Amazing Spider-Man: Origin of the Species – Mark Waid, Bob Gale, Marc Guggenheim, Joe Kelly, Dan Slott, Fred Van Lente, Zeb Wells, Adam Archer, Paul Azaceta, Mike Del Mundo, Max Fiumara, Karl Kesel, J.M. Ken Niimura, Graham Nolan, Mark Pennington, Matthew Southworth
W końcu wracam do Pająka z czasów BND. Było trochę nowości, trochę rzeczy, które miałem ochotę przeczytać na już, jak to się mówi, ale nie zapomniałem i oto jestem. A „Amazing Spider-Man: Origin of the Species” to album ważny, nawet jeśli nie do końca udany. Co w nim takiego istotnego? To przede wszystkim zwieńczenie całego „Brand New Day”, prowadzące do otwarcia zupełnie nowego rozdziału w życiu Pajęczaka. Jednocześnie to dynamiczny komiks, który sprawia wrażenie, jakby chciał być powtórką z „The Gauntlet”, skondensowaną jednak do ledwie kilku zeszytów. Ale każdy, kto lubi wypełnione szaloną akcją opowieści superhero, będzie zadowolony, choć jak niemal każdy tom od dłuższego czasu, tak i ten pozostaje nie do końca spełniony.
Peter stara się zarobić na utrzymanie, ale jego
życie nie jest usłane różami. Komplikuje się jeszcze bardziej, kiedy podczas
spotkanie z Harrym i Carlie zjawia się rodząca Lily, a za nią hordy dawnych
wrogów Spidera, mających jakąś misję do wykonania. Tak zaczyna się walka o przetrwanie,
bo nie dość, że najwięksi przeciwnicy Człowieka Pająka zaczynają na niego
polować, to jeszcze włącza się w to cała nowojorska policja. A co gorsza to
dopiero początek…
Niezły scenariuszowo, przyjemny rysunkowo finał ciągnącego się od bardzo długiego czasu „Brand New Day” to
typowy komiksowy akcyjniak. Akcja jest szybka i w miarę wciągająca, kilka scen
naprawdę udanych, kilka nie, ale tak to już bywa. I w zasadzie niewiele jest tu
jeszcze do dodania, skoro komiks na kolana nie powala, ale jako rozrywka, stoi
na wysokim poziomie, a to rzadka cecha w takich tasiemcowych seriach.
„Origin of the Species” to taki powrót do opowieści typu „Zemsta złowieszczej szóstki”, gdzie dzieje się dużo, nie zawsze z sensem, ale rzecz ma przede wszystkim dostarczyć chwili rozrywki. Na dodatek mamy tu kilka istotnych dla serii scen i domknięcie wszystkiego, co ciągnięto od tak dawna. Nie ostateczne, ale dostatecznie, sprawdzające się całkiem dobrze. Rysunki co prawda najbardziej urzekają plenerami, których nie jest zbyt wiele, ale całkiem nieźle pasują do opowieść i mają w sobie coś innego, a tasiemcom odświeżenie się przydaje zawsze.
Album wieńczy jednozeszytowa opowieść, którą można uznać za epilog całości. Na jej stronach z więzienia wychodzi Vin. Tymczasem Harry organizuje imprezę pożegnalną, bowiem od jutra, z obawy o zdrowie syna, przechodzi w ukrycie. Peter zjawia się na imprezie, ale ma problem. Carlie chce bowiem wiedzieć co z ich relacjami…
I jako epilog ten zeszyt jest całkiem niezły. Do
finału doprowadza zapoczątkowane wątki (szkoda tylko, że wątek z MJ zostaje
rozgrzebany i tak pozostawiony), choć bez rewelacji, kilka intrygujących rzeczy
znajduje swoją zapowiedź. Całość jest prosta i klasyczna, ale udana.
Dodatkowo otrzymujemy kilka bonusowych komiksów,
„Honor ojca”, w którym Harry rozlicza się z Vinem, „Z dala”, w którym Jameson
wprowadza ustawę zakazującą ludziom działania na własną rękę, skoro od tego są
służby, „Ostatnią noc Norah w Nowym Jorku”, gdzie Spider stara się przekonać
przyjaciółkę do nieopuszczania miasta, pseudo-reklamę „Jameson the Musical”,
„American Hero” o Flashu, a w końcu najlepszy z dodatków, humorystyczny komiks
„Znowu ty?”, w którym patrzymy, jak Mia Flores przez 102 zeszyty usiłuje
spotkać się z Peterem. Nic, co trzeba znać, ale wszystkie stanowią miły akcent.
Reasumując, polecam, choć – wiadomo – jest to pozycja dla fanów, którzy czytali dotychczasowe zeszyty. Nowi czytelnicy nie odnajdą się w bałaganie wątków namnożonych przez tyle numerów . I nawet jeśli akcja by ich wciągnęła, nie znajdą tu zbyt wiele dla siebie (chyba, że najpierw przeczytają dodatek, gdzie mamy streszczenie losów postaci i wydarzeń, ale temu akurat brakuje pewnego polotu).



Komentarze
Prześlij komentarz