poniedziałek, 17 czerwca 2019

Azymut #2: Niech Piękna zdycha - Wilfrid Lupano, Jean-Baptiste Andréae

TO PIĘKNO NIE ZDYCHA


Europejczycy wiedzą, jak robić komiksy, a „Azymut” to doskonały na to dowód. Znakomita fabuła, rewelacyjne pomysły na świat i jego mechanikę i zniewalająca szata graficzna. Tytuł tego tomu to „Niech Piękna zdycha”, ale piękno tego komiksu najlepiej niech trwa jak najdłużej.


Każdy chciałby żyć wiecznie. Każdy chciałby znaleźć sposób by zatrzymać czas, a najlepiej ten czas zabić. Każdy też ma swoje metody, choćby taka królowa Etera, której służy woda z klepsydry Klepsydrawi, kto zaś metody swej jeszcze nie odkrył – szuka. Szuka więc także i Piękna, która wraz ze swoją szaloną ekipą indywiduów przybywa do latającego zamku barona Smutka. Baron to postać legendarna, ktoś, kto odkrył, jak młodość i życie czerpać z cierpienia innych ludzi i to właśnie on może spełnić marzenia Pięknej. Jaka jest jednak ich cena?

Tymczasem towarzysze Pięknej zwiedzając osobliwą, zupełnie wypraną z barw posiadłość Smutka, wpadają w kłopoty, które mogą się dla nich źle skończyć…


To, co obok zachwycających ręcznie malowanych rysunków urzeka w „Azymucie” najbardziej, to konstrukcja świata. Nikt nas tu zbytnio nie wprowadza w całość, ot kilka faktów podanych w otwierającym komiks bestiariuszu, i nagle zostajemy wrzuceni w świat, w którym niemal nic nie jest takie, jak w naszym, za to możliwe jest chyba wszystko. Tu obok ludzi żyją mówiące zwierzęta czy istoty z piasku, a całą faunę stanowią byty inne, niż myślicie, bo na wpół mechaniczne. Z tym, że nie ingerencja człowieka je takimi stworzyła (a przynajmniej tego wszystkiego zbyt dokładnie jeszcze nie wiemy), a sama natura, jakby nakręcane mechanizmy je wypełniające były biologicznymi organami. Poza tym rzeczywistość bohaterów to alternatywny kierunek naszej (r)ewolucji technologicznej. Podczas gdy nasz świat poszedł w stronę maszyn parowych, a w rezultacie znanych nam napędów, świat „Azymutu” wybrał rozwój mechanizmów zegarowych. Jednym słowem to świat clockwork punkowy, chociaż osadzony przy tym jakby w retrofuturystycznym klimacie.


Ramię w ramię z przemyślanym światem idzie także przemyślana fabuła, pełna szalonego tempa, przygód, zwrotów akcji, humoru, miłości i drobnej nuty erotyki. A gdzieś w tym wszystkim pobrzmiewają całkiem niegłupie pytania egzystencjalne. Czy trzeba czegoś więcej w komiksie popularnym?


Graficznie komiksy z serii „Azymut” natomiast to realistyczna, choć utrzymana w komediowej konwencji perełka z genialnym kolorem. Tu każda plansza, każdy kadr i szkic nawet stanowią małe dzieło sztuki, na które chce się patrzeć godzinami. Aż szkoda, że ta seria liczyć ma jedynie 5 albumów, ale z drugiej strony zakończenie jednego etapu oznacza najczęściej początek innego, a co za tym idzie można mieć nadzieję na kolejne komiksy spółki Lupano i Andreae. Oby było ich jak najwięcej! Polecam gorąco, tym bardziej, że wznowienie pojawiło się właśnie wśród nowości.







niedziela, 16 czerwca 2019

Azymut #1: Poszukiwacze zaginionego czasu - Wilfrid Lupano, Jean-Baptiste Andréae

AZYMUT POWRACA


Europejskie komiksy fantastyczne mają na naszym rynku swój wcale niemały udział, rzadko jednak zdarza się dzieło takie, jak „Azymut”. Nie do końca to SF i nie do końca fantasy. „Azymutowi” bliżej jest do retrofuturystyki, ale retrofuturystki z obszaru rzadziej odwiedzanego, bo clockwork punkowego. I choćby już dlatego warto po niego sięgnąć, jako po ciekawostkę, ale – na szczęście – powodów do lektury jest dużo więcej.


Poznajcie niezwykły świat. Alternatywę dla naszej rzeczywistości. Świat, jakby osadzony na skrzyżowaniu różnych etapów historii. Tu morskie podboje spotykają się z rewolucją technologiczną, a żywe stworzenia na stałe, biologicznie złączone są z mechanizmami niby zegarów. Ba, tu nawet istoty ludzkie żywią się metalowymi przedmiotami. I w takiej właśnie scenerii, gdzie nawet zwierzęta nabierają cech ludzkich, na tle wielkich przemian, gdy kierunki giną, jak ucieka czas, splatają się losy bohaterów opowieści. A wszystko to wina pięknej, acz niebezpiecznej kobiety. Ideału, z którym żenić chce się władca, a który ideałem okazuje się nie być. Okrętowy malarz zna ją jako złodziejkę koron, ale na co komu korony, które są bezwartościowe i nawet na skupie się ich nie przyjmuje, pewien królik wciąż ją kocha i gotów jest razem z nią trafić do więzienia, jego towarzysz zaś do więzienia zamierza ją wtrącić. Do czego to wszystko doprowadzi?


Pierwszy z pięciu planowanych tomów cyklu „Azymut” zabiera nas w pełną humoru i szaleńczych przygód podróż do niezwykłej krainy, gdzie poza zabawą czeka na czytelników także coś więcej. Awanturnicza nuta z porcją przemyśleń i lekkim, typowo europejskim dowcipem, świetne dialogi, szczypta erotyki i intrygująca mechanika świata plus ciekawy bestiariusz. Zabieg z oparciem rozwoju technologicznego na mechanizmach zegarowych, jest o tyle prosty, co fascynujący. I umotywowany, doskonale korespondując z kwestiami czasu i przestrzeni.


Graficznie to typowo europejskie rysunki kadrowanie i – co najważniejsze – tradycyjny kolor. Nie komputerowe fajerwerki, a ręcznie barwy. Pastelowe farby kojarzące się z paletą znaną z „Blacksada” czy komiksami Azpiriego, bajkowa acz szczegółowa kreska. I ten klimat oldschoolowej, uroczo naiwnej fantastyki spod znaku Verne’a, gdzie nie rządzi prawdopodobieństwo a nieograniczona fantazja.


Jednym słowem: polecam. To jedna z ciekawszych europejskich serii, jakie czytałem w ostatnich latach, świeża i bardzo przyjemna. Sięgnijcie, bo naprawdę warto. Dobrze, że wydawnictwo Kurc nie tylko zdecydowało się kontynuować serię niedokończoną przez nieistniejące już Wydawnictwo Komiksowe, ale i wznowiło wszystkie pozostałe. Jeśli jeszcze nie znacie tego cyklu, rozejrzyjcie się za nim wśród nowości, bo jest tego wart.







sobota, 15 czerwca 2019

DC Odrodzenie: Batman - chronologia

BATMAN: ODRODZENIE


Zgodnie z obietnicą powracam z kolejnym reading orderem. Tym razem przedstawiam Wam chronologię przygód Batmana wydawanych w ramach DC Odrodzenie. Za punkt końcowy obrałem event „Batman: Metal”.


  • Batman – tom 1: Jestem Gotham 
  • Nightwing Vol. 4 #1-4 (z tomu Nightwing – tom 1: Lepszy niż Batman)
  • Batman – Detective Comics – tom 1: Powstanie Batmanów         
  • Batman: Noc Ludzi Potworów     
  • Nightwing Vol. 4 #7-9 (z tomów Nightwing – tom 1: Lepszy niż Batman i Nightwing – tom 2: Blüdhaven)
  • Batman Vol. 3 Annual #1 (z tomu Batman – tom 3: Jestem Bane)
  • Batman Vol. 3 #9-13 (z tomu Batman – tom 2: Jestem Samobójcą)
  • All-Star Batman – tom 1: Mój największy wróg    
  • Detective Comics #943-947 (z tomu Batman – Detective Comics – tom 2: Syndykat Ofiar)
  • Liga Sprawiedliwości kontra Suicide Squad
  • Batman Vol. 3 #14-15 (z tomu Batman – tom 2: Jestem Samobójcą)
  • Detective Comics #948-949 (z tomu Batman – Detective Comics – tom 2: Syndykat Ofiar)
  • Nightwing – tom 2: Blüdhaven        
  • Batman Vol. 3 #16-20 (z tomu Batman – tom 3: Jestem Bane)
  • All-Star Batman – tom 2: Końce Świata
  • Nightwing – tom 3: Nightwing musi umrzeć           
  • Batman – Detective Comics – tom 3: Liga Cieni    
  • Detective Comics #957 (z tomu Batman – Detective Comics – tom 4: Deus Ex Machina)
  • Batman/The Flash: Przypinka         
  • Batman Vol. 3 #23-24 (z tomu Batman – tom 3: Jestem Bane)
  • Batman – Detective Comics – tom 4: Deus Ex Machina    
  • Detective Comics #963-964 (z tomu Batman – Detective Comics – tom 5: Życie w samotności)
  • Nightwing Vol. 4 #22-28 (z tomu Nightwing – tom 4: Starzy i nowi wrogowie)
  • All-Star Batman - tom 3: Pierwszy Sojusznik         
  • Batman – tom 4: Wojna Żartów z Zagadkami
  • Batman – Detective Comics – tom 5: Życie w samotności
  • Batman Vol. 3 #33-35 oraz Batman Vol. 3 Annual #2 (z tomu Batman - tom 5: Zaręczeni)
  • Batman – Detective Comics – tom 6: Upadek Batmanów
  • Batman Vol. 3 #36-37 (z tomu Batman - tom 5: Zaręczeni)
  • Batman Vol. 3 #38 (z tomu Batman - tom 6: Narzeczona czy włamywaczka)
  • Batman: Metal

Recenzje poszczególnych tomów (tych wydanych już na polskim rynku) znajdziecie tu: http://ksiazkarniablog.blogspot.com/search?q=batman)

czwartek, 13 czerwca 2019

Card Captor Sakura #2 - Clamp

SAKURA WŚRÓD PŁATKÓW KWIATÓW


Grupa Clamp kojarzona jest przede wszystkim z mangami mrocznymi, pełnymi czerni, bogactwa wszelkiej maści drobiazgów i maksymalnego zagęszczenia rysunków na kadrach. Spod rąk pań wchodzących w jej skład wyszło jednak kilka historii jasnych, lekkich, a nawet przeznaczonych dla dzieci. Do tej grupy można zaliczyć zapomnianego już nieco (a niesłusznie) „Chobitsa” (choć była to seria dla młodzieży, nie dzieci) i, oczywiście, przeuroczą „Card Captor Sakurę”, która z okazji dwudziestolecia istnienia wydawnictwa Waneko doczekała się w końcu tomikowego wydania. I, jak każda z prac pań z Clampa, tak i „CCS” to kawał świetnej rozrywki, która kupi serce niejednego dorosłego.


Sakura Kinomoto uczennica czwartej klasy szkoły podstawowej wydaje się wieść zupełnie normalne życie, ale to tylko pozory. Pewnego dnia bowiem znalazła magiczną księgę, z której wyzwoliła moc, a także uwolniła Kerberosa – jej strażnika. Od tamtej chwili została wyznaczona do wytropienia i złapania wszystkich magicznych kart, które uciekły i krążą po świecie w formie kłopotliwych, a czasem także niebezpiecznych duchów, których moc zagraża światu, i stara się realizować swoje zadanie jak tylko może najlepiej.

Teraz jednak nadszedł czas zajęcia się sprawami szkolnymi. Gdy nadchodzi dzień sportu, Sakura, jako cheerliderka, szykuje się do występów. W szkole pojawia się jednak nie tylko jej ojciec, ale także i matka jej najlepszej przyjaciółki, co prowadzi do ujawnienia zaskakujących relacji, jakie łączą obie rodziny. Wkrótce jednak dochodzi do wydarzeń, które zmuszają Sakurę do działania. Gdy szkołę zasypuje nieoczekiwana lawina płatków kwiatów, których ilość wręcz zagraża zdrowiu i życiu uczniów, staje się jasne, że pojawiła się kolejna karta, którą trzeba się zająć. Niestety na tym nie koniec ani zaskoczeń, ani tym bardziej kłopotów…


Ujmująca, urocza, słodka, delikatna, sympatyczna… Długo można by wymieniać, ale taka właśnie jest ta seria. „Card Captor Sakura” to udane połączenie może i naiwnej, ale jakże interesującej bajki ze zbieractwem i walkami rodem z „Pokémona” i niezliczonych dzieł powstałych na fali jego popularności. Lekka i dynamiczna fabuła, dużo akcji, dużo symboliki, swoista zwiewność i szybkie poprowadzenie akcji sprawiają, że całość nie tyle się czyta, co połyka. I to bez zwracania uwagi na drobne niedociągnięcia.


Do tego mamy szatę graficzną, którą można określić tymi samymi przymiotnikami, a także znakomite wydanie. Urocza metalizująca obwoluta, duża ilość kolorowych grafik w środku i powiększony format wypadają naprawdę znakomicie. A że wszystko tu doskonale do siebie pasuje i pozostawia po sobie bardzo przyjemne wrażenie, polecam „Card Captor Sakurę” Waszej uwadze. To znakomita seria dla młodych czytelników, w sam raz na początek przygody z japońskim komiksem i kawał dobrej opowieści, którą docenia się niezależnie od wieku.


Dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

Łasuch, tom 3 - Jeff Lemire

OSTATNIA NADZIEJA LUDZKOŚCI


Trzeci i zarazem ostatni tom „Łasucha”, autorskiej serii Jeffa Lemire’a, pojawił się niedawno wśród komiksowych nowości. Jak na tytuł ze stajni Vertigo przystało, całość okazała się dojrzałą, emocjonującą i intrygującą serią, która chyba żadnego czytelnika nie pozostawiła obojętnym. Teraz, gdy wszystko dobiegło wreszcie końca, śmiało mogę powiedzieć, że warto było przeczytać całość i że finał godnie podsumowuje całą, liczącą czterdzieści zeszytów opowieść, która na głowę bije większość współczesnego (i nie tylko) post apo.


Zaczyna się ostatni etap drogi bohaterów. Gus, Jepperd i cała reszta w poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie co wywołało zarazę, docierają na północ Alaski, gdzie wszystko się zaczęło. Czy uda im się odkryć prawdę? I czy jest szansa by znaleźli lekarstwo, które ocali ludzkość? A może dla naszego gatunku nie ma już nadziei?


Łasuch" to seria bardzo dobra, rewelacyjna wręcz, choć trudno dokładnie powiedzieć skąd się bierze jej siła wymowy. Na pewno talent Lemire’a nie jest tu bez znaczenia, bo autorowi udało się stworzyć z ogranych motywów naprawdę znakomitą rzecz, mam jednak wrażenie, że i sam bohater, dziwnie niewinny, naiwny, a co za tym idzie i czysty, budzący nie tylko naszą sympatię, ale i współczucie, swoją rolę także w tym odgrywa. Ale przecież świetna fabuła (Lemire zabierając się do jej pisania nie wiedział właściwie ile potrwa wydawanie serii, więc tworzył ją w sposób dość spontaniczny i fakt, że całość wyszła mu spójnie i udanie tym bardziej należy docenić), dobrze skrojone postacie, akcja, zagadki i zachwycający wprost klimat, tak dobrze „doprawiają” „Łasucha”, że całość pochłania się jednym tchem i aż żałuje, że to już koniec.


Jedynym minusem serii jest fakt, że to wszystko już było. Lemire, zainspirowany postapokaliptycznym komiksem „Punisher: The End” Gartha Ennisa, opowiadaniem „Chłopiec i jego pies” Harlana Ellisona i „Scoutem” Timothy’ego Trumana stworzył rzecz, która mi nieodmiennie kojarzy się z „Drogą” Cormaca McCarthy'ego i wciąż popularnymi (choć popularności tej prostej i często kiczowatej opowiastki chyba nigdy nie pojmę) „Żywymi trupami”. Jakościowo zachwycającą, pełną energii i siły i naprawdę znakomicie przy tym zilustrowaną. Styl autora jest co prawda uproszczony i czasem niechlujny, ale ile w nim tkwi pasji. I jaki świetny nastrój udaje mu się zbudować tylko za pomocą perspektywy, cieni i oszczędnych barw.


Trudno tego nie docenić i nie dać się porwać „Łasuchowi”. Tym bardziej, że seria ta to jeden z najlepszych dowodów na to, że w post apo da się jeszcze wiele powiedzieć. Może nie w oryginalny sposób, ale tak rewelacyjnie, że nawet czytelnicy znający niezliczone dzieła tego typu ulegają całości. Ale takie już są komiksy Lemire’a, który bierze to, co w danym gatunku najlepsze i przekuwa w coś swojego i jakże świetnego. Polecam zatem bardzo gorąco.







środa, 12 czerwca 2019

Wyprawa skrytobójcy - Robin Hobb (czyta: Maciej Więckowski)

GODNE ZWIEŃCZENIE LOSÓW SKRYTOBÓJCY



Jak to mówią, coś się kończy, coś zaczyna. Teraz nadszedł czas końca trylogii o Skrytobójcy jednakże cykl "The Realm of the Elderlings" oraz same losy poszczególnych bohaterów wciąż dalekie są od zakończenia. Na całe szczęście, bo „Wyprawa skrytobójcy” to kawał świetnej opowieści, znakomicie zinterpretowanej w wersji audio, po którą sięgnąć powinni wszyscy miłośnicy fantastyki spod szyldu fantasy.


Po mocnym finale poprzedniej części wydawało się, że jest już po bohaterze. I nadal tak się wydaje, tym bardziej, że wszyscy widzą jego zwłoki. Bliscy są zrozpaczeni, wrogowie, w tym król, cieszą się, że się go pozbyli, tymczasem Bastard wciąż żyje, choć nie wyszedł z egzekucji bez szwanku. Ocaliła go magia, a Brus i Cierń przychodzą mu z pomocą. Niestety to nie koniec problemów młodego skrytobójcy, a dopiero ich początek. W Królestwie Sześciu Księstw źle się dzieje pod rządami samozwańczego króla Władczego. Pokój, a zatem i ratunek, zapewnić może jedynie odnalezienie księcia Szczerego i przejęcie przez niego tronu. Dlatego Bastard wyrusza na kolejną misję, nie tylko nie wiedząc, gdzie dokładnie znajduje się poszukiwany, ale też i musząc uważać na wrogie siły czyhające na niego właściwie na każdym kroku. Czy uda mu się wrócić cało z tej wyprawy? Czy zdoła osiągnąć cel? I co jeszcze na niego czeka?


Nie da się sięgnąć po jedną tylko książkę Robin Hobb, odłożyć ją na półkę i więcej nie wracać do tego świata. Czytelnik, który raz wpadł w sidła jej prozy, już zawsze będzie chciał wracać i poznawać kolejne przygody kolejnych bohaterów. Bohaterów naprawdę znakomicie skrojonych, wieloznacznych, psychologicznie przekonujących i świetnie skonstruowanych – nie papierowych, a takich autentycznie z krwi i kości. Kocha się ich, nienawidzi, kibicuje im i wścieka na nich, a to w literaturze fantastycznej zdarza się naprawdę rzadko.


Oczywiście to tylko jeden z licznych, świetnych elementów, jakie znajdziecie w całości. Fantastyczne wizje pobudzające wyobraźnię, dużo przygód, zwrotów akcji, humor, wzruszenia... Długo można by wymieniać. Poza tym powieści Hobb są naprawdę znakomicie napisane, językiem żywym, pełnym, literacko satysfakcjonującym, a przy okazji lekkim i łatwym w odbiorze. Oczywiście zdarzają jej się dłużyzny, ale to w końcu epickie pod każdym względem – także długości – fantasy w najlepszym tego słowa znaczeniu.


Co się zaś tyczy wersji audio, podobnie jak to było w przypadku poprzednich audiobooków z tej serii, całość odczytana jest dobrze, wyraźnie i w sposób przyjemny w odbiorze. Lektor stara się, jak może, łagodzi głos, kiedy odczytuje kwestie kobiecych postaci, moduluje gdy tego potrzeba. Ani chwili nie nudzi, nie traci też czytelniczej uwagi, a powieści w jego wykonaniu słucha się z przyjemności.


Nic więcej dodawać nie trzeba. Miłośnicy dobrej fantastyki będą zachwyceni i to jest najważniejsze. A wersja audio, która nadaje się znakomicie do słuchania w podróży, na pewno umili Wam wakacyjny wypad. Polecam gorąco.


A Audiotece dziękuję za udostępnienie audiobooka do recenzji.

Magic Knight Rayearth #2 - Clamp

MAGIC SAILOR MOON


Podobnie, jak w przypadku większość miłośników mangi, moja przygoda z komiksami pań z grupy Clamp zaczęła się od ich niezapomnianego (i nigdy niedokończonego) „X”. Dlatego to do mrocznych, ciężkich i pełnych detali ilustracji tam ukazanych mam duży sentyment – i to ona najbardziej kojarzą mi się z twórczością Clampa. Dlatego już samą szatą graficzną kupiły mnie „Magic Knight Rayearth”, ale nie tylko dla niej warto po tę serię sięgnąć. Przede wszystkim bowiem jest to kawał sympatycznej i wciągającej opowieści, utrzymanej na naprawdę dobrym poziomie.


Cała opowieść skupia się na losach trzech dziewczyn z Tokio, które zostają przeniesione do magicznego świata, gdzie mają ocalić księżniczkę. By tego dokonać, muszą stać się Magicznymi Wojowniczkami, ale droga do tego ceku nie jest łatwa. Na razie muszą radzić sobie z pomocą tymczasowej broni, by jednak zdobyć właściwą, muszą odnaleźć legendarny minerał Escudo. I tu zaczyna się kolejny problem – wiedzie do niego droga przez Las Ciszy, miejsce gdzie nie działa żadna magia, a zatem także i kompasy. Jak mają znaleźć w nim drogę? W tym ma im pomóc Mokona, dziwne, bardzo energiczne stworzenie, ale jest jeszcze jeden problem – jak przetrwać w takim miejscu?

I tu na scenie pojawia się on, Ferio. Wojownik, który przybył im z pomocą też poszukuje Escudo, ale jaki jest jego cel? I po czyjej stronie stoi? Dziewczyny postanawiają wykorzystać go, jako ochroniarza. On je ochroni, one pomogą mu znaleźć drogę. Niestety w trakcie wyprawy czyha na nie niejedno niebezpieczeństwo, a ich wróg już czai się do ataku…


 Pierwszy tom „Magic Knight Rayearth” był stosunkowo lekki i bajkowy. Drugi, choć nie zatracił obu tych cech, staje się poważniejszy, cięższy i bardziej krwawy. Czytanie go przypominało mi jednak oglądanie „Czarodziejki z Księżyca”, gdzie humor, dynamiczne walki i urazy doznawane przez bohaterów były na porządku dziennym. Tu jest to wszystko, w pewnym stopniu skondensowane (choć na szczęście nie czuć tu pośpiechu), ale ukazane w naprawdę świetnym stylu. Tomik czyta się więc szybko i przyjemnie, jak każdą z prac pań z Clamp i – tak samo, jak inne ich dzieła – z całkiem sporym napięciem.


Prawdziwą gwiazdą całości jednak i tak są ilustracje. Podobne do tych z „X”, a więc mroczne, szczegółowe, bardzo dynamiczne, pełne detali i z mnóstwem efektów. W odróżnieniu jednak od flagowego tytuły Clampa, „Magic Knight Rayearth” zawierają wiele lżejszych elementów, sporo humoru i uroku, a także lekkości. Nie ma tu też wszędobylskiej symboliki i takiego nagromadzenia ciemności, choć jednocześnie całość pozostaje dość ciemna w swej tonacji.


Podsumowując, miłośnicy Clampa i dobrych mang fantasy będą zachwyceni. To świetna, świetnie przy tym wydana opowieść, którą warto poznać. Polecam, nie przypadkiem „MKR” stały się tak kultową serią.


Dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.








wtorek, 11 czerwca 2019

Grass Kings #3 - Matt Kindt, Tyler Jenkins

KONIEC POŚRÓD TRAW


Finał „Grass Kings” nadszedł wielkimi krokami. Seria, choć krótka, okazała się jednak intensywnym i bardzo przyjemnym doświadczeniem. Całość może i nie ustrzegła się drobnych błędów, ale za to urzekła klimatem, wykonaniem i prostym, ale jakże chwytliwym pomysłem na akcję. Teraz, po ostatnim tomie, śmiało mogę powiedzieć, że jestem usatysfakcjonowany i nie żałuję ani chwili czasu spędzonego w Królestwie Traw.


Zaczęło się lata temu na styku dwóch pokoleń. Hubert Sr. został wówczas szeryfem Cargill, jego zastępcą zaś stał się jego syn. I to wtedy w mieście wypłynęło pierwsze ciało. Niestety zwłoki nie były jednorazowym wypadkiem, a zapowiedzią. Ginęły kolejne osoby, nikt nie wątpił, że oto pojawił się seryjny morderca, a jego działania dotknęły także okoliczne miasta – Raven i, oczywiście, Królestwo Traw. Sama sprawa, jak i metody radzenia sobie z nią poróżniły ojca i syna, poróżniły też mieszkańców i same miasta….

… a teraz paranoja trwa. Spirala szaleństwa i przemocy nakręca się coraz bardziej, a działania ludzi prowadzą do coraz poważniejszych konsekwencji. Gdy niektórzy szykują się na wojnę z federalnymi i starają się zaangażować do działania bogacza, który nie chciałby kontaktów z władzą, a który mógłby dostarczyć im broń, inni zmagają się z problemami osobistymi. Gdy kulminacja wydarzeń zbliża się wielkimi krokami, trzej bracia będą musieli połączyć siły i zawalczyć o to, co jest dla nich ważne. Co jednak wyniknie z tego wszystkiego? Kto przeżyje a kto zginie? Kto jest mordercą? I jakie jeszcze sekrety skrywają Królestwo Traw i jego mieszkańcy?


„Grass Kings” to nie tyle komiks, co dobrze przemyślany, świetnie skrojony jednosezonowy serial zamknięty w formie graficznej opowieści. Poszczególne rozdziały skonstruowane jak epizody telewizyjnej produkcji, galeria wyrazistych bohaterów, małomiasteczkowa społeczność, tajemnice, klimat, akcja… Gdyby Stephen King miał napisać stricte sensacyjną opowieść w odcinkach, pewnie tak właśnie by wyglądała. Zresztą to gotowy materiał na tego typu produkcję, którego nawet nie trzeba by było wiele przerabiać. Tu nawet dialogi doskonale nadają się pod adaptację, a gdyby tak zebrać dobrą obsadę…


Ale wróćmy do komiksu. Fabularnie to kawał dobrego dreszczowca akcji, ale jak na podobną opowieść przystało, najważniejszy w nim – obok zagadek – jest klimat. A ten w dużej mierze spoczywa na szacie graficznej. Na szczęście artyście udało się zbudować doskonały nastrój, choć w większości plansze są jasne, pełne pastelowych barw i delikatności. A jednak kryje się w tym mrok, napięcie i znakomite oddanie scenariusza – tak znakomite, że szata graficzna wypada jeszcze lepiej niż fabuła.


Dlatego, bez zbędnego przedłużania, polecam bardziej niż gorąco. „Grass Kings” to kawał świetnego komiksu dla dojrzałego czytelnika. Aż chce się usiąść i jeszcze raz przeczytać całość od początku.







Siedmiu książąt i tysiącletni labirynt #4 - Yu Aikawa, Haruno Atori

NA KOŃCU LABIRYNTU


I dotarliśmy do finału „Siedmiu książąt i tysiącletniego labiryntu”. Było zabawnie, było dramatycznie, było ciekawie… I ciekawy jest też finał. Co prawda niczym nie zaskakuje, a wręcz podąża ścieżką oczywistą od samego początku, niemniej i tak czuję się usatysfakcjonowany i cieszę się, że przeczytałem tę serię do końca.


Wydarzenia w tysiącletnim labiryncie powoli docierają do finału. Co takiego wydarzy się w zalanej wodą budowli? I kto zostanie nowym cesarzem?

Othello, który złapał Yuana, jest jedyną osobą, która wie, jak wydostać się z labiryntu. Ponieważ jednak budowla coraz bardziej pogrąża się w odmętach wody, wróg jest jedyną nadzieją na ratunek dla wszystkich, którzy dotrwali do tej chwili. Othello stawia jednak jeden warunek: być może pomoże wszystkim – choć nie ma pewności, że rzeczywiście to zrobi – ale tylko, kiedy Yuan sam zakończy swój żywot. Jeśli tego nie zrobi, wszyscy zginą. Jaka w tej sytuacji będzie decyzja chłopaka? Jak na ultimatum zareagują jego towarzysze? I czy istnieje szansa, by wydarzenia w tysiącletnim labiryncie skończyły się szczęśliwie?


Od początku do końca ta seria była jak gra komputerowa. Grupka bohaterów wrzucona zostaje do budynku, z którego mają znaleźć wyjście. Nie dość jednak, że miejsce jest pełne zabójczych pułapek, to jeszcze wśród nich samych może czaić się morderca. A jeśli nie wśród nich, to na pewno w murach budowli. Każdy z nich zresztą skrywa swoje własne sekrety, które krok po kroku trzeba odkryć, a co więcej, by przedostać się na kolejne kondygnacje (a trzeba, bo wszystko coraz bardziej zalewa woda), trzeba rozwiązywać zagadki, które otworzą kolejne przejścia. Czyli czytelnicy dostali takiego swoistego „Tomb Raidera”, tyle że ze zbiorowym bohaterem oraz akcją osadzoną w realiach przygodowego fantasy.


Wszystko to zaś ukazane w kobiecym stylu, z niezłymi zwrotami akcji, całkiem szybkim tempem, solidną dawką zagadek i udanym klimatem. Do tego bohaterowie pojawiający się na łamach serii są naprawdę interesujący i w przeważającej większości sympatyczni. Nic dziwnego, że całość czyta się szybko i przyjemnie i aż szkoda, że to już koniec. Z drugiej jednak strony zamiast rozwleczonej serii, czytelnicy dostali zwartą, dobrze poprowadzoną krótką historię, która nie zdążyła znudzić ani zawieść. Świetnie przy tym narysowaną i tradycyjnie ładnie wydaną.


Kto lubi przygodowe shoujo w realiach fantasy, bo tak chyba scharakteryzować można „Siedmiu książąt”, nie będzie zawiedziony. Ja bawiłem się dobrze, momentami nawet bardzo. Dlatego polecam z czystym sercem.


A wydawnictwu Waneko dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.









poniedziałek, 10 czerwca 2019

The Goon: Kolekcja, tom 2 - Eric Powell

KOMIKS JAKO WESOŁE MIASTECZKO


Goona, Zbira czy jakkolwiek jeszcze by nazwać po raz pierwszy w Polsce zaczęto wydawać ponad dekadę temu. Zaczęto i nie skończono, a właściwie skończono po trzech krótkich tomach, nim seria w ogóle miała szansę się rozkręcić. Na szczęście Non Stop Comics postanowiło sięgnąć po ten tytuł i w chwili, gdy piszę te słowa, na rynku mamy dostępne już dwa zbiorcze tomy, czyli niemal tysiąc stron „The Goon”, świetnego, rewelacyjnie wydanego komiksu, który dla miłośników popkultury i klimatów rodem z kina lat 80., stanowi absolutne musisz-to-mieć.


Dla niewtajemniczonych o co w tym wszystkim chodzi, kilka słów wprowadzenia. Tytułowy The Goon, Zbir, to… zbir działający na Ulicy Samotnej. Ulica ta to jednak miejsce, które przyciąga najróżniejszy typ dziwaków, żywych trupów, szalonych naukowców etc. Dziwaków zabawnych, tragicznych, szalonych. Cokolwiek niezwykłego przyjdzie Wam do głowy, na pewno się z tym tutaj zetkniecie. I nie tylko z tym.

Co tym razem dzieje się a terenie Zbira? Po latach do miasta wraca Harley Labeau, niegdyś utalentowany gracz i szycha, a obecnie typ jakich wiele. Nie może jednak patrzeć, jak jego rodzinne okolice zmieniły się w norę złodziei i zabójców, dlatego chce przywrócić mieszkańcom godność poprzez sport. Czy jego straceńcza misja ma w ogóle sens? I czy pomoc Zbira może coś tu zmienić? Zaraz potem na scenie pojawia się doktor Hieronimus Aliaż, geniusz, którego ciało się rozpada. Jedynym ratunkiem jest dla niego Lewisum, pierwiastek pochodzący z innego wymiaru. Dlatego chce wynająć Zbira i jego towarzysza by zdobyli go dla niego… A to zaledwie początek!


Czego w tym komiksie nie ma! Nawiązania do złotej ery kiczowatej fantastyki, pulpowych czytadeł, tanich horrorów, starych komiksów, legendarnych opowieści (w tym tomie znajdziecie na przykład goonowską wariację na temat chyba najczęściej powielanego i adaptowanego dzieła literackiego – „Opowieści wigilijnej”)… Długo można by wymieniać. Ważne, że wszystko to ze sobą doskonale współgra. A to istotna rzecz, bo „The Goon” to opowieść oparta na żonglowaniu motywami i schematami, przepuszczaniu ich przez krzywe zwierciadło satyry i dalekiej od jakiejkolwiek poprawności komedii, z jednoczesnym poszanowaniem pierwowzoru. Powell doskonale pamięta, jak wiele zawdzięcza groszowym opowieściom grozy i kryminałom, a co za tym idzie wie, że musi zbudować świetny klimat – i udaje mu się to znakomicie.


W tym największa zasługa samych ilustracji, gdzie realizm i świetnie oddanie detali zderza się z cartoonowoscią. Do tego autorowi przychodzą z pomocą inni artyści, wzbogacając poszczególne epizody o odmienne stylistyki. Dlatego całość na poziomie graficznym przechodzi od kiczowatej retrostylistyki pozującej na zeszytówki z lat 60., przez grozę rodem z komiksów EC Comics, po duszne, wysmakowane plansze niczym z kryminałów noir i niemieckiego kina ekspresjonistycznego. Brzmi imponująco? I tak też jest. „The Goon” to niezwykła seria, coś dla fanów oldschoolowych dzieł podanych w świeży sposób, zabaw motywami, sentymentalnych podróży w czasie i niczym nieskrępowanego popuszczania wodzy wyobraźni. Powell swoje dzieło traktuje niczym zabawę w wielkim wesołym miasteczku i zaprasza nas do udziału w niej. Jak można by mu było odmówić?







Wilczyca i Czarny Książę #15 - Ayuko Hatta

PRZYSZŁOŚĆ WILCZYCY


To już przedostatni tom „Wilczycy i czarnego księcia”. Widać to wyraźnie po samej fabule, która już od pewnego czasu zmierzała do tego konkretnego punktu, a teraz jeszcze bardziej przyspiesza i daje nam jasno do zrozumienia, że to już niemal koniec. Autorka nie robi sobie jednak przerwy i nie obija się, serwując nam kolejny świetny tom serii. Nieco poważniejszy i cięższy, niż dotąd, ale nadal tak samo dobry, jak ostatnie części.


Ostatni czas nie była dla Eriki najlepszy. Wraz ze zbliżającym się coraz bardziej kocem nauki w liceum, dziewczyna musiała podjąć decyzję o dalszym kierunku swojego życia. Jaką ścieżkę kariery obrać? Gdzie iść na studia? Czego się uczyć? Wiecznie niezdecydowana nastolatka, która nie potrafiła znaleźć pasji swojego życia stanęła oko w oko z niezwykle trudnym wyzwaniem, mogącym zaważyć na całej jej przyszłości. Wszystko zmienił wyjazd do zajmującej się produkcją ręcznie robionych naczyń i dekoracji ze szkła ciotki i…

… teraz Erika w końcu wie, co chce robić. Zamierza iść w ślady ciotki, w okolicy znajdują się nawet odpowiednie szkoły, ale matka dziewczyny nie jest zachwycona tym pomysłem. W końcu nie gwarantuje on pewnej przyszłości, a znając córkę, kto wie czy ta szybko nie znudzi się rękodziełem. Erika jednak nie zmierza się poddawać i z nową energią przystępuje do nauki. Czy uda jej się nadrobić zaległości? Jak poradzi sobie z tym, co na nią czeka? I jak nadchodzące wydarzenia wpłyną na związek jej i Saty?


Być może powyższy opis brzmi tak, jakby tomik w całości skupiał się tylko na postaci Eriki, ale tak nie jest. Choć fabularnie rzecz oscyluje wokół jej marzeń i perspektyw, wszystkie ważne dla serii postacie pojawiają się w jej pobliżu i mają do odegrania swoje – i to wcale nie małe – role. Zabawa jest więc jak zwykle znakomita, mimo powagi nie brak tutaj także humoru, który jest cechą rozpoznawczą nie tylko tej serii, ale mang jako takich w ogóle.


Miłość? Jest. Szkolne problemy? Są. Przyjaźń i związane z tym kwestie? Tak samo. Czyli jest wszystko to, czego od shoujo się oczekuje. Tempo nie jest tu co prawda zbyt szybkie (w odróżnieniu od pierwszych tomów, których akcja pędziła na złamanie karku), ale całość dostarcza dostatecznej porcji emocji i następujących po sobie wydarzeń, by czytelnicy nie byli znużeni. Wręcz przeciwnie, życiowość „Wilczycy i czarnego księcia” pozwala wczuć się w opowieść i identyfikować z bohaterami.


Dodajcie do tego świetną, lekką i pełną uroku szatę graficzną i ładne wydanie i dostaniecie shoujo, które warto polecić każdemu miłośnikowi gatunku. Co prawda najlepsza jest pierwsza połowa serii, kiedy to odtworzone zostają niemal wszystkie schematy i motywy tego typu mang, ale wciąż „Wilczyca” to świetna rzecz i wypada to docenić.


Dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.