poniedziałek, 19 października 2020

Wujek Sknerus i Kaczor Donald #4: Ostatni z klanu McKwaczów - Don Rosa

POCZĄTEK ŻYCIA I CZASÓW SKNERUSA MACKWACZA


Czwarty tom serii „Wujek Sknerus i Kaczor Donald” zbierającej wszystkie komiksy Dona Rosy to po raz kolejny powrót do największego dokonania autora, czyli genialnej opowieści „Życie i czasy Sknerusa McKwacza”. Tym razem czeka na nas jednak dopiero pierwsza część całości, wzbogacona zarówno o inne komiksy, jak i liczne dodatki. A wszystko to w kolejnym pięknie wydanym tomie, który warto mieć na swojej półce nawet kiedy macie już poprzednie wydania sagi o losach najbogatszego kaczora świata.


Sknerus to najbogatszy kaczor świata, ale jak doszedł do teo kim jest? Jak wyglądało jego dzieciństwo? I droga do sławy? Pora się o tym przekonać! Zaczynając w Szkocji i wędrując za nim do Ameryki, obserwujemy jak powoli ciężką pracą ziszczał swój sen. Ale to nie koniec, bo jednocześnie mamy okazję odkryć, co takiego w jego czasach robiła Magika DeCzar – wielki wróg Sknerusa – która zawsze chciała zdobyć jego monetę…


Rok 1997 był rokiem niezwykłym dla magazynu „Kaczor Donald”. Najpierw ten popularny magazyn stał się tygodnikiem, potem zaś doczekał się setnego numeru. A gdzieś pomiędzy tymi dwoma wydarzeniami świętowano w nim pięćdziesięciolecie powstania Sknerusa McKwacza. To właśnie wtedy po raz pierwszy przeczytałem o jego losach, nie wiedząc, że te ilustrowane grafikami Dona Rosy – mojego ulubionego kaczego rysownika – teksty biograficzne są w rzeczywistości streszczeniem jego „Życia i czasów Sknerusa McKwacza”. Potem rzecz ukazała się w zbiorczym tomie, w którym brakowało otwierającej całość strony, a później wznowiono ją w ramach cyklu „Komiksy z Kaczogrodu”, wreszcie w pełnej wersji. W grudniu 2017 roku zaś na polskim rynku pojawiło się kolejne zbiorcze wydanie, oferujące wszystkie części „ŻiCSMK”, oraz niemal wszystkie dodatkowe komiksy i dużo bonusowego materiału, choć przekład owych bonusów pozostawiał sporo do życzenia. Teraz cała opowieść powraca po raz kolejny, tym razem rozbita na dwa tomy i…


… co mogę powiedzieć miłośnikom Rosy, jak nie to, że warto dołączyć do kolekcji także to wydanie? Wszystko dzięki nowym dodatkom, w tym kolejnemu rozdziałowi biografii autora, która odsłania nam więcej kulisów jego życia i pracy. Dopiero połączenie tej i poprzedniej edycji daje nam naprawdę pełny obraz opowieści o samym autorze i jego dziele. A co z czytelnikami, którzy jeszcze nie znają tego komiksu? Powinni go poznać niezależnie od tego, czy cenią komiksy Disneya, czy ich nienawidzą. Rosa stworzył bowiem prawdziwe arcydzieło, jeden z najlepszych komiksów w dziejach, w którym przełamał wiele tabu – temat śmierci, osadzenie akcji w ramach konkretnych wydarzeń czasowych i historycznych itp. „Życie i czasy…” to przejmująca i dojrzała opowieść o upadku człowieka z ideałami, jego przemianie w zgorzkniałego starca i młodzieńczej fascynacji światem, życiem i ich możliwościami. Nie da się nie wzruszyć, czytając ten komiks. Nie da się nim nie zachwycać. I nie da się nad nim nie zadumać.


A przecież dzieło jest jeszcze wyśmienicie zilustrowane. Bogactwo detali, zachwycający realizm, rozmiłowanie w najróżniejszych smaczkach i żartach dziejących się tle itd., itd. Ogląda się to tak genialnie, jak czyta, nieważne ile macie lat. Zresztą każdy czytelnik, duży czy mały, znajdzie tu coś dla siebie i każdy z nich coś innego. Mnóstwo bonusów, piękne wydanie i dodatkowe komiksy w tym uznawana za zerowy rozdział „Żyć i czasów” „Pierwsza dziesięciocentówka”, której zabrakło w poprzednim wydaniu, składają się na komiks, który powinien znaleźć się na półce każdego miłośnika opowieści obrazkowych. Ba, to dzieło Rosy jest tak wybitne, że potrafi zachwycić nawet tych, którzy komiksów nie trawią. A zatem jeśli jeszcze jakimś cudem go nie znacie, sięgnijcie koniecznie. To nie jest opowieść którą przeczytacie raz i odłożycie na półkę. To dzieło, do jakiego chce się wracać raz po raz, by potem z zaskoczeniem odkryć coś absolutnie nowego. Ja czytałem je niezliczoną ilość razy i po raz kolejny bawiłem się rewelacyjnie i chociaż mam na półce stare edycje, już nie mogę doczekać się drugiego tomy by raz jeszcze odkryć kolejne rozdziały i to, co kryło się za ich powstawaniem.


Dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza do recenzji.


Amazing Spider-Man. Globalna sieć #8: Venom Inc. - Dan Slott, Mike Costa, Ryan Stegman, Gerardo Sandoval

MAXIMUM SYMBIONTS


Dosłownie na chwilę przed wielkim finałem czwartego volume’u „Amazing Spider-Mana”, a co za tym idzie także jubileuszem 800 zeszytu serii i przejęciem jej przez kolejnego scenarzystę – tym razem będzie nim znany z „Kapitana Ameryki” i „Tajnego imperium” Nick Spencer – w nasze ręce trafia kolejny pajęczy event. I chociaż nie jest to rzecz tak rozbudowana, ani udana, jak poprzednia podobna opowieść, „Spisek klonów”, to i tak mamy tu do czynienia z solidną porcją dobrego komiksu rozrywkowego. Lepszego, niż ostatnie regularne tomy „Amazing Spider-Mana”.


Venom, obca istota, symbiont, namieszał w życiu Spider-Mana i nie tylko jego. Teraz jego dawni nosiciele – Peter Parker, Eddie Brock i Flash Thompson – muszą połączyć siły w walce z kolejnymi byłym żywicielem symbionta, który działa obecnie pod pseudonimem Maniak. Jak sobie poradzą? I co czeka Czarną Kotkę, która wplącze się w te niebezpieczne wydarzenia?


Ten zatytułowany, jakby swoją nazwę wziął od brytyjskiego zespołu metalowego, pajęczy event, został rozpisany na zaledwie sześć zeszytów: dwa zatytułowane „Venom Inc.”, dwa numery „Amazing Spider-Mana” i dwa regularnej serii „Venom”. Ale mimo stosunkowo niewielkiej ilość stron – bo czym w porównywaniu z pięćset stronicowym „Spiskiem klonów” jest ten 160-stronicowy tom – dostajemy tu kawał dobrego komiksu. Dan Slott i Mike Costa stworzyli fabułę, która nie tylko miała odświeżyć nieco samego Venoma, ale też i przełamać tendencję nadmiernego pomnażania dobrych symbiontów, poprzez dorzucenie do puli złego nosiciela. Wszystko to razem dało dobry komiks rozrywkowy z nutą mroczniejszych elementów, który czyta się szybko, lekko i przyjemnie.


Jak na event przystało, mamy tu solidną akcję, dobre tempo, sporo bohaterów i tym podobne sprawy. Sama fabuła to sentymentalne odbicie opowieści, które już znamy, a które rozpalały wyobraźnię czytelników w latach 90. XX wieku. Wszystko to czyta się przyjemnie, bez chwili znudzenia – i bez refleksji także, ale minął czas, kiedy „Spider-Man” potrafił być refleksyjny. I nie ma tu też większych zaskoczeń, ale i tak czytelnik dobrze bawi się zanurzając w opowieść.


Nieco słabiej wypada szata graficzna, bo cartoonowe rysunki Sandovala i Stegmana nie tworzą dostatecznie mrocznej atmosfery. Gdyby tak narysował to np. Adam Kubert albo chociaż Humberto Ramos (pamiętacie jego „Spectacular Spider-Man: Głód”?), rzecz wypadłaby lepiej, niemniej wciąż jest to niezły graficznie album, który nie rozczarowuje, nawet jeśli nie zachwyca. I ma swoje naprawdę udane momenty.


Fanom Spider-Mana polecać nie muszę, bo i tak sięgną. Ale nawet jeśli lubicie superhero i chcielibyście sięgnąć po jakiś komiks o Pająku i Venomie, a nie za bardzo orientujecie się w tym świecie, „Venom Inc.” to całkiem niezły wybór. W sam raz na popołudnie z rozrywkową opowieścią graficzną środka w ręku.


Dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza do recenzji.



niedziela, 18 października 2020

Yotsuba! #11 - Kiyohiko Azuma

YOTSUBA!& NAJLEPSZA KOMEDIA

 

Jaka jest Wasza ulubiona mangowa seria komediowa? Spokojnie, dam Wam chwilę do zastanowienia. (…) I co, wiecie już? Skoro tak, to jaka jest Wasza odpowiedź? Jeśli nie powiedzieliście „Yotsuba!”, to chyba tylko dlatego, że jakimś cudem czy też może tragicznym zrządzeniem losu jeszcze nie poznaliście serii Kiyohiko Azumy. Nie ma bowiem lepszej serii humorystycznej, niż opowieść o naszej zielonowłosej dziewczynce, która – dziewczynka, nie opowieść – powoli na swój sposób odkrywa kolejne dziwa tego świata.

 

A co odkrywa tym razem? Jak zwykle zwyczajne, codzienne rzeczy, które dla nas są czymś najzupełniej normalnym, na co nie zwraca się uwagi, a dla niej stanowią szczyt niezwykłości. Jedną z nich są… bańki mydlane, które tym razem łączą się ze znienawidzonym przez Yotsubę Yandą! Poza tym dziewczynka zobaczy, jak się robi makaron udon, odkryje uroki aparatu fotograficznego, wybierze się na zbieranie kasztanów, zje pizzę, a wreszcie przeżyje wielką tragedię, kiedy okaże się, że Dziuretta wcale nie jest silniejsza od podwórkowego psa i takie spotkanie może się dla niej skończyć prawdziwą katastrofą…

 

„Yotsuba!” to komedia idealna. Nic innego, nie przychodzi mi do głowy, kiedy myślę o tej serii. Czytałem niejedną mangę humorystyczną (że wspomnę zarówno klasyki, jak „Dr. Slump” czy nowsze rzeczy w stylu „Mistrza romansu Nozakiego”). Czytałem mnóstwo komiksowych komedii: europejskich, jak „Asteiks”, „Smerfy” czy „Lou”, amerykańskich w stylu komiksów o disnejowskich kaczkach czy „Garfielda” czy polskich – komiksy Michała Śledzińskiego, FIL-a czy Baranowskiego. Oglądam wiele komedii, od „Nagiej broni”, przez filmy z Luisem De Funesem, po współczesne produkcje w stylu kolejnych „Strasznych filmów”. A „Yotusba!” i tak albo je bije, albo dorównuje im jakością. Jeśli chodzi o mangi, nic nie może się z nią równać, jeśli rozpatrywać ją na tle ogółu jedynie „Fistaszki” i „Garfield” dostarczają mi podobnej rozrywki. I to chyba najlepsza ocena, jaką tej serii mogę wystawić.

 


Co to sprawiło? Geniusz prostoty „Yotsuby!”. Głowna bohaterka to dziecko, które nie za bardzo rozumie nawet proste sprawy. Przez to wszystko odbiera w specyficzny, przerysowany sposób. Każda czynność to dla niej pretekst do szaleństw i pakowania się w dziwne sytuacje, a jej humory potrafią rozbroić każdego. My zaś śledzimy jej życie niemal dzień po dniu, bo każdy rozdział to właściwie kolejna doba z jej życia. Kej i otaczających ją ludzi, których traktuje z bezpardonową bezpośredniością. Patrzymy na to wszystko, uczestniczymy w tym, śmiejemy się, ale i widzimy wiele prawd, satyry i potężnej siły wymowy.

 

I zachwycamy ilustracjami. Grafiki są proste, ale dopracowane, tła oddane z genialną precyzją, a sama Yotsuba, celowo przez autora uproszczona, by wyróżniała się na tle całej reszty, doskonale pasuje do wszystkiego, co ją otacza. Efekt finalny to coś więcej, niż tylko suma scenariusza i rysunków, coś więcej niż jedynie dodanie do siebie poszczególnych elementów – bo po prostu zachwyca, zniewala, porywa i śmieszy. Jeśli lubicie dobre komiksy, które Was rozbawią, poprawią humor i sprawią, że zadumacie się na chwilę, sięgnijcie koniecznie po tę serię. Satysfakcja mocno podszyta zachwytem gwarantowana.

 

Serię kupicie tutaj:




sobota, 17 października 2020

American Horror Story: 1984

AMERICAN SLASHER STORY

 

Kiedy obejrzałem pierwszy sezon „American Horror Story”, nie padłem na kolana. Była to dobra produkcja, ale przesadne nagromadzenie sztampowych wątków nie urzekło mnie aż tak bardzo. Dałem jej jednak szansę, bo jakże mogłoby być inaczej, skoro jestem miłośnikiem grozy i muszę przyznać, że drugi sezon autentycznie mnie zachwycił, szczególnie szalonym pomysłem łączącym opowieść o szpitalu psychiatrycznym i tajemniczych eksperymentach w nim prowadzonych, z historią o seryjnym mordercy oraz kosmitach. Trzeci jednak znów był spadkiem formy i jakoś tak się nie złożyło, bym obejrzał kolejne sezony. Aż do teraz. Październik to dla mnie czas intensywnego oglądania horrorów, a odkąd zobaczyłem zwiastun „AHS: 1984” zapragnąłem obejrzeć tę produkcję. Więc w końcu obejrzałem – przecież i tak poszczególne sezony, za wyjątkiem łączącej dwa z nich serii ósmej – są nienależnymi fabularnie historiami. I dobrze, że to zrobiłem, bo to jedna z najlepszych, jeśli nie najlepsza odsłona „American Horror Story”, która zachwyci każdego miłośnika grozy lat 70. i 80. XX wieku.

 

Fabuła jest tak prosta, że aż sztampowa. W roku 1970 doszło do masakry na obozie Redwood. Pan Brzęczyk zamordował większość młodzieży tam się znajdującej, jako trofea biorąc ich uszy. Został jednak załapany, skazany i osadzony w zakładzie psychiatrycznym. Koszmar się skończył.

Przynajmniej tak się wydawało. Teraz, w roku 1984, jedna z ofiar, które przeżyły jego atak, na nowo otwiera Redwood by poradzić sobie z traumą. Problem w  tym, że jeszcze zanim trafią tam nowi młodzi ludzie, zaczyna źle się dziać. Jedna z dziewczyn jest nękana przez niejakiego Night Stalkera, który będzie podążał za nią wszędzie… Dosłownie. Do tego pracownik stacji benzynowej uprzedza ich, że wszyscy zginą, a już wkrótce młodzi ludzie znajdują rannego chłopaka, który najwyraźniej padł ofiarą… Właśnie, kogo? Koszmar zaczyna się na nowo, a na wieść o ponownym otwarciu obozu z zakładu psychiatrycznego ucieka Pan Brzęczyk. Nastolatkowie nie wiedzą jeszcze z czym przyjdzie im się zmierzyć…

 


Ten serial jest jak spełnienie mokrego snu każdego miłośnika horrorów lat 70. i 80. XX wieku, a w szczególności slasherów i wszelkich ich odmian, o backwood slasherów zaczynając, na teen slash movie skończywszy. Ale nie tylko ich, bo obok scen żywcem branych z „Halloween”, „Piątku trzynastego”, „Koszmaru z ulicy Wiązów” (premierę film miał w 1984 roku) czy nawet „Teksańskiej masakry piłą mechaniczną”, mamy tu nawet odniesienia do kina pokroju… „Flashdance” i całej masy produkcji o tańcu, jakich wtedy nie brakowało. Na dodatek twórcy podlewają to licznymi odniesieniami do autentycznych wydarzeń (Night Stalker), a także nutą postmodernistycznej zabawy, sięgając choćby do „Krzyku” (scena z telefonem i słowa „Who is this?”).

 


A wszystko to, co napisałem w powyższym akapicie, odnosi się jedynie do pierwszego odcinka. Wyobraźcie sobie więc, jaka zabawa na Was czeka. Bo twórcy doskonale znają kino tamtych lat i bawią się nim. Ale przede wszystkim robią to na rewelacyjnym poziomie. Fabuła jest sztampowa, ale właśnie o to chodzi. To zbiór scen wyciętych z różnych filmów, sklejonych jednak w wyśmienitą całość. Ale nie udałoby się to bez genialnego wykonania. Ten serial ogląda się, jakby naprawdę powstał w latach 80. Mroczny obraz, typowe dla tamtego okresu oświetlenie, rewelacyjnie dobrane stroje, fryzury i wszelkiej maści dekoracje. Tu nawet czołówka wzorowana jest na nagraniach  z taśm VHS, które nieco się już zużyły…

 

Wszystko to robi wielkie wrażenie i ogląda się wyśmienicie. Czy serial starszy? Nie, ale mnie nie straszą żadne horrory. Ma za to świetny klimat, dobre napięcie, dobrą akcję, udane aktorstwo (brakuje Evansa, ale cóż począć) i oferuje wyśmienitą zabawę gatunkowymi prawidłami (ostatni odcinek nosi tytuł „Final Girl” – tak w slasherach określa się najczęściej dziewicę, która przezywa do końca i pokonuje mordercę) i samym „American Horror Story” (odcinek setny nosi ty tytuł… „Odcinek setny”). W skrócie: wyśmienita zabawa dla prawdziwych miłośników i znawców horrorów, którzy dodatkową frajdę znajdą w odgadywaniu skąd wzięta była dana scena i oglądać będą całość z nieschodzącym z ust uśmiechem.

piątek, 16 października 2020

Mafalda. Wszystkie komiksy, tom 2 – Quino

MAFALDA – KONIEC

 

Wydawnictwo Nasza Księgarnia rzadko wydaje jakieś komiksy, a jeśli już się na coś porywa, to jest to absolutnie zachwycająca klasyka, obok której nie da się przejść obojętnie. Najlepszym przykładem na to są „Fistaszki”, jedna z najlepszych opowieści graficznych w dziejach, którą dostajemy z regularnością dwóch tomów rocznie. Drugim jest „Mafalda” – zebrany w dwóch tomach komplet pasków komiksowych z przygodami tej bohaterki. Pasków, które absolutnie urzekają i poruszają i chociaż nie są tak znane, jak podobne im publikacje, wcale nie są mniej warte poznania od nich.

 

Mafalda ma sześć lat i dużo myśli. Myśli nad sprawami dziecięcymi, myśli nad złożonymi, dojrzałymi kwestiami. Obserwuje i komentuje świat, dużo pyta… i nie lubi zupy. Potrafi za to każdego wprowadzić w zakłopotanie, pytając o politykę czy świat i serwując swoje feministyczne komentarze. Gotowi poznać jej codzienność i spędzić z nią trochę czasu?

 

Kiedy wydawnictwo Nasza Księgarnia planowało wydanie tego tomu na 30 września 2020 roku, nie mogło wiedzieć, że tak niefortunnie wybierze datę. Tak się jednak złożyło, że gdy na księgarskie półki w Polsce trafił drugi i ostatni z tomów zbierających paski „Mafaldy”, z tego świata odszedł jej twórca, Quino, (a dokładniej Joaquín Salvador Lavado Tejón). Premiera ostatniej części jego opus magnum w symboliczny sposób, choć nieświadomie, podkreśliła ten smutny fakt.

 

Abstrahując jednak od tego wszystkiego, przyjrzyjmy się w końcu samemu komiksowi. Chociaż argentyńskie opowieści graficzne nie są słynne, „Mafalda” zyskała trochę rozgłosu i przyniosła autorowi sławę. Swojego czasu zagościła nawet na polskim rynku, w roku 1985 w cyklu „Literatura na Świecie dla dzieci i młodzieży”, choć wówczas dostaliśmy ją w formie przerysowanej. Oryginał pojawił się dopiero w tym roku i…

 


Początek pierwszego tomu nie zwalał z nóg. Na czytelników czekały bardziej ponure i poważne paski komiksowe, niż humorystyczno-satyryczne twory. Jednak wraz z rozwojem losów naszej bohaterki rzecz zaczęła stawać się bardziej cela, bardziej zabawna, bardziej uniwersalna. Bo Quinto co prawda najbardziej celował w komentowanie bliskiej jemu, nam za to nieco bardziej odległej rzeczywistości, ale z czasem zmienił to i drugi tom jest jeszcze lepszy od pierwszego. To kwintesencja tego, jaka powinna być ta opowieść. Jest tu w punkt trafiona satyra, jest humor, są ponure przemyślenia, a wszystko to z prostotą, ale talentem zilustrowane i pięknie wydane.

 

Kto ceni dobre, ponadczasowe komiksy i paski gazetowe, koniecznie powinien po „Mafaldę” sięgnąć. To tylko dwa tomy (choć łącznie to mniej więcej siedemset stron komiksu), ale ile dostarczają rozrywki, przemyśleć i satysfakcji. Jeśli lubicie „Fistaszki”, „Garfielda” i im podobne tytuły, seria Quinto to coś dla was.

 

Dziękuję wydawnictwu Nasza Księgarnia za udostępnienie egzemplarza do recenzji.






czwartek, 15 października 2020

Death or Glory #1: Dałeś się dopaść – Rick Remender, Owen Bengal

GAZ DO DECHY

 

Rick Remender powraca z nową serią. Po udanej „Głębi”, znakomitej „Deadly Class” i sympatycznym „Fear Agent” w nasze ręce trafia kolejna jego opowieść daleka od superhero, w którym średnio sobie radził. I chociaż z opisu można dojść do wniosku, ze to niewymagająca, męska, że niemal samcza rozrywka dla miłośników adrenaliny, szybkich aut i szy… eee… seksownych kobiet, w rzeczywistości to wyładowany akcją komiks oparty na sentymentach, w którym pobrzmiewają nieco bardziej poważne kwestie.

 

Glory to dziewczyna, która od lat żyje z dla od systemu, za to w świecie ostatnich strażników amerykańskich wartości, czyli… Tak, tak, kierowców wielkich ciężarówek. Ale życie dziewczyny zmienia się w szaleńczą, śmiertelnie niebezpieczną grę, kiedy musi ratować ojca. By tego dokonać, zmuszona zostaje do przeprowadzenia czterech napadów. Już samo to nie byłoby łatwym zadaniem, ale to wcale nie koniec problemów. Mafijny zabójcy depczą jej po piętach tak samo, jak skorumpowana policja i psychopatyczny były. A Glory, wciskając gaz do dechy, stara się to wszystko przetrwać. Czy jej się to uda?

 

 Jako autor komiksów superhero Rick Remender dał się nam poznać z przeciętnej serii „Uncanny Avengesr” czy przyzwoitego, ale nie wybijającego się eventu „Avengers i X-Men: Axis”. O wiele lepiej poradził sobie, jako twórca niezależnych opowieści. Całkiem udana, mimo pewnego niewyważenia, depresyjna „Głębia”, ponura i krwawa, świetna „Deadly Class” czy zabawna, bawiąca się schematami opowieści SF seria „Fear Agent” udowodniły, że to świetny autor, który najlepiej czuje się w sentymentalnych historiach odwołujących się albo do osobistych doświadczeń, albo fascynacji. I tak rzecz ma się z „Death or Glory”, opowieścią która na pierwszy rzut oka wygląda jak coś w stylu „Adrenaliny” czy „Szybkich i wściekłych”, ale oferuje rozrywkę o wiele lepszą, niż te przereklamowane tytuły.

 


„Death and Glory” to z jednej strony napędzany oparami benzyny i adrenaliną komiks o samochodach i walkach z kobietą w roli głównej, z drugiej zaś sentymentalna opowieść, zahaczająca o problematykę ubóstwa i wykluczenia. Króluje tu oczywiście akcja – pościgi, strzelaniny,  krwawe pojedynki… nuta erotyki także się znalazła. Remender po raz kolejny (po wspomnianych „Deadly Class” i „Fear Agent”) serwuje nam komiks niczym kino z lat 80. XX. Może nie tak lekki i zabawny, jak kino z tamtych czasów, ale przecież nie wszystkie filmy były wtedy takie, prawda? To, co najważniejsze, to fakt, że Remender znów bawi się motywami, które bawiły jego w młodości i to udziela się nam. Nie jest to może seria na miarę „Klasy zabójców”, jego bodajże najlepszego dokonania, ale i tak dostarcza dobrej rozrywki.

 

Dobrej i dobrze narysowanej. Co prawda kolor mógłby być tu bardziej stonowany, ale rysunki Bengala, cartoonowe, dynamiczne i dużo czerpiące z mangowej estetyki, jednak robiące to w dobrym stylu, pasują do tej historii. Wszystko to razem wzięte daje nam dobry rozrywkowy komiks akcji. Bardziej dla facetów, ale nie tylko i to też się ceni.





środa, 14 października 2020

Mercy #1: Dama, mróz i diabeł – Mirka Andolfo

WESTERN, HORROR, NAIWNOŚĆ

 

Mirka Andolfo to artystka, która w swoich dziełach chce sięgnąć tematów ambitnych, ale nie ma dość czy to talentu, czy wewnętrznej ambicji by to zrobić. W konsekwencji za każdym razem serwuje nam naiwne, stricte rozrywkowe opowieści dla niewymagających odbiorców. I taka jest też jej najnowsza seria, „Mercy”, na którą jakiś pomysł był, ale została jedynie niezła zabawa sklejona z atrakcyjnych dla współczesnego odbiorcy schematów.

 

Woodsborough w stanie Waszyngton staje się miejscem niepokojących i makabrycznych zdarzeń. Seria morderstw wstrząsa okolicą. Co się jednak za tym kryje? Bo wszystko wskazuje na to, że o coś zupełnie innego, niż można by na pierwszy rzut oka sądzić…

I tu na scenę wkracza Hellaine – piękna, zimna i tajemnicza kobieta, która zamieszkuje w mieście. Kim jest? I co przyniesie jej pojawienie się?

 

Kiedy recenzowałem poprzednią serię Mirki Andolfo, „Wbrew naturze”, pisałem że zabrakło jej finezji. Autorka ma jakiś warsztat, ma pomysły, ale nie potrafi przekuć tego wszystkiego w coś więcej, niż schematyczne historie, jakich wiele. Historie podlane na dodatek naiwnością, brakiem artystycznej dojrzałości i chęcią przypodobania się czytelnikom: stąd wrzucane jakby na siłę erotyka, akcja, mangowa estetyka i tym podobne atrakcyjne dla współczesnych odbiorców elementy. Czasem chce w nich przemycić coś więcej, ale robi to z łopatologiczną prostotą, wprost atakując nas rzeczami, które powinny zostać podane w zdecydowanie nieoczywisty sposób.

 


Z „Mercy” jest tak, że Andolfo wyzbyła się chęci zawarcia przesłania, komentarza społecznego czy czegokolwiek w tym styl. Nie wyszło jej to wcześniej więc świadomie czy nie, zrezygnowała z tego typu rzeczy. Zresztą czytelnik, który sięga po jej prace i dobrze się przy nich bawi na sto procent nie życzy sobie takich dodatków. Czy wyszło to opowieści na dobre? Nie powiedziałby, bo poziom „Wbrew naturze” został zachowany, ale z drugiej strony nie oznacza to wcale, że jest źle. „Mercy” to bowiem rozrywkowa opowieść, gdzie horror i western łączą się fantastyką, baśnią i erotyką w komiks, który czyta się szybko. Bezrefleksyjnie przy tym, ale i bez nudy, choć z dawką infantylności.

 


Rysunki, którymi raczy nas Andolfo są niezłe. Za dużo w nich mangowej estetyki, ale same grafiki są udane. Gorzej wypada przejaskrawiony, zbyt intensywny kolor, który nie buduje należytego klimatu, ale taki już znak naszych czasów, że wszystko, co popowe, musi wyglądać jak walący nas po oczach neon. Ale swoich fanów takie ilustracje na pewno znajdą. Największe wrażenie z całości robi. Samo wydanie: papier kredowy, twarda oprawa…

 

Więcej chyba dodawać nie trzeba. „Mercy” to niewymagająca rozrywka bardziej dla nastolatków, niż kogokolwiek innego. Ma swoje dobre momenty, ale nie wybija się ponad podobne pozycje.





wtorek, 13 października 2020

Fistaszki zebrane 1995–1996 - Charles M. Schulz

TANIEC, KOJOTY I FISTASZKI

 

To już dwudziesty trzeci tom „Fistaszków zebranych” wydany na polskim rynku. Z jednej strony fakt ten cieszy, bo dzięki temu mogliśmy przeczytać już tyle wspaniałych przygód naszych bohaterów, z drugiej smuci, ponieważ seria już niemal dobiegła końca. Zanim jednak w nasze ręce trafi ostatni tom – a jeszcze chwilę to zajmie – zamiast przejmować się, cieszmy się najnowszą odsłoną „Fistaszków”, bo jak zwykle jest wyśmienita i dostarcza rewelacyjnej rozrywki każdemu ambitnemu, dojrzałemu czytelnikowi.

 

Co tym razem czeka na naszych bohaterów? Charlie Brown udaje się na kurs tańca. Zostaje również zaproszony na bal dla zakochanych. Co z tego jednak wyniknie? Linus tymczasem zaczyna słyszeć wyjące nocami kojoty, Snoopy zaś, jak zawsze, stara się pokazać na co go stać – na różnych polach, za to najczęściej z identycznym skutkiem…

 

O „Fistaszkach” przez dekady istnienia cyklu wypowiadali się najróżniejsi ludzie. Ludzie sztuki, polityki, krytycy, zwykli zjadacze chleba także. Byli wśród nich inteligenci, byli prości, szarzy obywatele, znane nazwiska i niemal anonimowe osoby. Każdy z nich mówił, bo miał coś do powiedzenia. Wszystko to prowadzi do dwóch oczywistych wniosków. Pierwszy z nich jest taki, że nikt już nic oryginalnego w temacie nie powie (ale każdy wciąż będzie próbował, bo o „Fistaszkach” chce się mówić). Drugi za to wyraźnie pokazuje, że dzieło Charlesa M. Schulza to rzecz dla każdego. Niezależnie od wieku, pochodzenia i wykształcenia. Niezależnie od preferencji, gustu i ambicji.

 


Najlepiej co prawda będą bawić się ci, którzy od lektur wymagają czegoś więcej: przesłania, prawdy, siły wyrazu. Ale siłą „Fistaszków” jest to, że każdy odbiorca znajdzie tu coś dla siebie. Dla tych poszukujących jedynie humoru znajdą się dowcipy, dla tych sentymentalnych rzut oka na dzieciństwo, a dla odbiorców pragnących komentarza społecznego i satyry czeka cała masa ponadczasowych prawd. Bo to, o czym pisał, co wyśmiewał albo analizował Schulz, po dziś dzień nie uległo zmianie (może to przerażać, ale cóż począć). Owszem, nie wszystkie żarty autora sprawiają, że czytelnik wybucha śmiechem – Schulz celował bowiem w końcu w bardziej wysublimowane i poważne dowcipy – ale zdarzają się też bardziej typowe. A wszystko to w formie pasków, które można czytać niezależnie od siebie, a zarazem cieszyć się bardziej zabudowanymi wątkami, rozpisanymi na wiele odcinków.

 

Całość zaś wieńczy niezapomniana w swej cartoonowej prostocie szata graficzna i piękne wydanie. Grube tomy w twardej oprawie robią duże wrażenie i pięknie prezentują się na półce. Ważniejsze jednak, że to komiks, którego nie stawia się w regale by był ozdobą biblioteczki, a sięga do niego raz po raz. Dla poprawy humoru, dla refleksji, dla zadumy… Jeśli jeszcze jakimś cudem nie znacie tej opowieści, sięgnijcie konieczne. Nieważne od którego tomu, każdy nadaje się do tego równie znakomicie.

 

Dziękuję wydawnictwu Nasza Księgarnia za udostępnienie egzemplarza do recenzji.






Perramus - Alberto Breccia, Juan Sasturain

HORROR POLITYCZNY

 

Alberto Breccia przez lata pozostawał zapomnianym twórcą nie tylko na polskim rynku. Nad Wisłą jednak, dzięki staraniom wydawnictwa Non Stop Comics najpierw dostaliśmy intrygujący klasyk w postaci „Morta Cindera”, potem bodajże najlepszą w dziejach adaptację prozy Lovecrafta czyli „Mity Cthulhu”, a teraz w nasze ręce trafia kolejny wielki klasyczny komiks czyli zbiorcze wydanie „Perramusa”. I wielki to dobre określenie, bo zarówno samo wydanie (niemal pięćset stron), jak i wykonanie robią olbrzymie wrażenie, a całość usatysfakcjonuje każdego miłośnika ambitnych opowieści, w których groza miesza się z szaleństwem i problemami społecznymi w swoistym dance macabre.

 

Główny bohater ucieka. Najchętniej by o wszystkim zapomniał, a w końcu owo zapomnienie znajduje w ramionach pewnej kobiety. Gdy się budzi nie wie kim jest, ani skąd się tu wziął. Koniec? Dopiero początek. Nazwany mianem Perramusa bohater trafia w sam środek absurdalnej sytuacji, która rzuca go w podróż w celu wymazania dysydentów. Podróż pełną zagrożeń i dziwactw, których nikt nigdy by się nie spodziewał…

 

Co można powiedzieć o tym albumie, jak nie to, że mamy tu do czynienia z iście onirycznym horrorem, bazującym na brutalnych wydarzeniach z rzeczywistości. Codzienność rewolucyjno-wojennego koszmaru, terroru władzy i ludzkich dramatów miesza się z symboliczną grozą, która prezentuje całą gatunkową rozpiętość. „Perramusa” czyta się, jak przeżywa się koszmarny sen. Czyje się go, bierze w nim udział, a jednocześnie po wszystkim, kiedy pierwsze emocje już opadną, zaczyn się interpretowanie i wyłuskiwanie wszystkich smaczków, całej tej symboliki i bogactwa odniesień, w których odkrywaniu pomagają materiały dodatkowe.

 


Ale jest w tym akcja, jest w tym groza, jest mrok, jest wreszcie ludzki wymiar, ale przede wszystkim w oczy rzuca się szaleństwo dosłownie wylewające się ze stron. „Prerramus” jest dziełem mocnym, brutalnym, nie wolnym też od ocierającej się o pornografię erotyki, co podnosi poziom wieku docelowego odbiorcy, kierując album do dorosłych odbiorców, ale i nie pozbawionym humoru. Z tym, że jest to humor taki, jak w „Bośniackim płaskim psie” – czytelnik niby śmieje się, a jednak śmiech więźnie mu w gardle, bo ciężka atmosfera sprawia, że jest przygnębiony, czuje się niepewne, dziwnie, jakby śmiał się na pogrzebie albo w kostnicy.

 

Świetną treść wieńczy jeszcze lepsza szata graficzna. Genialne, hiperrealistyczne grafiki Brecci, stanowiące kolaż klasycznych rysunków i różnych technik, w tym wplatania w to wszystko zdjęć, zachwycając. Wszystko to zaś, razem wzięte, daje wyśmienity, wysmakowany komiks dla dojrzałych odbiorców. Rzecz niełatwą, wymagającą od czytelnika liźnięcia sytuacji politycznej w Argentynie lat 80. XX wieku, ale absolutnie wartej poznania. I posiadania na swojej półce.

poniedziałek, 12 października 2020

Magi #32 - Shinobu Ohtaka

MAGI TYSIĄCA I JEDNEJ MOCY


Manga tysiąca i jednej nocy trwa i chociaż jest już coraz bliższa finału, zabawa z nią ani na chwilę nie traci nic ze swej jakości. A jest to jakość naprawdę udana i gwarantująca dobrą zabawę każdemu miłośnikowi shounenów i arabskich baśni. Ale na szczęście nie tylko im, a po prostu każdemu kto lubi dobre, dynamiczne, przygodowe albo fantastyczne opowieści, gdzie akcja pędzi na złamanie karku, a i  nie brak w nich humoru.


W 32 tomie dzieje się i to jeszcze jak. Po odcięciu się od Sindbada, Aladyn i reszta muszą stawić czoła magiemu z innego świata, ale to nie koniec walk na śmierć i życie. Do tego znów powraca Alibaba i chce prosić o rękę Moriganę. A to wcale nie koniec!


Shounen to taki gatunek, że o czym by nie opowiadał, zawsze potrafi urzec czytelników. Może to być seria traktująca o szkole, o miłości, o walkach, o tworzeniu mangi, o gotowaniu, o grupie zabójców, o duchach, poszukiwaniach skarbów, świecie, gdzie większość istot żywych skamieniała, strażakach władających mocami, akademii dla superbohaterów, dzieciakach szukających spełniających życzenia kul czy młodych wojownikach ninja… Długo można by wymieniać, ale każdy miłośnik gatunku doskonale o tym wie. Gdyby to nie był shounen, pewnie nie dałbym „Magi” szans, bo nie trawię arabskich baśni, na szczęście jako miłośnik szonenów musiałem zaryzykować i okazało się, że dobrze postąpiłem.


Bo „Magi”, mimo realiów znajdujących się gdzieś na styku baśni, bitewniaków i fantasy, to manga gatunkowa pełną gębą. Jest tu więc akcja, szybkie tempo, dużo walk, które robią wrażenie, znakomicie choć prosto skrojone postacie, seksowne kobiety, napięcie, wciągające tajemnice, humor… Wszystko, czego potrzeba gatunkowi i nastoletnim odbiorcom.


Do tego dochodzą znakomite ilustracje – bo to też dla shounenów rzecz tradycyjna już. Lekkość i cartoonowa stylistyka to jedno, ale mamy tutaj także naprawdę dużo realizmu, sporo mroku, świetną mimikę, dynamikę walk, klimat… Nie brak tu bogactwa detali rodem z adaptacji „Baśni tysiąca i jednej nocy”, pięknych strojów, znakomicie uchwyconych realiów i tym podobnych elementów. A wszystko to pełne uroku i siły, za które kocha się tego typu mangi.


I chyba nic więcej dodawać nie trzeba, prawda? „Magi”, nawet jeśli nie znosi się arabskich klimatów, wciąga i dostarcza dobrej zabawy. I naprawdę nic więcej w tym wypadku nie trzeba.


Dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.







niedziela, 11 października 2020

Miecz zabójcy demonów #4 - Koyoharu Gotouge

WALKA Z DEMONAMI TRWA


Wiem, że się powtarzam, wiem, że pisałem to wiele razy, ale „Miecz zabójcy demonów”, czy jak kto woli „Kimetsu na Yaiba”, to jedno z najbardziej pozytywnych zaskoczeń wśród opowieści shounenowych, jakie czytałem w ostatnim czasie. Wszystko za sprawą niesamowicie oldschoolowego podejścia do tematu, które wyróżnia całość na tle podobnych tytułów. I szaty graficznej, jaka coraz rzadziej się w gatunku zdarza.


Podróż Tanjirou trwa. Walka w bębenkowej rezydencji nie była łatwa, ale na naszego bohatera już czekają kolejne wyzwania, kiedy w trakcie podróży spotyka Zenitsu Agatsumę. Co gorsza chłopak bity jest przez postać z łbem dzika na głowie. Co tu się dzieje? Tanjirou wie jedno: musi pomóc swojemu koledze!

A to jeszcze nie koniec. Kiedy nadchodzi czas rozprężenia i wypoczynku, pojawia się kolejne zadanie. Tym razem celem będzie straszna góra, w której dzieją się niepokojące rzeczy. Bohaterowie nie mają jeszcze pojęcia z jakim koszmarem przyjdzie im się zmierzyć…


Oldschoolowość „Miecza zabójcy demonów” to ten element serii, który należy najbardziej podkreślać. To właśnie on wyróżnia całą opowieść i sprawia, że rzecz okazuje się tak udana. Aż dziw, że podobna rzecz sprawdziła się w naszych czasach, ale na szczęście przyjęła się na rynku i to na tyle dobrze, że stała się niemałym hitem.


Ale co to właściwie oznacza dla czytelnika? Mniej więcej tyle, że „Kimetsu no Yaiba” jest serią stonowaną. Niby to shounen, niby nie brak w nim dynamicznej akcji i kolejnych przeciwników do pokonania, z którymi musi poradzić sobie bohater-wybraniec, jednak wszystko to toczy się w odległych od nas czasowo realiach, które podkreślone zostały nadzwyczaj spokojnym, jak na takie opowieści tonem. Tonem nie często spotykanym we współczesnym, nastawionym na pędzące na złamanie karku wydarzenia, komiksie.


Oczywiście miłośnicy akcji też nie będą zawiedzeni. Tej nigdy w cyklu nie brakuje, a co ważniejsze w tym tomie opowieść staje się bardziej mroczna i nastrojowa. Jednak „Miecz zabójcy demonów” wciąż pozostaje przy tym pełen lekkości, uroku, humoru i delikatności, balansujących na krawędzi baśniowości. O dziwo, choć to shounen, nie ma w nim erotyki, ale absolutnie nie jest ona tu potrzebna. Cała reszta wciąga bowiem tak bardzo, zarówno płeć piękną, jak i brzydką, że nie da się od niej oderwać. A znakomite, dość proste i równie oldschoolowy ilustracje, wszystko to wyśmienicie uzupełniają.


Kto zatem lubi shouneny, to kolejny tytuł, który powinien poznać. Tytuł, gdzie walki, baśnie, legendy i sympatyczne postacie spotykają się z łagodnym, acz nastrojowym horrorem. Efekt finalny jest znakomity i nie zawiedzie nikogo.


Dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.