poniedziałek, 16 lipca 2018

Kuroko's Basket #21 - Fujimaki Tadatoshi

KUROKO NIE ZWALNIA


Jeden mecz dobiega końca, drugi się zaczyna – akcja „Kuroko’s Basaket” od dłuższego czasu nie zwalnia ani na chwilę. To jak najbardziej plus dla tych, którzy sięgają po nią właśnie dla sportowych emocji. Ja, traktujący całość jako dobrego shounena, chciałbym nieco więcej przerywników, ale nadal bawię się znakomicie, więc nie mam najmniejszego powodu do narzekań.


Shuutoku nie przestaje walczyć z Raukzanem, chociaż to ci drudzy wydają się mieć miażdżącą przewagę, która zwiększa się z każdą chwilą. Midorima zaczyna zdobywać punkty, jednakże Akashi po raz kolejny pokazuje, że jest najtrudniejszym przeciwnikiem, z jakim musieli się mierzyć. A mecz powoli zbliża się do końca…

Kolejnym starciem, jakie kibice będą mogli podziwiać, staje się pojedynek Seirin z Kaiju. Obie drużyny właściwie od pierwszych chwil na boisku zaczynają grać na całego. Kuroko bez zawahania już na wstępie serwuje vanishing drive i nie zwalnia tempa, ani na chwilę. Kolejne techniki pojawiają się właściwie jednak po drugiej, ale wynik meczu ani przez chwilę nie jest przesądzony. Kise od pierwszych minut używa bowiem perfect copy, a mecz dopiero zaczyna się rozkręcać…


Z tym tomem „Kuroko” wiąże się pewna anegdota, którą muszę Wam przytoczyć. W trakcie czytania serii nie raz zdarzało mi się pomylić niektórych bohaterów czy upewniać się, które drużyny grają ze sobą, przyglądając się napisom na ich koszulkach, ale nigdy nie byłem święcie przekonany, że mierzą się zupełnie inni zawodnicy, niż w rzeczywistości. A tym razem tak było. Ba, napisałem nawet recenzję, popełniając ten błąd, na szczęście w porę go zauważyłem i poprawiłem. Tak bardzo Shuutoku pomyliło mi się z Seirin, a Midorima z Hyuugą. Bywa.


Tyle prywaty. Jeśli chodzi o samą mangę, nic praktycznie się tu nie zmieniło. Jest szybka akcja, jest humor, są potężni przeciwnicy i niesamowite tricki przeczące co prawda prawom fizyki, ale jakże widowiskowe... Lektura "Kuroko" jest szybka i przyjemna, a całość ogląda się po prostu świetnie. Kreska prezentuje się realistycznie i szczegółowo, ale pozostaje przy tym pełna lekkości, ekspresji i dynamiki.


I choć to już 21 tom, "Kuroko" nadal mnie nie nudzi. Wręcz przeciwnie, wciąga i dostarcza dobrej zabawy, choć od początku do końca opowiada właściwie o tym samym. Miłośnicy serii niczego więcej jednak nie potrzebują, by cieszyć się z lektury.


Dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.







niedziela, 15 lipca 2018

Kuroko's Basket #20 - Fujimaki Tadatoshi

BEZ CHWILI WYTCHNIENIA


"Kuroko's Basket" to manga na wskroś sportowa. Nie jestem co prawda specjalistą od tego typu tytułów, sportu unikam jak ognia i dzieł stricte z tego gatunku poznałem niewiele, niemniej pewne rozeznanie posiadam. Nie brak więc w nich podziału na wątki obyczajowe i sportowe, „Kuroko” zaś jest skupiony przede wszystkim na tych drugich. A jednak, Fujimaki serwuje nam to w taki sposób, że nawet czytelnicy tacy, jak ja z przyjemnością zagłębią się w jego lekturze.


Seirin z wielkim trudem wygrało mecz z Touou, jednak droga do finału jest jeszcze daleka. Tymczasem na horyzoncie pojawiają się nowe problemy, tym razem bardziej osobiste niż kolejne starcia na boisku. Oto Haizaki stał się zagrożeniem także na gruncie prywatnym. Kise chce pokonać go w zaczynającym się właśnie meczu, ale jego drużyna zdaje się przegrywać. Haizaki posiada bowiem niezwykły dar kradnięcia technik – nie dość więc, że potrafi skopiować niemalże każde zagranie, to jeszcze gracz, któremu je zabrał, traci zdolność jego używania. Czy w takiej sytuacji Kise ma jakiekolwiek szanse zwyciężyć? Szczególnie, że przeciwnik był jednym z kandydatów do „Pokolenia Cudów”…

Tymczasem Seirin, po serii zwycięstw, dociera w końcu do półfinału. Najpierw jednak na kibiców czeka mecz Shuutoku z drużyną Rakuzan dowodzoną przez Akashiego. Od początku meczu wydaje się, że to ci pierwsi rządzą na parkiecie, ale to jedynie pozory. Akashi do akcji wkracza w drugiej połowie i pokazuje co znaczy wielkość „Pokolenia Cudów”. Jak Shuutoku poradzi sobie z graczem, przy którym żaden atak ani żadna obrona nie ma szans powodzenia?


Przyznam, że po trzech ostatnich tomach, w trakcie których bohaterowie nie schodzili z boiska, miałem nadzieję, iż teraz akcja nieco zwolni, dostarczy spokojniejszych momentów i więcej humoru. Tak zresztą było dotychczas. Tymczasem akcja od samego początku gna na złamanie karku, chłopaki z drużyn zmagają się z kolejnymi przeciwnikami i starają się zwyciężyć…


… ale o dziwo wszystko to jest nieco inne. Więcej tu dynamiki, agresji i zaskoczeń niż poprzednio. Czytelnicy znajdą tu także kilka klimatycznych momentów i prawdziwy pokaz potęgi. Jak zawsze czyta się to szybko, ogląda z dużą przyjemnością i chętnie od razu łapie za kolejny tom. Fanom serii polecać nie muszę, ale miłośników koszykówki i shounenów tradycyjnie zachęcam do zapoznania się z tym tytułem.


A wydawnictwu Waneko dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.







sobota, 14 lipca 2018

Fate/Zero #3 - Gen Urobuchi

POŁOWA WOJNY O GRAALA


„Fate/Zero” powraca wraz z trzecim tomem, zabierając nas po raz kolejny w sam środek wojny o Świętego Graala. Historia w tej części osiąga swój półmetek, nie zwalnia jednak tempa. Miłośnicy serii będą więc zadowoleni z lektury, bo czeka na nich kolejna porcja magii, przygód i niebezpieczeństw, a nawet kilka klimatycznych scen.


Trzydzieści kilometrów od centrum Fuyuki znajduje się teren porośnięty starym lasem. Należy on do zagranicznej spółki, a każdy kto próbuje dowiedzieć się na jego temat czegoś więcej, natrafia na miejską legendę o zamku znajdującym się w samym jego środku. Próby potwierdzenia, że budowla rzeczywiście się tam znajduje kończą się fiaskiem, chociaż co raz pojawiają się nowe plotki na ten temat. Nikt więc zbytnio w zamek nie wierzy, ale garstka taumaturgów wie, że istnieje on naprawdę i co sześćdziesiąt lat służy jako tymczasowa siedziba w trakcie walk o Graala. To właśnie tu spotykają się Isriviel i inni by omówić sytuację i przygotować się do tego, co nadciąga. Wojna trwa, zbliża się jej druga część, czas, kiedy zostanie niewiele Sług i trzeba będzie zająć jedno ze skupisk Strumieni. Problemów, z którymi trzeba się uporać jest jednak więcej, niektóre wydają się łatwe do rozwiązania, inne nie. A to zaledwie początek. Czwarta Wojna o Świętego Graala zbliża się do punktu kulminacyjnego i wszystko może się zdarzyć…


Jak wskazuje nazwa „light novel” to nic innego, jak „lekka powieść”. Dosłownie. Zarówno treść, jak i wykonanie są tu lżejsze, niż w klasycznych powieściach, styl jest bardziej ogólny, bardzo prosty i bez literackich fajerwerków. Opisy nie są zbyt szczegółowe, na większe przerywniki rozsmakowujące się w okolicznościach przyrody czy samym pisaniu też nie ma tu miejsca. Psychologia postaci? Bohaterowie są tu równie nieskomplikowani, jak treść.


Co zatem jest? Lekka, szybka w odbiorze rozrywka, pełna akcji i scen mających wyglądać spektakularnie. Są tu fajerwerki, są popisy wyobraźni, całość przypomina grę komputerową przeniesioną na papier – czyli dokładnie to, czym właściwie jest. Nastoletni czytelnicy chcący rozrywkowej lektury, która nie będzie wymagała od nich zbyt wiele, będą więc zadowoleni.


Tytuł możecie kupić tutaj:

Na plaży Chesil - Ian McEwan

PIERWSZY RAZ


Zapomnijcie na chwilę o opisie tej książki, jeśli oczywiście go przeczytaliście, i podejdźcie do niej z czystym umysłem. Fabuła bowiem mogła się Wam skojarzyć z erotykiem i zniechęcić do sięgnięcia po dzieło McEwana – znając jakość tego gatunku literackiego wcale bym się nie zdziwił – a byłaby to wielka strata. Bo „Na plaży Chesil” to przepięknie napisana, wysmakowana, poruszająca i zachwycająca psychologią postaci powieść, którą czytelnik chce się delektować i wracać do niej, choć przecież dopiero co ją skończył.


Jedna noc. Dwoje ludzi. Masa problemów. Jest rok 1962, Edward i Florence wzięli właśnie ślub i spędzają noc poślubną w hoteliku, w pokoju z widokiem na plażę Chesil. On nie może doczekać się skonsumowania związku, ona boi się tego, jak chyba żadnej innej rzeczy. Chciałaby mieć dzieci, ale  najlepiej gdyby nie musiała uprawiać seksu ani stawać się przedmiotem dla zaspokojenia męża, jak to postrzega. Nie mają doświadczenia w tych sprawach, nie mają także pojęcia tego, co ich czeka i jak bardzo tak zwyczajna rzecz może wpłynąć na ich życie. Emocje narastają, czas ucieka, a kulminacyjna chwila zbliża się nieubłaganie. Gdy ta noc się skończy, dla Edwarda i Florence nic nie będzie już takie samo…


Dawno w moje ręce nie wpadała powieść, która by mnie tak wciągnęła, tak zachwyciła i wywołała tak wielkie emocje, jak „Na plaży w Chesil”. A przecież to niepozorna zdawałoby się lektura, niezbyt obszerna, bo zamknięta na ledwie 190 stronach i nieskomplikowana fabularnie. Jak jednak wiadomo, nie trzeba zbyt wielu słów by powiedzieć coś pięknego i mądrego i dokładnie to robi McEwan. On nie musi maskować niedostatków rozwlekłymi opisami i kwiecistymi ozdobnikami. Jego styl jest dość surowy, choć przy tym jakże delikatny i płynny, prosty, ale piękny i urzekający. Autor pokazuje się nam właściwie bez jakiegokolwiek literackiego okrycia, ale nie potrzebuje go, by oczarować.


Przy okazji obnaża przed nami najbardziej skrywane lęki i obawy swoich bohaterów. Wnika w ich umysły, pokazuje co się w nich kryje, wyciąga na światło dzienne to co wstydliwe i krępujące, ale jakże ludzkie. Jakże łatwe do zrozumienia i – chyba nie będzie w tym przesady – bliskie, jeśli nie wszystkim, to większości czytelników. Bo właśnie w Edwardzie i Florence utożsamiają się wszystkie nasze lęki związane ze sferą seksualną, od przedwczesnego wytrysku i obaw o reakcję partnerki na ten stan rzeczy, po czucie się, jak przedmiot służący do zaspokojenia potrzeb partnera.


Oczywiście wielką krzywdę wyrządziłbym tej powieści, gdybym twierdził, że ogranicza się jedynie do analizy naszego życia seksualnego. „Na plaży Chesil” to także fascynujące spojrzenie na pruderyjną społeczność brytyjską. Czasy wiktoriańskie się skończyły, ale rewolucja w tej dziedzinie życia nie dotarła jeszcze do wysp. Erotyka jest tematem niemalże tabu, Florence o współżyciu uczy się z poradnika, ale nie wie nawet jakie ma to przełożenie na faktyczny stan rzeczy. Dla obojga zbliżenie staje się testem ich miłości, poglądów, właściwie całego ich związku, a zarazem obrazem przemian, jakie w społeczeństwie miały nadejść już wkrótce. W skrócie: po prostu wspaniała rzecz.


„Na plaży w Chesil” to mój debiut, jeśli chodzi o twórczość McEwana. A właściwie, mój pierwszy raz z jego literaturą. I był to pierwszy raz nadzwyczaj udany. Namiętny, gorący, porywający, trochę brudny, ale jakże fascynujący i pozostawiający po sobie wielkie uczucie niedosytu połączone z ochotą na więcej. Mądry przy tym i ambitny, satysfakcjonuje na każdym polu i sprawia, że żałuję, iż nie poznałem dotychczas twórczości tego autora. Ale cóż, wszystko przede mną, prawda? Póki co jednak polecam bardzo, bardzo gorąco tę powieść, nominacja do Nagrody Bookera w pełni zasłużona.


Dziękuję wydawnictwu Albatros za udostępnienie egzemplarza do recenzji.







Endorf - Mariusz Moroz

MOROZ W SWOIM ŻYWIOLE


Od paru ładnych lat polski komiks ma się naprawdę dobrze. Świadczy o tym nie tylko ilość rodzimych albumów wydawanych przez najróżniejszych wydawców, ale również, a może przede wszystkim, mnogość gatunków, w jakich poruszają się polscy twórcy. Czasem wychodzi im to lepiej, czasem gorzej, w przypadku Mariusza Moroza nie jest ani źle, ani genialnie. Fabularnie „Endorf”, podobnie jak „Przeklęta puszcza” to niezła rzemieślnicza robota, graficznie też jest całkiem udany, choć design postacie i kolor można by poprawić. Ale kto lubi historyczne klimaty, będzie zadowolony.


Rok 1320, Saksonia. Młody Endorf nie wiedzie najlepszego życia. Po tym, jak pomógł w porwaniu swojej siostry przez kochającego ją mężczyznę – co skończyło się jej śmiercią – myśli tylko o zemście. Kiedy więc nadarza się okazja, nie waha się ani chwili. Ranny, skazany na niełaskę ojca zabitego, zostaje ocalony przez ludzi swego własnego rodzica. Niestety los, który na niego czeka już wkrótce, nie jest wcale lepszy. Endorf ma wstąpić do zakonu Maryi Panny i wyjechać do Prus. Wydarzenia, które zostają w tym miejscu zapoczątkowane, prowadzą do nieuchronnej tragedii…


Sprawa z „Endorfem” jest prosta. Choć autor sięga w nim do motywów ocierających się o fantasy i thriller, to przede wszystkim komiks historyczny. Pełen akcji, walk i z przygodową nutą – w końcu nie przypadkiem tak często się one z nim wiążą – niemniej historyczny właśnie. Dlatego też spodoba się przede wszystkim miłośnikom takich właśnie opowieści, a przeciwników nie przekona do zmiany zdania na ich temat. Moroz nie odkrywa tu bowiem żadnego nowego lądu, nawet nowego terenu nie szuka, skupia się na dobrym odtworzeniu tego, co sam lubi i robi to w niezłym stylu.


Fabuła, co trzeba docenić, nie jest ciężka ani rozwlekła. Czyta się ją szybko i nawet przyjemnie – mówię to z perspektywy człowieka, który za historycznymi dziełami, łagodnie powiedziawszy, nie przepada – a dodatek przybliżający nam fakty nie razi podręcznikową sterylnością. Najbardziej cieszy jednak szata graficzna. Świetnie rozrysowane tła, plenery i budynki, dużo detali, niezłe operowanie cieniami… Jak pisałem na wstępie, gorzej wypada design postaci, a w szczególności (na szczęście tylko momentami) ich twarze, i kolor. Ten ostatni przypomina mi niewprawne eksperymenty z komputerowym programem. Pozostawienie całości w czerni i biel tudzież uproszczenie barw sprawdziłyby się lepiej, niż to co mamy obecnie.


Tak czy inaczej „Endorf” to niezły komiks. Dla miłośników gatunku i wszystkich tych, którym podobała się „Przeklęta puszcza”, ale nie zmienia to faktu, że całkiem się Morozowi udał – w końcu autor jest tu w swoim żywiole. Nawet jeśli zabrakło w tym wszystkim czegoś świeżego.


Dziękuję wydawnictwu Kameleon za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

czwartek, 12 lipca 2018

Kuroko's Basket #19 - Fujimaki Tadatoshi

KOSZYKARSKI BITEWNIAK


Jak powszechnie wiadomo, kiedy w mandze trwa jakaś walka, rzadko kiedy ogranicza się ona tylko do ram jednego tomu. I wcale nie mam tu na myśli bitewniaków pokroju "Dragon Balla" czy "Naruto", bo mangi sportowe, takie jak "Kuroko's Basket" też nie ustępują im pola. Wystarczy spojrzeć na trwający właśnie mecz. Ten co prawda dobiega już końca, jednak jego losy śledzimy od samego początku siedemnastego tomiku. Daje nam to łącznie niemal pięćset stron rozgrywki, którą na szczęście czyta się jednym tchem i wciąż ma się ochotę na więcej, nawet jeśli wie się, że po raz kolejny dostanie się to samo.


Mecz Seirin z Yousen wchodzi w decydującą fazę. Kyoshi poddaje się „terapii” zapewnionej mu przez Riko, żeby móc wrócić do gry. Tymczasem Kagami po rozmowie z Kise wada wreszcie na pomysł, jak wejść w zone i dzięki temu zaczyna zdobywać przewagę na boisku. Dochodzi nawet do sytuacji, w której jest w stanie nie tylko bez trudu przełamać obronę Murasakibary, ale także i pokonać mirage shot Himuro! Czyżby Seirin miało już zwycięstwo w kieszeni? Kiedy walczy się z taką drużyną, jak Yousen nigdy niczego nie można być pewnym…


Pisałem to wiele razy, powtórzę znowu: "Kuroko's Basket" to przede wszystkim akcja. Dużo, dużo akcji, dużo niesamowitych tricków i równie wiele potężnych przeciwników, których trzeba pokonać wielkim kosztem. Starcia na boisku są tu równie widowiskowe, co pojedynki superbohaterów, tempo nie zwalnia ani na chwilę, tradycyjnie nie brakuje tu także sporej dawki humoru, choć oczywiście, kiedy sportowe emocje aż kipią, nie ma na niego aż tak wiele miejsca (ani czasu), niż w bardziej spokojnych chwilach.


Fabuła, choć może i przewidywalna, jest tutaj ciekawa, ma swój klimat i po prostu wciąga. Nie ma głębi, nie ma poruszania ważkich tematów i ambitnych treści, jest za to prosta, ale świetna historia o przyjaźni, sile marzeń, poświęceniu i ograniczeniach, które istnieją w naszych głowach.  Dla nastoletnich chłopców to po prostu coś, czego potrzebują, podlane odrobiną najłagodniejszej erotyki i tym podobnymi rzeczami.


A wszystko to oczywiście świetnie narysowane. Realistycznie, dynamicznie, szczegółowo i w bardzo charakterystyczny sposób. Miłośnikom sportówek, shounenów i bitewniaków polecam - będą bardzo zadowoleni.


A wydawnictwu Waneko dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.





środa, 11 lipca 2018

B.B.P.O: Plaga żab #2 - Mike Mignola, John Arcudi, Guy Davis, John Severin, Herb Trimpe, Karl Moline, Peter Snejbjerg, Dave Stewart, Bjarne Hansen

RÓWNIE DOBRE, JAK HELLBOY


Kiedy w pewnym momencie, a było to w okolicach roku 2001, stało się jasne, że ścieżki Hellboya i BBPO muszą się rozejść, Mike Migonola postanowił zacząć rozkładać swoje opowieści zarówno na Piekielnego Chłopca, jak i Biuro Badań Paranormalnych i Obrony. W końcu od samego początku chciał pisać serię o przygodach grupy dziwacznych bohaterów, jednak jego komiksy zdominowała tytułowa postać, resztę spychając na margines. Kiedy jednak wraz z opowieścią "Czerw zdobywca" doszło do rozłamu, autor zyskał szansę realizacji swoich pierwotnych planów. I trzeba przyznać, że doskonale ją wykorzystał, tworząc opowieść równie dobrą co "Hellboy" i doskonale uzupełniającą jego przygody.


Wodna istota Abe Spien, władająca ogniem Liz Sherman, duch niemieckiego medium, humunkulus Roger i specjalistka od okultyzmu. To właśnie oni tworzą BBPO - Biuro Badań Paranormalnych i Obrony, specjalną drużynę zajmującą się niewyjaśnionymi, ponadnaturalnymi sprawami, często mogącymi zagrażać całemu światu. Jedną z nich jest plaga żab, inwazja podobnych do tytułowych płazów stworów, z którymi Hellboy mierzył się w "Nasieniu zniszczenia". Agenci Biura odnoszą co prawda zwycięstwa, ale wróg wydaje się z każdą chwilą rosnąć w siłę. Tymczasem Abe udaje się w podróż, która ma udzielić mu odpowiedzi na kilka pytań z jego przeszłości. Jednocześnie jednak pojawia się kolejna zagadka do rozwikłania – w jednej z kostnic do życia powraca trup. Jakim cudem? I co to ze sobą niesie?


Największą siłą "Hellboya" od samego początku były dwie rzeczy: niesamowity klimat wynikający z genialnej szaty graficznej i tajemniczej fabuły oraz niepodrabialne połączenie horroru, akcji, sensacji, teorii spiskowych, oldschoolowej fantastyki i legend z całego świata. Kiedy sięgałem po pierwszy tom "BBPO" miałem spore obawy, bo ze względu na fakt, iż Mignola ograniczył się jedynie do pisania fabuł (a i tego także nie robił sam), nie mogłem liczyć na te genialne ilustracje, które pokochałem w jego opus magnum. I nawet artystom, którzy starali się naśladować jego niesamowity styl, nie udawało się osiągnąć tego, co jemu. Na szczęście ich styl, choć odmienny, też budował ciekawy klimat, a same fabuły poszczególnych opowieści wciągały, fascynowały i niepokoiły tak, jak "Piekielny Chłopiec".


Nie inaczej jest z drugim tomem "Plagi żab". To fascynująca, nastrojowa lektura, którą czyta się jednym tchem. Szybkie tempo gwarantuje, że w trakcie nie można się nudzić ani przez chwilę, interesujące wydarzenia i postacie uatrakcyjniają całość, a mrok dodaje "BBPO" pazura. Jest tu wszystko to, co było w "Hellboyu", jest też kilka świeżych elementów i nieco nowości, obie serie zaś znakomicie się ze sobą łączą, przeplatając i uzupełniając się wzajemnie.


Nie zawodzi też szata graficzna. To co prawda nie Mike Mignola, ale artyści którzy zastąpili go na tym polu, doskonale wiedzą co robią. Jest zatem mrok, jest dobre oddanie detali i zanurzenie się w niezwykłościach, jest też nieco fajerwerków - to w końcu opowieść rozrywkowa - i kilka budzących niepokój scen. Niepokój co prawda bardziej sugerowany, niż odczuwalny (nawet u Mignoli różnie z tym bywało), ale taki jest już komiksowy horror. Może i nie straszy, ale ten jego przedstawiciel jest tak piekielnie dobry i wciągający, że wciąż chce się tylko więcej i więcej.





Kuroko's Basket #18 - Fujimaki Tadatoshi

WSZYSTKO MOŻE SIĘ ZDARZYĆ


To już osiemnasty tom "Kuroko" i przyznam, że zasiadając do pisania recenzji kolejnych tomów tej serii zastanawiam się co właściwie więcej mogę napisać na jej temat. Owszem, pewne pomysły mam, niemniej z tymi rzeczami chcę - i właściwie muszę - wstrzymać się do finału serii. Z drugiej jednak strony cieszę się, że wraz z rozwojem akcji nie pojawiły się rzeczy, na które musiałbym narzekać. Jeśli podobały Wam się poprzednie tomy, śmiało więc sięgnijcie także i po ten, bo znajdziecie tu niemal wszystko, co seria ma do zaoferowania.


Mecz Seirin kontra Yousen wciąż trwa. Tym pierwszym w końcu udaje się przełamać obronę, która wydawała się nie do pokonania, jedna to zaledwie początek walki o zwycięstwo. Niestety, Kiyoshi nie jest w stanie utrzymać takiego tempa i intensywności gry, a co za tym idzie także ryzykuje, że stan jego zdrowia gwałtownie się pogorszy. Jego miejsce – a także i priorytety – przejmuje Kuroko, który nie zamierza przegrać z przeciwnikami. Czy będzie miał szansę, kiedy Murasakibara przejdzie do ataku? Co pokaże Kagami i kto jeszcze zaskoczy w tym meczu? Gdy finał jest coraz bliżej i liczą się każde punkty, wydarzyć może się dosłownie wszystko…


Akcja, akcja, akcja, akcja, humor, jeszcze trochę akcji, parę fabularnych twistów, akcja, walki z potężnymi przeciwnikami i jeszcze trochę akcji. Tak właśnie przedstawia się treść nie tylko tego tomu, ale właściwie całego "Kuroko's Bsket". Od początku tego meczu, a właściwie tych zawodów (sięgając natomiast dalej, także od początku samej serii) bohaterowie zmagają się z kolejnymi trudami. Są utalentowaną drużyną, mają świetnych zawodników i widowiskowe techniki, ale ciągle natykają się na przeciwników, z którymi wydają się nie mieć szans. Walczą ile tylko starczy im sił, a jednak wciąż nie jest łatwo. Wręcz przeciwnie.


Ale na tym właśnie polega siła tej serii. Jak w dobrym bitewiaku, tak i tu bohaterowie mierzą się z potęgami na pierwszy rzut oka ich przerastającymi. Czasem wygrają, czasem poniosą porażę, nigdy jednak się nie poddają i z nową siłą i zapałem wracają do działania. Czyta się o tym znakomicie i z dużą przyjemnością. Poza tym seria jest znakomicie, realistycznie i z bogactwem detali narysowana. Dobra, męska zabawa gwarantowana.


Dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.







RAPP: Zaginione dzienniki Tesli - Jeff Smith

BLADE RUNNER SPOTKAŁ JASONA BOURNE'A


Jeff Smith chyba dobrze czuje się na naszym rynku. Przez lata pomijany przez wydawców, w zeszłym roku zadebiutował w Polsce swoim opus magnum - rewelacyjnym "Gnatem" - a teraz, niemalże jednocześnie z finałem tej sagi pojawia się zbiorcze wydanie kolejnej jego serii. "RAPP", bo o nim mowa, to dzieło powszechnie uważane za drugie najlepsze w jego karierze. Poważniejsze od "Gnata", dla wielu także od niego lepsze, a przy okazji również nagrodzone Eisnerem, najważniejszym wyróżnieniem w komiksowym świecie, za najlepszy album (reprint). Ci, którym podobał się "Gnat", "RAPP-em" też się zachwycą, tak samo jak wszyscy miłośnicy historii, gdzie fantastyka, akcja, sensacja i przygoda łączą się w jedną całość, mającą do zaoferowania więcej niż tylko dobrą zabawę.


Zaczyna się sceną, jak z "Breaking Bad". Pustynia, błękitne niebo i facet, którego jeszcze nie znamy, zakrwawiony, prawdopodobnie pobity, wędruje w upale szukając zapewne schronienia. Jak się tu znalazł? Kim jest? Odpowiedzi na te pytania to dopiero początek niezwykłej i szalonej przygody. Nasz bohater to niejaki RAPP. Niegdyś był wojskowym inżynierem, obecnie to złodziejaszek, który jednak korzysta z niezwykłych rzeczy niedostępnych innym ludziom. Kiedy znalazł zaginione dziennik legendarnego naukowca, Tesli, dzięki połączeniu zawartych w nich informacji i współczesnych osiągnięć fizyki i techniki, znalazł się w posiadaniu niezwykłej mocy, a co za tym idzie także w wielkim niebezpieczeństwie. Nie ma jednak pojęcia gdzie go to wszystko zaprowadzi…


"RAPP" to komiks, który powstał jako skrzyżowanie "Blade Runnera" z Jasonem Bourne'em. Tak określa go sam autor, który na pomysł tej opowieści wpadł jeszcze w 1999 roku, kiedy wciąż pracował nad "Gnatem", zainspirowany właśnie tymi dziełami. Całą ideę omówił nawet z dwoma kultowymi autorami: Paulem Pope'em ("Batman: rok setny", "Wielki Escapo") i Frankiem Millerem ("Powrót Mrocznego Rycerza", "Sin City", "300") - których wpływy zresztą w tym albumie widać - ale do pracy zsiadł dopiero po skończeniu swego opus magnum. Komiksy z serii "RAPP" zaczęły się ukazywać w roku 2008, skończyły cztery i pół roku później - wszystko pod szyldem własnego wydawnictwa autora.


Nie myślcie jednak, że tytuł wydany własnym sumptem jest gorszy od mainstreamowych dzieł. Wręcz przeciwnie, rzadko które z nich może równać się z tym, co serwuje nam Jeff Smith. Jest tu i akcja, i klimat (autor mocno inspirował się filmami noir - czyli tym samym, czym wspomniany Frank Miller w swoim "Sin City"), i humor, i głębia. Smith bawi się tu najróżniejszymi motywami znanymi miłośnikom popkultury, podlewa to teoriami z dziedziny fizyki i dodaje do tego wszystkiego charakterystyczny dla siebie urok, odświeżający całość.


Do tego raczy nas znakomitą szatą graficzną, tak samo jeśli nie bardziej udaną, jak w "Gnacie". Rysunki, choć cartoonowe, są bardziej realistyczne niż wcześniej, więcej w nich jest też mroku i zabawy cieniami. Lekki, stonowany kolor dobrze całość uzupełnia, a świetne polskie wydanie zbierające kompletną serię prezentuje się po prostu pięknie. Jeśli lubicie dobre, rozrywkowe, ale inteligentne i ambitne komiksy, koniecznie powinniście "RAPP-a" poznać. Ja ze swej strony polecam bardzo, bardzo gorąco i mam ochotę na więcej takich nowości.




wtorek, 10 lipca 2018

Misja Błazna - Robin Hobb

TAK SIĘ POWINNO PISAĆ FANTASY


Robin Hobb to bodajże najlepsza współczesna pisarka fantasy i jedna z najwybitniejszych przedstawicielek tego gatunku w historii. Obecna na rynku wydawniczym od 1983 roku, stworzyła ponad trzydzieści powieści i mnóstwo opowiadań. Najsłynniejsze pozostają jednak jej dzieła z cyklu "The Realm of the Elderlings", w skład którego wchodzą trylogie: "Skrytobójca", "Kupcy i ich żywostatki", "Złotoskóry", "The Rain Wild Chronicles" oraz "Bastard i Błazen". Każdą z nich można czytać bez znajomości pozostałych części, każda to także swoiste arcydzieło gatunku i nie inaczej jest z otwierającą "Złotoskórego" "Misją błazna". To świetna książka, pełna świeżego podejścia do jakże zgranego tematu, znakomicie poprowadzona i robiąca naprawdę duże wrażenie właściwie na każdym polu.


Piętnaście lat po wojnie kończącej "Żywostatki", Bastard Rycerski żyje na pustyni, prowadząc niemalże samotniczą egzystencję. W tym osobliwym wygnaniu, na które sam się skazał, towarzyszą mu wilk i przybrany syn. Bastard nie chce już działać, nie wtrąca się w konflikty, choć ktoś prześladuje władających magią ludzi – dobrze mu tak, jak jest, a fakt, że świat uważa go za martwego jest mu jak najbardziej na rękę. Niestety, jak to w takich sytuacjach bywa, przeszłość nie siedzi cicho i upomina się o niego. Bastard znów jest potrzebny, do tego wróżka przepowiada mu odzyskanie dawnej miłości. Jak na to wszystko zareaguje nasz bohater i co przyniesie mu przyszłość?


Książki Robin Hobb to jeden wielki pochłaniać czasu i bardzo uzależniające lektury. Weźcie w ręce ten tom, spójrzcie na jego grubość - wygląda solidnie, prawda? Prawie siedemset stron w twardej oprawie, czcionką dość standardową, więc nie ma tu sztucznego zwiększania objętości. Jest za to solidna, wystarczająca na długo lektura. Wolna od dłużyzn? Nie, ale nawet wtedy całość nie nuży ani przez chwilę, a to rzecz, którą naprawdę warto docenić. Jak jednak mogłaby nużyć książka, która jest znakomicie poprowadzona, nie daje nam chwili wytchnienia od kolejnych wydarzeń, choć oczywiście nie przesadza też z ich natłokiem i zapewnia wiele spokojnych momentów i pod względem literackim prezentuje naprawdę wysoki poziom.


Jeśli znacie współczesną fantastykę, tak nijaką, miałką i pustą, przede wszystkim powinniście wiedzieć, że Hobb to zupełnie inna kategoria. Jej styl, choć lekki, jest pełny, soczysty, krwisty wręcz, a także satysfakcjonujący literacko. Autorka dba również o spójność i konsekwentne rozwijanie swojej wizji oraz realizm. Czytelnik szybko wciąga się w ten świat, pełen magii (świetna tematyka magicznej więzi człowieka i zwierzęcia), akcji, przygód i wszystkiego, czego od fantasy można oczekiwać.


Szukacie dobrej fantastyki w najlepszym wydaniu? Czegoś, co zmaże niesmak po współczesnych hitach z tego gatunku? Nie wahajcie się ani chwili i sięgnijcie po tę, jak i inne powieści autorki.


Tytuł możecie kupić tutaj:

Kuroko's Basket #17 - Fujimaki Tadatoshi

BRATOBÓJCZA WALKA


Z „Kuroko’s Basket” jest jak z samą koszykówką: dużo ćwiczeń, dużo zmagań na parkiecie, dużo szybkiej akcji i jakże niewiele czasu na coś innego. Bez przerw jednak nie da się  żyć, ale kiedy tylko dobiegają końca, pora wracać na boisko i ze zdwojoną siłą atakować przeciwników. I takim atakiem właśnie rozpoczyna się siedemnasty tom serii, w którym tempo nie zwalnia od początku do samego końca, a akcja nie pozwala się nudzić ani przez chwilę.


Droga Seirin do zwycięstwa w zawodach od samego początku była kręta, wyboista i często także niebezpieczna, ale teraz zawiodła ich w rejony, które żadnemu z graczy niezbyt się podobają. To już ćwierćfinał, nikt nie spodziewał się, że będzie lekko, ale jak się okazuje drużyna Yousen jest przeciwnikiem, potężniejszym, niż sądzili – podczas gdy Seirin wygrywali z wielkim trudem, oni nie stracili nawet jednego punktu. Zaczyna się więc walka, która z góry wydaje się być skazana na porażkę. Nasi bohaterowie mają co prawda kilka asów w rękawie, ale Yousen to kolejny przeciwnik, który wydaje się doskonale przewidywać wszystkie ich możliwe ruchy, a do tego posiada obronę nie do pokonania. Jednocześnie mecz ten staje się także bardzo osobistym wyzwaniem, bo na boisku spotykają się Kagami i jego „starszy brat”, Himuro. Na jaw wychodzą motywy tego drugiego, ale ważniejsze staje się w jaki sposób zareaguje ten pierwszy i czy będzie w stanie przełamać opory i stanąć do walki bez powstrzymywania się?


W siedemnastym tomie "Kuroko's Basket" zaczyna się prawdziwie bratobójcza walka. Kagami staje tu przeciwko człowiekowi, którego uważa za swojego brata i mentora. Ten jednak stał się jego największym wrogiem, choć Kagami nadal nie potrafi tak go postrzegać. W tym wszystkim swój początek bierze nie tylko szybka, dynamiczna i pełna zwrotów akcja, ale także i całkiem sporo emocji. Nie ma tu wyciskacza łez, nie ma też przesadnego bawienia się nerwami czytelników, jest za to sporo napięcia, choć póki co jeszcze przyćmionego innymi wydarzeniami.


Oczywiście obok tego mamy sporo humoru, nieco przemyconych wartości - siła przyjaźni, potęga marzeń etc. - i świetne wykonanie. Bohaterowie, ich mimika, ich zagrywki, starcia, nawet to jak się ruszają - wszystko to jest znakomicie, realistycznie zilustrowane. A jeszcze lepiej widać to w przypadku świetnie oddanych miejsc i detali.


Całość ogląda się z dużą przyjemnością. Przede wszystkim jednak świetnie się czyta. Humor, akcja, silni bohaterowie, sporadycznie pojawiające się, ale piękne i seksowne dziewczyny... Coś w sam raz dla każdego nastolatka.


Dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.