PRZEBUDZENIE
SAIYAŃSKICH MOCY
Ósmy tom „DBS”, czyli sam środek walki i już podprowadzenie
pod finał, to rzecz równie dobra, co kilka ostatnich części. Nadal całość
nastawiona jest na walkę, walkę i jeszcze raz walkę, ale zdarzają się tu drobne
momenty czegoś więcej, jak osobiste opowieści niektórych postaci. A dorzucenie
do tego Saiyanek i odbicia niezapomnianych starych kinówek o Brolym sprawia, że
rzecz fajnie rozwija uniwersum.
Frizer staje do walki z Cauliflą, by przekonać się,
że saiyańska wojowniczka nie jest wcale takim łatwym przeciwnikiem, jak się
wydawało. Co więcej, jej podwładna, Kale, okazuje się skrywać jeszcze większą
moc. Gdy dochodzi do jej przebudzenia, zaczyna się istna masakra, ale szybko
okazuje się, że to, co przechyla szalę zwycięstwa na korzyść jej wszechświata, staje
się zagrożeniem dla jej własnych towarzyszy.
Co prawda to ta walka staje się główną atrakcją
tomu, jednak inni wojownicy też mają coś do powiedzenia. W końcu nadchodzi
bowiem czas, by Gokū pokazał, jakiego asa skrywa w rękawie, a także… No
właśnie, przygotujcie się na pojedynek Boskiego Miszcza z… Jirenem!
Przy okazji poprzedniego tomu pisałem, że dobrze jest,
iż chociażby taki Boski Miszcz nie ma za wiele do pokazania w turnieju bo nie
miałoby to sensu. W tym tomie zaś zostaje postawiony przeciw wojownikowi, który
powinien go zdmuchnąć w mgnieniu oka, najlżejszym atakiem nie pozostawiając z
niego nawet pyłu, a… No nawet udaje mi się coś pokazać i choć powinno wypaść to
nie tylko nieprzekonująco, ale i tandetnie, o dziwo daje radę. A przy okazji ma
w sobie porcję sentymentu, nie powiem.
Ogólnie jednak ten tom to popis przebudzonych mocy
Saiyan. Gokū serwuje nam może nie nową przemianę, ale nowe możliwości, które z
czasem zostaną udoskonalone. Ale ważniejsze od niego stają się akcje z Kale i
Cauliflą, bo raz, że w końcu możemy zobaczyć saiyańskie kobiety w akcji i przemianie,
dwa, że ta pierwsza to taka żeńska forma Broly’ego, wtedy postaci
niekanonicznej, bo występującej jedynie w niezależnych od wydarzeń serii
kinówkach, a zatem to jej wersja „legendarnego Super Saiyanina” była pierwszą w
kanonie serii. A że Broly to jednak legenda, która mogła pochwalić się wielką
popularnością (i wkrótce po tych wydarzeniach dostała własną, kanoniczną kinówkę
i trafiła też do mangi), wątek z Kale budzi coś w fanach serii. We mnie
obudził.
Wszystko to czyta się znakomicie. Tempo, brak przeciągania, rzeczowe i konkretne poprowadzenie wątków, które w zwartej formie nabierają jakości i fajne rysunki sprawiają, że to znów naprawdę dobry tom, trzymający poziom i przypominający, że format wielkich turniejów sztuk walki nigdy się w „DB” nie znudzi, pod warunkiem, że wykonany zostanie w miarę tak, jak kiedyś się to robiło, bo właśnie to czyni go w tych tomikach takim fajnym.

Komentarze
Prześlij komentarz