Moon Knight: Łowca znany Moon Knightem / Z zaświatów – Doug Moench, Warren Ellis, Don Perlin, Declan Shalvey


PAN KNIGHT

 

Warren Ellis – no ten gość umie, jak mało kto. A jak coś robi, to robi tak, jak chce i ile chce. Szczególnie w superhero, do którego zagląda często, ale na krótko. Dłuższych runów w tych ramach w zasadzie prawie nie miewa, siada do jakiejś serii, bo ma pomysł (albo może dobrze płacą), machnie cztery zeszyty („Thor”), sześć („Iron Man: Extremis”), czasem kilkanaście („Batman”, „Astonishing X-Men”), a czasem jeden. I tyle. No i dobrze, bo dzięki temu nie rozmienia się na drobne, serwuje samo gęste i konkret. I tak zrobił z Moon Knightem. Otworzył nową serię z nim, napisał sześć zeszytów i oddał to w ręce innych. I te jego pierwsze sześć zeszytów to po polsku mamy dwa razy, w różnych wydaniach, pozostałe już tylko raz. Tych pozostałych nie czytałem, ale to, co serwuje nam Ellis poznać warto i to jeszcze jak.

 

Na tom składają się dwie historie. Pierwsza to klasyka, gdy wrogowie pewnego wilkołaka wynajmują Moon Knighta by zajął się włochatym. No i zaczyna się ich walka.

Druga opowieść to rzecz bardziej współczesna. Moon Knight to antybohater ścigany przez prawo, ale jako Pan Knight stanowi czasem pomoc dla policji, która przymyka oko na jego faktyczną tożsamość. No i tak działa, zajmując się kolejnymi bandytami – a to rzeźnikiem, mordującym tylko silnych mężczyzn, to tajemniczym snajperem strzelającym do ludzi, czy wreszcie… duchami punków. Ale do czego go to doprowadzi? I co jeszcze odkryje?

 

Trudno nie odnieść wrażenia, że ten komiks Ellis zrobił trochę po macoszemu. Zupełnie, jakby mu się nie chciało, ale kasa go przekonała. Można i tak, tym bardziej, że to co zrobił to i tak chyba najlepszy Moon Knight jakiego czytałem. Fabularnie przypomina to trochę ellisowskie „Globalne pasmo” – czyli mamy serię złożoną z krótkich epizodów, każdy traktujący o innej sprawie. I każdy różniący się stylistyką i estetyką – bywa nastrojowo, bywa jak w horrorze, to znów mamy klasyczny thriller czy antyhero, a nawet baśniowe elementy.

 


Olewczość Ellisa widać jednak w tempie, w jakim prowadzone są historie. Mało tu miejsca na zbudowanie złożonej akcji, sprawy rozwiązywane są w kilka chwil, czasem w zeszytach mamy tyle akcji, że wystarczą dwie, trzy minuty by je pochłonąć… A jednak udaje się scenarzyście zbudować świetnie nakreślonego, narwanego, szalonego Moon Knighta, złożonego z kilku osobowości i przeżywającego niejedne, skrajne emocje. A że jest w tym sporo brudu, ma to swój pulpowy urok i składa się na i tak – jak już mówiłem – najlepszą historię z tym bohaterem, jaką dane było mi czytać. I może aż tak wiele z serii nie poznałem i eksperta udawać nie zamierzam, ale za sobą mam chociażby run Lemire’a i to jednak nie był ten poziom, co ta niby prosta, niewymagająca seria opowieści zaserwowanych z iście filmowym (serialowym) zacięciem. (Wersji Ultimate nie wliczam, bo to trochę inna bajka jednak).

 


A graficznie? Tym razem niepokorny Brytyjczyk dostał do pomocy irlandzkiego komiksiarza. I chociaż ja za grafikami Declana Shalvey’ego (bo o nim mowa) nie przepadam, tu gość jest w świetnej formie i pokazuje, że jak chce to potrafi. Jest klimat, dynamika, ładnie to wygląda, a kolorystycznie to miodzio. No i tym razem „SBM” nie niszczy wszystkiego tłumaczeniem, a jeszcze dorzuca trochę dodatków, standardowych dla siebie, ale takich, których w egmontowym wydaniu nie było. Więc warto. Jeśli macie sięgnąć i przeczytać jakieś przygody Białego Rycerza, ten tom to dobry wybór, bo Ellisowi udało się na nowo odkryć postać, połączyć stare (całe te odniesienia do klasyki serii) z nowym, tak by nawet nieznający tytułu czytelnicy mogli się tu odnaleźć od pierwszych stron i jeszcze fajnie wykorzystał biel Moon Knighta. Czego chcieć więcej?

Komentarze