SON OF THE
FORREST
Nie ma się co oszukiwać – jeśli coś jest w tej
grze, niemal na pewno było już w „The Forrest”. Tu wszystko jest skopiowane z
tamtej produkcji, ale z drobnymi różnicami. Tam, gdzie w „Lesie” mieliśmy
fantastyczne elementy, tu są atrakcje w stylu bazy producentów narkotyków, jednak
to zmiany kosmetyczne. Czasem coś lepsze jest w „Forreście” (budowanie,
intuicyjność, tajemnice), czasem w „Green Hell” (grafika, emocjonalna strona,
płynność), ale w zasadzie to jakbym grał w remake tamtej produkcji. Minus? Może
i tak, ale za bardzo lubię ten forrestowy klimat, by się nie cieszyć, że rzecz
poszła w tę stronę. A sama gierka udana i warta polecenia, chociaż trzeba
jednak ten survival i błąkanie się po planszy, gdzie ciągle coś się czai –
wrogowie nie tak często, ale węże, pasożyty i problemy z organizmem już tak –
lubić, acz i tu produkcja idzie na wiele ustępstw i każdy może dostosować ją do
swoich potrzeb.
Antropolog i pisarz Jake Higgins trafił do
amazońskiej dżungli, coś się jednak wydarzyło i teraz nie pamięta wielu rzeczy,
a jego żony Mii, nigdzie nie ma. Co prawda udaje mu się skontaktować z nią za
pomocą radia, ale jej zachowanie wydaje się dziwne i… No i Jake postanawia ją odnaleźć,
ale najpierw musi jakoś przetrwać w dżungli, a także odzyskać wspomnienia. Co jednak
kryje się w tym miejscu? I do jakich odkryć doprowadzi to wszystko Jake’a?
Nie powiem, gierka jest w pewnym stopniu
przewidywalna – chodzi mi o zakończenie wątku z Mią, który, choć ma w sobie
fajne emocje w początkowych rozdziałach trybu fabularnego, mógłby mieć inny
nieco finał. Ten nie jest zły, ale za oczywisty, za typowy. I nieważne, które ogracie
zakończenie (ja poszedłem w to dobre, ale obejrzałem sobie alternatywne). No ale
nie oryginalnością ta gierka stoi, w końcu, jak wspominałem, wszystko co się
dało, podkradli chłopaki i dziewczyny z Creepy Jar (złożonego z ludzi, którzy
kiedyś pracowali przy „Dying Light” i „Dead Island”) „Forrestowi”, a potem to
podkręcili, inaczej rozkładając fabularne akcenty: horror zastąpili bardziej thrillerem
psychologicznym, a zagadki są mniej istotne i bardziej wkomponowane w fabułę, a
nie tak rozrzucone po grze, gdzie w „Lesie” musieliśmy szukać, odkrywać i sami
kawałek po kawałku składać, co tam znaleźliśmy, by mieć pełniejszy obraz, niż to
wynika z samej opowieści. Czy to dobrze, czy źle, sami musicie ocenić.
Jeśli chodzi o rozgrywkę to mamy tu tryb przetrwania,
czyli kto najdłużej wytrzyma bez żadnego zakończenia czy celu w zasadzie, mamy
tryb fabularny (a w nim zarówno główną opowieść, którą przeszedłem w piętnaście
godzin, jak i prequel „Spirits of Amazonia”, oparty już nie na szukaniu prawdy,
a wykonywaniu zadań dla autochtonów, który zajmuje parę godzin) i wyzwania,
gdzie konkretne rzeczy zrobić trzeba na czas. Istotne jest to, że mamy całe bogactwo
możliwości dostosowanie poziomu trudności do własnych oczekiwań. Personalizacja
od tej strony to bajka, gdzie każdy może wybrać formę zabawy przystosowaną do
niego. Sama gierka łatwa nie jest nawet na dość niskim poziomie – ciągłe zagrożenia,
ciągłe szukanie jedzenia, tłuszczy, wody, budowanie miejsca do wypoczynku i
zapisu gry… Nie prześpimy się na ziemi, bo zaraz dopadnie nas choróbsko albo
jakiś syf wejdzie pod skórę i trzeba będzie wycinać. Nie najemy się surowego
mięsa, bo pasożyty, bo wymioty, podobnie jak i z brudną wodą. A tu jeszcze coś
na ukąsi, coś zrani. Wiadomo, leczyć się to wszystko da, jednak niełatwo jest
też znaleźć potrzebne składniki, więc uważać trzeba. Ale, ale… No właśnie, to
wszystko można sobie dostosować. Chcecie poznać fabułę, ale survival to nie dla
Was? Luzik, możecie sami wybrać, które funkcje są włączone, a które nie: klikacie
i znikają jadowite zwierzęta i groźni wrogowie, klikacie i nie trzeba już tyle
spać, a wcale jeść ani pić, można rozglądać się, biegać i na lajcie bawić się w
szukanie, w robienie zadań, budowanie, odkrywanie. Nadal jednak będziecie mogli
się zranić, zginać w jakiś sposób, będziecie musieli leczyć, jeśli coś się Wam
stanie, na bezsenność zapaść…
A zabawa bardzo fajna, z emocjami, z nieźle zrobionymi
postaciami i graficznie naprawdę na poziomie to wypada, nawet jeśli postacie
można było nieco lepiej dopracować. Ale nie postaciami to stoi, a klimatem, a
ten jest przedni: wschody i zachody słońca, gdy słońce wspina się po niebie i
przez dżunglę przebijają promienie czy narkotyczne wizje, wszystko to robi
wrażenie. Tym bardziej, że gierka mało waży, a terenu i możliwości oferuje
sporo. Stara się być realistyczna, jak może, tak od strony tego survivalu, jak
i wyglądu i nieźle jej to wychodzi. Zoptymalizowana jest dobrze, zarzutów nie
mam, chociaż pewne elementy rozgrywki bym poprawił (budowanie, przeglądanie
notatnika czy nieco toporne skakanie – twórcy nie raz zresztą poszli na łatwiznę,
bo wspinanie się po linie to nic innego, jak zarzucenie tej liny wciśnięciem klawisza
i… i cięcie do momentu, gdy już jesteśmy na górze albo na dole), ale… No jestem
zadowolony i jeszcze bym w coś podobnego zagrał. Tym bardziej, że polscy twórcy
mają coś takiego, że klimat ich gierek przypomina mi moje popaprane sny (miałem
tak chociażby przy „Blair Witch”, i tu znów parę takich rzeczy spotkałem), a
takie elementy mi bliskie zawsze jakoś miło wypadają, niczym te tereny jak u
krewnych ze wsi za chałupą, gdy grało się w „Wieśki”. I może to nie bomba, może
takie gierki już są, ale bawiłem się dobrze. Dwadzieścia kilka godzin w gierce
kupionej za niecałe 9 zł na promocji. A i okazało, że akcja dzieje pod koniec
grudnia, więc jakoś tak mi się to mimo wakacyjnego klimatu wpasowało w świąteczną
atmosferę.

Komentarze
Prześlij komentarz