poniedziałek, 22 kwietnia 2019

Usagi Yojimbo Saga, tom 2 - Stan Sakai

PRAWIE JAK MANGA


W ostatnim czasie wydawnictwo Egmont oprócz serwowania nam nowych serii, coraz przypomina nam tytuły, które sam bądź też inni wydawcy zaprezentowali nam przed laty. „100 naboi”, „Kaznodzieja”, „Hellboy”, „Transmetropolitan”, „Ultimate Spider-Man”… Podobnych tytułów można by wymienić więcej, a już w najbliższym czasie dołączą do nich „Sin City”, „Spider-Man” Todda McFarlane’a czy „Staruszek Logan” Marka Millara. Zanim się jednak one ukażą, w ręce czytelników trafiają na raz dwa imponujące, zbiorcze tomy serii „Usagi Yojimbo”. Pierwszy z nich okazał się iście rewelacyjną rozrywką, łączącą w sobie mangę, amerykańskie komiksy i kino lat 80. Drugi jednak w niczym mu nie ustępuje, gwarantując znakomitą zabawę wszystkim tym, którzy kochają dobre komiksy i równie dobrą, szeroko pojmowaną popkulturę, podlane azjatyckimi legendami.


Szesnastowieczna Japonia to miejsce niespokojne i rozdarte przez domowe wojny. Właśnie w takim świecie przyszło żyć Miyamoto Usagiemu, królikowi samurajowi, który w jednej z bitew traci swego suwerena, Mifune. Bez niego staje się ronienm i wyrusza w podróż po kraju, szukając swojego miejsca, wewnętrznego spokoju i niosąc pomoc tym, którzy jej potrzebują. A tych, podobnie jak wszelkiej maści zagrożeń, nigdy nie brakuje. Tym razem jednym z nich jest Spisek Ośmiu, pożądający ostrza, które wpada w ręce Usagiego. Na naszego bohatera czeka turniej, a także zaprzyjaźni z pewnym inspektorem.


Omawiając pierwszy tom „Usagiego Yojimbo” skupiłem się na przybliżeniu nieco zawiłych losów publikacji jego przygód i wyjaśnieniu czemu zawartość tego wydania jest taka, a nie inna, teraz pozwólcie więc, że przyjrzę się kulisom powstawania całości i inspiracjom stojącym za serią. Warto zacząć chyba od tego, że Sakai początkowo wcale nie chciał tworzyć królika, a najzwyklejszego człowieka samuraja, wzorowanego na Miyamoto Musashim, filozofie, strategu, roninie. Pewnego razu narysował jednak królicze uszy zawiązane na czubku głowy w węzeł i spodobało mu się to. Postać postanowił wprowadzić jako pobocznego bohatera w „The Adventures of Nilson Groundthumper and Hermy”, ale wkrótce Usagi wyrósł na samodzielnego herosa. Do tego wszystkiego doszły liczne nawiązania do samurajskiego kina, od aktora Toshiro Mifune i filmów, w których grał w tym „Yojimbo” zaczynając, na nawiązaniach do filmów Kurosawy z „Siedmioma samurajami” na czele oraz „Godzilli” skończywszy. Wszystko to natomiast podlał solidną dawką japońskiego folkloru, dodał nieco mitologicznych stworzeń i zadbał o to, by detale historyczne, łącznie z architekturą i stylem ubierania zostały uchwycone z jak największą dokładnością.


I w ten oto sposób powstała naprawdę rewelacyjna seria, którą czyta się z zainteresowaniem i wielką przyjemnością. Owszem, mam wrażenie, że gdyby „Usagi Yojimbo” był mangą, a nie komiksem amerykańskim na mandze wzorowanym, wyszedłby nawet jeszcze lepiej, ale i tak jest znakomicie. Seria ta w końcu stworzona została przez Japończyka z urodzenia, ale Amerykanina z wychowania. Dodało to całości charakteru zachodnich dzieł, co dla wielu czytelników będzie dodatkowym plusem, a estetyka opowieści graficznych z Kraju Kwitnącej Wiśni ubogaca całość egzotycznymi elementami i niejednego czytelnika, dotąd mang unikających, może skłonić do sięgnięcia po nie.


Fabularnie rzecz jest interesująca, klimatyczna i lekka w odbiorze, choć swój ciężar i emocje także posiada. Jeśli chodzi o grafikę, jest podobnie. Czarnobiałe ilustracje, lekkie i cartoonowe, mają w sobie zarówno mnóstwo dynamiki, jak i świetnie oddanych detali. A wszystko to zmiksowane razem w intrygującą, dobrze uzupełniającą się wzajemnie całość i wydane w imponujących, bo liczących ponad 600 stron tomach, które już same w sobie prezentują się bardzo ładnie. Miłośnikom dobrych, niebanalnych komiksów polecam „Usagiego Yojimo” z czystym sercem, warto go poznać.


A wydawnictwu Egmont dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.




Usagi Yojimbo Saga, tom 1 - Stan Sakai

USAGI POWRACA


Pięć nagród Willa Eisnera i ponad dwadzieścia nominacji, umieszczenie głównego bohatera na liście stu najlepszych bohaterów komiksowych oraz jednego z albumów na liście 100 najlepszych powieści graficznych wszech czasów według magazynu „Wizard”, a także własna wystawa w Japanese American National Museum w Małym Tokio w Los Angeles. Tym właśnie może pochwalić się Usagi, niepozorny królik-samuraj, który w 1984 roku podbił serca czytelników i to do tego stopnia, że ukazuje się po dziś dzień. Z okazji 35-lecia jego narodzin, wydawnictwo Egmont postanowiło przypomnieć nam serię i tak oto na rynek trafiły dwa zbiorcze, liczące po ponad sześćset stron albumy, otwierające cykl reedycji. Miłośnicy opowieści graficznych już mogą zacierać ręce, bo czeka ich naprawdę solidna dawka rozrywki na naprawdę wysokim poziomie.


Szesnastowieczna Japonia to miejsce niespokojne i rozdarte przez domowe wojny. Właśnie w takim świecie przyszło żyć Miyamoto Usagiemu, królikowi samurajowi, który w jednej z bitew traci swego suwerena, Mifune. Bez niego staje się ronienm i wyrusza w podróż po kraju, szukając swojego miejsca, wewnętrznego spokoju i niosąc pomoc tym, którzy jej potrzebują. A tych, podobnie jak wszelkiej maści zagrożeń, nigdy nie brakuje…


„Usagi Yojimbo” w Polsce pojawił się po raz pierwszy w roku 2001, na łamach magazynu „Świat komiksu”. Regularnie seria zaczęła był publikowana od roku 2002, kiedy to Egmont wydał tomik „Cienie śmierci” – ósmy w kolejności chronologicznej. Dwa lata później Mandragora zaczęła wydawać pierwsze części serii, wznowione potem przez Egmont. Ten stan rzeczy wynikał z faktu, że pierwsze siedem tomów wyszło w oryginale nakładem wydawnictwa Fantagraphics, podczas gdy pozostałe, określane także jako „Usagi Yojimbo, Vol. 2” wypuściło już Dark Horse Comics. Najnowsza edycja też jest oparta na tej od DHC więc w niniejszym zbiorczym tomie znajdziecie części 8-10. Tyle tytułem wyjaśnienia zawartości, pora przyjrzeć się całości bliżej.


„Usagi” to seria specyficzna. Mocno korzystająca z mangowej estetyki i bogactwa azjatyckich legend, stworzona została przez Amerykanina, ale urodzonego w Japonii. Stąd też bardziej przypomina hołd złożony komiksom z Kraju Kwitnącej Wiśni, niż cokolwiek innego. Amerykanie zresztą wiele razy próbowali tworzyć dzieła w stylu mang, choćby wydaną u nas serię „Dirty Pair”, ale to właśnie opowieść Stana Sakaia wyszła najlepiej. Może nie tak wybitnie, jak wyrosłe na gruncie podobnych inspiracji „Sin City” Franka Millera (swoją drogą najnowsza reedycja już niedługo trafi na półki polskich sklepów), ale trudno „Miasto Grzechu” i „Usagi Yojimbo” ze sobą zestawiać. To zupełnie inne opowieści. Sakai stworzył przyjemne przygodowe fantasy, mocno osadzone w folklorze i historii. Podlał to wszystko iście baśniowo-disnejowską stylistyką i klimatem kina lat 80., gdzie komedia, dramat i fantastyka płynnie łączyły się z modą na azjatyckie sztuki walki (w końcu pojawiają się tu nawet Żółwie Ninja).


Wszystko to zaś zostało zilustrowane w sposób mocno mangowy, a zatem czarnobiały, dość cartoonowy, ale zarazem szczegółowy, wyrazisty i dynamiczny. Do tego wrażenie robi też samo wydanie, grube, solidne, ładnie prezentujące się na półce. Warto po „Usagiego Yojimbo” sięgnąć, bo to świetna rzecz, która spodoba się czytelnikom w różnym wieku, choć mimo swego wyglądu jest to rzecz raczej dla starszych odbiorców.


Dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza do recenzji.




Dziecię bestii #4 - Mamoru Hosoda, Renji Asai

KONIEC BESTII


„Dziecię bestii”, jedna z lepszych mang na podstawie anime, jaką czytałem, dobiega właśnie końca. Po trzech znakomitych, przepełnionych emocjami i fantastycznymi motywami tomach, nadszedł czas wielkiego rozliczenia i wyborów. Cokolwiek czeka jednak na bohaterów, pewne jest jedno: będzie widowiskowo i wciągająco, a sama opowieść po raz kolejny chwyci wszystkich czytelników za serce i nie pozwoli odłożyć tomiku na półkę przed jego skończeniem.


Wszystko poszło nie tak. Mrok pochłonął Ichirohiko i teraz Kumatetsu skończył poważnie ranny, a Ichirohiko zniknął i wydaje się, że nic go już nie powstrzyma, bo jego siła nie jest tylko telekinezą bestii, ale czymś, co mogło zrodzić się tylko ze zła tkwiącego w ludzkich sercach. Kyuuta jednak nie zamierza się poddać. Powierza opiekę swego mistrza przyjaciołom i rusza do świata ludzi. W Shibuyi czeka go jednak trudniejsze zadanie niż myślał. Pokonanie Ichirohiko staje się jeszcze większym wyzwaniem, bo sam Kyuuta musi uporać się także z tym, co tkwi w jego własnym sercu. Czy będzie w stanie? I czy to, czego się nauczył, zapewni mu szansę zwycięstwa? A to nie jedyny problem z jakim przyjdzie mu się zmierzyć. Trzeba będzie bowiem podjąć decyzje odnośnie przyszłości, a te w obecnej sytuacji wcale nie są tak proste, jak mogłoby się wydawać…


Mangowe adaptacje filmów i seriali anime są zazwyczaj dziełami nie powalającymi na kolana. O niebo lepszymi, niż amerykańskie komiksy przenoszące na papier akcję kinowych hitów, co do tego nie ma najmniejszych wątpliwości, ale jednocześnie słabszymi od typowych mang – o czym zresztą nie raz pisałem przy okazji omawiania podobnych tytułów. Zazwyczaj. Ale „Dziecię bestii” do nich nie należy. Właściwie fakt, że to adaptacja widoczny jest tylko w szacie graficznej, w której w oczy rzuca się intensywne użycie rastrów w połączeniu z pewnym uproszeniem kreski, co najczęściej spotykam właśnie w tego typu historiach. Ale nie obawiajcie się niechlujności czy prostoty. Co to to nie. Ilustracje w tej opowieści są znakomite, klimatyczne, dynamiczne i nie brak im detali. Rastry też są użyte z głową i wyczuciem, a nastrój panujący na stronach potrafi urzec.


Ale najbardziej urzeka sama fabuła. Nawet jeśli momentami czuć pewną rozbieżność między fantastyką, a wątkami obyczajowymi, ale jest to rozbieżność minimalna. Na obu polach opowieść wywołuje wiele emocji i wzruszeń, jest przy tym niegłupia, ale i ci, którzy po prostu chcą się dobrze bawić przy kolejnym bitewniaku też się nie zawiodą. Bo autorom udało się zachować znakomity balans między życiową historią o szukaniu swojego miejsca, z fantastyką o alternatywnej rzeczywistości, gdzie pełno jest niezwykłych stworzeń posiadających niesamowite zdolności.


Podsumowanie będzie więc bardziej, niż oczywiste. Polecam gorąco, bo to świetna opowieść. Aż szkoda, że zamknięta w czterech tylko tomach, ale przez to nie zdążyła się rozmyć i rozcieńczyć. Zachowała zwartą, emocjonującą strukturę i siłę, które sprawiają, że tak świetnie ją się czyta. Przekonajcie się o tym sami, warto.


A ja dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.









piątek, 19 kwietnia 2019

Transmetropolitan, tom 4 - Warren Ellis, Darick Robertson

WULGARNIE, ALE NIE GŁUPIO


„Transmetropolitan” to jedna z tych kultowych już serii, którą warto polecić każdemu miłośnikowi komiksu, chociaż jednocześnie jest to rzecz absolutnie nie dla każdego. Specyfika tej opowieści, a w szczególności jej bohatera, będącego jednym z najbardziej drażniących malkontentów i mizantropów w dziejach opowieści obrazkowych – jeśli nie najbardziej (a przecież medium to zna mnóstwo chamów pierwszego gatunku) – wielu odbiorców może, łagodnie powiedziawszy, rozdrażnić. Dlaczego zatem warto sięgnąć po dzieło Warrena Ellisa? Bo nawet jeśli Pająk Jeruzalem ma talent do szarpania nerwów, w jego przemowach i zachowaniach kryje się prawdziwa głębia, mądrość i przede wszystkim cięta satyra na nas, świat, w którym żyjemy i kierunki w jakich zmierza nasza ewolucja – tak gatunkowa, jak i kulturalna.


Walka o prawdę w świecie, w którym prawda umarła a jej truchło nikogo już nie obchodzi – to właśnie misja dziennikarza, Pająka Jeruzalema. Misja, która zawiodła go w nieco nieoczekiwane rejony, bo teraz wraz ze swymi asystentkami, zmuszony do życia w podziemiu, szykuje się do swoistej wojny z prezydentem Stanów Zjednoczonych. Wojny medialnej, ale równie niebezpiecznej, jak ta tradycyjna, bo w świecie przyszłości nic nie jest takie, jak myślicie. A, że przy okazji prezydent to typek gotowy na wszystko, dosłownie na wszystko, będzie się działo…


„Transmetropolitan” to seria, jakiej po Vertigo można się był spodziewać. Dosadna, odważna, mocna, kontrowersyjna, wulgarna… ale jednocześnie mająca coś do powiedzenia, inteligentna, świetnie poprowadzona i skłaniająca do myślenia. Ellis sięga tu po wszystkie najważniejsze motywy science fiction, ale takiego przyziemnego, bardziej cyberpunkowego, gdzie ludzi bardziej interesuje to, co mogą przeżyć na Ziemi i we własnej głowie, niż podbijanie kosmosu. A że wszystko to jest realistyczne, przekonujące i nawet w najbardziej udziwnionej konfiguracji, gdzie do głosu dochodzi nie rozsądek a satyryczna prześmiewczość wydaje się możliwe, z czasem zaczyna przerażać.


Ale czytając „Transmetropolitana” tak, jak nie sposób jest nie myśleć, tak i nie sposób co raz nie wybuchnąć śmiechem. Pająk Jeruzalem jest irytujący, jest chamski, polubić go się nie da, a zeszyty o jego przygodach lepiej sobie dawkować powoli, niż pochłaniać na raz, ale nie sposób odmówić mu słuszności, trafności i poczucia humoru, które udziela się także nam. Przy okazji nie brak tu także akcji, szalonej nuty i spektakularnej widowiskowości – choć akurat widowiskowy jest tu głównie brud, z jakim się stykamy.


A wszystko to znakomicie zilustrowane, kolorowe, typowe dla amerykańskich komiksów, jeśli chodzi o kreskę, ale doskonale oddające to, co swoim scenariuszem chciał przekazać nam Ellis. W skrócie: zabawa z tą serią jest znakomita. Jak już pisałem nie każdy zniesie towarzystwo Pająka, ale warto spróbować, bo to, co ma nam do powiedzenia wcale nie jest głupie. Choć mocno wulgarne.


Dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza do recenzji.




Studio tańca #3 - Béka (Bertrand Escaich i Caroline Roque), Crip

TRZECI TANIEC


Wszystkie cztery serie wydawane w ramach linii „Komiksy są super” trzymają zbliżony, wysoki poziom. Każdy z nich oferuje więc świetną rozrywkę, niegłupią przy tym i znakomicie wykonaną. Nieważne więc czy czytelnik ma kilka lat i dopiero co nauczył się czytać, jest nastolatkiem kochającym dobre komiksy czy zupełnie dorosłą osobą, bez dwóch zdań znajdzie w tych opowieściach coś dla siebie. I dokładnie to oferuje właśnie „Studio tańca”, świetna seria komediowa, utrzymana w klimacie typowym dla współczesnych europejskich komiksów tego nurtu, a co za tym idzie oferująca wszystko to, czego od nich oczekujemy.


Bohaterkami „Studia” są Alia, Lusia i Julia, które nie tyle uczą się tańca, co nim żyją. Nieważne, szkoła, park, dom czy ulica, lato, jesień, zima czy wiosna, dziewczyny tańczą wszędzie i o każdej porze, nie przepuszczając żadnej ku temu okazji. Gdy nadchodzą mroźne miesiące i ferie, nasze bohaterki wyruszają do Londynu, wziąć udział w świątecznym musicalu. Na miejscu też nie próżnują, bo kiedy w szkole zorganizowane zostaje przedstawienie Królewna Śnieżka, jak myślicie, kto będzie chciał w nim wystąpić? A co, gdy przyjdą wakacje? Cóż, szykujcie się na tournée, które przybliży Wam dzieje tańca jazzowego! A to zaledwie początek!


Pisałem to przy okazji omawiania poprzednich tomów serii, dla formalności jednak powtórzę: „Studio tańca” to seria, która najbardziej przypomina mi świetne „Sisters”. Obie podobne są do siebie nie tylko pod względem graficznym, ale także ze względu na typ humoru w nich występujący. A że przygody niesfornych sióstr pod wieloma względami kojarzyły mi się choćby z „Kidem Paddle”, także w losach młodych tancerek pobrzmiewają echa tego tytułu. Jak więc widać twórcy tej serii czerpią z dobrych wzorców – i to czerpią pełnymi garściami, chciałoby się dodać – ale jednocześnie całość ma swój klimat i charakter, objawiające się głównie w przypadku poruszanej tematyki.


Nie myślcie jednak, że „Studio tańca” to seria przeznaczona głównie dla tych, którzy tańcem się interesują. Nie ma co zaprzeczać, że ci zaznajomieni z tematem znajdą tu więcej rzeczy, niż laicy, ale nawet osoby niecierpiące tej dziedziny sztuki, będą bawić się znakomicie w trakcie lektury. Ja za tańcem nie przepadam, nie jest to coś w czym czułbym się dobrze, a jednak komiksy te pochłaniam z wielką przyjemnością i ochotą na więcej. Śmieję się, jestem ciekaw kolejnych przypadków, wczuwam się… I o to właśnie w dobrym komiksie chodzi. Żeby był ponad wszelkimi podziałami i dostarczał każdemu tak samo dobrej, niegłupiej zabawy. A takim dziełem jest „Studio tańca”.


Ale omawiając tę serię nie można też zapomnieć o jej znakomitych ilustracjach. Kreska cartoonowa, prosta, ale czysta, sporo detali, świetny kolor… Wszystko to składa się na rzecz jakże miłą dla oka i przykuwającą uwagę odbiorców. Dodajcie do tego świetne zbiorcze wydanie i dostaniecie coś, co każdy miłośnik komiksów humorystycznych przeczytać powinien. Ta seria, podobnie jak pozostałe trzy tytuły z linii „Komiksy są super” uzależnia. Polecam.


I dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza do recenzji.



Batman Metal #1: Mroczne dni - Scott Snyder, James Tynion IV, Greg Capullo, Andy Kubert, Jim Lee, John Romita Jr.

NIE TYLKO „KRYZYSY”


Kiedy patrzymy na historię wydawniczą DC, słowo event od razy kojarzy nam się jednoznacznie z opowieściami z „Kryzysem” w tytule. „Kryzys na nieskończonych Ziemiach”, „Nieskończony kryzys”, „Kryzys tożsamości” czy „Ostatni kryzys” to tylko niektóre z nich, najważniejsze – i przy okazji dobrze znane na polskim rynku. Ale nie samymi „Kryzysami” wydawca ten żyje. „Batman: Metal”, czy może jak chce tego oryginał „Dark Nights: Metal”, to nie do końca rzecz tak przełomowa jak wspomniane już eventy, ale to kawał dobrego komiksu dla miłośników historii z logo DC na okładce. To też drugi crossover linii wydawniczej „Odrodzenie”, a przy okazji pierwsze jej takie wydarzenie, więc czytelnicy, nawet mimo pewnych zgrzytów, mogą już zacierać ręce.


Batman, badając sprawę tajemniczych metali, z którymi miał do czynienia na przestrzeni lat, a które w różnych miejscach świata ukryte są właściwie od wieków, odkrywa, że te połączone są z czymś większym i tajemniczym. A dokładniej z istnieniem innego, mrocznego multiwersum, znajdującego się poza granicami wieloświata, który wszyscy znają. Na dodatek jest ktoś, kto chce otworzyć prowadzący tam portal. A to, co kryje się po drugiej stronie, może okazać się niczym z najgorszych koszmarów. I to dosłownie, bo żyją tam mroczne odpowiedniki naszych bohaterów, które wyglądają jak żywcem wzięte z horrorów. Na herosów czeka kolejne ciężkie zadanie…


Słowo „Batman” w tytule tej opowieści jest nieco mylące, bo historia ta, choć skupiona głównie na tym bohaterze, nie jest ograniczona tylko do niego. Oczywiście już oryginalne „Dark Nights”, które czyta się tak samo, jak „Dark Knights” jasno kojarzy się z Mrocznym Rycerzem, niemniej sugeruje też coś o szerszym kontekście. Ale to tylko taka uwaga na marginesie, pozwólcie więc, że przejdę do samej opowieści.


Scott Snyder przed laty zachwycił nas zarówno świetnym „Amerykańskim wampirem”, jak i znakomitymi opowieści o Batmanie pisanymi dla „Nowego DC Comics”. W „Odrodzeniu” zszedł nieco na dalszy plan, tworząc całkiem udaną, ale nierówną serię „All Star Batman”, wciąż jednak czekałem, że pokaże jeszcze na co go stać i po części tak jest właśnie w „Metalu”. Po części, bo najciekawsze są tu tajemnice i pytania. Potem opowieść zmienia się w czystą akcję, opartą na temacie-samograju, jakim jest żonglowanie wizerunkami alternatywnych wersji doskonale znanych nam postaci, a co za tym idzie także wydarzeń. Czyta się to świetnie, z dużą przyjemnością – tym większą, im bardziej znacie uniwersum DC – niemniej nie narzekałbym, gdyby Snyder  pomagający mu autorzy przedłużyli tajemniczą stronę opowieści.


Tak czy inaczej jednak, całość czyta się naprawdę dobrze i równie znakomicie ogląda. Ekipa rysowników została dobrana naprawdę świetnie, a ich ilustracje robią wrażenie. Specyficzny, uwielbiany przeze mnie John Romita Jr., nie zawodzi, jeszcze lepiej nawet wypadają Greg Capullo, Andy Kubert czy Jim Lee, bo ich kreska pełna jest realizmu, detali i przyjemnego dla oka mroku. Wszystko uzupełnia dobry kolor i równie dobre wydanie (sympatyczna, metalizowana oprawa) w niezłej cenie. Miłośnicy Batmana, DC i „Odrodzenia” powinni sięgnąć po „Metal”. Warto, nawet jeśli po intrygującym początku całość zmienia się po prostu w rozrywkową historię, bo rozrywka ta utrzymana jest na naprawdę przyzwoitym poziomie.


Dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza do recenzji.




Amazing Spider-Man. Globalna sieć #2: Mroczne królestwo - Dan Slott, Matteo Buffagni, Giuseppe Camuncoli

PRZYSZŁOŚĆ SPIDERA


Po mocno przeciętnym pierwszym tomie nowych przygód Spider-Mana, nadszedł czas na ciąg dalszy. Czy jest lepiej? Początek tego nie zapowiada, bo pierwsze zeszyty są nawet jeszcze słabsze, potem jednak opowieść wreszcie łapie wiatr w żagle i niemal udaje jej się wrócić do poziomu, do jakiego przyzwyczaiły nas wcześniejsze tomy. A że jednocześnie zapowiedziane zostają naprawdę intrygujące wydarzenia, a fabuła powiązana z „Dead No More: Clone Conspiracy” zaczyna nabierać tempa, miłośnicy Spidera powinni sięgnąć po ten tom.


W tym albumie wydarzenia dzieją się właściwe na trzech różnych polach. Echa walki ze Skorpionem wciąż jeszcze pobrzmiewają wokoło, gdy Peter musi zmierzyć się z nowym zagrożeniem. Z więzienia uwolniony zostaje Pan Negatyw i zaczyna wdrażać w życie swój szalony plan. Spider-Man, który w ramach służbowych obowiązków trafia do Chin, będzie musiał stawić mu czoła, tym bardziej, że ten przejął kontrolę nad jego przyjaciółmi i chce też zniewolić… Parkera.

To jednak dopiero początek, bo oto na scenie znów pojawia się Zodiak. Walka z organizacją rzuci Pająka nie tylko w podróż po świecie, ale także i w kosmos. Gdy wydarzenia nabierają tempa, jak można pokonać wroga, który potrafi przewidywać przyszłość? Ważniejsze jednak staje się pytanie, co takiego dostrzega w owej przyszłości Skorpion? Bo to, co odkrywa, może zmienić wszystko…

Tymczasem tajemniczy człowiek w czerwieni dalej rekrutuje wrogów Spider-Mana. Wraz z pomocą Rhino wydostaje z więzienia Curta Connorsa. Jaki jednak jest jego plan? I co to będzie oznaczało dla życia Petera?


Nie ma się co oszukiwać, wątek z Panem Negatywem jest słaby. Jedynie pojawienie się Regenta daje tu pewne pocieszenie, choć niewielkie. Z czasem jednak wydarzenia zaczynają nabierać tempa, kiedy na scenę wraca Skorpion. Co prawda śmieszność tego wroga sprawiła, że pierwszy tom „Amazing Spider-Mana” od Marvel Now 2.0 był dość słaby, jednak teraz poprzez jego przewidywanie przyszłości, do fabuły wprowadzone zostają intrygujące wątki. Zresztą sceny w kosmosie i walki, nawet jeśli bywają pozbawione logiki, są spektakularne i miłe dla oka – głównie dzięki niezłym rysunkom uzupełnionym o naprawdę świetny kolor.


Najlepiej w całości wypada jednak wątek z człowiekiem w czerwieni i wspomniane już proroctwa. Wraca w nich dawna moc, jest też ciekawie, a scenarzysta potrafi zaintrygować. Wszystko to natomiast zostało dobrze zilustrowane i ładnie wydane. Jak zawsze, ale i tak warto to docenić. Tym bardziej, że ten volume „Amazing Spider-Mana” wypada pod względem rysunków i kolorów spójnie i bardzo przyjemnie.


Miłośnikom serii polecać nie muszę. Przeciwników natomiast przekonywać nie będę, bo to środek jedynie niezłej historii, a jak już od czegoś zaczynać, to po kolei i to od najlepszego, co seria ma do zaoferowania. Liczy się jednak to, że fani będą z całości zadowoleni – i że kolejne części będą już tylko lepsze.


Dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza do recenzji.




czwartek, 18 kwietnia 2019

My Hero Academia: Akademia Bohaterów #10 - Kohei Horikoshi

POKONAĆ ŁOTRÓW


Dobry shounen zawsze jest u mnie w cenie, bo nawet jeśli nie od tego gatunku zaczęła się moja  mangowa przygoda, to właśnie na nim, można rzec, się wychowałem. Darzę więc go wielkim sentymentem i kocham te motywy, ale to nie jedyny powód, dla którego sięgam po kolejne komiksy z tego nurtu. Shouneny nie przypadkiem stały się najpopularniejszym typem opowieści graficznych w i z Kraju Kwitnącej Wiśni. Ich lekkość, dynamizm i spektakularne pojedynki ukazane na stronach tomików, w połączeniu z humorem i nutą erotyki gwarantują kawał dobrej zabawy zarówno nastoletnim chłopcom, jak i dorosłym facetom. I wszystko to, znajdziecie w „My Hero Academia”, połączone na dodatek z nutą amerykańskich komiksów superhero i podkręcone tak, że od całości nie sposób się oderwać.


Akcja tego tomu zabiera nas w sam środek walki z łotrami, która trwa w najlepsze. Przeciwnicy uprowadzili Bakugo, okazuje się też, że zniknął również Tokoyami, rannych nie brakuje, ale uczniowie nie zamierzają się poddać. Tylko czy mają jakiekolwiek szanse? I co będzie z placówką po wszystkich tych wydarzeniach?


Nie da się napisać o „My Hero Academia” inaczej, jak o kwintesencji shounena. Jest tu bowiem wszystko to, za co kocha się gatunek. Podane w oczywistej formie, nie ma co temu zaprzeczać, bo w końcu seria ta to wzorcowy bitewniak, którego fabuła jest niczym innym, jak pretekstem do pokazania kolejnych walk w wykonaniu najróżniejszych, często jakże pokręconych i niezwykłych postaci. Ale jakie to są walki! I jakie postacie! Pojedynki nie dość, że są epickie i dynamiczne, to jeszcze rozrysowane zostały z bogactwem szczegółów, które przykuwają nasz uwagę i wyglądają po prostu pięknie. A postacie. Cóż, nie są to kreacje na miarę gigantów literatury czy komiksu, ale są wyraziste, -sympatyczne i ciekawe i o to właśnie chodzi.


Kohei Horikoshi jednocześnie nie żałuje nam naprawdę świetnego klimatu. Bo w „My Hero Academia” bywa mrocznie, bywa niebezpiecznie, a że akcja wymaga różnorodności, wydarzenia dzieją się w coraz to innych miejscach. Podobnie fabuła, chociaż na pierwszy rzut oka ograniczona jest do wspomnianych walk, nie brak tu wplecionych innych motywów. To w końcu także historia typu szkolne życie, pojawiają się więc uczniowskie problemy, a i rozpiętość tematyczna jeśli chodzi o superhero i uczenie się tego fachu jest naprawdę spora.


Fabularnie całość to więc prawdziwa kwintesencja shounenowego bitewniaka, udana w każdym calu. Ale równie dobre, jeśli nie lepsze, są ilustracje. Ten realizm skryty w prostocie, ta dynamika, bogactwo szczegółów, świetne oddanie właściwie każdego aspektu… Długo można by wymieniać, ale to trzeba zobaczyć. A że warto też przeczytać, polecam całość gorąco. Oby więcej było na naszym rynku takich shounenów.


Dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.









środa, 17 kwietnia 2019

Świątynia - Jakub Żulczyk

NERD RUSZA NA RATUNEK



Pierwszy tom opowieści o Tytusie i Ance okazał się po prostu dobrym młodzieżowym horrorem, po który śmiało sięgnąć mogli także i dorośli. Co prawda zgrzytały tam trochę elementy fantastyczne i sam główny zły, ale cała reszta – a ta wbrew pozorom dominowała – potrafiła urzec. I urzeka też drugi tom. Źli nieco się poprawili, choć nadal coś w nich tam zgrzyta i nie wydają się groźni, podobnie, jak fantastyka, która zawędrowała w bardziej przyziemne (pomieszane z klimatami w stylu Edgara Alana Poe’ego) rejony, ale dominują tu wątki obyczajowe i świetna akcja, pełna nawiązań i puszczania oka do czytelników. A wszystko to podane z pazurem, jaki rzadko w literaturze młodzieżowej się spotyka i w naprawdę dobrym stylu.


Tytus i Anka to dwoje nastolatków, których dzieliło wiele, łącznie ze sporą odległością, ale połączyły niezwykłe wydarzenia i wakacyjny czas spędzony w zabitej dechami dziurze. Niestety nic co dobre, nie trwa wiecznie. Lato się skończyło, a to, co przeżyli coraz bardziej zaczyna się zacierać w ich umysłach – a w szczególności w jej głowie. Dziewczyna zaczyna widzieć, że chłopak, w którym się zakochała, nie jest tym, o kim marzyła. I tak oto drogi obojga rozchodzą się, a każdy z nich wraca do swojego życia. Anka poznaje kogoś, coś w jej życiu zaczyna się dziać, a wkrótce pojawiają się coraz dziwniejsze wydarzenia. Na scenę wkracza też tajemnicza sekta, wierząca w przybycie Larwy, która przetnie świat na pół. Jej potrafiący leczyć ludzi kapłan zaczyna budzić coraz większe zainteresowanie i przyciągać tłumy. Problem jest jednak jeden: to, co w rzeczywistości nadciąga. Gdy Anka zostaje wplątana w szalone wydarzenia, z pomocą przyjść jej może tylko jedna osoba: Tytus. Chłopak, którego śmiało można nazwać nudnym nerdem, wraz ze swoimi towarzyszami rusza na ratunek. Nadchodzi kolejna walka dobra ze złem…


Podobnie jak pierwszy tom, także i ten należy ocenić, rozdzielając wątki. Strona fantastyczna, która nieodzownie połączona jest z grozą, wypada tylko nieźle. Larwa, jakoś nie starszy, nie tak, jak ten Zdobywca Czerw, którym ewidentnie była inspirowana. Sama sekta też nie wywołuje aż takich emocji – przynajmniej w starszych czytelnikach. Ale jednocześnie i w tych wątkach możecie liczyć na pewne napięcie i bardziej udane sceny. Jednakże prawdziwą siłą obu części przygód Tytusa i Anki jest strona przyziemna, ta przekonująca, realistyczna warstwa obyczajowa i same postacie, które są naprawdę życiowe i dobrze uchwycone.


Tytus to bohater, z którym mogę się identyfikować. Popkulturowo zakręcony, miłośnik horrorów i paru innych rzeczy, nie wyróżniający się, dla typowych, nudnych ludzi nudny, ale to tylko pozory. Anka jest jego zupełnym przeciwieństwem. To dziewczyna rozrywkowa, bez śniadania może wyjść do szkoły, ale bez makijażu już nie, a i nie raz zdarza się jej leczyć kaca. Takie postacie, jak ona, choć życiowe (świetny jest jej sarkazm), w literaturze młodzieżowej nie zdarzają się zbyt często. A szkoda, bo uatrakcyjniają one tego typu dzieła i sprawiają, że zmora tego gatunku – infantylność – zostaje oddalona dostatecznie daleko, by nie razić dojrzałych odbiorców.


To wszystko tu jest, mocno splecione z wydarzeniami, które z jednej strony są nam bliskie, a z drugiej stanowią kontynuację klasycznych przygodowych schematów z PRL-owskich lektur, gdzie zbiegają się dziecięce fantazje i groza. Całość zaś podana została znakomitym stylem, językiem lekkim, ale przyjemnym, może nazbyt lekkim w momentach, gdy do akcji wkracza horror, niemniej nadal bardzo udanym. W skrócie „Świątynia”, podobnie, jak „Zmorojewo” to kawał dobrej lektury dla nastoletnich odbiorców i dorosłych czytelników, którzy mają sentyment do młodości. Warto po nią sięgnąć.


Dziękuję wydawnictwu Agora za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

Wilczyca i Czarny Książę #14 - Ayuko Hatta

WILCZYCA I CZARNY KSIĄŻĘ WKRACZAJĄ W DOROSŁOŚĆ


Jak ten czas szybko leci. Całkiem niedawno zacząłem czytać tę serię, a tu już wyszedł czternasty tomik. Na początku co prawda sama seria też pędziła na złamanie karku, serwując czytelnikom dosłownie kwintesencję motywów, wątków i klimatów z mang shoujo, ale nawet teraz, kiedy wszystko zwolniło, stało się bardziej stonowane i bliższe innym, typowym przedstawicielom gatunku, „Wilczyca i czarny książę” pozostaje naprawdę znakomitą opowieścią, która fanom mang dla nastoletnich dziewczyn bardziej, niż przypadnie do gustu.


Co na bohaterów opowieści czeka w tym tomie? Zbliżają się urodziny Saty – i to nie byle jakie, bo to jego osiemnastka. Chłopak, który do wszelkich podobnych okazji najchętniej by się odciął, będzie musiał zmierzyć się z tym, co nadciąga…

Ale to zaledwie początek wkraczania w dorosłe życie. Termin wyboru swojej ścieżki na przyszłości zbliża się nieubłaganie. Większość uczniów wie już, co chciałaby robić, ale Erika niestety nie należy do tego grona. Czy wyjazd do ciotki, która zajmuje się produkcją wyrobów ze szkła pozwoli dziewczynie odnaleźć swoje powołanie?


Jak wspominałem na wstępie, pierwsze tomy „Wilczycy i czarnego księcia” były intensywne, szybkie, odtwarzały w skondensowanej formie motywy i schematy znane każdemu miłośnikowi shoujo spod szyldu szkolnego życia. Teraz seria zwolniła, a jej autorka skupiła się na niespiesznym snuciu bardziej życiowych, oscylujących wokół mniej dynamicznych tematów fabuł. A jednak wciąż udaje się jej tak samo przykuć czytelniczą uwagę i wywołać równie wiele emocji, co dotychczas. Wszystko dzięki odwoływaniu się do naszych uczuć, a także przeżyć. W końcu każdy z nas chodził do szkoły, każdy z nas kochał – trudno się więc nie identyfikować z tym, co przeżywają bohaterowie.


Ale jednocześnie trudno świetnie nie bawić się, czytając ich perypetie. Najbardziej śmiejemy się przecież wtedy, kiedy bohaterom nie wychodzi. Kiedy pakują się w kolejne tarapaty i komicznie miotają, starając się wybrnąć jakoś z sytuacji, w której się znaleźli. A że ci bohaterowie mają talent do pakowania się w kolejne kłopoty i wychodzenia z nich w bardzo specyficzny sposób, na czytelników czeka cała masa świetnej zabawy.


I to naprawdę dobrze narysowanej. „Wilczyca i czarny książę” to typowe shoujo, kreska jest więc lekka, zwiewna i delikatna. W mandze królują jasność i biel, które świetnie pasują do całości. Kto zresztą zna i lubi mangi tego typu, wie czego się spodziewać i na pewno nie będzie zawiedziony. Dlatego polecam całą serię.


A wydawnictwu Waneko dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.









wtorek, 16 kwietnia 2019

Stalowe Serce - Brandon Sanderson

SUPERHERO SCIENCE FICTION


Brandon Sanderson to jeden z najpopularniejszych i najbardziej cenionych współczesnych pisarzy science fiction. Oceniając go jednak po tej powieści trudno z jego wybitnością się zgodzić, bo „Stalowe serce” to nic innego, jak jedynie niezła, stricte rozrywkowa lektura, bardziej młodzieżowa na dodatek, niż dorosła. Mimo to, nadal czyta się ją przyjemnie, a przede wszystkim szybko, nie nudzi i nawet jeśli nie powala na kolana, czytelnik lubiący niezobowiącujące SF na pewno nie będzie żałował czasu spędzonego nad tą powieścią.


Fabuła całości jest stosunkowo prosta. Oto dochodzi do wydarzenia, które zmienia wszystko. Calamity, impuls, doprowadza do sytuacji, w której ludzie ulegają swoistej przemianie. W co? W posiadaczy niezwykłych mocy, którzy zostają nazwani mianem Epików. Czyżby ludzkość czekał teraz piękny rozkwit, zażegnanie wojen i rozwiązanie nękających ich od dawna problemów? Nic bardziej mylnego, jak powszechnie wiadomo, im większa władza, tym bardziej deprawuje, a to co dostali Epicy deprawuje ich o wiele bardziej, niż można by sądzić i sprawia, że łakną coraz więcej władzy. Nie chcą pomagać ludziom, chcą nimi rządzić, złamać ich, zmienić w swoje marionetki. I nikt nie może ich powstrzymać. Ale czy na pewno nikt? W niegdysiejszym Chicago istnienie grupa Mścicieli, którzy chcą obalić tutejszego Imperatora, Stalowe Serce. Jak jednak mogą powstrzymać istotę, która włada nie tylko ogromną siłą, ale także i żywiołami?


Komiks i książki niezbyt się lubią. O ile jeszcze historie obrazkowe oparte na powieściach są często udane, o tyle zarówno powieściowe adaptacje komiksów, dzieła rozwijające ich uniwersum na prozatorskim gruncie czy też literatura próbująca odtwarzać komiksowe motywy i schematy nie wypada tak dobrze. Niezłe były próby George’a R.R. Martina, ale i jemu nie udało się to idealnie. I idealnie nie wychodzi to także Sandersonowi. W przypadku obu autorów jednak mamy do czynienia z całkiem udaną rozrywką. Lekką, szybką i przyjemną w odbiorze. Skupioną na akcji, nie na psychologii czy kreowaniu świata.


W „Stalowym sercu” wszystko jest proste, od samych wydarzeń, przez opisy, które ograniczone zostały do niezbędnego minimum, na samych bohaterach skończywszy. Powieść ma być przede wszystkim dynamiczna, spektakularna i poprowadzona w szybkim tempie i dokładnie taka jest. Jednych takie podejście zachwyci, innych może rozczarować. Ja od fantastyki oczekuję najczęściej przesłania i głębi, bo zawsze była nośnikiem przestróg, idei i krytyki politycznej czy historycznej. Tu dostałem tylko rozrywkę, którą pochłonąłem miło, acz bezrefleksyjnie, niemniej nie mogę narzekać. Dobra rozrywka też jest w cenie, a akurat takiej właśnie dostarcza nam „Stalowe serce”. I to na dobrym poziomie.


Miłośnikom lekkiej fantastyki bardziej dla young adult niż dorosłej śmiało mogę całość polecić. Podobnie jak tym, którzy chcieliby powieści w klimatach superhero. Gdyby cała ta opowieść była scenariuszem komiksu napisanym prze Marka Millara wypadłaby dużo lepiej, ale i tak nie jest źle i możecie bez obaw sięgnąć po „Stalowe serce”.



Dziękuje wydawnictwu Zysk za udostępnienie egzemplarza do recenzji.