niedziela, 13 czerwca 2021

Neon Genesis Evangelion #9 – Yoshiyuki Sadamoto

ŻYCIE W ZRUJNOWANYM MIEŚCIE

 

Gdyby patrzeć na ten tomik przez pryzmat serialu anime, to całość powinna zakończyć się góra na kolejnej części. Hideaki Anno, kręcąc „Neon Genesis Evangelion”, na początku skupiał się na typowym mecha, a kiedy opowieść zaczęła się rozkręcać, zmuszony został przyspieszyć ją i zakończyć niemal z marszu. Na dodatek nie w sposób, w jaki chciał, przez co potem musiał zrealizować jeszcze film kinowy „End of Evangelion”, wreszcie opowiadając finał, jaki mu się zamarzył. Ale manga, która idzie innymi nieco drogami, rozwija wątek Kaworu, jednej z ciekawszych postaci, która w pierwowzorze na ekranie była może ze dwadzieścia minut, wprowadzając ją w tym momencie i… Zmieniając zupełnie jego charakter. Co, o dziwo, wyszło opowieści na dobre.

 

Stan psychiczny Asuki pogarsza się po ostatnich wydarzeniach. Jej synchronizacja z Evą spada, a to stanowi poważny problem. Nadchodząca walka z aniołem, który zachowuje się inaczej, niż dotychczasowe, będzie również rozstrzygająca dla kariery dziewczyny, a ta z każdą chwilą staje się coraz bardziej rozchwiana…

Tymczasem Shinji, który po śmierci Tojiego nie jest w stanie wrócić do szkoły i stawić czoła przyjaciołom, w ruinach miasta spotyka tajemniczego Kaworu Nagisę. Chłopak wydaje się zupełnie pozbawiony emocji i ludzkich uczuć, co ciekawsze okazuje się, że to on został wybrany na Piąte Dziecko. Nikt jednak nie ma pojęcia, że to marionetka Seele, która ma zinfiltrować Nerv i wprowadzić w życie ich plany…

 


Kaworu to jedna z moich ulubionych postaci w anime. Dlatego tak bardzo żałowałem, że nie pojawił się tam na dłużej, niż tylko jeden epizod. I dlatego też cieszyłem się, że potem powrócił w filmach kinowych z serii „Rebuild of Evangelion”, dając nam się lepiej poznać. To, co jednak widzieliśmy w pełnometrażowych produkcjach, mocno oparte jest na tym, co znajduje się w mandze. Nie wiem, czy to Sadamoto, jak krążą plotki, znał oryginalny zamysł Anno i przeniósł go na strony komiksu, a w filmach Anno do tego wrócił, czy też może Anno inspirował się wizją Sadamoto, ale tak czy inaczej wątki i konkretne sceny przenikają się tu wzajemnie w różnych evangelionowych mediach. Co bardzo pasuje do opowieści i ostatnich wyjaśnień z filmu „Thrice Upon a Time”.

 

Poza tym mamy tu akcję, klimat, tajemnice, świetną stronę obyczajową… Długo można by wymieniać. Cieszy przede wszystkim konsekwentne rozwijanie postaci, w tym Kaworu, którego w anime lubię, w mandze zaś nie cierpię, ale jednak wciąż mnie intryguje. Dodajcie do tego wyśmienite ilustracje i dobre wydanie, a dostaniecie komiks, który znać warto i trzeba. Dlatego polecam gorąco. Polecam, zachęcam, namawiam. „Neon Genesis Evangelion’ jest tego wart.

sobota, 12 czerwca 2021

Jak pisać: Pamiętnik rzemieślnika (wydanie rozszerzone) - Stephen King

JAK PISAĆ, JAK NIE PISAĆ I CO CZYTAĆ

 

„Jak pisać” Stephena Kinga (szukajcie jej w ofercie TaniejKsiazki), książka, która swego czasu była niemal niedostępna na polskim rynku (sam jedno z jej pierwszych wydań dodawałem właściwie przypadkiem), powraca w nowej edycji. Ci, którzy jeszcze jej nie czytali, powinni koniecznie to zrobić. Na tych, którzy czytali, czeka tu powraca nowego materiału. Tak czy inaczej, jeśli jesteście fanami Kinga albo chcecie aspirować do miana pisarzy, to publikacja dla Was.

 

Kinga autobiografia i nieco poradnika dla pisarzy - tak najkrócej streścić można zawartość tej książki. Książki bardzo ważnej dla fanów Króla, ale nie szczególnie dla tych, którzy sięgną po nią, by nauczyć się pisarskiego rzemiosła. Przedstawia wspomnienia legendarnego autora, jego porady, proces tworzenia i materiały dodatkowe.

 

Styl jest tu lekki i przyjemny i nie ma nawet co rozwodzić się nad nim, jako że styl Kinga znają wszyscy, którzy choć raz mieli z nim kontakt. Treść jest tu przedstawiona skrótowo, autobiografia obejmuje głownie okres alkoholizmu i narkomanii Kinga, który skończył się mniej więcej po napisaniu „Misery”, choć dostajemy też dodatek w postaci szczegółowego opisu wypadku Kinga, który zmienił całą jego twórczość. Poradnik tez nie jest tu rozwleczony, ani tym bardziej wyczerpujący. King podaje kolejne przykłady jak usprawnić swą prozę bardziej w formie wspominek tego, co sam robił, niż w formie realnie podręcznikowej. Tworzy to złudzenie lekkości, ale zarazem uczy czegoś, choć niestety nie jest tego wiele. Na pisanie metod jest wiele i każdy powinien wypracować sobie własną, a nie czytać tego typu poradniki. Ktoś, kto chce pisać, bowiem, może poczuć się zobowiązany do powielania schematów Kinga skoro ten tak każe, przez co zamiast zyskać coś, co może mu się przydać, najpewniej wiele straci. Sam King zresztą zauważa o szkodliwości chociażby kursów pisarstwa, a sam zarazem stara się taki kurs przeprowadzić.

 

Niemniej kilka można tu znaleźć pożytecznych rzeczy, jednak do porad Króla radze podchodzić z dystansem. Nikt bowiem nie nauczy Was pisania, a wszelkie porady mają dwie strony i pomagając szkodzą zarazem. Nie zmienia to jednak, że jest to ciekawy wgląd w proces twórczy jednego z najciekawszych i najbardziej poczytnych współczesnych pisarzy.

 

Wielu czytelników narzekało swego czasu na część o zasadach pisowni i to, że nudziła opowiadając o języku angielskim, nam zupełnie nie potrzebnym. Mnie bynajmniej nie nudziła, może, dlatego że z angielskim jestem obeznany, ale wątpię by dla kogokolwiek poza malkontentami była to część nudna czy nieprzydatna. Naprawdę.

 

I cóż pozostaje mi dodać na koniec. To dobra książka, nie do końca spełnią, ale i tak warta poznania i polecenia. Czytacie Kinga? Musicie poznać i to dzieło. Piszecie? Zajrzyjcie i zobaczcie, jak robią to inni. Czytaliście? To czeka tu na Was ok. 50 stron nowego materiału: uzupełniona lista lektur polecanych przez Króla Horroru, tekst syna autora, Owena Kinga, o nagrywaniu dla ojca audiobooków i całkiem rozległy wywiad, który drugi syn Kinga, Joe Hill (znakomity autor horrorów) rozmawia z ojcem. Jest więc co poczytać, nawet jeśli już znacie tę pozycję.


Recenzja opublikowana także na portalu Kostnica.


Sprawdźcie też inne nowości w księgarni TaniaKsiazka.pl.



piątek, 11 czerwca 2021

Hellblazer (Jamie Delano, tom 1) - Jamie Delano, Rick Veitch, John Ridgway, Alfredo Alcala

HELL IS BACK

 

Do tej pory po polsku mieliśmy okazję czytać właściwie wszystko, co najlepsze seria „Hellblazer” (szukajcie jej w ofercie księgarni TaniaKsiazka) miała do zaoferowania. Zarówno początki samej postaci (drugi i początek trzeciego tomu serii „Saga o potworze z bagien”), jak i rewelacyjnie, wysoko oceniane runy Gartha Ennisa, Briana Azzarello i Warrena Ellisa. Teraz nadszedł czas byśmy poznali początki samej serii, których akcja po części wypełnia lukę między „sagą o potworze z bagien”, a opowieściami Ennisa. A że jest to wypełnienie bardzo dobre i jak na swoje czasy mocne i dojrzałe, a przede wszystkim absolutnie warte polecenia.

 

John Constantine. Cynik. Magik. Powraca. Stawiał już czoła wielkiemu złu, chociaż jego samego trudno nazwać dobry, a teraz musi zmierzyć się m.in. z demonem Nergalem i współczesnymi krzyżowcami. Jak sobie poradzi? W jakie tarapaty się wplącze? I do czego doprowadzi?

 

John Constatntine jako postać debiutował w roku 1985 w 37 zeszycie drugiej serii „Swamp Thinga”, jako bohater poboczny (chociaż wcześniej pojawił się w „Kryzysie na nieskończonych Ziemiach”, stworzonym później, ale wydanym dwa tygodnie przed tym numerem „Potwora z bagien”). Powstał z inspiracji wyglądem Stinga – potem jednak Alan Moore, jak sam utrzymuje, spotkał Johna w prawdziwym życiu – i dzięki swojemu cynizmowi, zyskał sympatię. Nic dziwnego, że w styczniu 1988 roku otrzymał własną serię, która trafiła w ręce Jamiego Delano, scenarzysty „D.R. & Quinch” (tytułu, który nomen omen to Alan Moore uczynił popularnym), a ten naznaczył opowieść satyrą polityczną i w godnym stylu poprowadził całość. I prowadził (z drobnymi przerwami, choćby na historie Morrisona i Gaimana) do 40 zeszytu włącznie, wracając potem w numerach 84 i 250. Po nim serię przejęli Ennis (z przerwą na niewydany w Polsce run Paula Jenkinsa), Ellis i Azzarello, a po nich Mike Carey, Denise Mina, Andy Diggle i Peter Milligan, kończąc całość na 300 zeszytach. A ostatnio seria powróciła, ale już mocno odmieniona i nie tak udana.

 


Tyle historii. Wracając do tego tomu „Hellblazera”, to można było mieć obawy czy początkowe epizody serii będą równie udane, jak te, które czytaliśmy do tej pory, jednak niesłusznie. Nie przypadkiem bowiem run Delano jest tak kultowy, nawet jeśli nie tak ceniony, jak dokonania jego kontynuatorów. To, co bowiem dostajemy w tych zeszytach to mocna, świetnie napisana i zaangażowana opowieść z krwistymi postaciami. To rasowy horror, ale bardziej horror psychologiczny i społeczny, niż paranormalny, choć i takiej grozy tu nie brakuje. Całość jest mroczna, brutalna i zadziwiająco dojrzała, jak na czasy, kiedy komiks był nadal traktowany w dość dziecinny sposób. Ba, nawet jak na obecne standardy, gdzie wrócono do ułagodzonych wersji znanych postaci, robi duże wrażenie. i skłania do myślenia, a to naprawdę ważne.

 

Do tego mamy iście zachwycającą szatę graficzną. Prace Alcali, Ridgwaya i Veitcha to klasyka w najlepszym wykonaniu. Realistyczna, dopracowana, brudna, mroczna, nastrojowa. Niby kolor, który widzimy na stronach jet barwny, a jednak buduje świetny klimat i doskonale do tego wszystkiego pasuje. A całość, w świetnym wydaniu, robi wielkie wrażenie. Dlatego każdemu dojrzałemu miłośnikowi komiksów polecam gorąco. Dobrze, że Egmont nie poprzestał na sześciu tomach i kontynuuje „Hellblazera”. Oby jednak kolejne dwa tomy, zbierające resztę prac Delano i mające być ostatnimi z serii, nie były jeszcze jej finałem. Bo któż z nas nie chciałby jeszcze jednego, złożonego z prac wspomnianych już Morrisona czy Jenkinsa, pięknie dopełniającego całości, prawda?

 

Sprawdźcie też inne komiksy i nowości w księgarni TaniaKsiazka.pl.



Gigant Poleca 230: Wielki mecz – Andrea Freccero, Pietro Zemelo, Andrea Ferraris, Giuseppe Zironi, Marco Gervasio, Giorgio Cavazzano, Roberto Moscato, Roberto Vian, Riccardo Pesce, Federico Bertolucci, Antonello Dalena i inni

GIGANT NA LATO

 

Nowy „Gigant poleca” pojawił się niedawno na polskim rynku. W sam raz na wakacyjne miesiące, by młodym (ciałem i duchem) miłośnikom kaczek porcję komiksów. Czy jest to tom wakacyjny? Nie, ale nie jest to również tom stricte sportowy, czego można by się było spodziewać po okładce, więc na każdego miłośnika obrazkowych historii i kaczkach i myszach czeka tu solidna porcja dobrej, różnorodnej zabawy.

 

Zatem, co znajdziecie w tym tomie? Na dobry początek czeka nas sportowa historia o meczu. Potem czeka nas m.in.. wyprawa wraz z przodkami Mikiego i Goofy’ego po Ameryce początków ubiegłego wieku. Pojawi się też nowa historia o Superkwęku, Donald, Sknerus i siostrzeńcy wyruszą na poszukiwania skarbu ukrytego w pewnym niewidzialnym miejscu, a Głodzilla, czyli gigantyczny Gęgul, stanie się zagrożeniem dla Kaczogrodu, które trzeba będzie nakarmić! Do tego miki stanie do kolejnego starcia z Fantomenem, wyprawa do parku rozrywki i na letni weekend! A to wcale nie koniec!

 

Kolejny „Gigant” to kolejna porcja różnorodnych komiksów dla młodych czytelników. Są tu rzeczy sportowe, jest superbohaterska historia, są też letnio-wakacyjne historie, w tym przygodowe, do tego szczypta fantastyki czy kryminały, a wszystko to podlane solidną dawką humoru i nienachalnego dydaktyzmu. Jest tu też coś z satyry na współczesność, jest też nieco popkulturowych odniesień, a wszystko to w czasem krótkich, czasem dłuższych historyjkach, które czyta się przyjemnie.

 

Do tego niektóre z tych historii robili naprawdę znakomici artyści, ci typowo związani z Kaczkami i Myszami (Cavazzano), jak i nie (Antonello Dalena, znany z „Ernesta i Rebeki” czy serii „Smerfy i świat emocji”). Scenariusze są udane, fabuły pozbawione dłużyzn, a szata graficzna, cartoonowa i kolorowa, miła dla oka.

 


I nie można też zapomnieć o wydaniu. Za niespełna szesnaście złotych (a jeśli kupujecie np. na stronie wydawcy czy w prenumeracie, cena jest jeszcze niższa) mamy 250 stron, całkiem dobrze wydanych, w poręcznym tomiku w sam raz do zabrania ze sobą na wakacje. Poza tym, co muszę nadmienić, samo wydanie nie zmieniło się od kilku dekad publikowania serii nad Wisłą. Ba, tu nawet zapach druku jest ten sam, jak wtedy, gdy „Giganty” czytałem ćwierć wieku temu i przyznam, że kiedy otworzyłem paczkę z nowym tomem i poczułem tę woń, wróciły do mnie wspomnienia dawnych czasów.

 

Słowem podsumowania, polecam. Przygody disnejowskich Kaczek, mimo zalewu tytułów, to wciąż najciekawsze i najlepsze komiksy dla dzieci na polskim rynku. A „Gigant” to dobry – tak zawartościowo, jak cenowo – produkt na sam początek poznawania tego świata.

 

Dziękuję wydawnictwuEgmont za udostępnienie egzemplarza do recenzji i przy okazji przypominam Wam o prenumeracie. Jeśli lubicie Kaczki, warto rozważyć taką opcję, bo możecie mieć „Giganta” z dostawą do domu i to w kwocie niespełna 66 zł za 1500 stron komiksu, więc chyba nie ma się nad czym zastanawiać. Po szczegóły odsyłam pod adres: https://prenumerata24.pl.


czwartek, 10 czerwca 2021

Kakegurui: Szał hazardu #10 - Homura Kawamoto, Toru Naomura

HAZARDZISTKI I IDOLKI

 

Kiedy przekartkujecie ten tom „Kakegurui”, pewnie odniesiecie wrażenie, że w serii to wszystko już było. i w pewnym sensie tak właśnie jest. Ale co z tego, pytam, skoro scenarzysta wycisnął z tematu to, co najlepsze i zaserwował nam kolejny świetny tomik świetnej serii, od jakiej ciężko jest się oderwać?

 

Walka o fotel przywódcy trwa! Dla Yumemi zdobyte głosy okazują się jednak niewystarczające, by jej marzenia mogły się spełnić. W tymczasem na horyzoncie pojawia się… hollywoodzka aktorka. Co to będzie oznaczało dla naszych bohaterek? Jakie walki jeszcze czekają na chętnych dresiku emocji? I co jeszcze się wydarzy?

 

Jak pisałem na wstępie, ten tom oparty jest na podobnym wątku, który już był. Występy sceniczne, śpiew, idolka. Znacie to, prawda? Ale, jak udowodniło nam już nie raz „Kakegurui”, twórcy nawet z najbardziej ogranych schematów są w stanie wycisnąć to, co najlepsze, znane każdemu gry przedstawiając w nowej formie, a ze sztampy wydobywając to, co powinno być z niej wydobyte lata temu. I dokładnie to samo robią w tym tomiku, jak zwykle wciągając czytelników w świat szalonego hazardu.

 

„Kakegurui” to bowiem seria, która autentycznie wywołuje u czytelnika napięcie, niepewność i zaciekawianie. Czytanie jej przypomina może nie oddawanie się hazardowi, ale na pewno obserwujące jakieś emocjonujące starcie pokerzystów. Tylko, że tu stawki bywają o wiele większe, niż te pieniężne. Ale chociaż wszystko to jest tylko narysowane, nikt naprawdę nie przegrywa i nie wygrywa, a całość jest z góry zaplanowana i nie ma elementu losowości, przez który gry tak działają na ich uczestników i obserwatorów, dajemy się w to wciągnąć, wierzymy w to i bawimy się doskonale, chcąc więcej i więcej.

 


Uzależnienie? Tak, ale pozytywne. Poza tym można tez pokusić się o spróbowanie w gronie znajomych niektórych gier, jakim oddają się bohaterowie, ale to już tak na marginesie. A wracając do samej mangi, to poza świetną fabułą i znakomicie nakreślonymi postaciami, które potrafią być słodkie i urocze, a zarazem iście demoniczne, mamy tu świetną szatę graficzną i ładne wydanie.

 

Jak zawsze więc polecam i zachęcam, bo warto. „Kakegurui” to gratka dla miłośników gier hazardowych, ale i po prostu wyśmienity thriller, który czyta się z zapartym tchem. I nic więcej dodawać nie trzeba.

 

Dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.





środa, 9 czerwca 2021

Chainsawman #5 - Tatsuki Fujimoto

BROŃ MECHANICZNA KONTRA BROŃ BIAŁA

 

„Chainsawmana” uwielbiam. Tak po prostu. Wiem, że to niewymagająca rozrywka bez większej głębi, ale co z tego, skoro w swoim gatunku jest jedną z najciekawszych, jakie czytałem od lat? Zresztą ta lektura nie miała mieć głębi i ambicji, miała być jak muzyka metalowa – dostarczyć ekstremalnych przeżyć, z krwią lejącą się ze stron, erotyką nieodzowną dla horroru i puszczaniem oka do czytelników obeznanych z popkulturą. I taka właśnie jest.

 

Aki staje oko w oko z demonem, z którym dogadała się Himeno. Co wyjdzie z jego zemsty? I co pojawi się w jego głowie?

Na Denjeigo tymczasem czeka starciu z Mieczem Samuraja. Czy tym razem broń mechaniczna wygra z bronią białą? A to przecież nie koniec tego, co czeka na naszego bohatera. Jego życie uczuciowe zdaje się bowiem nabierać tempa. Ale co z tego wyniknie?

 

„Chainsawman” to seria złożona z gatunkowych elementów i klisz. Długo można by tu wymieniać inspiracje i odniesienia, w tym do masy dzieł nieznanych po polsku, ale na pewno każdy miłośnik mangi i anime zauważy podobieństwa między tym tytułem, a wydawanym właśnie nad Wisłą „Jujutsu Kaisen”. Obaj mają podobnych bohaterów, klimat, nawet niechlujna szata graficzna jest i tu, i tu bardzo zbliżona w estetyce i stylistyce. Ale „Chainsawman” jest lepszy. Dlaczego?

 

Po pierwsze dzięki klimatowi. „Człowiek-piła” jest zabawny, ale w pewnie brudny i wulgarny (chociaż nieodstręczający) sposób, a zarazem pozostaje mroczny, krwawy i – także na tym polu – brudny. Po drugie mamy ciekawe tajemnice, dobrą akcję i postacie, które zapadają w pamięć. Lubię też szaleństwo tej serii, dojrzalsze podejście, które przemawia do dorosłych, chociaż to przecież shounen, czyli rzecz z natury skierowana do nastoletnich chłopców, a takle stronę obyczajową i romantyczno-erotyczne dążenia Denjiego (które w tym tomie zostaną rozwinięte w ciekawym kierunku).

 


No i uwielbiam tę szatę graficzną. Czasem ilustracjom bliżej do szkiców, niż skończonych rysunków, są niechlujne, ale jednocześnie widać, że wcale nie niedopracowane. Autor w prostym i brudnym stylu odnalazł sedno swojej opowieści i stworzył coś, co wpada w oko, jest dynamiczne, zapamiętywalne i momentami nawet urocze.

 

Fanom ekstremalnych horrorów polecać nie musze. Owszem, to bardziej opowieść akcji, ale miłośnicy grozy będą z niej zadowoleni. A cała reszta? Cóż, trzeba być odpornym na krew i przemoc, by dobrze się bawić, ale jeśli należycie do tej grupy, nie wahajcie się i dajcie się wkręcić w tę opowieść. Nie pożałujecie.

 

Dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.





wtorek, 8 czerwca 2021

Kajko i Kokosz: Nowe przygody - słuchowisko

Dziś nie recenzja, a informacja od wydawnictwa Egmont, która na pewno ucieszy wszystkich miłośników wymyślonych przez Christę wojów:

Premiera albumu „Kajko i Kokosz. Nowe Przygody: Zaćmienie o zmierzchu” już 16 czerwca. W oczekiwaniu na ten dzień, z ogromną przyjemnością prezentujemy krótkie słuchowisko na podstawie dwóch plansz z albumu. Nagranie zostało zrealizowane we współpracy z Radiem 357 oraz Fundacją „Kreska” im. Janusza Christy.


Słuchowisko czeka na Was pod linkiem:


Dr. Stone #10 - Riichiro Inagaki, Boichi

CZAS EPOKI MORSKICH PODRÓŻY

 

To już dziesiąty tomik „Dr. Stone’a”. A może dopiero dziesiąty? Bo patrząc na to, ile setek lat ewolucji naukowych odkryć zaprezentowano na stronach tej serii, śmiało wystarczyłoby ich na dziesięć razy tyle. Jakkolwiek jednak by do tego nie podchodzić, seria ta to całkiem niezły shounen, nie do końca przekonujący samym ukazaniem budowy wynalazku, ale mający w sobie pewną pociągającą nutę, która sprawa, że do tytułu chce się wracać.

 

Gdy zdawało się, że Imperium Nauki zwyciężyło, zdrada Hyogi stała się początkiem nowej walki. Senku i Tsukasa łączą więc siły, ale czy mają szansę? To jednak zaledwie wstęp, bo zagadka petryfikacji czeka na rozwiązanie. By to zrobić, bohaterowie muszą wyruszyć w świat. Przed nimi podróż morska, która otwiera nową epokę!

 

 „Dr. Stone” to, najprościej rzec ujmując, naukowy bitewniak. Taki shounenowo-bitewniakowi odpowiednik lektur typu nauka poprzez zabawę, znanych każdemu dziecku. „Tytus, Romek i A’Tomek”, komiksy Christy, Baranowskiego czy Pawel to kilka doskonale kojarzonych rodzimych przykładów. Świat komiksu jest ich pełen, ale świat mangi już niekoniecznie. Ale i „Dr. Stone” nie jest też typowy dla tego typu opowieści, bo jego bohaterowie przekazują nam w przystępnej formie najważniejsze ludzkie odkrycia, ale często są to odkrycia zaawansowane czy – niewłaściwie użyte – niebezpieczne. Ale przez to ciekawsze, prawda?

 


Do tego mamy humor, erotykę, akcję, piękne dziewczyny… Erotyka i dziewczyny spełniają tu podobną rolę, co w pokazach magika. Maja odwrócić naszą uwagę od niektórych naciąganych wątków i tym podobnych rzeczy. Oczywiście „Dr. Stone” robi spore wrażenie dzięki świetnym ilustracjom. Boichi to znakomity mangaka, który nawet w swoich bardziej uproszczonych graficznie pracach stara się upchnąć jak najwięcej detali. Przez to rysunki, jakie wychodzą spod jego ręki są zarówno ekspresyjne, jak i realistyczne i budują znakomity klimat nawet, jeśli postacie mają dziwne proporcje.

 

W efekcie powstaje całkiem udana manga. Bywa oczywista, bywa naciągana, ale jednocześnie ma swój urok, całkiem udany klimat i potrafi wciągnąć. Miłośnicy shounenów będą zadowoleni.

 

Dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.






poniedziałek, 7 czerwca 2021

Kulinarne pojedynki #27 - Tsukuda Yuuto, Saeki Shun

CENTRALA KONTRA BUNTOWNICY – RUNDA KOLEJNA

 

Dwudziesty siódmy tom serii, a ja wcale nie czuję, że tyle czasu nad nią spędziłem ani że tyle stron jest już za mną. Tak szybko minął okres lektury serii, tak dobrze się bawiłem, że nawet nie było mowy choćby o chwili nudy. I nadal bawię się doskonale i tylko żałuję, że „Kulinarne pojedynki” są coraz bliżej finału, bo to jedna z tych serii, które chciałoby się, żeby trwały w nieskończoność.

 

Druga runda walki Centrali i Buntowników trwa! Sześć dań jest gotowych. Jurorzy próbują potraw, wszystkie przerastają ich oczekiwania, ale czyje jest na tyle wybitne, by wygrać? A tymczasem szykuje się kolejne starcie i na scenę wkracza Souma i pozostali jego koledzy. Jak skończy się ta walka?

 

„Kulinarne pojedynki” sprawdzają się właściwie na wszystkich polach, których dotykają. Na tym podstawowym poziomie mamy tu do czynienia z shounenem, czyli mangą dla nastoletnich chłopaków. Bohater wybraniec, niepozorny, z którym można się identyfikować, ale na tyle potężny, by chciało mu się nie tylko kibicować, ale i podbudowywało się jego działaniami. Starcia, wrogowie do pokonania, szkolne życie i problemy, przyjaźnie, akcja, ładne dziewczyny, nuta erotyki, lekkość, humor, zdobywanie kolejnych szczytów… Wszystko to jest tutaj i wszystko zostało dopracowane i doskonale wykonane.

 

Poza tym „Kulinarne pojedynki” sprawdzają się także, jako manga o gotowaniu. Bo gotowanie rzuca się w oczy już od pierwszych stron, dania są pięknie wykonane, aż ślinka napływa do ust, ich przygotowywania pokazane w intrygujący sposób, a dla tych, którzy sami lubią gotować, przygotowano uproszczone przepisy na dania bohaterów. A są to przepisy intrygujące, tym bardziej, że przecież nad mangą czuwała autentyczna mistrzyni kuchni.

 


Wszystko to oczywiście nie byłoby aż tak powalające, gdyby nie wyśmienite ilustracje. Kreska jest prosta, ale dopracowana, szczegółowa i detale, które musi oddać jak najlepiej, oddaje z iście fotograficznym realizmem. Buduje też świetny klimat, sama w sobie potrafi być zabawna, a seksowne elementy całości podkreśla z mistrzowską precyzją. Dlatego tak świetnie ogląda się „Kulinarne pojedynki”.

 

I tak samo świetnie je czyta. Dlatego każdemu miłośnikowi shounenów i gotowania polecam gorąco. To świetny tytuł, który wciąga i nie daje o sobie zapomnieć.

 

Dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.





niedziela, 6 czerwca 2021

Neon Genesis Evangelion #8 – Yoshiyuki Sadamoto

TAJEMNICE PRZESZŁOŚCI WYCHODZĄ NA JAW

 

Ósmy tomik „Neon Genesis Evangelion” to jeszcze głębsze zanurzenie się opowieści w przeszłość. Kolejne elementy układanki wskakują na swoje miejsce, kolejne kwestie wychodzą na jaw, podnosząc u czytelników poziom ekscytacji. Do tego wszystko to, jak zwykle fascynuje i porywa, nie pozwalając oderwać się od komiksu ani na moment.

 

Co prawda przebudzoną Evę-01 udało się poskromić, ale od tamtej pory nie ma z nią kontaktu. Co gorsza Shinji, stopień synchronizacji którego wyniósł 400%, zniknął, wchłonięty przez maszynę. Pracownicy Nervu starają się ocalić go, co teoretycznie jest możliwe, ale z doświadczenia wiedzą, że podobny przypadek, który już kiedyś się wydarzył, skończył się tragicznie…

Tymczasem Shinji na nowo przeżywa swoje życie i zanurza się coraz bardziej w przeszłość. Czy odkryje prawdę o swych rodzicach i tragicznym wypadku? I czy powróci? A wprawiona przez Seele w ruch machina zaczyna działać i na horyzoncie już czai się kolejna tragedia…

 

Im dalej zanurzam się w mangowy „Neon Genesis Evangelion”, tym większe mam wrażenie, że jego twórca kieruje całą opowieść głównie do tych, co dobrze znają anime i są w stanie wyłapać wszystkie różnice i smaczki. Nie oznacza to jednak, że ci, którzy chcieliby poznać jedynie mangową wersję, cokolwiek stracą. „NGE” w formie komiksu to dzieło pełne i skończone, pod wieloma względami różne od anime, ale jednocześnie lepiej wyjaśniające kilka kwestii, bardziej skupione na postaciach, które w końcu zaczęły być żywe i przekonujące i samodzielne. I jakże zachwycające.

 


Reszta pozostała bez zmian, więc powtórzę to, co już pisałem. Szata graficzna, która dopełnia wizji jest o tyle uproszczona i czasem niechlujna, co mistrzowska. Imponuje rozmachem, operowaniem światłocieniem, klimatem, dynamiką, realizmem... W mangach na podstawie animacji kreska zawsze jest nieco grubsza, kadry większe, a całość uproszczona, ale w tym wypadku doskonale pasuje to do komiksu. To, co zawsze służy przyspieszeniu pracy nad takim tytułem, czyli duża ilość czerni, pozwalająca unikać siedzenia nad rysowaniem teł oraz rastry zapełniające pustkę, tu przydaje klimatu, który wprost uwodzi czytelnika.

 

Reasumując, warto. Jak zawsze. „NGE” to wciąż nie tylko bodajże najlepsza manga, jak powstała na podstawie anime, ale też i jedna z najlepszych w ogóle. Pełna akcji, świetnego klimatu, symboliki i elementów skłaniających do zastanowienia, wciąga, porusza i satysfakcjonuje. I taka właśnie powinna być dobra rozrywka dla myślących miłośników fantastyki.

sobota, 5 czerwca 2021

Rogi - Joe Hill

ROGI PRAWDĘ CI POKAŻĄ

 

Po latach nieobecności wczesnych powieści Joe Hilla na polskim rynku, w końcu możemy cieszyć się ich wznowieniami. Zaczęło się od nowych wydań „NOS4A2”, „Dziwnej pogody” i „Strażaka”, edytorsko i graficznie ujednoliconych z najnowszym zbiorem opowiadań autora. Niedawno doczekaliśmy się też reedycji jego debiutanckiego „Pudełka w kształcie serca”, a teraz, w końcu – po niemal siedmiu latach – znów możemy cieszyć się zekranizowanymi „Rogami”. I jest to kolejna świetna powieść, kryjącego się pod pseudonimem Joe Hill, syna Stephena Kinga. Może i przewidywalna, ale nie zmienia to faktu, że nadal naprawdę świetna.

 

Ig Perish stracił nad sobą kontrolę. Co się dziwić, w rocznicę gwałtu i morderstwa na jego dziewczynie, o które oskarżano także jego samego, na dodatek po pijaku, każdemu by puściły. Teraz Ig budzi się z kacem i… Nie, głowa nie tylko go boli, ale i wyrastają z niej rogi. Co się stało? Jakim cudem dostał czegoś takiego? Zamiast panikować, Ig szybko przekonuje się, że dzięki temu, co wyrasta z jego czoła, nagle jest w stanie poznawać prawdę o napotkanych ludziach. I to, najczęściej, prawdę niewygodną i taką, której nie chcieliby nikomu pokazywać. To, co na pierwszy rzut wydawało się przekleństwem, staje się błogosławieństwem, które może pomóc ustalić prawdę o tym, co spotkało jego ukochaną rok temu i kto jest winny jej śmierci. Pozostaje jednak pytanie, czy będzie gotowy na poznanie faktów i jaką cenę będzie musiał za to zapłacić…

 

Moja przygoda z „Rogami” zaczęła się od filmu z Danielem Radcliffe’em w roli głównej. Film kupił mnie czarnym humorem, krwistością i klimatem rodem z kina lat 80. XX wieku, które w szczególności uwielbiam, ale okazał się przewidywalną rozrywką (od razu odgadłem, kto zabił, motywy dziewczyny głównego bohatera czy to, dlaczego na jego znajomego moc Iga nie działa). Zawiodło też nieco zakończenie, które okazało się naciągane i przesadzone. Ale nadal doskonale bawiłem się oglądając film i wiem, że jeszcze nie raz do niego wrócę.

 


I wszystko to, co napisałem powyżej, mogę odnieść też do książki. Owszem, „Rogi” Hilla są przewidywalne i momentami oczywiste, owszem, finał, jak finały większości książek ojca pisarza, jest naciągany i nie do końca spełniony. Ale jednocześnie jest to naprawdę znakomita lektura. Lektura podana z humorem i lekkością, ale i odpowiednim klimatem, ciekawie pomyślana i z dobrze ukazanym zapleczem obyczajowym. Bo w powieściach i opowiadaniach Kinga to nie groza, a właśnie normalne życie i jego ukazanie zawsze należało do najlepszych elementów i tak samo jest z procą Joego Hilla.

 

Oczywiście jest tu też drugie dno, choć znalezienia jakiejś głębi, symbolika, satyra… Nie wszystko to jest spełnione, ale nadal bardzo intrygujące i satysfakcjonujące. A „Rogi” same w sobie to kawał bardzo dobrej rozrywki gatunkowej, ale gatunkowe schematy starającej się, jeśli nie złamać, to trochę nagiąć, bawiącej się fantastyką, kryminałem, thrillerem, czasem nawet sensacją czy urban fantasy, podlanej psychologiczną opowieścią o ludziach, romansem, tragikomedią… Długo by wymieniać, ale po co. Lepiej przeczytać i warto to zrobić, bo Hill, nawet na tym początkowym etapie swojej kariery, wykazywał się pisarskim kunsztem, pomysłowością i jakością, jakiej próżno szukać u większości współczesnych pisarzy. A co dalej? Zostaje tylko czekanie na nowe książki autora oraz na zapowiedziane już wznowienie „Upiorów XX wieku”, jego debiutanckiego zbioru opowiadań.

 

Dziękuję wydawnictwu Albatros za udostępnienie egzemplarza do recenzji.