciał by Marvel kiedykolwiek jeszcze jej używał, ale że wydawca nie pozwoliłby zarżnąć kury znoszącej złote jajka, więc ostatecznie to sam twórca ożywił ją na własnych warunkach, z których najważniejszym było to, że Elektra nie może już nigdy spotkać Matta Murdocka. Tyle kulis i ciekawostek, wróćmy więc do samej opowieści.


Fabuła jest znakomita, postacie świetnie nakreślone, akcja szybka, ale wyważona… Owszem, Miller jeszcze nie był zbyt wyrobionym twórcą, ale widać tu jego talent i czuć wielką moc. Album czyta się rewelacyjnie, ogląda też z dużą przyjemnością, chociaż i pod tym względem autor wciąż nie był jeszcze mistrzem: oczy bohaterek wydają się zbyt duże, perspektywa też momentami trochę się rozjeżdża, ale zarazem całość urzeka dynamiką i kadrowaniem, pełnymi garściami czerpanymi z mang. Do tego dochodzi świetne cieniowanie i niezapomniany klimat brudnych nowojorskich zaułków. A wszystko to połączone w ramach opowieści, w jakich Frank Miller czuje się najlepiej: czarnego kryminału o miłości do kobiety fatalnej. Osadzenie całości w realiach opowieści superbohaterskiej bynajmniej nie odbiera historii mocy, a i warto wspomnieć tu o testowaniu pomysłów czy postaci, które potem pojawić się miały w autorskiej serii Millera, "Sin City".


Dobrze więc, że album ten, swego czasu umieszczony na 18. miejscu listy komiksów wszech czasów wg „Wizarda”, w końcu ukazał się w Polsce w pełnej wersji. Wcześniej, w latach 90. Editor wydał nad Wisłą jeden zeszyt „Elektry”, zbierający pierwsze komiksy tego tomu (z innym nieco układem kadrów), potem w ramach kolekcji Superbohaterowie Marvela w tomie „Saga o Elektrze” wypuszczono większość zebranych tu zeszytów (brakowało numerów #169-173 i #182), ale jednak braki dały się odczuć. I to wyraźnie. Teraz na szczęście możemy cieszyć się całością, łącznie z przesyconym emocjami finałem – i przy okazji wreszcie w naprawdę dobrym tłumaczeniu. Czy fanom Millera i Daredevila trzeba czegoś więcej do szczęścia?


Dlatego polecam całość bardziej niż gorąco. To kawał rewelacyjnego komiksu, który zachwyci zarówno miłośników superhero, jak i ambitniejszych, bardziej przyziemnych opowieści graficznych. Nie wahajcie się więc ani chwili i koniecznie dołączcie ten tradycyjnie dla Egmontu pięknie wydany album do swojej kolekcji. Wart jest tego, jak rzadko który.