środa, 18 kwietnia 2018

Bakuman #3 - Tsugumi Ohba, Takeshi Obata

W POGONI ZA MANGĄ


Jeśli miałbym wskazać mangę dla mnie osobiście najbliższą ideału - i nie kierować się przy tym młodzieńczymi pasjami,  które zostały mi w pamięci i sercu - bez dwóch zdań byłby to "Bakuman". Tom trzeci natomiast to zdecydowanie kwintesencja elementów, które o tym decydują, a jednocześnie fascynujące spojrzenie na świat mangaków i wydawców. W skrócie: rewelacyjna manga dla każdego, kto kocha komiks.


Mashiro i Takagi to dwaj nastolatkowie marzący o sławie mangaków. Udało im się co prawda zadebiutować, jednak czeka ich jeszcze długa droga, zanim będą mogli zostać profesjonalnymi twórcami, a jednocześnie zdobyć własną serię. Ale nie poddają się i starają zainteresować swojego redaktora kolejnymi swoimi pracami. Zbliża się też czas kolejnego konkursu, z którym wiążą nadzieje. Ale jednocześnie zbliżają się także wakacje – czas, kiedy bohaterowie zamierzają od siebie odpocząć i przemyśleć kierunek swej twórczości. Nieoczekiwanie Mashiro dostaje propozycje zostania asystentem pewnego popularnego obecnie mangaki. Tymczasem jego ukochana otrzymuje angaż do nowego serialu anime, gdzie ma podkładać głos pod jedną z postaci. Jednocześnie dziewczyna Takagiego też postanawia coś osiągnąć i chce zacząć tworzyć powieści na telefony komórkowe! W życiu całej czwórki zaczyna dziać się coraz więcej.


Co jest takiego w "Bakumanie", że ta historia działa na mnie w tak intensywny sposób? Od dziecka kochałem komiksy, a mangą, anime i japońską kulturą zacząłem interesować się w wieku jakichś 7 lat, za sprawą "Czarodziejki z księżyca". Prawdziwa fascynacja nimi przyszła jednak we wczesnej nastoletniości, najpierw za sprawą "Pokemona", a wreszcie "Dragon Balla". Jak chyba każdy dzieciak zafascynowany opowieściami graficznymi, sam także pragnąłem tworzyć podobne rzeczy, co zresztą przez parę długich lat robiłem właściwie w każdej wolnej chwili. A gdzieś pomiędzy wymyślaniu kolejnych fabuł własnej serii komiksowej, ćwiczyłem swój styl, najpierw kopiując sceny głównie z "Dragon Balla" właśnie, potem tworząc także własną kontynuację serii.


Sentymenty... Ale wiecie do czego zmierzam. Podobnie robią tutejsi bohaterowie (jeden z nich kopiuje także "Naruto", a jak możecie się domyślić także tę mangę czytałem), do tego są mi bliscy, całość natomiast niesiona jest na skrzydłach wątku romantycznego, napędzającego Mashiro do działania, a ja przecież jestem romantykiem. Dodajcie do tego fakt, że "Bakuman" kojarzy mi się także z jednym z moich ukochanych filmów "W pogoni za Amy" - romantyczną opowieścią o twórcach komiksów - i będziecie rozumieli dlaczego tak lubię te serię.


Ale nie są to jedyne powody. "Bakuman" to po prostu znakomity tytuł, świetnie napisany i genialne zilustrowany (ach te detale!), który pokazuje nam, jak od środka wygląda tworzenie mangi, starania o debiut i wybicie się oraz proces wydawniczy. Wszystko to jest fascynujące, ale mamy tu przecież także świetne postacie, całe mnóstwo emocji i interesujące wątki poboczne. Całość wieńczy natomiast znakomite wydanie o powiększonym formacie. Ja jestem zachwycony i mam ochotę na więcej, a Wam polecam bardzo, bardzo gorąco. Naprawdę warto.


Dziękuję też wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.





wtorek, 17 kwietnia 2018

Kulinarne pojedynki #9 - Tsukuda Yuuto, Saeki Shun

KUCHENNE WOJNY


Gdyby komiksy mogły tuczyć, czytanie "Kulinarnych pojedynków" skutkowałoby solidną nadwagą. Ta manga bowiem zawiera w sobie tyle smaku, tyle aromatu i tak wiele pobudzających kubki smakowe rysunków i opisów, że aż chciałoby się ją schrupać. Mało tego, trudno nie mieć potem ochoty na coś azjatyckiego do zjedzenia - sam zresztą tej ochocie kilka razy już uległem. A przy okazji mamy tu do czynienia z ciekawym, dynamicznym komiksem, w którym nie brak ani bardzo łagodnej erotyki, ani także solidnej dawki humoru.


Do finałów „Jesiennych wyborów” przeszła ósemka uczniów, a wśród nich – jak się można było domyślić – jest także Souma. Co więcej chłopak trafia na swoistą pierwszą linię frontu, gdzie musi zmierzyć się z Alice, a ta już pokazała jury co potrafi i zdołała zachwycić członków komisji. Czy jej przeciwnik ma szanse dorównać swoją potrawą bento, które ona przygotowała? Znając chłopaka, jego zapał i talent, jak najbardziej, ale przecież nigdy nic nie wiadomo, prawda? Jak jurorzy odbiorą jego danie? I co jeszcze czeka na Soumę w trakcie wyborów? Bo starcie z Alice to dopiero początek, a w tle czekają jeszcze przecież pojedynki innych, wcale nie mniej utalentowanych uczestników… Oj będzie gorąco!


Przy omawianiu kolejnych tomów dłuższej serii, trudno jest powiedzieć coś świeżego. Nie będę się więc silił na żadną oryginalność i po prostu powtórzę to, co już pisałem niejednokrotnie. "Kulinarne pojedynki" to po prostu znakomita seria. Wyobraźcie sobie mangę typu shōnen, ale taką, w której bohaterowie zamiast pojedynkować się na turniejach sztuk walk, miotać w siebie energetycznymi kulami albo wystawiać do walki kieszonkowe potworki/trójwymiarowe projekcie zrodzone z kart/wirujące bączki (niepotrzebne skreślić) mierzą się ze sobą w kuchni. Ich bronią są potrawy, a choć może stawka nie wydaje się tak poważna, jak losy świata, które ważyły się w podobnych opowieściach, to jednak budzi tak samo wiele emocji.


Jednocześnie całość została po prostu znakomicie zilustrowana. Dania wyglądają realistycznie i obłędnie, jest też nieco widoków dla miłośników lekkiej erotyki. Całość ma urok, ma też klimat i dużo humoru - także w warstwie graficznej. Miłośnicy kulinariów, ale i dobrych mang humorystycznych będą zadowoleni. I to bardzo. Ja ze swej strony polecam.


A wydawnictwu Waneko dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.





poniedziałek, 16 kwietnia 2018

My Hero Academia: Akademia Bohaterów #3 - Kohei Horikoshi

MANGA DLA WIECZNYCH CHŁOPCÓW


Pisałem to nieraz i napiszę znowu. Jako ktoś wychowany na mangach i anime typu "Dragon Ball" (ach, łezka sentymentu kręci się w oku, oj kręci) z wielką ochotą wciąż wracam do podobnych tytułów. Nie ważne, że dawno powinienem był z nich wyrosnąć. Z tej też przyczyny nie mogłem sobie darować sięgnięcia po "My Hero Academia" i, jak pisałem już przy okazji poprzednich tomów, nie żałuję. To wzorcowa manga shōnen, udana pod każdym względem i tak przyjemna, że nie zwraca się uwagi na pewną wtórność, która w takich przypadkach zawsze jest już obecna.


Witajcie w świecie, w którym ludzie zaczęli rodzić się z supermocami i świat pełen jest potężnych bohaterów i nie mniej silnych wrogów. Nastoletni Midoriya marzył by zostać herosem, ale jako jeden z nielicznych nie dysponował żadnymi zdolnościami – do czasu, kiedy spotkał najpotężniejszego bohatera na świecie. Teraz, wraz z innymi rówieśnikami chodzi do akademii, stara się opanować nowo nabyte moce i…

Właśnie pojawiło się zagrożenie, któremu nastolatkowie muszą stawić czoła. Bractwo Złoczyńców jest jednak zbyt potężne. Do akcji wkracza All Might, jednak nawet on może nie mieć z nimi żadnych szans. Jak potoczą się losy pojedynku?


Pierwszy tom "My Hero Academia", jak to w takich przypadkach bywa, był czymś w rodzaju wprowadzenia. Poznaliśmy kilku bohaterów, autor ustalił dość jasne relacje między nimi. Akcja toczyła się powoli, ale czytelnik dzięki temu lepiej poznał świat i klimat serii. W drugim wszystko przyspieszyło, pojawiły się zagrożenia, a jednocześnie przybyło także postaci. Trzeci kontynuuje to wszystko, utrzymując tempo i angażując czytelnika w kolejne starcia. Nie brak tutaj także humoru, jakże niezbędnego dla podobnych tytułów oraz sporej dozy uroku.


Graficznie, podobnie, jak i fabularnie, rzecz jest typowa dla swojego gatunku. Design samych postaci jest dość uproszczony, mimika ekspresyjna, fryzury jakby wzięte z "Dragon Balla", ale tła i plenery realistyczne, choć nieodstające od reszty. Do tego mamy urocze, seksowne bohaterki (tego w końcu chcą nastoletni chłopcy), dynamiczne sekwencje walk, nieco mroku... Klasyka, ale zawsze sprawdza się doskonale. I tak jest też tym razem. Miłośnicy shōnenów będą zadowoleni, podobnie jak nastoletni miłośnicy komiksów. Ja ze swej strony polecam.


A wydawnictwu Waneko dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.







niedziela, 15 kwietnia 2018

Dimension W #11 - Yuji Iwahara

SAMOTNOŚĆ I BÓL


Chyba każdy czytelnik zna takie przypadki, że seria, która z początku go nie zachwyciła, nagle stała się jednym z tytułów, od których nie mógł się oderwać. Ja tak miałem w przypadku "Dimension W", którego pierwszy tom był zaledwie niezły, drugi też na kolana nie powali, a potem nagle mnie trafiło. Świetna fabuła, znakomita akcja, urzekający klimat... Nie mogłem się oderwać, kilka kolejnych tomików pochłonąłem na raz, a teraz wyczekuję następnych. I nadal bawię się doskonale i mam nadzieję, że opowieść do samego końca (a ten jest już niestety bardzo bliski) utrzyma ten poziom.


Wydarzenia na Wyspie Wielkanocnej dobiegły końca. Przeszłość bohaterów została wyjawiona, a tajemnice rozwiązane, ale jak się okazuje to jeszcze nie koniec. Wręcz przeciwnie.

Pięć lat temu pewna dziewczynka pozbawiona imienia, określana jedynie za pomocą numeru, poddawana była edukacji, której sensu nie rozumiała. Uciekła z tajemniczej placówki, a schronienie znalazła na łodzi. Los chciał, że pracownicy kutra, w trakcie połowu znaleźli w morzu człowieka. Potwornie poranionego, na granicy śmierci, powtarzającego tylko jedno słowo: „Sophia”. Tak zaczęło się życie dziewczynki u jego boku. Teraz nie jest już dzieckiem, nosi imię Ela, a on – Looser – nie żyje, a po jego śmierci dziewczyna chce zająć się odnajdywaniem nielegalnych ogniw.

Tymczasem Kyouma, po powrocie do normalności, dowiaduje się o nowym, tajemniczym handlarzu ogniwami. Trafia jednak w sam środek afery, która może kosztować go życie. Ktoś bowiem poluje na zbieraczy, a przeciwnik wydaje się potężniejszy, niż ktokolwiek mógłby sądzić…


Jaki "Dimension W" jest, każdy widzi. To dość typowa manga shōnen, dziejąca się w przyszłości. Mamy tu zatem rozwinięty technologicznie świat, sympatyczną androidkę z tajemnicami, staromodnego bohatera-twardziela po przejściach, zagrożenia, niejednoznacznych wrogów, wątek miłosny... To wszystko już było, nie ukrywajmy, ale autor i tak zrobił znakomitą mangę, która często na przestrzeni kolejnych tomów zahaczała nawet o thriller i horror z duchami i gotyckimi domostwami.


Obecnie na łamach serii rządzi głównie akcja. Większość tajemnic została już rozwiązana, dowiedzieliśmy się wielu ciekawych rzeczy, ale autor nadal ma o czym opowiadać. I robi to w znakomitym stylu. Do tego dodajcie świetną szatę graficzną - dość uproszczoną, nawet jak na mangę tego typu, choć trzeba przyznać, że ta gruba kreska naprawdę ma swój urok - i takie samo wydanie, z kolorowymi stronami i dodatkową obwolutą. Mnie to kupiło i polecam każdemu miłośnikowi shōnenów. Dobra zabawa gwarantowana.


A wydawnictwu Waneko dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.






sobota, 14 kwietnia 2018

Player One - Ernest Cline

PIĘKNY HOŁD LATOM 80



"Player One", choć nie przepadam za książkami z szeroko pojmowanej fantastyki zaliczanej do literatury młodzieżowej, to lektura, jaką śmiało mogę uznać za niemalże dla mnie idealną. W końcu wprost kocham kino lat 80. XX wieku, te pełen pasji, magii i niedoskonałych efektów specjalnych obrazy, które pobudzały wyobraźnię, poruszały serce i budziły w dorosłych - zmęczonych ciągłym zimnowojennym napięciem - tęsknotę za dzieciństwem, dając chwili wytchnienia. Opus magnum Cline'a natomiast to właśnie hołd złożony tamtym tworom; hołd piękny, pełen lekkości, choć niestety pozbawiony większej głębi, która mogłaby uczynić z powieści dzieło naprawdę doskonałe. Na szczęście to i tak świetna książka - i wcale nie tylko dla tych, którzy uwielbiają popkulturę przedostatniej dekady ubiegłego stulecia, chociaż bez jej znajomości stracą niestety wiele z przyjemności, jaka oferuje "Player One".


W roku 2041 umiera on – James Halliday, miliarder i twórca gry OASIS, gry komputerowej opartej na popkulturze lat 80., która stała się międzynarodowym hitem i czymś więcej, niż tylko grą. To wirtualny świat, second life przyciągające więcej ludzi, niż cokolwiek innego. Nic więc dziwnego, że po śmierci Hallidaya nie jeden chciałby go przejąć - niestety, nie jest to takie łatwe. Twórca pozostawił jasny testament – właścicielem całego OASIS zostanie ten, kto znajdzie ukryty w grze „easter egg”. Jak to jednak zrobić w świecie zbudowanym na samych „jajach wielkanocnych”, kiedy nie wiadomo czego i gdzie szukać, a on sam jest tak rozległy, że nie sposób sprawdzić wszystkiego? Mijają lata, a gracze nie robią najmniejszych postępów. Świat powoli zaczyna zapominać o poszukiwaniach, aż w roku 2045 niejaki Wade Watts trafia na pierwszą ze wskazówek. Zainteresowanie „easter eggiem” zaczyna się na nowo, wybucha prawdziwe szaleństwo, a chłopak przekonuje się, że zagrożenia ze świata wirtualnego mogą przenieść się do rzeczywistości, kiedy w grę wchodzą wielkie pieniądze…


Nie będziemy się tutaj chyba oszukiwać. Opis całości nie brzmi szczególnie atrakcyjnie, zupełnie jakby Claine za dużo naoglądał się filmu "Tron" i zdecydował się podlać to wszystko elementami z popularnych obecnie dzieł dla młodzieży. Ale spokojnie. Każdego czytelnika z gramem ambicji z pewnością odstrasza współczesna literatura dla odbiorców w wieku -nastu lat, tym bardziej, jeśli pochodzi ona z czołowych list bestsellerów. Wystarczy tylko wspomnieć "Sagę Zmierzch" i jej podobne koszmarki. "Player One" nie jest jednak, jak one. To naprawdę dobra książka, jak wszystkie dobre lektury zrodzona z pasji i miłości a nie kalkulowania, co się sprzeda. Claine, człowiek wychowany na popkulturze głównie lat 80., na ówczesnych grach i filmach - choć oczywiście w swojej powieści zahacza także o inne okresy - zebrał tu wszystkie rzeczy, które kochał w tych dziełach, zmiksował i oddał hołd, bawiąc się jednocześnie nimi tak, jakby na nowo je odkrywał i sam tworzył.


Co ciekawe "Player One" to książka zbudowana właściwie na samych easter eggach. Dla niewtajemniczonych „jajka wielkanocne” to nic innego, jak puszczanie oka do odbiorcy, poprzez umieszczenie w dziele ukrytych elementów czy zapożyczeń. Tu tego jest tak wiele, że główna treść wydaje się być zaledwie ozdobnikiem. A jednak czytelnik nie czuje się tym przytłoczony, ani tym bardziej rozczarowany.  Daje się po prostu uwieść całości i porwać w wir doskonale znanych mu elementów, które wywołują sentyment i odświeżają uczucia, jakie ogarniały go przy poznawaniu pierwowzorów. Co młodszych zaś, nieznających różnych utworów, do których odwołuje się Cline, miejmy nadzieję, że zachęcą do ich poznania i przekonania się, jak pozbawione serca i ducha są obecne filmy. W końcu pisarz pełni tu taką samą rolę, jak jego bohater Halliday – w świecie cyfryzacji i nowych technologii zaraża kolejne pokolenia pasjami swego dzieciństwa, zaszczepiając je – z sukcesem - na nowy grunt.


A do czego konkretnie odwołuje się tutaj autor? Wymienianie wszystkiego nie ma sensu - po pierwsze jest tego zbyt dużo, po drugie to Cline niech sam Wam o tym powie - ale wystarczy wspomnieć "Pogromców duchów", filmy Tarantino, Kevina Smitha (swoją drogą pisarz na tym zdjęciu przypomina wyglądem Kevina Weismana, który w jego "Sprzedawcach 2" zagrał epizodyczną rólkę), Spielberga, Johna Hughesa (tak, tego od "Kevina samego w domu"), "Gwiezdne wojny", "Powrót do przyszłości"... To tylko ułamek tego wszystkiego, ale właściwie każdy miłośnik fantastyki, gier, komiksów, a nawet horroru, znajdzie tu coś dla siebie.


Jak to wszystko jest napisane? Jak na powieść odpowiednią dla młodzieży, przystało, "Player One" jest napisany dość lekko i bez zbędnego literackiego rozbuchania. Cline nie rozsmakowuje się w stylu, tak, jak to robi w zapożyczaniu elementów, ale to literatura rozrywkowa, więc można mu to wybaczyć. Nie ma tu głębi, zbyt wyrazistego przesłania (mimo, że znajdujemy się w świecie przyszłości, pełnym głodu, wojen i rządów jakże dalekich od utopijnych marzeń fantastów, tematy te są jedynie tłem) ani także ambicji. Jest za to dobra, nieskrępowana zabawa, czasem klimatyczna, czasem uroczo naiwna - trochę, jak wyrwana z lat 80. I ja to kupuję. W całości i z tą filmową okładką kojarzącą mi się z Kinem Nowej Przygody (na film Spielberga, na podstawie książki, dzięki któremu powieść znów trafiła na nasze półki liczę, jak na żadne jego inne dzieło w ostatnich latach). I polecam gorąco. A gdybyście mieli niedosyt, Cline pracuje już nad ciągiem dalszym, więc jest przy okazji na co czekać.


A wydawnictwu Feeria dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.









piątek, 13 kwietnia 2018

Wampir z KC - Andrzej Pilipiuk

WAMPIRY I ZMIANY USTROJOWE


Pilipiuka można kochać, można nienawidzić, można też lubić umiarkowanie, albo być całkowicie obojętnym na jego twórczość. Ja należę do tej przedostatniej grupy - zachwyciłem się paroma opowiadaniami, kilka powieści przeczytałem nawet z przyjemnością i zapomniałem, pośmiałem się trochę w trakcie poznawania kolejnych przygód Jakuba Wędrowycza... Ale rzecz z "Wampirem z..." ma się inaczej. Jest to co prawda lektura daleka od wybitności, ale zarazem sentymentalna, zabawna i całkiem udana. Bardziej, niż większość dorobku pisarza, który sam siebie określa mianem Grafomana.


Co można powiedzieć o treści niniejszej pozycji? Jako że jest to zbiór opowiadań, nie ma chyba sensu zbytnio wnikać w ich treść. Rzecz traktuje o tym, że wampiry istnieją i żyją. W Polsce. W tym tomie jest to Polska przemian ustrojowych, rozdarta między latami 80. i 90., pomiędzy komuną, a kapitalizmem. Bohaterowie w typowy dla siebie sposób borykają się z różnymi problemami, a to trafiają na robotnicze wczasy, a to znów zostają bez pracy. Stare się kończy, nowe zaczyna, pytanie tylko czy krwiopijcy zdołają odnaleźć się w nowej rzeczywistości? I jak bardzo zmiany dotkną także ich świat?


"Wampir z KC", trzecia część wampirzego cyklu Pilipiuka, to równie dobrze zbiór opowiadań, co i pewnego rodzaju powieść. Nie nazwałbym jej powieścią szkatułkową, bo wówczas poszczególne teksty musiałyby się spleść na zupełnie innym poziomie, ale jednak są one ze sobą w pewnym stopniu połączone. To jednak nie ma większego znaczenia, liczy się fakt, że autor najlepiej czuje się w krótkiej formie (pamiętam choćby koszmarne powieści o Wędrowyczu, które niemiłosiernie mnie wymęczyły i wylądowały na półce niedoczytane) i to czuć. Teksty czyta się lekko i przyjemnie, mają klimat i urok. Potrafią rozbawić, wciągnąć, do refleksji i głębszych przemyśleń nie skłaniają, ale chyba nikt nie szuka ich u Pilipiuka.


Stylistycznie rzecz jest bez zarzutu, choć oczywiście nie ma tu literackiego wysmakowania i zachwycania się słowem. Pilipiuk, jak King, jest rzemieślnikiem, nie artystą i  to czuć, ale jest rzemieślnikiem naprawdę niezłym. Całość natomiast uzupełniają naprawdę udane ilustracje. Czy to wszystko? W zasadzie tak, choć muszę wspomnieć jeszcze o jednym drobiazgu, o którym wspominać nie byłoby sensu, gdyby nie był tak ujmujący. O czym mowa? O egzemplarzu recenzenckim, jaki otrzymałem. Dość specyficznym, bo pozbawionym okładki (co muszę przyznać było kłopotliwe w trakcie lektury), ale za to owiniętym w brązowy papier, okręcony sznurkiem i ostemplowany "opakowanie zastępcze". Jak dla mnie genialnie oddaje to PRL-owski klimat i optymistycznie nastraja do książki i chociaż "normalni czytelnicy" na takie atrakcje nie mogą liczyć, po prostu musiałem się tym podzielić.


Dodawać natomiast nic więcej chyba nie muszę. Fani Pilipiuka i tak sięgną po tę książkę, przeciwników nic do niej nie przekona, a pozostali, jeśli mają ochotę na lekką fantastkę w polskich realiach, na pewno będą bawić się nieźle. Tak czy inaczej polecam, bo "Wampir", jak każda dobra książka rozrywkowa, jest tego wart.


A ja dziękuję wydawnictwu Fabryka Słów za udostępnienie egzemplarza do recenzji.








czwartek, 12 kwietnia 2018

Deadman Wonderland #13 - Kataoka Jinsei, Kondou Kazuma

ZABIJ, JEŚLI KOCHASZ


Wreszcie nadszedł wielki finał „Deadman Wonderland”. Jak się można było spodziewać, autorzy zaserwowali nam tom pełen akcji, wzruszeń i prób zaskoczenia nas. Próby te co prawda nie do końca się udały, ale całość jest znakomita, nawet jeśli czasem zdarzają się jakieś drobne wpadki.


O fabule tego tomu nie ma sensu zbyt wiele mówić. Wydarzenia w „Deadman Wonderland” wchodzą w końcową fazę, kiedy bohaterowie pokonują wreszcie Przedrzeźniacza. To jednak nie koniec ich problemów, bo on jedynie przeszkadzał im w dotarciu do ostatecznego celu, jakim jest oczywiście Wretched Egg. Mother Goose co prawda wciąż ją ogranicza, jednak dziewczynie udaje się przerwać wszelkie zabezpieczenia i zyskać pełnię sił. Ganta staje z nią do walki, ale jak się szybko przekonuje, jego moce nie wystarczają. Kiedy powracają do niego wszystkie wspomnienia, także te związane z tajemnicą, jaką na ucho wyszeptał mu Przedrzeźniacz, chłopak coraz bardziej zaczyna rozumieć działania przyjaciółki. Niestety niewiele to zmienia. Choć ją kocha, nie wie czy będzie w stanie wybaczyć jej wszystko, co zrobiła. Starcie między nimi staje się także starciem wszystkiego co czują i w co kiedykolwiek wierzyli. Kto ma szanse przetrwać kataklizm, który nadciąga nieubłaganie? Czy Ganta zdoła spełnić ostatnie życzenie Wretched Egg i zabić ja? I czym to wszystko się zakończy?


I oto jest. Wilki finał "DW", w którym wyjaśnia się wszystko, nawet rzeczy, o których nie mieliśmy wcześniej większego pojęcia. Całość nie zaskoczyła zbytnio, ale okazała się znakomitą rozrywką, którą czytało się jednym tchem. Teraz, kiedy jest po wszystkim, muszę powiedzieć - po raz kolejny zresztą - że było warto. Seria zaserwowała mi porcję krwawych, brutalnych wrażeń, podlanych szybką akcją i urokiem. Czytało się to doskonale i z dużą przyjemnością. Tak samo też oglądało, bo szata graficzna była odpowiednio realistyczna i mroczna, choć nie brakowało w niej słodyczy.


A minusy? Właściwie jedna rzecz rzuciła mi się w oczy w trakcie lektury. Chodzi o Mother Goose i o to, że Przedrzeźniacz dokładał takich starań by rozbroić system, który właściwie wystarczyło tylko zniszczyć. Zabrakło w tym trochę logiki, na upartego można by co prawda wyjaśnić wszystko, ale ponieważ nie zrobił tego sam autor, zaliczam wątek in minus. Poza tym jednak "Deadman Wonderland" to znakomita manga i nawet drobne zgrzyty nie są w stanie tego zmienić. Jeśli lubicie mocne wrażenia, a nie znacie tej serii, polecam gorąco. Warto poświęcić czas na trzynaście tomów przygód Ganty i Shiro.


A wydawnictwu Waneko dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.







środa, 11 kwietnia 2018

Deadman Wonderland #12 - Kataoka Jinsei, Kondou Kazuma

CEL W ŻYCIU


To już przedostatni tom „Deadman Wonderland”. Jak się można było spodziewać, tempo nie zwalania ani na moment, walki nie ustają, a i nie zabrakło kilku intrygujących momentów. Całość nie przestaje więc dostarczać znakomitej zabawy, do jakiej na s przyzwyczaiła, a przy okazji nie traci także nic ze swojego klimatu.


Ganta starł się z Hagire. Walka nie szła mu najlepiej, ale oto pojawił się Senji. Teraz obaj stają do pojedynku z potężnym i szalonym wrogiem. Chłopak stara się zwyciężyć używając swoich niezwykłych zdolności, jednakże te powodują u niego coraz gorsze problemy ze zdrowiem. Starcie udaje się zakończyć połowicznym zwycięstwem, niemniej Ganta znajduje się w coraz gorszym stanie i wszystko wskazuje na to, że może stracić kontrolę nad swoim ciałem. Nie zamierza jednak się poddać i jako klucz do Mother Goose, chce użyć systemu, by pomóc Shiro. Tylko czy jej w ogóle jeszcze da się pomóc? I czego tak naprawdę pragnie dziewczyna?

Tymczasem Yosuga zdradza drużynę Deadmanów by pomóc Hagire, w którym wciąż dostrzega resztki swojego „brata”. Czy jej działania doprowadzą do tragedii gorszej, niż trzęsienie ziemi sprzed dziesięciu lat? Jakie tajemnice skrywa jeszcze Ganta? I do czego to wszystko doprowadzi?


Stojąc u progu wielkiego finału "Deadman Wonderland", muszę powiedzieć, że cieszę się, iż zacząłem w ogóle czytać tę serię. Owszem, na początku trafił do mnie już sam opis, potem jednak, kiedy przekartkowałem całość, odniosłem wrażenie, że w moich rękach znalazło się coś zupełnie innego, niż oczekiwałem. Ale kupiła mnie ta historia, kupiła mnie Shiro i kilka innych ciekawych postaci, kupił mnie ten świat i klimat także. I nie przestały do samego końca.


Fabularnie tom dwunasty to jedna wielka akcja o szybkim tempie. Jest mnóstwo walk, nie brakuje też krwi, choć stopień brutalności jest o wiele niższy, niż na początku serii. Zabawa nadal jest jednak znakomita, całości nie brak klimatu, a lektura wciąga. "DW" czyta się tak, jak się ogląda dobry, hollywoodzki hit, w którym nie brak napięcia, a przede wszystkim w dobrym stylu popisuje się przed nami efektami specjalnymi. Kto lubi takie rzeczy i nie boi się widoku krwawych scen, będzie z tej serii bardzo zadowolony. Ja jestem i żałuję, że kolejny tom będzie już ostatnim.


A wydawnictwu Waneko dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.







wtorek, 10 kwietnia 2018

Deadman Wonderland #11 - Kataoka Jinsei, Kondou Kazuma

PRZESZŁOŚĆ WYJAWIONA


W jedenastym tomie „Deadman Wonderland wszystko wreszcie się wyjaśnia. Przeszłość bohaterów zostaje ujawniona, ich sekrety wychodzą w końcu na światło dzienne, ale jednocześnie autorzy nie zapominają by dostarczyć nam solidnej porcji szybkiej, krwawej i brutalnej akcji. I ani na chwilę nie schodzą poniżej poziomu, do jakiego zdążyli nas przyzwyczaić.


By ratować Senjiego, Ganta oddał się w ręce Przedrzeźniacza. To tu spotyka Wretched Egg i przekonuje się, że Shiro wciąż gdzieś tam jest, a wspomnienia o nim i wspólnych chwilach nadal są w niej żywe. Ale to dopiero początek. Przedrzeźniacz chce przejąć ciało Ganty, zaczyna wsączać w niego swój umysł, a chłopak staje się świadkiem wydarzeń sprzed lat. Widzi, jak jego własna matka przyczyniła się do stworzenia Wretched Egg i do czego to doprowadziło.

Tymczasem w ręce Makiny i reszty jej oddziału trafia dziennik Sorae Igarashi, z którego dowiadują się tych samych rzeczy i okrucieństwa, jakiego doświadczyła mała Shiro. Czy wiedza o przeszłości pozwoli coś zmienić? Czy wygra Shiro czy Wretched Egg? Kto jeszcze zapłaci najwyższą cenę za próbę naprawienia dawnych wydarzeń i jakie jeszcze sekrety skrywa DW?


Jak już wiadomo, jedenasty tom "Deadman Wonderland" odpowiada nam na wszystkie pytania, pozostaje jednak jedna istotna rzecz: czy w satysfakcjonujący sposób? Top akurat kwestia, której nie da się rozstrzygnąć w jeden, prosty sposób, bo każdy miał własne oczekiwania. Powiedzieć mogę jedno: nie spodziewajcie się wielkich zaskoczeń. Mimo to twórcy znakomicie poprowadzili swoją opowieść, chociaż zdarzyło im się przecież kilka drobnych wpadek. Jakich? Pozwólcie, że zostawię to na ostatni tom.


Tak czy inaczej, mangę czyta się znakomicie. Kiedy padają już odpowiedzi zaczyna się akcja, tempo przyspiesza, a czytelnik zanim się obejrzy, ma już tomik za sobą i chce następny. Nie zazdroszczę tym, którzy na kolejne części musieli czekać. Ja mam ten komfort, że czytam całość jednym ciągiem, a fakt, że robię to z przyjemnością, utrzymując tempo co najmniej jednego tomu dziennie dobrze świadczy o "DW".


Jak zwykle więc polecam całość wszystkim miłośnikom mocnych wrażeń. Ta seria warta jest poznania. I, oczywiście, spędzenia z nią wielu długich godzin.


A wydawnictwu Waneko dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.






Wonder Woman #2: Rok pierwszy - Greg Rucka, Nicola Scott

MŁODOŚĆ WONDER WOMAN


Pierwszy tom „Wonder Woman” z Odrodzenia DC okazał się całkiem niezłym komiksem rozrywkowym. Jednakże dopiero ten, drugi, pokazał, że Greg Rucka znakomicie czuje się w opowieściach o dzielnej Amazonce, a przy okazji splótł się z poprzednią częścią w coś naprawdę znakomitego. Jednocześnie to świetna opowieść dla tych, którzy chcieliby zacząć czytać serię w tym momencie, bo zamiast skupiać się na rozbudowywaniu znanych już fabuł, scenarzysta wraca do początków działalności pierwszej superbohaterki i ukazuje nam je w odświeżonej wersji.


Witajcie na Temiskirze, wyspie Amazonek zamieszkałej przez same kobiety, które utworzyły niemalże utopijne społeczeństwo. Kobiety silne, prawdziwe wojowniczki, niepotrzebujące mężczyzn tak, jak nie potrzebują świata zewnętrznego. Chyba tylko Diana, córka królowej Hipolity, odczuwa fascynację tym, co rozciąga się poza wyspą. Wkrótce jednak w ład i harmonię panujące na wyspie wkrada się coś nowego – na Temiskirze rozbija się samolot. I to samolot z mężczyznami na pokładzie. Dla Diany zaczyna się nowy etap życia, który otworzy przed nią cały świat i skonfrontuje ją z zagrożeniami, jakich nigdy wcześniej nie znała.


Ileż to już było komiksów od DC z „Rokiem pierwszym” w tytule? Batman, Robin, Nightwing, Liga Sprawiedliwości, Lobo… Teraz nadszedł czas by także Wonder Woman doczekała się podobnej opowieści. Lepiej późno niż wcale, szczególnie, że Diana była pierwszą w historii superbohaterką (stworzono ją w roku 1941 jako żeński odpowiednik Człowieka ze Stali), a jednocześnie była także członkiem tzw. Trójcy – tria pierwszych superherosów w historii, gdzie stała u boku Batmana i Supermana. Jej znaczenie dla historii komiksu jest więc niebagatelne, a jednocześnie w Polsce bohaterka nie ma zbyt dużej tradycji, ani popularności. Tym bardziej warto więc docenić szansę na poznanie jej początków i to jeszcze w udanym albumie.


Greg Rucka, znakomity i ceniony zarówno przez fanów, jak i krytyków scenarzysta, po dziesięciu latach wrócił do pisania "Wonder Woman" i udowodnił, że czuje temat. Trzeba jednak przeczytać pierwsze dwa tomy serii (w oryginale zeszyty z "Wonder Woman: Kłamstw" i "Rok pierwszy" wydawane były naprzemiennie) by móc w pełni docenić otwarcie jego runu. A jest to dobry run, nie przełomowy, ale oferujący ciekawą przygodę, konkretną akcję, interesujące spojrzenie na początki Diany i dobrze poprowadzoną fabułę. Szata graficzna albumu też jest udana, nieco prostsza, niż w poprzednim tomie, ale równie dobrze pasująca do treści. Całość wieńczy tradycyjnie świetne wydanie z porcją dodatków i w dobrej cenie. Jeśli chodzi o nowości z DC Odrodzenie komiksy z Dianą należą do tych najciekawszych. Jeśli więc lubicie DC, nie wahajcie się. Warto.





poniedziałek, 9 kwietnia 2018

Wonder Woman #1: Kłamstwa - Greg Rucka, Liam Sharp, Laura Martin

ŻYCIE, KTÓREGO NIE BYŁO


Wonder Woman nie jest postacią, którą darzę szczególną sympatią. Nie przemawia do mnie ożywianie dawnej mitologii w komiksach, które same w sobie miały być mitologią XX i XXI wieku, Diana, jak i wielu podobnych bohaterów, pozostawała więc najczęściej poza obszarem moich zainteresowań. Szczególnie, że w komiksach o jej przygodach było tak wiele naiwnej polityki – jeśli jakaś wersja tej bohaterki do mnie przemawiała, to wersja twardej wojowniczki, a nie dyplomatki. Dlaczego więc sięgnąłem po jej przygody z linii DC Odrodzenie? Z prostej przyczyny. Scenarzysta tego albumu już raz zachwycił mnie doskonałą powieścią graficzną „Hiketeia” o Wonder Woman właśnie. I choć w tym przypadku nie powalił mnie na kolana, dostałem kolejny niezły komiks przygodowy, z konkretną akcją i nutą tajemnicy.


Wonder Woman, Diana, przeżywa kolejny kryzys w swoim życiu, tym razem związany z dwoma dziwnymi rzeczami, jakie stały się jej udziałem. Pierwszą z nich są wspomnienia – a dokładniej wspomnienia, których mieć nie powinna. Dotyczą one bowiem rzeczy, które się nie wydarzyły. A może jednak? Drugim problemem jest fakt, że nasza bohaterka nie jest w stanie wrócić do Temiskiry, a to przecież nigdy jej się nie zdarzało. Co się za tym kryje? Wonder Woman wyrusza do Afryki by spróbować dostać się na Wyspę Amazonek. Tam zawiązuje sojusz z Cheetah, ale to zaledwie początek tego, co czeka na nią na Czarnym Lądzie…


Akcja, nieco humoru, kilka tajemnic i całkiem przyzwoita fabuła. Taki w skrócie jest pierwszy tom przygód Wonder Woman z Odrodzenia. Czytając go, po raz kolejny miałem wrażenie, jakbym oglądał film akcji z lat 80. – czyli coś, do czego komiksy z tej linii wydawniczej nas już przyzwyczaiły. W „Batmanie” mieliśmy potwory rodem z filmów kaijū, w „Nightwingu” humor i onelinery jak z obrazów ze Schwarzeneggerem, a tu dżunglę, komandosów, wątek (mniej więcej) miłosny i porcję fantastyki.


Oczywiście każdy powie, że czytał i oglądał podobne rzeczy już tyle razy, że niczym go nie zaskoczą. I będzie to prawda, ale nie o zaskoczenia tu chodzi, tylko o dobrą zabawę w połączeniu z konkretną akcją i to dokładnie oferuje ten album. Nadal jest to rzecz głównie dla miłośników Diany, ale jeśli chcielibyście zacząć swoją przygodę z nią od tego komiksu, nie wahajcie się – szczególnie, że kolejny tom serii nosi tytuł „Rok Pierwszy” i przybliżać będzie jej genezę i młodość.


Wracając jednak do „Kłamstw”, warto jeszcze dodać, że szata graficzna jest całkiem udana. Rysunki Liama Sharpa są realistyczne i świetnie wykonane. Szkoda, że nie ma tu ręcznie kładzionego farbami koloru – pasowałby idealnie – ale i ten komputerowy też ma swój urok. Do tego dochodzi też świetne wydanie w dobrej cenie. I chociaż jeśli chodzi o nowości z DC „Wonder Woman” nie jest tak znakomita, jak choćby „Action Comics” i „Superman”, to wciąż dobry komiks rozrywkowy, wart polecenia miłośnikom opowieści graficznych z tego wydawnictwa.