Amazing Spider-Man, tom 4 - J. Michael Straczynski, Mike Deodato Jr., Mark Brooks, Peter David, Mike Wieringo, Rginald Huldin, Pat Lee
INNY
DOM, INNY… PAJĄK?
Ten album, przedostatni już z runem Straczynskiego,
to dwie konkretne, rozdzielone od siebie grubą kreską historie, które
jednocześnie są ze sobą – i poprzednimi tomami – fabularnie połączone. Pierwsza
to sześcioczęściowe potwierdzenie schematyczności w jaką w serii w tym momencie
popadł. Owszem, nadal to bardzo przyjemny kawał komiksu, ale nic poza tym.
Oczywiście całe to sarkanie odnosi się przede wszystkim do oceniania jej na tle
ogółu runu Straczynskiego, który pokazał nam wiele genialnych opowieści, bo na
tle większości spidermanowych komiksów „New Avengers” nadal jest świetny. A
potem na scenę wkracza dwunastoczęściowy „Drugie oblicze”, zdecydowanie
największy pajęczy event z czasów, kiedy nad przygodami Pajączka pracował
Straczynski i to już jest kawał świetnej opowieści, którą poznać powinien każdy
miłośnik tej postaci. Chociaż ze względu na fakt, że na całością pracował cały
zastęp scenarzystów i rysowników, bardzo nierówną. No i trzeba pamiętać też, że
to niemal dosłowna kopia jednej z fabuł czasów „Sagi klonów".
Ale po kolei. Peter nigdy nie miał łatwo i łatwo
nie ma także teraz. Spłonął dom May i Peter wraz z rodziną zmuszony jest
przeprowadzić się do Avengers Tower. Jakiś plus tego, że jest członkiem
Avengers. Ale wkrótce pojawiają się kolejne problemy, bo oto Hydra planuje
ataki, a jeden z nich przeprowadza z użyciem złych sobowtórów Mścicieli. Jakie
są jednak prawdziwe zamiary terrorystów?
Potem opowieść zatacza koło i wraca do początków
tego runu. Pewnego dnia Peter ma sen, w którym widzi Morluna i Kravena. Niby
nic takiego, ale do czasu. Po przebudzeniu jednak jeszcze nic na to nie
wskazuje, więc, jak co dzień, nasz Pajęczak angażuje się w zwyczajne życie
pająka, ale ciągle towarzyszą mu zaszczepiona snem myśli o śmierci. Kiedy w starciu
z nowym wrogiem zostaje ranny i traci przytomność, nie wie jeszcze czym się to
skończy. Opatrująca go dr. Costello przeprowadza badania i odkrywa, że Peter
jest umierający, bo zabija go mutacja, która dała mu moce. Od tej chwili nasz
heros będzie musiał poradzić sobie ze świadomością własnej śmiertelności i
pożegnać z bliskimi i światem, jak należy. Ostatnie dni staną się dla niego
jednak nie tylko czasem spełniania marzeń, które zabiorą go w podróż w czasie i
kolejnymi badaniami, jakie przeprowadzają na nim najwięksi geniusze świata, ale
też walka. Bo oto zza grobu powrócił Morlun i chce za wszelką cenę zabić
Pajęczaka. A nie jest jedynym łotrem, który szaleje po mieście…
Jak wspominałem na początku, tak jak końcówkę
poprzedniego tomu dopadła pewna schematyczność, tak i jest ona widoczna tym
razem. Przede wszystkim dlatego, że Straczynski, odrzucając to, co wychodzi mu
najlepiej, czyli obyczajowe i zaangażowane emocjonalnie historie, skupił się na
tym czego chcą niewymagający, typowi czytelnicy, czyli akcji. Nie jest to zły
schemat, ale jednak schemat i przydałby się powiew jakiejś rewolucji. Powiew
czegoś więcej. Czegoś głębiej. Mocniej. Ambitniej. I czasem z większą
pomysłowością.
Ale tak:
mimo to i mimo, iż historia z „New Avengers” jest jedną ze słabszych,
jakie Straczynski napisał do tej serii, nadal czyta się ją świetnie. Co tu dużo
mówić. Nie ma tu miejsca na nudę, tempo jest dobre, akcja udana, a im bliżej
finału, tym zaczyna dziać się więcej i zdecydowanie ciekawiej. Nawet jeśli sam
finał starcia z Hydrą jest zbyt szybko poprowadzony i nie do końca
przekonujący, Straczynski w ostatecznym rozrachunku radzi sobie na poziomie.
No i jeszcze rysunki. Te są tradycyjnie już
znakomite, choć są momenty, gdzie sprawiają zrobionych pospiesznie albo od
niechcenia. Najlepiej jednak wypadają te mroczne, pełne zabaw światłem i
cieniem i mogące popisać się swoim realizmem. A takich scen bynajmniej tu nie
brakuje. I tylko czasem odnosi się wrażeni, że aż taki realizm jest Pająkowi
zbędny. No ale kwestia gustu.
A potem zaczyna się główna atrakcja tego numeru: „Drugie
oblicze” i… Po tych mniej porywających, bo stricte superhero zeszytach to rzecz
stanowiąca pewien powiew świeżości. Bo niby powrót do tych superbohaterskich
klimatów, ale przede wszystkim iście epicka, wywracającą życie Petera do góry
nogami opowieść, gdzie dużo jest wątków obyczajowych i to dobrze rozegranych. I
przy okazji opowieść, która jako pierwsza od wielu lat zaangażowała kilka
pajęczych serii by opowiedzieć ją, jak to robiono w dawnych czasach (co
równocześnie jest formą wyciągnięcia większej ilości funduszy od czytelników,
którzy przez „Innego” zmuszeni zostali kupować teraz trzy serie miesięcznie –
„Amazing Spider-Man”, „Marvel Knights: Spider-Man”, który zbiorczo wychodzi po
polsku od zeszłego miesiąca i „Friendly Neighborhood Spider-Man”, no ale cóż).
Jednocześnie to powrót rozległych fabuł tworzonych przez wielu artystów,
wszystko fajnie, jak dawniej, z graniem na sentymentach i... i tu pojawiają się
pewne problemy.
Pierwsza część tej historii złożona z trzech
zeszytów napisanych przez Petera Davida, nie powala wprawdzie na kolana, ale
wprowadza nieco przyjemnej odmiany. Mamy więcej humoru, ciekawej akcji…
znalazło się parę błędów, ale ogólnie nie mogę się do niczego, kolokwialnie
mówiąc, przyczepić. Podobnie jest z kolejnymi trzema numerami, jakie napisał
Reginald Hudlin, ale za jego „panowania” nad opowieścią zdarzyła się prawdziwa
perełka w postaci zeszytu „Retreat”. Ale i tak najlepiej jest w części
trzeciej, w całości napisanej przesz Straczynskiego, który zmienia „Drugiego
oblicza” (swoją drogą tytuł „Inny” albo „Ten drugi” lepiej by tu pasował) w
ponury, gorzki i przesycony emocjami event, gdzie bardziej liczy się bohater,
jako człowiek, jego relacje i psychika, niż popisy superhero. Pozostałe zeszyty
to miks scenariuszy tej ekipy, mniej lub bardziej udane, choć satysfakcjonujące
na sam koniec, mimo że to powtórka z rozrywki, bo za wielkiego klonowania była
niemal identyczna fabuła tylko z innymi złymi: tam nawet poszczególne wątki z
umierającym i żegnającym się z bliskimi pająkiem były niemal identyczne. A
takie fabuły powielano potem jeszcze nie raz, choćby w przereklamowanym „All-Star
Superman” Morrisona.
Ale graficznie rzecz nie zadowala. Co prawda są tu
świetne ilustracje Mike’a Deodato Jr., ale przeciętne prace Mike’a Wieringo
nadają się co najwyżej do komiksów dla dzieci i młodzieży, gdzie infantylna
cartoonowość nie przeszkadza. Tu jednak wypada to słabo. Niestety to jeszcze nie
jest najgorsze, bo dopiero to, co serwuje nam Pat Lee to prawdziwa beznadzieja.
Mangowa estetyka zostaje tu zamordowana przez tragiczne ilustracje, w których
proporcje się gubią, cienie to porażka, a nadrabianie niedostatków rysownika
komputerowymi fajerwerkami gryzie w oczy, a mnie doprowadzała do zgrzytania
zębami.
Mimo tych minusów, czwarty tom runu Straczynskiego
to i tak świetny, momentami iście rewelacyjny komiks dla fanów postaci i
dobrego, niebanalnego superhero. Takich komiksów dziś ze świecą szukać (no w
Spiderze ostatnio Hickman tylko daje radę). Tyle w temacie.





Komentarze
Prześlij komentarz