sobota, 17 kwietnia 2021

Oszałamiające Bajki Urłałckie – Krzysztof „Prosiak” Owedyk

BAJKI URŁAŁCKIE STARE, NOWE I NAJNOWSZE

 

Kolejna nowość od Kultury Gniewu to również kolejne wznowienie. Tym razem padło na „Bajki Urłałckie” Krzysztofa „Prosiaka” Owedyka. Z tym, że wznowiony materiał stanowi jedynie niespełna czterdzieści storn tego albumu. Cała reszta, czyli sto plansz, to rzeczy dotąd nieznane, ale – jak zawsze w przypadku twórczości tego autora – absolutnie warte poznania.

 

Witajcie w Urłałcji i poznajcie jej historię. Wyruszcie w podróż w siedmiopromilowych butach przez trzy okresy tego dziwnego lądu, od czasów Dynastii Ksero, przez Rewolucję Kulturalno-Gniewną, po Okres Monstruacyjny. Odkryjcie losy takich postaci, jak Janko Muzykant, Kopciuszek, Baba Jaga starowinka czy Królowa Śniegu, zanurzcie. Posłuchajcie ballady o człowieku-kuniu, zobaczcie kota w półbutach i zajrzyjcie do świata korpopaproci. Gotowi?

 

„Bajki Urłałckie” to zbiór krótkich humoresek Prosiaka z różnych okresów jego twórczości. Najstarsze z nich pochodzą z początków lat 90. XX wieku, kolejna porcja to materiał, który powstał mniej więcej na początku XXI wieku, wydany w albumie „Bajki Urłałckie stare i nowe”. Cała reszta, czyli zdecydowana większość tomu, to materiał całkiem nowy, dopełniający opowieści i rozwijający dziwaczne, ale jakże znajome uniwersum Prosiaka.

 

Bo „Bajki Urłałckie” to nie tylko swoiste parodiowanie i przedrzeźnianie klasycznych bajek i baśni, zabawa motywami i popkulturowymi naleciałościami, ale też i satyra. Satyra społeczna, literacka, piętnująca i obśmiewająca najróżniejsze rzeczy, ale i przy okazji bawiąca się tym wszystkim. Ulubione baśniowe motywy, historia, legendy, nawet manga i anime, wszystko to spotyka się tu, przeplata, łączy i oferuje czytelnikowi kawał świetnej, czasem niewyszukanej, czasem wulgarnej, ale jednak i inteligentnej rozrywki, która ma coś do powiedzenia.

 


Rozrywki dobrze przy tym narysowanej. Prosiak ze swoim charakterystycznym stylem doskonale pasuje do snutych przez siebie opowieści. Tym razem jednak, jak to na bajki przystało, wszystko to dostajemy w pełnym kolorze, bo przecież tego typu historie powinny być barwne i wpadać w oko. I robią to. Całość wieńczy tradycyjnie znakomity wydanie w twardej oprawie i na papierze kredowym, które ładnie prezentuje się na półce.

 

I cóż zostaje mi do dodania, jak nie zachęcić Was do sięgnięcia? Zresztą czy jednak kogoś trzeba przekonywać, że po komiksy Prosiaka sięgać jest warto? Jeśli jednak ktoś taki by się znalazł, polecam, bo „Oszałamiające Bajki Urłałckie” to naprawdę bardzo dobry komiks. Nie każdego kupi, w to nie wątpię, bo dzieła Owedyka trafiają raczej w konkretny target czytelników niekoniecznie delikatnych i wychowanych na polskich opowieściach graficznych lat 90., ale i tak to wartościowy produkt, do którego ja sam jeszcze nieraz chętnie wrócę. I mam nadzieję, że doczekamy się też wznowienia „Prosiacka”.

 

Dziękuję wydawnictwu Kultura Gniewu za udostępnienie egzemplarza do recenzji.


piątek, 16 kwietnia 2021

Jojo Rabbit (DVD)

HITLER PRZYJACIELEM

 

Odkąd obejrzałem mój pierwszy film Taiki Waititiego (genialny obraz o nieprzystosowanej społecznie parze, „Orzeł kontra rekin”), wprost ubóstwiam filmy tego reżysera i na półce mam zdecydowaną większość z nich. Nic więc dziwnego, że na „Jojo Rabbit” wyczekiwałem z wielką niecierpliwością. I wreszcie jest. I, jak się domyślacie, zachwyca tak, jak zachwycać powinien i po raz kolejny udowadnia, że Waititi to niepokorny geniusz nieoczywistego kina, którego karierę trzeba śledzić, jeśli chce się uważać za kinomana.

 

Głównym bohaterem jest młody niemiecki chłopiec, który ślepo wierzy w nazizm i nacjonalizm. Nawet jego wymyślony przyjaciel to nikt inny, jak sam Adolf Hitler. Ale pewnego dnia życie chłopaka wywraca się do góry nogami, gdy odkrywa, że jego matka ukrywa młodą Żydówkę. Wydarzenie to zmienia wszystko, ale pozostaje pytanie co nasz bohater ma zrobić w takiej sytuacji? I jak prowadzi sobie w uczuciami, które zaczną w nim narastać?

 

Zrobić komedię o nazistach? Czemu nie, było już takich wiele. Owszem, obrażeni zawsze się znajdą, ale przecież, jak udowodnili twórcy takich filmów, jak „Bękarty wojny”, „Pociąg życia” czy „Życie jest piękne”, można zaserwować opowieść, którą śmieszy, ale i porusza, nikogo nie pozostawiając obojętnym. Bo czasem w obliczu wielkiej tragedii nie da się zareagować inaczej, jak tylko wybuchnąć śmiechem, prawda?

 


I to właśnie robi też Taika Waititi, po raz kolejny zresztą pokazując, że za co by się nie wziął, wychodzi mu świetnie. Nawet jeśli robi kino superbohaterskie, taki jak „Thor: Ragnarok” – najlepsza część o bogu piorunów i jeden z najlepszych filmów Marvela w dziejach. W przypadku „Jojo Rabbit” Waititi wziął na warsztat niezłą, ale nie do końca spełnioną powieść Christine Leunens i jej zwyczajność przekuł w iście szalone kino, pełne typowych dla siebie elementów, które autentycznie zachwyca.

 

Dzieciak samotnik przyjaźniący się z wyimaginowanym Hitlerem to kolejny z serii bohaterów Waititiego, którzy nie radzą sobie w życiu, a jednak muszą stawić czoła problemom, na jakie nie są gotowi i spróbować wyjść z nich obronną ręką. Robią to oczywiście w typowy dla siebie sposób, bawiąc nas czarnym humorem, ale i wstrząsając nami. Bo „Jojo Rabbit” to film, który potrafi autentycznie rozśmieszyć, ale śmiech który wywołuje aż ocieka goryczą i bólem. Bo może i reżyser (a także scenarzysta, nagrodzony zresztą za tren film Oskarem, a przy okazji i aktor wcielający się w rolę Adolfa Hitlera) serwuje nam kino lekkie i pełne nonszalancji, ale szybko okazuje się, ze jest to także kino głębokie, mocne i poruszające.

 


I takie właśnie powinny być filmy wojenne. Nie ma tu patetyzmu, nie ma wielkich słów, jest za to kameralny, wręcz introwertyczny komediodramat, który działa na widza o wiele bardziej, niż typowe filmu traktujące o największym z konfliktów zbrojnych. Warto go poznać i wracać do niego raz po raz. Dobrze, że w końcu pojawił się na DVD.

 

Dziękuję dystrybutorowi filmu, firmie Galapagos, za udostępnienie egzemplarza do recenzji.



czwartek, 15 kwietnia 2021

The Amazing Spider-Man 2/1997 Moc i odpowiedzialność, cz. III i IV: Ku wyżynom - Howard Mackie, Tom Lyle, Tom DeFalco, Sal Buscema

Z WIELKĄ POPULARNOŚCIĄ…

 

… idzie w parze wielkie eksploatowanie kury znoszącej złote jajka. Taki los spotkał też „Sagę klonów”, ale początki tej opowieści to kawał świetnej historii, w której klony tak naprawdę pozostają na dalszym planie. Za to mamy tu plejadę pajęczych gwiazd, które zmieniają ten komiks w dobry blockbuster. I to jak przy tym klimatyczny.

 

Peter zamknięty w Ravencroft walczy z dawnymi wrogami, oswobodzonymi przez Judasza. Tymczasem jego klon waha się nad przyjęciem chorej propozycji Podróżnika. Do czego to wszystko odprowadzi? Jakie decyzje podejmą nasi herosi? I co ich spotka?

 

„Saga klonów” się rozkręca, choć niejeden czytelnik mógł uznać, że w tym zeszycie następuje jej finał. A to tylko przerwa w tańcu była, że zacytuję OS. Akcja, klimat, całkiem niezła psychologia, dobre tempo – tym może pochwalić się finał „Mocy i odpowiedzialności”. I to się ceni, nawet teraz, mając do wyboru tyle komiksów wszelkiej maści. Tym bardziej, że takich opowieści graficznych już się po prostu nie robi.

 


Lata 90. miały za cel zniszczenie psychiki Petera (odzyskanie rodziców, potem odkrycie, że to byli tylko aktorzy, zawał i śmierć May, problemy z MJ, wreszcie zniszczenie tożsamości poprzez klony) i wychodziło to twórcom całkiem nieźle. Tu dopiero się to wszystko na dobre zaczyna. Nie jest co prawda tak znakomite, jak w „Daredevilu: Odrodzonym”, ale i tak pozostaje bardzo udane. Do tego dochodzi jeszcze ten klimat: mroczny, ponury, przygnębiający, mimo akcji i kolorowej palety barw dominującej na stronach.

 


I chociaż w ostatecznym rozrachunku „Saga klonów” to kicz, wolę ją od „X-Men: Era Apocalypse’a”, która była dla niej inspiracją. Tamta opowieść się sprzedała, chciano więc przenieść jej założenia na pajęczy grunt, łącznie ze zmianą nazwy tytułów komiksów ze „Spiderem”. I chociaż okazało się to porażką – zaczętą jednak wielkim sukcesem – dzięki klimatowi i zabawom z czytelnikami w kotka i myszkę, „Clone Saga” to rzecz, którą warto poznać. Choćby dla wyrobienia sobie własnego zdania na jej temat.

środa, 14 kwietnia 2021

Kingdom Come: Przyjdź królestwo – Mark Waid, Alex Ross

BOHATEROWIE NA EMERYTURZE

 

„Kingdom Come – Przyjdź królestwo” (album znajdziecie w ofercie księgarni Tania Książka) to chyba najlepszy komiks, jaki wyszedł spod ręki Waida, scenarzysty którego trudno nazwać geniuszem. Zazwyczaj jego prace są przeciętną powtórką z rozrywki, tym jednak razem stworzył mocne, dojrzałe dzieło, które na stałe zapisało się złotymi zgłoskami w dziejach komiksu nie tylko superbohaterskiego. Dobrze więc, że całość wróciła właśnie na polski rynek.

 

Przyszłość. Starzy bohaterowie się wycofali, a nowe pokolenie bezmyślnie walczy między sobą. Nie ważni są ludzie, nie ważni wrogowie, liczą się tylko walki pod publiczkę. Żeby było głośno i wybuchowo. Superman uciekł na odludzie, Batman stworzył roboty do walki ze zbrodnią w Gotham, jednak to tylko echa dawnej świetności i bohaterstwa. A coś jest nie tak. Zbliża się koniec świata i tylko tajemniczy Spectre i Norman McKay, pastor obdarzony wizjami przyszłości, są tego świadomi, a jedyne co mogą, to obserwować wszystko...

 

Kultowy i wielki komiks. Pojawia się w każdym zestawieniu dzieł wszech czasów, w tym na słynnej liście „Wizarda”, na którą często się powołuję. I muszę przyznać, że choć z początku antyutopijny scenariusz nieco mnie zawiódł, ostatecznie albumem jestem zauroczony. I to jeszcze jak, choć łatwo było by dzieło to przepadło przygniecione przerostem formy, nad treścią.

 


Scenariusz, że od niego zacznę, to odważna i kontrowersyjna poniekąd robota, mająca na celu odświeżenie herosów. Udana, choć patos finalnych scen bywa zbyt mdły i nie do końca spełniony. Tak, jak wiele rozwleczonych scen na początku. To jednak tylko drobiazgi, bo „Kingdom Come” jako całość robi wielkie wrażenie, tym mocniejsze, że to rzecz realistyczna, politycznie i społecznie zaangażowana i de-konstruująca superbohaterkie mity. A wszystko to wplecione ważką i całkiem oryginalną – mocno potem kopiowaną chociażby przez Marka Millara – fabułę, która wciąga i gwarantuje, że nie zawiodą się także ci, oczekujący typowego superhero.

 


Nie ma się co jednak oszukiwać, że i tak to rysunki Rossa stanowią prawdziwą siłę tego ponad dwustutronicowego albumu. Hiperrealistyczne, ręcznie malowane, wyglądają jak zdjęcia. Zachwycają, porażają, urzekają – rozmachem, fotorealizmem, pięknem, epickością... Cudo, po prostu cudo, do którego chce się wracać raz po raz, nawet jeśli znacie setki, tysiące komiksów traktujących o herosach walczących ze złem.

 

Dobrze więc, że „Przyjdź królestwo” powróciło na polski rynek. To opowieść, którą trzeba znać. a po wszystkim pozostaje mieć nadzieję, że Egmont porwie się na wznowienie innych tego typu komiksów, jak chociażby „Marvels”. Byłoby na co czekać.


Sprawdźcie też inne komiksy i nowości w księgarni TaniaKsiazka.pl.



wtorek, 13 kwietnia 2021

Niewinny - Harlan Coben

GDY ŚWIAT SIĘ WALI

 

Z okazji powstania netflixowego serialu na podstawie „Niewinnego”, wydawnictwo Albatros postanowiło wznowić powieściowy pierwowzór. I dobrze się stało, bo jeśli jeszcze nie czytaliście tej powieści, a cenicie prozę Cobena albo po prostu dobre thrillery (a te naprawdę ciężko jest znaleźć), koniecznie powinniście ją poznać. Dlaczego? Bo to jeden z lepszych tytułów, jaki autor ma w swojej bibliografii. Podobny do innych – jak zawsze zresztą – ale za to intensywniejszy pod względem emocjonalnym.

 

Matt Hunter to prawnik, który nie miał łatwego życia. Zabił człowieka, co prawda przypadkiem, ale otrząśnięcie się z tej tragedii zajęło mu niemal dekadę. Teraz jednak wszystko zaczyna się układać: robi karierę, ma kochającą żonę, na świat ma przyjść ich dziecko… Wszystko jest pięknie, niemal idealnie. Do czasu.

Pewnego dnia Matt dostaje zdjęcie żony z innym mężczyzną. Jakby tego było policja informuje go o znalezieniu ciała człowieka, który go śledził. Czemu zmarły to robił? Nie wiadomo. Ale jedno jest pewne, to zaledwie wstęp do tego, co czeka prawnika…

 

Prozę Cobena po raz pierwszy poznałem lata temu, bo w czasach licealnych, kiedy to wręcz nałogowo zanurzałem się w literaturę z dreszczykiem wszelkiej maści. Niewiele lektur z tamtego okresu przetrwało próbę czasu: właściwie poza książkami Kinga, Mastertona czy klasyką science fiction chyba tylko Coben wciąż jeszcze pociąga mnie niemal tak, jak przed laty. Dlaczego? Tym bardziej, że thrillery i kryminały to gatunki, na jakie najbardziej narzekam – a przecież taką literaturę uprawia ten twórca – a każda kolejna jego książka wydaje się być skrojona według tego samego schematu i zawierać bardzo podobne szczegóły akcji itd..?

 

A choćby dla tego, że są lekkie, dynamiczne i mają całkiem udany klimat. Każda powieść Cobena to lekka, sympatyczna, prosta i wciągająca rozrywka. Autor nie rozpisuje się, nie serwuje nam rozległych opisów i porównań, nie smakuje słów, zamiast rozpisywać się, ogranicza to wszystko do niezbędnego minimum, za to tempo lektury podkręca dużą ilością dialogów. Dzięki temu jego powieści – i „Niewinny” nie jest tu wyjątkiem – mają iście filmowe tempo. A że klimat jest tu całkiem udany, a dodatkowo w „Niewinnym” mamy więcej emocji (pod tym względem powieść przypomina mi „Nie mów nikomu”), zabawa jest naprawdę udana.

 

Dlatego jeśli lubicie książki z dreszczykiem, śmignijcie, bo to dobra lektura. Stricte rozrywkowa, pozbawiona większej głębi, ale za to mająca swój urok. Fanom polecać nie muszę, ale jeśli temat Was zainteresował, nie zawiedziecie się, jeśli sięgniecie po „Niewinnego”.

 

Dziękuję wydawnictwu Albatros za udostępnienie egzemplarza do recenzji.



poniedziałek, 12 kwietnia 2021

Liga Sprawiedliowości Zacka Snydera

SPRAWIEDLIWOŚĆ DLA LIGI

 

„Liga Sprawiedliwości” to – obok beznadziejnej „Wonder Woman” i słabego „Batman v Superman: Świt sprawiedliwości” – najgorszy film, jaki DCEU ma do zaoferowania. I jeden z najgorszych, jakie powstały na podstawie komiksów DC (tak, nawet „Batman” z lat 60. XX wieku czy gacki Schumachera były lepsze mimo swej tandety). Nie spodziewałem się więc, że Snyderowska wersja tego filmu okaże się lepsza, tym bardziej, że twórca ten w swojej karierze nie stworzył właściwie żadnego dobrego filmu. Tymczasem „Zack Snyder's Justice League” to produkcja całkiem udana, nie naprawiająca wszystkich błędów pierwowzoru, ale za to rozbudowująca opowieść, dodająca lepszego wroga i oferująca całkiem przyjemną, a na pewno nie nudzącą rozrywkę opartą na akcji i efektach.

 

Fabuła, choć z zasadniczymi zmianami, opowiada podobną historię. Po śmierci Supermana Batman zaczyna szukać metaludzi i werbować ich do Ligi Sprawiedliwości, ekipy mającej bronić Ziemi przed złem. A bronić będzie przed czym, bo oto po wiekach powraca wróg, który kiedyś chciał podbić tę planetę. Bez Supermana ocalenie ludzkości może jednak okazać się niemożliwe, nawet jeśli siły połączą Batman, Wonder Woman, Aquman, Cyborg i Flash…

 

W „Lidze Sprawiedliwości” szwankowało niemal wszystko. Swego czasu liczyłem na ten film, miałem też nadzieję, że podkradziony z Marvela Joss Whedon – mimo, iż zepsuł pierwsze dwa filmy o Avengers – ocali raczkujące wtedy, a już dogorywające uniwersum kinowe DC. Nie ocalił. Film był nudny, beznadziejne aktorstwo przyprawiało o zgrzytanie zębami (Flash był tragicznie zagrany), efekty specjalne nomen omen za specjalne nie były i momentami żenowały, a akcja nużyła, zamiast wciągać. Obawiałem się więc, że wersja Snydera, rozciągnięta do czterech godzin, okaże się jeszcze nudniejsza i pogrąży ten film, ale o dziwo okazała się pozytywnym zaskoczeniem i rozrywką lepszą od pierwowzoru.

 


Snyder przebudowuje tu całą opowieść i przydaje jej kontekstu – i to pierwsze, co rzuca się w oczy. Akcja na początku jest spokojniejsza, chociaż nie nudzi, bo przeplatają ją dynamiczne sceny epickich walk, a dzięki zwolnieniu tempa mamy okazję lepiej poznać bohaterów. Flash i Cyborg dostają więcej scen stricte z ich udziałem, ukazujących nam kim są i co potrafią i nawet mimo słabej gry obsadzonych w tych rolach aktorów, ogląda się je dobrze. Lepiej zbudowana jest tu mitologia, wątek wielkiego wroga został ciekawiej nakreślony, Snyder dorzucił też Darkseida, który naprawdę pasuje do produkcji – nieważne, że przypomina marvelowskiego Thanosa – a oprócz niego kilka innych postaci, których nie było w pierwotnej wersji, ale to już musicie zobaczyć sami. I poprawie uległy też efekty specjalne, może nie idealnie, ale przynajmniej lepiej się na nie patrzy.

 

Minusy? Na pewno można by było nieco skrócić zakończenie (zakończenia), bo ta część produkcji jest gorzej rozwleczona, niż finał „Powrotu króla”, chociaż i tu mamy wiele świetnych momentów i odniesień. Kilka rzewnych i patetycznych momentów a także parę efekciarskich sekwencji mogłoby śmiało wypaść bez straty dla produkcji, ale nie zmienia to faktu, że „Liga Sprawiedliwości Zacka Snydera” to niezły film. Film oddający sprawiedliwość ekipie bohaterów i chociaż pozostaje poza kanonem, o wiele bardziej warto go poznać. Chociaż z jego kanonicznością też można by polemizować, bo twórcy „Wonder Woman” i „Aqumana” już uznali go za film, z którym powiązane są ich obrazy, odcinając się od wersji Whedona.

niedziela, 11 kwietnia 2021

Asteriks #9: Asteriks i Normanowie – René Goscinny, Albert Uderzo

JAK NAUCZYĆ SIĘ STRACHU

 

Kolejny tom „Asteriksa” po który sięgam, to również kolejne dzieło z samych początków istnienia serii. Jednocześnie to jeszcze jednak zekranizowana opowieść z tej serii – i to zekranizowana w doskonałym filmie fabularnym, „Asteriks i Obeliks: W służbie jej królewskiej mości”. I chociaż w tym wypadku to film, a nie komiksowy pierwowzór jest nieznacznie lepszy (a zdarza się to niezwykle rzadko), „Asteriks i Normanowie” to kolejny komiks, który absolutnie trzeba poznać, bo jest tego absolutnie wart.

 

W wiosce Galów znów się dzieje! Zjawia się bowiem młody Skandaliks, krewny wodza, a zarazem chłopak, u którego trudno znaleźć typowe dla Galów cechy, takie jak waleczność czy odwaga. Nasi bohaterowie mają zająć się jego edukacją, ale tu pojawia się kolejny problem…

Oto bowiem istnieje lud Normanów, który nie zna strachu równie mocno, ich co galijscy koledzy. Ponieważ jednak są ludźmi ciekawskimi, a na dodatek strach uskrzydla, pragnąc odkryć czym jest to uczucie, wybierają na chybił trafił miejsce poszukiwań. I tak trafiają do Armoryki, gdzie czekają na nich nasi Galowie i strachliwy Skandaliks. Czy jednak strachu da się nauczyć? A jeśli tak, to jak wyedukować na tym polu ludzi, którzy nie boją się niczego?

 

Kinowe fabularne filmy o Asteriksie mają do zaoferowania dwa kiepskie filmy (pierwszy i trzeci) i dwa naprawdę doskonałe (drugi i czwarty). Ten ostatni z nich oparty został w dużej mierze na tym właśnie albumie. I masa żartów (tym razem Goscinny porywa się nawet na humor dla dorosłych – nazwisko Pornografson z miejsca rzuca się w oczy) oraz zdecydowana większość fabuły, pochodzi właśnie stąd, sprawiając, że komiks ten jest tak świetną rozrywką dla każdego.

 


Owszem, przebiegu zdarzeń łatwo jest się domyślić, ale zabawa, jaka oferuje ten tom jest naprawdę znakomita. Tak samo dla dużych, jak i małych odbiorców. Szybka akcja, dużo humoru, znakomite żonglowanie różnymi smaczkami i popkulturowymi czy historycznymi odniesieniami, gwarantują tak dobrą zabawę, że nawet na moment nie można się oderwać od albumu, a po wszystkim zostaje tylko ochota na więcej.

 

Wszystko to wieńczy zaś znakomita szata graficzna, która od początku serii zachwyca i wciąż pozostaje równie znakomita, jak dekady temu, a także tradycyjnie dobre wydanie. Polecać co prawda całości nie muszę, każdy doskonale wie, jak znakomitym cyklem jest „Asteriks”, ale dla formalności dodam, że warto po ten tom – i wszystkie pozostałe – sięgnąć. Nie ważne, ile macie lat, zabawa jest równie znakomita i wciąż ma się tylko ochotę na więcej i więcej.

sobota, 10 kwietnia 2021

The Amazing Spider-Man 1/1997: Moc i odpowiedzialność, cz. I i II: Nadejście cienia / Upadek – Todd Dezago, Mark Bagley, Tom DeFalco, J. M. DeMatteis, Sal Buscema, Terry Kavanagh, Steven Butler

POCZĄTEK KLONOWANIA

 

Chyba nie ma osoby, która interesując się komiksami, nie słyszałaby o „Sadze klonów”, największym spiderowym evencie w dziejach. Największym, ale też i najbardziej mieszanym z błotem. Evencie, który zaczął się jako rewolucja, która miała mieć swój finał w 400 zeszycie serii, ale trwała o wiele dłużej, stając się niemal przyczyną upadku „Amazing Spider-Mana”. Wciąż jednak to historia, którą warto poznać i wyrobić sobie o niej własne zdanie, a ja właśnie zabieram się za przypomnienie najważniejszych jej rozdziałów, wydanych po polsku przez TM-Semic.

 

Opowieść zaczyna się od trzęsienia ziemi: Peter na dachu szpitala spotyka swojego klona. Klona, który przed laty zginął. Skąd się tu wziął? Jak przeżył? I co to będzie oznaczało dla naszego bohatera?

Tymczasem szpital Ravencroft przejmuje szalony Judasz Podróżnik, który wkrótce składa Spider-Manowi propozycję bez wyjścia. Jak z takim natłokiem wydarzeń poradzi sobie Peter? I czym się one dla niego skończą?

 

Oto początek drugiej sagi klonów i początek dość udany. Jak to mówi przysłowie: dobre złego początki. I ta jak dobre. Zeszyt zaczyna się mocnym akcentem – dla polskich czytelników, którzy nie znali pierwszej „Sagi Klonów” z lat 70. XX wieku może nie tak mocnym, ale jednak – a potem jest tylko lepiej. Dobra akcja, świetny klimat, typowy dla lat 90., a w końcu powaga, bo ostatnia dekada dwudziestego stulecia to okres mrocznych, psychologicznych opowieściom kryzysach tożsamości i to widać tu wyraźnie.

 


Jest też dobra akcja, dobrze zrobione postacie, mnóstwo pytań, które padają, ale bez udzielania odpowiedzi itd., itd. Czyta się to bardzo przyjemnie i równie przyjemnie ogląda. Ale co się dziwić, skoro nad albumem pracowali tacy artyści, jak Mark Bagley, J. M. DeMatteis czy Sal Buscema, którzy w tym czasie znajdowali się na szczycie – nie tylko popularności, ale i swoich możliwości.

 

Co prawda im dłużej ciągnęła się „Saga klonów”, tym bardziej się rozmywała, ale te początki są udane. Bardziej dla fanów, niż nowych odbiorców, ale jednak. Warto więc poznać tę opowieść, która miała przynieść wielką zmianę i odkryć przed nami, że Peter to tak naprawdę jego klon, a jego klon jest tym prawdziwym i powraca na należne mu miejsce. Ja ze swej strony polecam i mam nadzieję, że w końcu rzecz ukaże się w całości na polskim rynku. Byłoby miło, nawet jeśli często historia ta przyprawia o zgrzytanie zębami.

piątek, 9 kwietnia 2021

Fastnachtspiel (wydanie zbiorcze) – Marek Turek

MIASTO NA KOŃCU ŚWIATA

 

„Fastnachtspiel” to kultowy polski komiks i opus magnum Marka Turka, pochodzącego z Zabrza artysty, którego prace zawędrowały za granice naszego kraju, docierając nawet za wielką wodę. Opus magnum, które w końcu po latach doczekało się nie tylko pełnego wydania zbiorczego, ale przede wszystkim ciągu dalszego. Co najistotniejsze, kolejne pokolenie czytelników może poznać tę opowieść i cieszyć się nią, a zaręczam, jest czym.

 

Był bogaty, pierwszy milion zarobił w wieku czternastu lat, miliarda doczekał się pięć wiosen później. Był też idealistą, chciał zrobić coś dla ludzkości, wziął się więc za politykę. Był też geniuszem, a ponieważ nikt nie wierzył w jego intencje, zbudował transmiter fal elektromagnetycznych i wypuścił wiązkę, która zmieniła Słońce w czarną dziurę. W skrócie: zgasił światło w całym układzie słonecznym i stała się ciemność.

A potem na jego rozkaz stało się Miasto. Wtedy zaludnił je setką milionów ludzi, dorzucił dziwaczne stwory, od wampirów i utopców, przez golemy i wiedźmy, na aniołach i demonach skończywszy, dodał do tego istoty, jakich nikt nigdy dotąd nie chciał i tak Miasto ożyło. Miasto, w którym prawa fizyki jakie znamy przestały obowiązywać i nikt nie pozna do końca jego zasad. Miasto, które nie było zbyt dobre, ale za to dziwne…

 

I właśnie w tym mieście troczy się akcja „Fastnachtspiel”, opowieść, która debiutowała w odcinkach w latach 90. XX wieku, by od roku 2001 do 2006 ukazać się w formie czterech zeszytów. Teraz opowieść powraca w jednym, solidnym (340 stron) tomie, gdzie obok czterech znanych dotąd części fani mogą przeczytać premierowy piąty odcinek, a także blisko pięćdziesiąt stron dodatków, wśród których znalazły się przepisy kulinarne, miejski tarot, a nawet wszelkiej maści łamigłówki typu połącz punkt czy znajdź różnice. I, jak już wspominałem, jest to tom absolutnie warty poznania.

 


Nie wszystkie komiksy Marka Turka mnie urzekły, że wspomnę choćby świetnie narysowanego, ale niepowalającego na kolana „Bellmera”, ale „Fastnachtspiel” to dzieło, które urzeka. Może porównania do Kafki i jemu podobnych są przesadzone, ale jednocześnie jest w nich też sporo prawdy. Bo „Fastnachtspiel” to komiks dziwny, oniryczny, nieoczywisty, czasem potraktowany stricte jako pole do zabaw autora z formą i materią opowieści, czasem służący do zawarcia czegoś więcej. Turek bawi się tu tym, co tworzył przez dwie dekady, przelewa na papier to, co wchłonął popkulturowo i tworzy intrygującą całość, która urzeka klimatem. Jest tu coś do zadumy, jest sporo sentymentu, jest akcja, jest też świetny klimat.

 

I są te znakomite rysunki. Dziwne, przeinaczone, czasem zwyczajne, częściej nie, mroczne, nastrojowe, zmieniające się z czasem, ale wpadające w oko. Nie wszystko tu jest idealne, nie wszystko autorowi wyszło, jakby wyjść mogło, ale nie zmienia to faktu, że „Fastnachtspiel” to bardzo, bardzo dobry komiks. Zapadający w pamięć, nieoczywisty… I na pewno stanowiący jedno z najciekawszych rodzimych dokonań na polu opowieści graficznych. A dla mnie osobiście to także trącający sentymentalne struny w moim sercu powrót do czasów, gdy zaczytywał się „Produktem” i wydawanymi najczęściej poza głównym obiegiem albumami polskich komikisarzy.

 

Dziękuję Wydawnictwu 23 za udostępnienie komiksu do recenzji.




czwartek, 8 kwietnia 2021

Amazing Spider-Man – Epic Collection: Ostatnie łowy Kravena – Peter David, David Michelinie, J.M. DeMatteis, Ken McDonald, James C. Owsley, John Romita, Mark Beachum, Mark Bright, Steve Geiger, Alan Kupperberg, Tom Morgan, Paul Ryan, Alex Saviuk, Michael Zeck

GDYBY DOSTOJEWSKI PISAŁ KOMIKSY


Gdybyście mieli przeczytać w życiu tylko jeden, jedyny komiks o Spider-Manie, bez dwóch zdań powinna być nim właśnie ta opowieść. Owszem, seria o przygodach Człowieka Pająka ma do zaoferowania zarówno wiele świetnych („Nic nie zatrzyma Władcy Murów”), nagradzanych („Powrót do domu”) czy przełomowych („Śmierć Stacych”) fabuł, ale żadna z nich nie jest tak genialna i poruszająca jak „Ostatnie łowy Kravena” (szukajcie ich w księgarni TaniaKsiazka) właśnie. Bo to nie tylko najlepszy „Spider-Man”, jaki kiedykolwiek powstał, ale i jedna z najlepszych opowieści graficznych w dziejach. A na dodatek w tym wydaniu spod szyldu „Epic Collection” otrzymuje konkretny kontekst, pozwalający nam lepiej zrozumieć sytuację Petera w tamtym okresie jego życia.

 

Dlatego zanim dojdzie do ostatnich łowów Kravena, mamy okazję obserwować przygotowania Petera i Mary Jane do ślubu. Tak, nasza para w końcu postanowiła dać się złączyć węzłem małżeńskim. Jednocześnie Parker zmaga się z problemami w pracy, gdzie czeka go podróż do Berlina i spotkanie z Wolverine’em, a w końcu odkryje kim jest Hobgoblin. Prawdziwe kłopoty czekają go jednak, kiedy w końcu wróci z miesiąca miodowego.

Oto bowiem oszalały Kraven Łowca, nie mogąc znieść plamy na honorze, jaką jest dla niego fakt, że nigdy nie pokonał Spider-Mana, wybiera się na ostatnie polowanie. Odnajduje Pająka, zatruwa go narkotykami, łapie w sieć a wreszcie zastrzeliwuje, a zwłoki zakopuje w grobie przy swojej rezydencji. Od teraz, przebrany w kostium Spider-Mana zaczyna wymierzać sprawiedliwość na swój sposób, starając się udowodnić za wszelką cenę, że jest lepszy. A tymczasem Mary Jane, mając złe przeczucia co do losu swojego męża, próbuje znaleźć sobie zajęcie, nieświadomie pakując się w problemy, które mogą źle się dla niej skończyć…

 

Połowa lat 80. XX wieku to w amerykańskim komiksie okres wielkiej rewolucji, która miała na celu jedną rzecz: uczynienie historii obrazkowych dojrzałymi i mniej infantylnymi. Tłamszeni przez Kodeks Komiksowy, czyli instytucję cenzorską, twórcy nie mogli swobodnie poruszać tematów, jakie chcieli. Pierwsze próby zmienienia rzeczywistości podjęli jeszcze w latach 70. autorzy „Spider-Mana” właśnie, dotykając tematyki brania narkotyków czy uśmiercając Gwen Stacy. I to także na łamach tej serii jako pierwszej wprowadzano postacie rodem z horrorów, kiedy Kodeks na to pozwolił. W międzyczasie jednak Alan Moore najpierw swoją „Sagą o potworze z bagien”, a potem (do spółki z Millerowskim „Powrotem Mrocznego Rycerza”) „Strażnikami”, zerwał pęta cenzury i otworzył furtkę do tzw. Współczesnej Ery Komiksu, zwanej także Mroczną Erą.

 


I właśnie druga połowa lat 80., oraz początek kolejnej dekady, naznaczone były opowieściami tego typu. W praktyce oznaczało to mniej więcej tyle, że twórcy zabrali się za mroczne opowieści, pełne psychologii, dylematów moralnych, brudu i tragedii. Większość z nich nie przetrwała próby czasu, bo poluzowanie łańcucha cenzury sprawiło, że scenarzyści i rysownicy szybko popadli w iście karykaturalne podejście do tematu, ale wiele z ówczesnych dzieł zdołało jednak tego dokonać. A jednym z nich bezwzględnie pozostają „Ostatnie łowy Kravena”, które do dziś stanowią niedościgniony wzór opowieści o Spider-Manie.

 

A niewiele brakowało, by historia ta nigdy nie powstała. DeMatteis, który wpadł na jej pomysł w połowie lat 80.,, chciał ją pierwotnie zaprezentować jako jedną z opowieści o Wonder Manie, ale Marvel odrzucił ideę zakopania bohatera żywcem. Potem autor próbował zainteresować nią redaktora „Batmana”,  DC jednak nie było zainteresowane tego typu historią. W końcu jednak DeMatteis, ledwie co zatrudniony jako stały scenarzysta „Spectacular Spider-Man” dostał szanse zrealizowania tej historii pod szyldem Człowieka Pająka, co wbrew pozorom pozwoliło mu w pełni rozwinąć skrzydła. Szybko bowiem uznał, że do tak mrocznej fabuły, zainspirowanej wierszem „Tygrys” Williama Blake’a (najbardziej nadużywanym wierszem w dziejach komiksu, zupełnie jakby nikt nie znał innych dzieł tego poety – sam DeMatteis wykorzystał go potem wiele razy, a po nim zrobili to m.in. twórcy „Wolverine: Origin” czy „Punisher: Tygrys”) lepiej pasuje Peter. Peter, który dopiero co wyszedł za miłość swego życia i miał cieszyć się szczęściem. Co więcej scenarzysta odkrył, że Kraven jest Rosjaninem z pochodzenia, a że uwielbiał prozę Dostojewskiego, wykorzystał ten fakt do jeszcze mocniejszego pogłębienia psychologii postaci i całej opowieści. I tak oto zrodził się komiks (pierwotnie zatytułowany cytatem z „Tygrysa” – „Groza symetrii”), który w świecie opowieści graficznych stał się tym, czym w świecie literatury są powieści Dostojewskiego właśnie.



Chociaż jednocześnie, patrząc jedynie na sam opis treści, trudno jest dość do podobnych wniosków. Jednakże fabuła, która wydaje się na pierwszy rzut oka prosta, tak naprawdę jest jedną z najlepiej skonstruowanych w całej historii Marvela. A wszystko dzięki zachwycającej psychologii Kravena, Petera i Mary Jane. Kraven w wykonaniu J.M. DeMatteisa to postać tragiczna, oszalała z żądzy wielkości i tragicznych zdarzeń z młodości, które ukształtowały go na przyszłość, z każdym kolejnym wydarzenim bardziej wyzbywajaca się człowieczeństwa. Peter jest jego przeciwieństwem. Człowiekiem, który się boi. Człowiekiem, który nie potrafi poradzić sobie z własną śmiertelnością i tym, co wymusza na nim jego moc. A Mary Jane wreszcie przestaje być pustym, ładnym dodatkiem do męża, wkurzającym na dodatek brakiem charakteru, krytym dotychczas za pomocą ostrzejszego niż typowe kobiece postacie zachowania, a staje się kobietą, która ze względu na „zawód" Spider-Mana, zamartwia się ciągle o niego i obawia najgorszego. I nie można też zapomnieć o Verminie, człowieku, który zatracił człowieczeństwo zupełnie i pogrąża się coraz bardziej we własnym spaczeniu, nie pamiętając już nawet tak naprawdę kim jest i nie pasując do żadnego ze światów, jakie się w nim zbiegają.

 

Oczywiście mamy tu także superbohaterską akcję, sporo filozofowania, dobrą stronę obyczajową, ale też i świetną grozę. Ale nie paranormalną, choć nie brakuje tu wizji rodem z koszmarów, ale taką zwyczajną, wynikającą z naszych pierwotnych lęków: tych przed śmiercią, pogrzebaniem żywcem, stratą kogoś bliskiego… Sceny z M.J. zabijającą szczura, to prawdziwe perełki. Tak samo, jak momenty ukazujące postęp szaleństwa Kravena. A sam finał to majstersztyk, który może nie każdy zrozumie tak, jakby życzyli sobie tego twórcy, ale na pewno każdego poruszy. Nic dziwnego, że potem całość kopiowano tak wiele razy, choćby w „Daredevil: Diabeł stróż” czy (temat zabicia Petera i przejęcia roli Spider-Mana) w serii „Superior Spider-Man”. I nic dziwnego, że skupiam się w tej recenzji na samych „Ostatnich łowach Kravena”, na które składa się tylko sześć zeszytów (w tej edycji brakuje jednak jednej strony), chociaż w tomie królują poboczne historie, bo to właśnie ta opowieść jest sednem wszystkiego.

 


Wszystko to świetnie ilustrują rysunki Mike’a Zecka. Lekkie plansze, dość ascetyczne, ale piękne (choć nietypowe jak na amerykański rynek komiksowy, bo malowane ręcznie, farbami plansze w tym wydaniu zastąpiono bardziej klasycznym i). Odpowiednio mroczne i nie stroniące od krwi. Takie, które można oglądać bez przerwy i się nie nudzić. Dynamiczne, nastrojowe i pełne mocy, po prostu hipnotyzują i zachwycają. Owszem, świat komiksu zna lepszych ilustratorów, niż Zeck, ale żaden z nich nie oddałby tej opowieści tak, jak on. Wszystko to wieńczy świetne wydanie, w którym jednak brakuje mi jednej zasadniczej rzeczy: powieści graficznej „Soul of Hunter”, w której duch Kravena szuka przebaczenia u Petera, chociaż ten daleki jest od chęci spełnienia jego prośby. Byłby to naprawdę doskonały epilog tej poruszającej całości.

 

I cóż tu więcej można dodać? „Ostatnie łowy Kravena” to absolutnie „Spider-Man” numer jeden (co potwierdza też lista dziesięciu najlepszych komiksów o nim wydanych w Polsce, zamieszczona w setnym numerze „Amazing Spider-Mana” od TM-Semic. Mroczny, przygnębiający i poruszający, a dla niejednego także szokujący. Nie znać go nie wypada, bo to dzieło bliskie ideału. A poza tym otwiera kolekcję „Epic Collection”, która będzie miała do zaoferowania wiele świetnych opowieści. Ale żadna już nie zrobi na nas takiego wrażenia, jak ten album.


Sprawdźcie też inne komiksy i nowości w księgarni TaniaKsiazka.pl.

środa, 7 kwietnia 2021

Ms. Marvel #9: Teenage Wasteland – G. Willow Wilson, Nico Leon

Jersey City bez Ms Marvel

 

Najnowszy tom Ms Marvel (szukajcie go w księgarni TaniaKsiazka), przybliżający nas coraz bardziej do finału pracy G. Willow Wilson nad tą serią, to kolejna porcja świetnej rozrywki dla miłośników dobrego, lekkiego, zabawnego, ale niegłupiego superhero. Owszem, cykl najlepszy był na samym początku, kiedy Kamala Khan była lokalną bohaterką i nie mieszała się w wielkie wydarzenia, działając czy to wspólnie z Avengers, czy biorąc udział we wstrząsających uniwersum konfliktach, ale wciąż jej przygody to jedna z najlepszych rzeczy, jakie w swojej ofercie wydawniczej ma Egmont. A Wilson za każdym razem pokazuje, że jest jedną z najlepszych scenarzystek pracujących dla wydawnictwa.

 

Ms Marvel zniknęła! Jej rodzinnemu Jersey City wciąż jednak grozi niebezpieczeństwo, więc dziesiątki samozwańczych superbohaterów, z Czerwonym Sztyletem na czele, próbują przejąć rolę zaginionej obrończyni miasta. Na wezwanie o pomoc odpowiada nawet sama Carol Danvers, dawna idolka Kamali! Gdzie jednak podziewa się Ms Marvel? I co się stanie, gdy jej dawny przyjaciel Bruno powróci z Wakandy?

Scenariusz tego tomu napisała G. Willow Wilson („Cairo”, „Air”, „A-Force”), a zilustrował go Nico Leon („Hulk”, „Spider-Man”).

Album zawiera zeszyty #25–30 serii „Ms. Marvel”.

 

Można narzekać, że jako bohaterka Kamala Khan nie jest postacią zbyt oryginalną, bo to prawda. I można też narzekać, że opowieści o niej są politycznie poprawne, bo są. Ale jednocześnie trzeba także powiedzieć, że mimo to Ms Marvel to świetna seria. Wilson swoją opowieść oparła na sprawdzonym spidermanowym schemacie – nastoletnia bohaterka, na dodatek w typie geeka, zdobywa supermoce i stara się dzielić życie uczennicy i nastolatki z rolą superbohaterki. Balansuje między codziennymi sprawami i obroną ludzi i świata, robiąc to z gracją i w sympatyczny sposób.

 


Ważną częścią opowieści o niej jest religia, a co za tym idzie także relacje rodzinne. Ale równie ważne staje się tu zamiłowanie Kamali do superbohaterów, jej przyjaźnie i życie uczuciowe. Oczywiście nie brak tu także typowych dla herosów akcji, zagadek, szybkiego tempa, walk, a jednak wszystko to jest takie przyziemne, bliskie czytelnikowi i swojskie. Przede wszystkim właśnie dlatego, że Ms Marvel to nie kolejna zimna heroina, a dziewczyna z sąsiedztwa, tak podobna do nas i tak zjednująca sobie naszą sympatię.

 

Udane są też rysunki. Nie powalają co prawda na kolana tak, jak albumy rysowane przez Alphonę czy Miyazawę – ludzi, którzy pokazali, jak powinna wyglądać ta seria – ale i Leon radzi sobie nieźle. W dużej mierze klimat albumu to jednak zasługa koloru, który od początku serii pozostaje taki sam – nastrojowy, niby barwy, ale jednak stonowany.

 

Szukacie dobrego, zabawnego, ale i niegłupiego, a przy okazji angażującego komiksu superhero? Ms Marvel to rzecz dla Was. I kolejny dowód na to, że nawet teraz da się opowiadać historie będące powiewem świeżości.


Recenzja ukazała się wcześniej na portalu Planeta Marvel.


Sprawdźcie też inne komiksy i nowości w księgarni TaniaKsiazka.pl.