środa, 19 września 2018

Ultimate Spider-Man, tom 2 - Brian Michael Bendis, Mark Bagley

KWINTESENCJA SPIDER-MANA


Ileż to lat czekałem na to, by „Ultimate Spider-Man”, bodajże najlepsza seria z przygodami Pajęczaka (a przynajmniej od początku do końca trzymająca najrówniejszy, rewelacyjny poziom), zaczęła regularnie ukazywać się na naszym rynku. Gdy przed laty nieodżałowane wydawnictwo TM-Semic zaczęło wydawać ten tytuł, a potem przerwało go, by już nigdy do niego nie wrócić, wciąż miałem nadzieję, że w końcu ktoś zrobi to za nie. W ramach „Wielkiej Kolekcji Komiksów Marvela” ukazały się co prawda trzy tomy najważniejszych części „USM”, ale to była tylko kropla w morzu moich czytelniczych potrzeb. Na szczęście Egmont w końcu zdecydował się sięgnąć po „Ultimate’a” i w tym momencie na rynku pojawił się już drugi, zbiorczy tom tej serii. Tom rewelacyjny, porywający i wciągający, jak diabli. Ale co się dziwić, dzieło Bendisa to kwintesencja Spider-Mana w najczystszej postaci i mix wszystkiego, co w nim najlepsze, uwspółcześniony na dodatek i atrakcyjny zarówno dla stałych czytelników, do których scenarzysta wciąż puszcza oko, jak i zupełnie nowych odbiorców.


Pater w końcu nauczył się, jak być Spider-Manem (a przynajmniej na tyle, by jakoś sobie radzić w superbohaterskim fachu), wyznał też prawdę o swej sekretnej tożsamości MJ, ale jego życie bynajmniej się nie uspokoiło. Nie ma już co prawda problemów z ciągłym odwoływaniem spotkań z rudą przyjaciółką, jednak oto budzi się Doc Ock, po wydarzeniach z poprzedniego tomu i odkrywa czym się stał. Prowadzi to do jego przekształcenia w potężnego wroga, z którym Spider-Man będzie już wkrótce musiał stanąć do boju. Ale to zaledwie początek tego, co na niego czeka. W mediach pojawia się bowiem Kraven Łowca, showman i myśliwy, który ogłasza, że zapoluje (z zamiarem zabicia go) na Spidera! Jakby tego było mało, szkolny kolega Petera, Kong, zaczyna łączyć fakty i dochodzi do wniosku, że ugryzienie nastolatka przez Pająka i pojawienie się herosa w pajęczym stroju to nie przypadek i zaczyna rozpowiadać wśród uczniów, że Parker jest Spider-Manem. A na horyzoncie już czają się kolejne zmiany, bo pojawia się… Gwen Stacy!


Ależ ta seria jest świetna. Bendis to obok Marka Millara chyba najważniejszy i najlepszy współczesny twórca komiksowy. Obaj, zapoczątkowując uniwersum Ultimate nie tylko zrobili rewolucję na wzór duetu Miller/Moore z lata 80. czy Gaiman/Ennis dekadę później, ale przenieśli komiksy Marvela w wiek XXI. O Millarze pisałem już wiele, i wiele jeszcze napiszę, teraz pora skupić się na Bendisie. Bendisowi bowiem zawdzięczamy uwspółcześnienie najpopularniejszego bohatera Ameryki, Pająka, a co za tym idzie, przeniesienie na ekran jego pomysłów. Kinowa trylogia o Spiderze Sama Raimiego opierała się właśnie na jego komiksach z tej serii, ale w porównaniu z nimi wypad blado.


Już sama fabuła całości jest rewelacyjna. Szybka akcja, świetny klimat i skupienie się na najlepszych elementach mitologii Spider-Mana, z jednoczesnym podkręceniem ich do maksimum, daje powalający efekt. Świetne są też liczne smaczki dla fanów, które mógłbym wymieniać godzinami, ale każdy jednak powinien odkryć je sam. Do tego scenarzysta doskonale koresponduje z materiałem źródłowym, jednocześnie zaludniając wymyślony na nowo świat Pajęczaka fascynującymi postaciami. Weźmy MJ, która jest charakterna, strzela fochy, ale to nadal dziecko uwielbiające pluszaki. Kraven natomiast to pozer, który nawet nie wierzy w swój program i wszystko co robi, robi dla sławy. Świetna jest też Gwen Stacy, po raz pierwszy pojawiająca się w tym tomie – zadziorna, ostra, ale z zasadami. I Kong, alter ego samego Bendisa, cwany, zawadiacki w stylu Flasha, ale świeży, oryginalny i psychologicznie pogłębiony.


Dodajcie do tego znakomitą szatę graficzną (co prawda wolałem prace Bagleya tworzone dla „Amazing Spider-Mana” z lat 90. XX wieku, ale i tu wypada dobrze) oraz rewelacyjne wydanie, a otrzymacie komiks, który powinien znaleźć się kolekcji każdego miłośnika Spider-Mana i Marvela. Komiks doskonały dla młodzieży i dorosłych, spójniejszy od „Amazinga” i konsekwentnie poprowadzony właściwie od pierwszych stron. Oby Egmont wydał nie tylko całość, ale także i poboczne serie i eventy z nim powiązane, bo są tego warte.


Dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza do recenzji.


Kaznodzieja, tom 5 - Garth Ennis, Steve Dillon

WIWISEKCJA AMERYKI


„Kaznodzieja” to bodajże najlepsza seria, jaka obecnie ukazuje się regularnie na polskim rynku. Tak po prostu. I nie ma tu najmniejszego znaczenia, że to wznowienie cyklu wydanego już w naszym kraju przed laty. Dzieło duetu Ennis / Dillon to bowiem komiks ważki, mądry, klimatyczny i niezwykły. W fascynujący sposób portretuje Amerykę, z jej największymi brudami i podejmuje ciekawą polemikę z problematyką religii i wiary. I chociaż nie jest to cykl dla wszystkich, bo nagromadzenie kontrowersji i tematyka granicząca z bluźnierstwem mogą co poniektórych zniesmaczyć i odstraszyć, to każdy przynajmniej powinien spróbować się z nim zapoznać i przekonać, co ma do zaoferowania, bo jest tego dużo.


W wyniku wybuchu bomby atomowej Jesse stracił wiele. Ocalił życie, ale utracił oko, a także, przez swą liczącą miesiąc nieobecność, ukochaną. Wędrując przez Stany, trafia do miasteczka Salvation, gdzie odnajduje starą znajomą i tajemniczą Jody, a także zostaje szeryfem i postanawia zaprowadzić porządek. Jednocześnie powoli zaczyna odkrywać prawdę o tym, co stało się, kiedy wypadł z samolotu i jak właściwie został okaleczony…


Kiedy przed laty po raz pierwszy czytałem „Kaznodzieję”, seria gdzieś w połowie zaczęła się dla mnie psuć i rozchodzić w szwach. Zabrakło inwencji, główna tematyka zeszła na dalszy plan, kilka wątków też na kolana nie powaliło. Ale nie tyle była to wina twórców, ile moich oczekiwań odnośnie cyklu. Liczyłem bowiem przede wszystkim na tematykę religijną, Ennis zaś, nie zapominając o niej, poszedł nieco inną drogą, serwując mi portret Stanów Zjednoczonych – tych prawdziwych, popkulturowych, jak i widzianych przez jego specyficzny, spaczony pryzmat. Nie tego oczekiwałem, zawiodłem się, ale teraz, po latach, widzę, jak bardzo niesłuszna była to ocena. Owszem, temat wiary autor przedstawił w sposób naiwny i jakby zabrakło mu na niego pomysłu, a samo zakończenie serii da się przewidzieć bardzo szybko (zaraz po pojawieniu się Świętego od morderców), ale są tu rzeczy o wiele ważniejsze. Bo „Kaznodzieja” to przede wszystkim piękna opowieść o trudnej miłości i wspomniana już wiwisekcja amerykańskiej historii i motywów.


Oczywiście wszystko to osadzone zostało w świetnej akcji, która łączy w sobie imponujące rozmachem wydarzenia i małe, kameralne dramaty, przejmujące równie mocno, jeśli nie bardziej, niż spektakularne tragedie. Do tego mamy cięty język, żywe i soczyste dialogi, dużo dobrych pomysłów i urzekającą szatę graficzną. Ilustracje Dillona bowiem to jedna z najlepszych rzeczy, jakie ma do zaoferowania komiks amerykański. Są proste, czasem gubią proporcje, ale robią niesamowite wrażenie. Szkoda tylko, że kolory kładła tu Pamela Rambo, a nie Matt Hollingsworth, który w pierwszych tomach pokazał jak genialnie potrafi uzupełnić kreskę Steve’a. Rambo też radzi sobie całkiem nieźle, jednak to nie to samo, co jego prace.


Tak czy inaczej polecam bardzo, bardzo gorąco. Nie znać „Kaznodziei” po prostu nie wypada. I, co ważniejsze, nie warto jest go nie znać.


Dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza do recenzji.



wtorek, 18 września 2018

Ao no Exorcist #2 - Kazue Kato

ZOSTAĆ EGZORCYSTĄ


Już tak mam, że do wszystkiego, co nowe, podchodzę z dużą dawką niepewności. Nawet do mang, które prawie nigdy mnie nie zawiodły (ot dwa czy trzy tytuły w życiu skończyły niedoczytane i bez perspektyw chęci sięgnięcia po kolejne tomiki). Obawy miałem więc też w stosunku do "Ao no Exorcist", które na szczęście okazało się naprawdę przyjemną lekturą. Wprawdzie w przypadku pierwszego tomu odniosłem wrażenie, że manga dopiero się rozkręca - i nadal po części tak czuję - ale i tak bawiłem się świetnie i wraz z ciągiem dalszym bawię się tylko lepiej i mam ochotę na więcej.


Rin Okmura, po odkryciu, że jest synem samego Szatana i śmierci swojego opiekuna, postanowił pójść w ślady tego drugiego i zostać egzorcystą. Ale nie jakimś zwykłym, tylko najsilniejszym na świecie, takim, który będzie w stanie pokonać swojego ojca. Dlatego też wstąpił do Akademii Prawdziwego Krzyża, gdzie zaczyna nauki w tym kierunku, ale tak, jak i w życiu codziennym, tak i tu jego niełatwy charakter nie jest szczególnie pomocny. Chłopak zaprzyjaźnia się z ocaloną niedawno Shiro Fujimoto, która też stara się odnaleźć swoje miejsce w szkole, jednak na tym krąg jego przyjaciół się kończy. Z resztą uczniów, a w szczególności z jednym z nich, musi głównie rywalizować – a przede wszystkim musi ukrywać przed nimi swoje pochodzenie. To jednak może już za chwilę wyjść na jaw, kiedy zaczyna się egzamin, podczas którego uczniowie stawią czoła śmiertelnemu zagrożeniu…


Czy "Ao no Exorcist" nadal przypomina mi "Harry'ego Pottera", o czym pisał w przypadku poprzedniego tomu? Tak, bo Kato, nawet jeśli nie inspirowała się cyklem J. K. Rowling, to stworzyła coś bardzo podobnego. Tym bardziej, że całość nie tylko bliska jest sobie gatunkowo, ale i pod względem detali. Nie będą przypominał tego, co pisałem w poprzedniej recenzji, jednak wrażenie to nie minęło. Oczywiście podstawową różnicą jest tutaj pochodzenie bohatera i charaktery postaci. I akcja także skupia się na zupełnie innych zagadnieniach, choć jak widać w zebranych tu odcinkach, skala wydarzeń jest większa, niż można było na początku sądzić.



A lektura tego wszystkiego jest znakomita. Szybkie tempo, dużo humoru, dużo fantastycznych elementów i ciekawe postacie sprawiają, że czyta się ją jednym tchem. Do tego dochodzi znakomita szata graficzna, dość prosta, ale jednocześnie pełna detali i naprawdę udana. Przybywa również nowych drobiazgów typowych dla shounen, jak chociażby kilka scen z dziewczynami w bieliźnie, a i dobre jest też wydanie, ale to - podobnie zresztą, jak ilustracje - standard dla tego typu rzeczy.


Kto lubi shouneny z "Ao no Exorcist" będzie zadowolony. Wszystko co w gatunku ważne zostało zachowane, a całość pozostawia po sobie dobre wrażenie. Polecam.


I dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.







Dziewczyna znad morza #2 - Inio Asano

ZNALEŹĆ MORZE


Pierwszy tom „Dziewczyny znad morza” okazał się, niczym mocny cios w głowę. Historia, która z opisu wyglądała na typowe dzieło z gatunku szkolne życie, gdzie problemy dnia codziennego nastolatków mieszają się z miłosnymi historiami, w rzeczywistości okazała się ciężkim, psychologicznie pogłębionym i depresyjnym dramatem przesyconym kompulsywnym, brudnym seksem. Zdawało się, że druga – i zarazem ostatnia część – zmieni nieco ton, na szczęście zachowała wszystko to, co w jedynce szokowało i poruszało i w satysfakcjonujący sposób zakończyła całą historię, choć pozostawiła po sobie spory niedosyt.


Senne nadmorskie miasteczko. Nastoletnia Koume Sato po pierwszych miłosnych rozczarowaniach zaczęła wieść życie pełne kompulsywnego seksu uprawianego z kolegą Keisuke Isobe. Teraz ta relacja jest już za nią, oboje poszli własnymi drogami, ale czy właściwie cokolwiek zmieniło się w ich życiu? Dziewczyna nadal się miota, nadal szuka, nadal tkwi w zamkniętym kręgu tych samych błędów, tak samo zresztą jak on. Czy w tym tunelu pojawi się wreszcie światełko nadziei, a oni sami odnajdą w końcu symboliczne morze?


Łatwo można by było odrzucić tę mangę, jako hentai z nastolatkami. Wystarczyłoby zignorować głębię, a o to wśród współczesnych czytelników przyzwyczajonych do prostych, miałkich, stricte rozrywkowych opowieści, nietrudno. Tym bardziej, że autor przedstawił wszystko tak dosadnie, realistycznie i wręcz w odpychający sposób, że może to przyćmić na początku zalety „Dziewczyny”. W końcu mamy tu odarty z uczuć seks w wykonaniu nastoletnich bohaterów, dzieci niemalże, mamy niejedną czynność fizjologiczną zaprezentowaną bez pomijania detali, wulgarne zachowanie postaci itd., itd. Ale to wszystko stanowi jedynie środek do celu. A co jest tym celem?



Każdy zapewne zinterpretuje całość na swój sposób, za wzór obierając własne doświadczenia, ale „Dziewczyna” przede wszystkim stanowi smutną opowieść o szukaniu nadziei i szczęścia w szarej, wręcz czarnej codzienności, która najwyraźniej nie potrafi nam ich dać. Bohaterowie znieczulają się na różne sposoby, jednocześnie chcąc za ich pomocą coś poczuć. Ne potrafią wyrazić uczuć, a może się tego wstydzą, bo świat nie tego od nich wymaga, więc zanurzają się w seksie, który też zaczyna im się nudzić, ale wracają do niego raz po raz, bo nie potrafią znaleźć nic innego. Otoczeni przez brutalność i brud, przenoszą je także na tę sferę życia, zamknięci w błędnym kole i skazani na powielanie tego, przed czym chcą uciec.


Bohaterowie tej historii, choć zachowują się jak sterowane kukiełki, są pogłębieni psychologicznie i naprawdę znakomicie oraz przekonująco ukazani. Sama historia też jest ciekawa, wciągająca i poruszająca. Ale największe wrażenie i tak robi szata graficzna. realistyczna, pełna detali, choć pozbawiona szczegółów anatomicznych przy okazji zbliżeń seksualnych, mroczna i po prostu piękna. Oglądanie całości, mimo brudu obecnego na stronach, to czysta przyjemność, a że i treść nie zawodzi, polecam „Dziewczynę” gorąco. Oczywiście dorosłym czytelnikom.


Tytuł możecie kupić tu:





poniedziałek, 17 września 2018

Ao no Exorcist #1 - Kazue Kato

PRAWIE, JAK „HARRY POTTER”


Kiedy jakiś czas temu przeczytałem zbiór krótkich form „Time Killers” oneshot, który został potem przekuty w „Ao No Exorcist” był jedną z tych historii, które najmniej przypadły mi z niego do gustu. A mimo to postanowiłem sięgnąć po tę właśnie serię. Dlaczego? Bo reszta historii Kazue Kato okazała się naprawdę znakomita i kupiła moje serce. I nie żałuję, bo to ciekawa manga, choć na razie mam wrażenie, że dopiero zaczyna się rozkręcać.


Rin Okamura ma piętnaście lat i jest chłopakiem, który ciągle pakuje się w kłopoty. Jako sierota, wychowywany wraz z bratem przez księdza Fujimoto, wiedzie niezbyt ciekawy żywot. Z jednej strony nie ma pojęcia, co chciałby robić w życiu, z drugiej jego charakter na każdym kroku przysparza mu problemów, a on sam, nawet jeśli się stara, nie potrafi z nich wybrnąć. Już wkrótce jednak jego życie wywróci się do góry nogami, gdy chłopak odkryje, że jest synem samego Szatana, a jego opiekun to nikt inny tylko egzorcysta. Gdy tragedia dosięgnie Rina, nastolatek zdecyduje się samemu zostać egzorcystą i… skopać dupę swojemu ojcu. By to jednak zrobić, będzie musiał wstąpić do szkoły, gdzie zacznie się jego prawdziwa przygoda…


Pierwsze skojarzenia podczas lektury? Trudno by były inne – to typowy shounen z bohaterem wybrańcem, listą wrogów do pokonania, supermocami i sekretami własnej przeszłości. Problemy rodzinne i bycie sierotą też idealnie wpasowywały się w ten schemat. Ale zaraz potem akcja nieco się zmieniła, bohater trafił do szkoły i… Właśnie, weźmy sierotę z tajemniczą przeszłością, który odkrywa że posiada niezwykłe moce. Dodajmy do tego, że wkrótce trafia do miejsca, gdzie ma się uczyć jak wykorzystać swoje zdolności, jak przyrządzać eliksiry do walki z demonami itd., itd. Nawet sama placówka kryje w sobie niejedną niezwykłą rzecz, ot choćby klasę pełną demonów. Brzmi jak „Harry Potter”? Owszem, ale to żaden minus. Wręcz przeciwnie.


Na szczęście autorka nie zapomniała, że nie robi kopii brytyjskiego hitu, który swoją drogą prywatnie uwielbiam. Serwuje nam więc swoje własne podejście do tematyki, klimat i akcję typowe dla shounenów i dużo humoru. Jest tu wiele interesujących scen, jest lekkość, a szata graficzna wypada naprawdę znakomicie. Nie jest co prawda tak realistyczna, jak to mogliśmy podziwiać w „Time Killers”, ale i tak jest miła dla oka, a dalszy plan pokazuje, że Kato starała się przemycić tak wiele detali, jak tylko mogła.


Polecenie całości to już tylko formalność. „Ao No Exorcist” to kolejna seria, która spodoba się miłośnikom shounenów, ale także i fanom „Pottera”. Ja jestem ciekaw co z tego wyniknie, więc pewnie nie prędko skończę z nią swoją przygodę.


A wydawnictwu Waneko dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.







Walka kobiet: 150 lat wolności, równości i siostrzeństwo - Marta Breen, Jenny Jordahl

HISTORIA FEMINIZMU W KOMIKSIE


Komiks, jako medium – a przynajmniej jego mainstreamowa odmiana – od samego początku wydaje się być przede wszystkim męską rozrywką. Wiem, że to duże uogólnienie, ale spójrzcie tylko sami – wszędzie napakowani faceci, dużo walk, seksowne dziewczyny ciągle świecące wielkimi dekoltami ledwie zasłaniającymi olbrzymi biust i wciśnięte w za ciasne, skąpe ciuszki itd., itd., itd. Nawet ilość kobiet zajmujących się historiami obrazkowymi jest o wiele mniejsza niż mężczyzn. Co nie znaczy, że brakuje albumów kobiecych – także na naszym rynku. Dowodem na to jest m.in. całkiem niezła, choć nie do końca udana, „Walka kobiet” przybliżająca nam dzieje feminizmu.


I cóż, chyba samo określenie tematu wystarczyłoby w tym wypadku za streszczenie fabuły tego dzieła. Zacznijmy więc po kolei. Akcja całości zaczyna się w XIX wieku, kiedy to kobiety nie mają żadnych praw, a mężczyźni decydują właściwie o każdym aspekcie ich życia. To wtedy zaczynają się tworzyć pierwsze ruchy chcące zmienić ten stan rzeczy, w czasach, kiedy to władze burzą się przeciwko niewolnictwu, ale dopuścić do głosu płci pięknej już nie chcą. Lata lecą, zmienia się sytuacja, a my krok po kroku podążamy ścieżką feministek, dowiadując się o problemach traktowania kobiet w różnych miejscach świata, zarówno w przeszłości, jak i obecnie.


Marta Breen i Jenny Jordhal, autorki i, oczywiście, feministki, stworzyły komiks udany pod względem wykonania, ale mocno jednostronny i hermetyczny, jeśli chodzi o treść. I nie mam tu na myśli tylko ograniczenia się do tematu feminizmu, bo i tu rzecz prezentuje tylko jeden rodzaj poglądów – tych współcześnie popularnych. Owszem, ciekawie zaprezentowano tu historię samego ruchu kobiecego, ale autorki skupiły się tu nie na większym kontekście, a przekazaniu własnych poglądów co w przypadku publikacji nomen omen historycznej jest sporym minusem.


Kwestia poglądów zresztą to coś z czym mógłbym długo polemizować. Aborcja to w końcu nie rzecz prawa kobiety do decydowaniu o własnym ciele, a chęć uniknięcia konsekwencji własnych czynów i ignorowanie praw dzieci – tych nienarodzonych, co nie znaczy, że mniej ważnych. I nie mają tu nic do rzeczy przekonania religijne, a logika – od przerwania życia płodu do dowolnej formy uśmiercania kogokolwiek (w końcu w obu przypadkach życie toczyłoby się dale, gdyby nie ingerencja człowieka) jest już bardzo niedaleko, a wytłumaczenie ideologiczne znajdzie się na wszystko, jak pokazują choćby podręczniki do historii.


Ale zostawmy kwestie przekonań (od których w przypadku takich dzieł uciec się nie da) i wróćmy do „Walki kobiet”. Bo mimo okrojenia tematu, to niezłe przedstawienie feminizmu. Bardziej portret pod obecne czasy i nastroje, ale na pewno dobrze narysowany i tak samo wydany. Szkoda tylko, że autorki nie wykorzystały potencjału, bo ten akurat był spory.





niedziela, 16 września 2018

Nienawidzę Baśniowa #1 - I żyli długo i burzliwie - Skottie Young

LOBO W ŚWIECIE BAŚNI


Skottiego Younga możecie kojarzyć, jako twórcę zabawnych alternatywnych okładek komiksów Marvela utrzymanych w stylistyce, którą mangacy określają mianem SD – super deformed. Jaki jest jednak z niego scenarzysta? O tym możecie przekonać się, sięgając po jedną z jego najbardziej znanych prac, prześmiewcze i krwawe „Nienawidzę Baśniowa”, które właśnie ukazało się na polskim rynku. Wiele można powiedzieć o tym komiksie, ale gdybym miał krótko scharakteryzować z czym tu właściwie mamy do czynienia, powiedziałbym jednio: Lobo został wpuszczony do świata baśni i nie zamierza siedzieć tam grzecznie.


Dawno, dawno temu żyła sobie dziewczynka imieniem Gerturde. Jak na dziecko przystało, uwielbiała zabawki i bajki i marzyła o niezwykłej krainie pełnej cudów, magii, śmiechu i radości. Pech chciał, że oto nagle na środku jej pokoju otworzyła się dziura i dziecko spadło przez nią do Baśniowa – kolorowego miejsca zamieszkanego przez niezwykłe stwory, gdzie zamki latają na chmurach, a słońce, księżyc i gwiazdy są żywymi istotami.
Dwadzieścia siedem lat później Gertrude nadal tu jest i nadal wygląda jak sześciolatka, choć zgorzkniałe, wredne i brutalne stało się z niej babsko. W towarzystwie gadatliwej muchy, uzbrojona po zęby, przemierza Baśniowo w poszukiwaniu klucza, który pozwoli jej wrócić do domu. Na przeszkodzie stoi jej jednak cała masa magicznego tałatajstwa, więc Gertrude będzie musiała wyeliminować (w krwawy i brutalny sposób, i z tradycyjnym „Fuj z tym!” na ustach) wszystko, co wejdzie jej w drogę…


Lubicie „Lobo”? Lubicie zapomniany już serial animowany „Przyjaciele z wesołego lasu” gdzie zwierzęcy bohaterowie o sympatycznych pyszczkach giną na różne makabryczne sposoby? „Nienawidzę Baśniowa” to seria idealna dla Was! Jest krwawo, jest brutalnie i jest zabawnie. Kobieta w ciele małej dziewczynki z wielką giwerą przemierza świat pełen niezwykłych istot, tęczy, zamków na chmurach i innego, kolorowego i często wielkookiego badziewia i chcąc zrealizować swój cel, rozp… wszystko, co stanie jej na drodze. Plus wszelkiej maści świadków, którzy mieli pecha widzieć, do czego jest zdolna. Jednych to zniesmaczy i odrzuci, innych zauroczy. Ja należę do tej drugiej grupy. W końcu wychowałem się na przygodach „Lobo”, a okładka „Lobo powraca” stała się największym komiksowym szokiem dzieciństwa i zapadła mi w pamięć chyba już do końca życia.


„Nienawidzę Baśniowa” to lekka, bezkompromisowa opowieść, która spodoba się miłośnikom takich właśnie niegrzecznych dzieł. Nie ma tu większej głębi, jest za to świetna zabawa, której dzieciom do rąk, mimo uroczej, kolorowej, cartoonowej szaty graficznej, bym nie dał. Za to dorosłym polecam jak najbardziej. Dla odreagowania, do pośmiania się i dla nuty sentymentu także. Bo, jak w przypadku „Lobo” (wiem, wiem, przesadzam już z tym porównaniem, ale naprawdę trudno się do ustrzec), to taki komiksowy odpowiednik muzyki metalowej, z tym, że wywrzaskujący pioseneczki dla dzieci. Mnie to kupiło.






Kuroko's Basket #30 - Fujimaki Tadatoshi

MECZ DOBIEGA KOŃCA


I w końcu jest. ostatni tom „Kuroko” trafił wreszcie w moje ręce. Kiedy zaczynałem przygodę z tą serią, nie miałem pojęcia, że potrwa ona tak długo. Chociaż nie znoszę sportu, sięgnąłem po nią na fali ochoty na kolejne shouneny, a także zachęcony samym wyglądem mangi. Nie sądziłem, że może mi się szczególnie spodobać, a jednak. W krótkim czasie pochłonąłem 29 tomów i teraz, po dłuższe przerwie, dane mi było przeczytać finał. I cóż mogę powiedzieć teraz, gdy całość jest już za mną? To samo, co wcześniej – że było warto i że każdy miłośnik shounenów powinien poznać „Kuroko’s Basket” nawet jeśli ma alergię na wszelką sportową rywalizację.


Trwa finałowy mecz Seirin kontra Rakuzan. Do niedawna to ci drudzy prowadzili, potem losy się odwróciły i drużyna Kuroko zaczęła punktować, ale Akashi zdołał wejść w zone i pokazał, że jest w stanie zastąpić całą swoją drużynę sam jeden. A jednak, dzięki połączonym siłom Kuroko i Kagamigo, udało się go zatrzymać i Seirin znów kontratakuje. Sytuacja wydaje się odwracać na ich korzyść, ale do końca zostało jeszcze kilka minut i wciąż może zdarzyć się wszystko. Dosłownie. Kto wygra w tym starciu? Jakie będą konsekwencje wygranej i przegranej? I czy Kagamiemu uda się otworzyć drugie drzwi, które widzi będąc w zone?


Lekka, prosta, ale dynamiczna – taka w skrócie jest ta seria. Kto czyta shouneny, wie doskonale czego się po niej spodziewać. Może i bohaterowie są koszykarzami, jednak to tylko nazwa. Pod każdym względem są przede wszystkim wojownikami, którzy walczą o swój cel. Na ich drodze nie brak więc wielu potężnych przeciwników, którzy autentycznie zagrażają ich zdrowiu, a oni sami – podobnie jak wrogowie – są posiadaczami niezwykłych zdolności. Akcja pędzi więc na złamanie karku, całość jest widowiskowa i imponująca, a przy okazji wywołuje wiele emocji. Oczywiście nie brakuje tu także sporej dawki humoru, a i ci stęsknieni za spokojniejszą akcją, znajdą w serii coś dla siebie.


Jednocześnie, omawiając jakikolwiek komiks, nie można zapomnieć o szacie graficznej. I tu chcę poruszyć kwestię, którą zostawiłem sobie na sam koniec, pomijając ją konsekwentnie przy omawianiu poprzednich tomów. O co chodzi? O to, jak rozwijały się ilustracje autora. Zaczęło się lekko, dość prosto, ale  talentem i klimatem. Wszystko wyglądało dobrze, jednak z czasem autor zaczął rozwijać swoje ilustracje. Zachował ich nieskomplikowaną formę, ale z kolejnymi tomami poprawiała się jakość całości. Pojawiało się więcej detali i więcej realizmu. Co tylko należy zaliczyć całości in plus.


Kto więc lubi shouneny, nie zawiedzie się na „Kuroko”. To naprawdę dobra seria i warta poznania. Aż szkoda, że to już koniec.


Dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.







sobota, 15 września 2018

Batman. Mroczny Rycerz: Rasa Panów - Frank Miller, Brian Azzarello, Andy Kubert, Klaus Janson, Eduardo Risso, John Romita Jr.


RASA KRYPTO-PANÓW, czyli Frank Miller się skończył


Od kiedy dowiedziałem się, że Frank Miller pracuje nad „DKIII”, ciągiem dalszym historii, którą na zawsze odmienił amerykański komiks, a także postać Batmana, nie mogłem się doczekać jej publikacji. Cóż z tego, że ten kultowy autor skończył się już dawno temu i wraz z upływem czasu serwował czytelnikom coraz to gorsze prace. Miller był tym komiksiarzem, którego dzieła jako pierwsze tak bardzo pokochałem, miał na mnie największy wpływ na tym polu, a do jego dokonań z lat 80. i 90. XX wieku powracam wciąż na nowo – jak mógłbym darować sobie zwieńczenie opowieści, którą powszechnie uważa się za jego najwybitniejsze dzieło? I nie żałuję, bo choć „Rasa panów” nie jest wielkim komiksem, stanowi dobre podsumowanie historii, która jest z nami już trzydzieści lat.


Minęły ledwie trzy lata odkąd Batman ocalił świat, a znów musi powrócić by zwalczyć zło. W Gotham, gdzie brutalność policji jak zwykle budzi głosy sprzeciwu, na ulicach znów pojawia się Mroczny Rycerz. Jego kariera nie trwa jednak długo – skatowany przez policję, trafia do aresztu. Tyle, że pod maską nie kryje się Bruce Wayne, a Carrie Kelley, jego uczennica, która twierdzi, że Bruce nie żyje. Zabiły go rany odniesione przed trzema laty. Rzeczywistość jak zwykle jest inna, prawdziwy Batman nie odszedł z tego świata, ale jego sprawność nie pozwala mu już działać. Wkrótce jednak będzie musiał wznieść się ponad własne ograniczenia i stawić czoła niebezpieczeństwu przerastającemu jego możliwości. Kiedy Lara, córka Supermana, który pozostaje zamrożony w lodzie, odkrywa wiadomość z Kandoru, postanawia poprosić Atoma o pomoc w wydostaniu jej rodaków z zabutelkowanego miasta. Niestety wolność zyskują szaleńcy pod wodzą Quara, którzy chcą jednego – by Ziemianie uznali ich swoimi bogami. Posiadając moc równą Supermanowi, zostają rasą panów, ale Batman nie zamierza pozwolić na taki stan rzeczy. Jakie może mieć szanse w starciu z nimi, skoro nawet przebudzony Superman przegrywa walkę, a po stronie Kryptończyków staje Lara? Gdy kolejni dawni herosi kończą okaleczeni i niezdolni do działania, a Quar żąda wydania Mrocznego Rycerza albo zrówna Gotham z ziemią, także zwykli mieszkańcy stają przeciwko swojemu dawnemu obrońcy…

 

Jaka była największa różnica między genialnym „Powrotem Mrocznego Rycerza” a jego mocno przeciętną kontynuacją, „Mroczny Rycerz Kontratakuje”? Koszmarne ilustracje? Beznadziejny kolor? Też, ale przede wszystkim epickość. „PMR” był niemalże zwyczajny, przedstawiał starego człowieka, który już niezbyt nadaje się do bycia bohaterem, ale dawne nawyki nie umierają tak łatwo i musi wrócić by pomóc swojemu miastu. Nawet jeśli nie podoba się to władzom, a on sam staje się ścigany niczym przestępca, działa, bo tak każe mu sumienie – i inspiruje tym innych. W tle działy się inne wydarzenia, wielka polityka, zimnowojenne zagrożenia, ale to nie Nietoperz musiał się z nimi mierzyć; jeśli już, to z ich konsekwencjami, które dotykały i jego, i zwykłych ludzi. W „Kontrataku” to, co tu było tłem, stało się głównym zagrożeniem. Machlojki na najwyższych szczeblach władzy, rewolucja, epickie niebezpieczeństwo… Zabrakło w tym tej prawdziwości i głębi, została pełna akcji opowieść superhero jakich wiele.


Wspominam o tym nie przypadkiem, bo „DK III” kontynuuje ten trend. Jak w sequelach hollywoodzkich hitów, wszystkiego jest w nim więcej, a całość ma być przede wszystkim widowiskowa. Armia złych Kryptończyków, którzy potrafią latać, strzelać laserem z oczu, mają nadludzką siłę i sposób na to, by niszczyć całe miasta, detonując się niczym bomby atomowe, mówi sama za siebie. Akcja pędzi tu na złamanie karku, a przez strony przewija się plejada gwiazd DC (oraz znanych z tv twarzy, jak choćby Donald Trump, wyśmiewany za prowadzoną politykę), ale najczęściej w epizodach. Flash ledwie się pojawia na scenie, a kończy połamany, Green Lantern traci swoje moce, Aquaman występuje praktycznie przez chwilę, dłużej trzyma się Wonder Woman, która ma do odegrania zdecydowanie większą rolę, a na tym nie koniec. Wszystko to jednak sprowadza się do jednego – wielkiej walki z Quarem i jego ludźmi. Na szczęście na drugim planie dzieją się rzeczy o wiele ciekawsze, niż można by sądzić.

 

„DK III” jest dla Millera pożegnaniem z opowieścią, która odmieniła komiksy i wyniosła jego samego na komiksowe wyżyny. Przywraca więc postacie z poprzednich części, ukazuje ich losy, przemiany…. Żegna się z nimi tak, jak żegna się z Batmanem. A może i rozlicza z samym sobą? Plotki o jego chorobie (wystarczy zobaczyć aktualne zdjęcia artysty by samemu się o tym przekonać) wydają się aż nazbyt wyraźne w treści. Pewne nadzieje znajdują tutaj odbicie w scenach, które można by wręcz uznać za marzycielskie – a patrząc na nie chłodnym okiem, za naciągane, ale to już każdy oceni przez pryzmat własnej wrażliwości.


Co jeszcze poza postaciami przemyca Miller do „DK III” z dawnej twórczości? Nie ma tu fascynacji Japonią, mangą i ninja, ale też i w jego Batmanie było ich niewiele. Jest za to narracja telewizyjna, którą stworzył na potrzeby „Powrotu”, przeplatana z bardziej współczesnymi trendami – wymianą wiadomości przez komunikatory i SMS-y. Choć od czasów pierwszej części trylogii w świecie bohaterów minęło ledwie sześć lat, postęp jest olbrzymi – bardziej widać w nim trzy dekady, jakie upłynęły od powstania „Powrotu”. Do tego dochodzi też specyfika wyrażania się młodzieży, skrótowe pisanie, bardzie fonetyczne niż właściwe, co dodaje całości kolorytu.


Czego ze starej twórczości Millera zabrakło? Na pewno odmiany ststusu quo postaci, rewolucji w ich życiorysach, choć jednocześnie w ciekawy sposób ujmuje Wonder Woman. Postać, którą w latach 40. stworzył psycholog Charles Moulton, inspirując się własną żoną, ich wspólną kochanką a także Margaret Sanger, feministką, którą głosiła nazistowskie wręcz poglądy (przymusowa aborcja osób nieprzystosowanych, ograniczenie rozrodczości czarnoskórych etc.), od zawsze była mocno feministyczna. Miller, jakże często posądzany w swojej twórczości o mizoginizm, wykreował ją na męską niemalże heroinę. Silną, twardą, bezlitosną – echa jego fascynacji bitwą pod Termopilami, której poświęcił powieść graficzną „300” (a także odwoływał się m.in. w swoim opus magnum, „Sin City”) widać tu aż nazbyt wyraźnie, a Diana zyskuje cechy Leonidasa. Ale taka Wonder Woman odpowiada mi o wiele bardzie, niż politycznie zaangażowana obrończyni uciśnionych. Jest w końcu przede wszystkim Amazonką, wojowniczką, o czym najczęściej twórcy zwyczajnie zapominają, tu zostało to mocno podkreślone – i chwała za to Millerowi.


Dobrze także, że porzucił chęć rysowania całości. w latach 80. i 90. Frank rysował wprawdzie znakomicie, wprowadzał nowe trendy zaczerpnięte z japońskiego komiksu, odświeżał gatunek, potem jednak jego talent gdzieś się ulotnił. Przestał dbać o tła, postacie rysował na szybkiego, burzył proporcje ciała… Długo by wymieniać, ale wszystko sprowadza się do tego, że jego prace wyglądały, jakby całkowicie nie chciało mu się rysować. Andy Kubert, który zajął się szatą graficzną „DK III”, godnie go zastąpił. Z pomocą Klausa Jansona, inkera „Powrotu Mrocznego Rycerza”, stworzył ilustracje łączące jego własny styl z tym, co Miller prezentował w największym okresie swojej świetności. Szkoda tylko, że kolor nie został nałożony tradycyjnie, wtedy historia ta nabrałaby charakteru. Z drugiej strony dobrze, że nie jest to kolor, jak w „Kontrataku”, gdzie aż nie dało się na to patrzeć. Oczywiście Miller także nie porzuca rysowania. Zilustrował bowiem większość z dodatkowych historii tu zawartych, czasem w sposób koszmarny (gdy sam nakłada tusz albo kiedy tuszuje prace Johna Romity Jr., zabijając w nich właściwie wszystko), czasem przypominający o dawnej świetności (z pomocą Jansona, oczywiście)… Ważne, że jest i wnosi do „DK III” coś więcej niż tylko scenariusz, napisany zresztą z Brianem Azzarello (kto wie, czy gdyby tworzył go sam, w ogóle by go dokończył – „Master Race” mogłoby skończyć tak, jak „Batman i Robin: Cudowny chłopiec”, który chyba nigdy nie doczeka się finału).


I chociaż „DK III” nie wybija się jakoś szczególnie na tle innych komiksów mainstreamowych (rozsądek nakazuje wystawić mu ocenę 6/10, sentyment w porywach nawet 8, ale jest to sentyment ślepy), to naprawdę dobra historia. I ciekawe pożegnanie z millerowskim Mrocznym Rycerzem, choć autor ma w planach ciąg dalszy. Czy go stworzy? Mam nadzieję, że nie, ale cieszę się, że mogłem przeczytać „DK III” i mimo wszystko jestem usatysfakcjonowany.


Tę i inne nowości znajdziecie tu:


Koniec zxxxanego świata - Charles Forsman

KONIEC ZXXXANEJ NIEWINNOŚCI


Od chwili, kiedy obejrzałem pierwszy odcinek netflixowego „The End of the F***ing World”, zapragnąłem przeczytać jego komiksowy pierwowzór i zacząłem mieć nadzieję, że ktoś w końcu wyda go w Polsce. Nie była to wielka nadzieja, lata praktyki nauczyły mnie, że lepiej nie oczekiwać zbyt wiele, jeśli dzieło nie należy do mainstreamu. A jednak, „Koniec zxxxanego świata” trafia właśnie na półki sklepów nad Wisłą, dzięki wysiłkom Non Stop Comics, i trzeba przyznać, że warto było na ten album czekać, choć niestety jest on dość daleki od ideału.


Ale zanim przejdę do konkretów, zacznijmy od tego o czym on właściwie opowiada. Jeśli znacie serial, treść nie będzie tu dla Was wielkim zaskoczeniem, choć znajdą tu także wiele różnic. Wszystko sprowadza się do tego, że główny bohater James dochodzi do wniosku, iż jest psychopatą. Pragnąc poczuć w życiu jakiekolwiek emocje decyduje się zabić swoją dziewczynę, Alyssę. Zanim to jednak mu się uda, oboje uciekają z domów, paląc za sobą mosty i pakując się w kolejne tarapaty. Kiedy w obronie dziewczyny James zabija pewnego mężczyznę, który skrywał w sobie wiele tajemnic, oboje znajdą się na celowniku nie tylko policji, ale także i jego szalonej kobiety. Tak zaczyna się ich „przygoda”, która nie ma prawda skończyć się dobrze…


„Koniec…” to komiks równie nihilistyczny i minimalistyczny, co urzekającym i wciągającym. Zbudowany na kontrowersyjnym pomyśle i oszczędnej formie, podobnie jak powieści Chucka Palahniuka, nie chce wywołać taniego skandalu, ale za pomocą szoku powiedzieć coś więcej. Coś o współczesnych pokoleniach, coś o młodzieńcy buncie i coś o samym życiu i świecie, w którym przyszło nam je wieść. Rzeczach wspólnych dla każdego z nas. Kto bowiem nie chciał rzucić wszystkiego, zerwać z konwenansami i społecznymi normami i zrobić wreszcie coś po swojemu? Kto nie chciał kochać, niczym Romeo i Julia, tak prawdziwie i boleśnie? I kto nie chciał w końcu czegoś poczuć, w tym świecie znieczulającym nas na każdym kroku?


Szkoda więc, że autor nie wykorzystał w pełni potencjału całości. W odróżnieniu od serialowej wersji, nie ma tu należytego umotywowania relacji głównych bohaterów, ani tym bardziej ich straceńczej podróży. Szybko zapomniana zostaje też kwestia chęci zabicia przez Jamesa jego dziewczyny, co powinno być silą napędową całości. Poza tym pojawia się mało przekonujący – i mało pasujący do całości – wątek satanistyczny. Na szczęście jest klimat, jest wielka siła i głębia. Do tego mamy udaną, mimo swej nieporadności, szatę graficzną. Ilustracje wyglądają, jak kopia stylu Charlesa Schultza (tak, tego od „Fistaszków”), momentami kojarząca się z pracami dziecka, to znów przypominająca typowo undergroundowe komiksy. Ale, choć może brzmi to dziwnie, wszystko tu do siebie pasuje. I pozostawia po sobie duże wrażenie.


Miłośnikom serialu i niszowych komiksów polecam, bo „Koniec zxxxanego świata” to naprawdę dobra rzecz. Szkoda, że autor nieco nie zwolnił akcji w początkowych i finałowych rozdziałach, ale i tak warto całość poznać. O tej powieści graficznej szybko się nie zapomina.






Kubuś Puchatek / Chatka Puchatka - A.A. Milne


KUBUŚ NIGDY NIE WYGLĄDAŁ PIĘKNIEJ


O Kubusiu Puchatku znów jest głośno. Całkiem niedawno temu obchodził dziewięćdziesięciolecie swojego istnienia, teraz znów świętuje jubileusz - 90 lat wydania "Chatki Puchatka" a także 80 debiutu na polskim rynku wydawniczym. Fakt, że w kinach wyświetlany jest obecnie film "Krzysiu, gdzie jesteś?", też nie pozostaje bez znaczenia. Nic więc dziwnego, że na księgarskie półki obok pozycji wspierających kinowych hit trafiło także zbiorcze wznowienie obu klasycznych książeczek Milne'a. Jeżeli jeszcze ich nie czytaliście albo nie posiadacie, to doskonała okazja by nadrobić ten błąd. Jeśli macie natomiast swoje wysłużone egzemplarze nowa, piękna edycja doskonale nada się na ich miejsce i odświeży nieco domową biblioteczkę.


O treści "Kubusia Puchatka", tak jak i o nim samym nie trzeba chyba nikomu nic mówić. Każdy zdążył już dobrze poznać tego sympatycznego misia o małym rozumku, dla formalności jednak  przypomnę o co w tym wszystkim chodzi. A więc tytułowy Puchatek to miś o małym rozumku, zamieszkujący Stumilowy Las. W głowie ma tylko jedno – miodek – więc mnóstwo swojego czasu spędza na wynajdywaniu sposobów zdobycia go. Nie na tym jednak kończą się jego przygody. Wraz z przyjaciółmi, do których zaliczają się Prosiaczek, Królik, Kłapouchy, Sowa, Mama Kangurzyca i Maleństwo a także, oczywiście, Krzyś, odkrywają wiele tajemnic otaczającej ich rzeczywistości i pakują się w najróżniejsze tarapaty. Zawsze jednak wychodzą z nich obronną ręką i uczą się wielu mądrych i pożytecznych rzeczy.


Pięknie to wydana książka, oj pięknie. I to właśnie najbardziej rzuca się w oczy, kiedy już trafi w ręce czytelnika. Duży format, twarda oprawa... Otwieramy, kartkujemy, w środku ilustracje, ale ilustracje kolorowe, znakomitej jakości i po prostu urzekające. W końcu nie żadne nowe, tylko te klasyczne, Ernesta Sheparda, które są może i mniej kojarzone, niż disnejowska wersja, jaka od lat krąży w popkulturze, ale za to jaką mają w sobie siłę i urok.


Ale jeszcze większą siłę i urok mają w sobie obie książeczki Milne’a o Puchatku. Znakomicie napisane, świetnie poprowadzone i przepełnione niezapomnianą logiką misia o małym rozumku, potrafią zachwycić zarówno dzieci, jak i dorosłych. Jest w nich piękno, jest mądrość, jest literackie wyczucie i ten baśniowy klimat, przywołujący tęsknotę za dzieciństwem. Ale przecież przez niemal wiek powiedziano już to wszystko po wielokroć i słowami ładniejszymi, niż moje. Jeśli więc jeszcze nie czytaliście „Kubusia Puchatka” albo nie macie go w swojej kolekcji, teraz dostajecie niesamowitą okazję nadrobić ten błąd. Tak pięknego wydania tych opowieści jeszcze nie widziałem, a że wszystko inne też w nich zachwyca, naprawdę warto po nie sięgnąć i wracać do nich co jakiś czas.


Dziękuję wydawnictwu Nasza Księgarnia za udostępnienie egzemplarza do recenzji.