CO
JESZCZE KRYJE SIĘ WE „WŁADCY PIERŚCIENI”
Właśnie na rynku pojawił się siódmy z dwunastu
(albo trzynastu, zależy czy wydawca zdecyduje się też na „The History of
Middle-earth: Index”) – tom, który jednocześnie jest drugim z czterech tomów
określanych mianem „Historii Władcy Pierścieni” (co zresztą mamy w podtytule),
bo o tym dziele Tolkiena traktuje. I tak to się fajnie złożyło, że rzecz wyszła
nam akurat teraz, gdy zbliża się dwudziestopięciolecie premiery „Władcy
pierścieni: Drużyny pierścienia”, a ja przez to mam ostatnio wielką fazę na
Tolkiena. Dlatego na tom rzuciłem się, jak szczerba na suchary, ale i bez tego
znakomicie by wszedł, bo co, jak co, ale proza brytyjskiego mistrza jest
znakomita. I cóż z tego, że „Historia Śródziemia” to nic innego, jak dodatki
dla fanatyków Tolkiena i jego świata, różne fragmenty, mniej lub bardziej
skończone, nieco odmienne wersje tego, już doskonale znany, jak skoro wszystko
jest fascynujące i doskonale wykonane?
Jeśli chodzi o zawartość tomu, to tytuł dobrze go
określa – wszystko toczy się w zasadzie wokół Isengardu i zdrady. Dowiadujemy
się wiele Sarumanie i jego współpracy z Sauronem, wpadają też informacje o
Entach i Uruk-hai, dochodzą też fakty na temat nowych krain południe i wschód
od Gór Mglistych. Ale więcej dowiadujemy się też o miejscach (i postaciach) już
nam znanych. Całości dopełnia zaś dodatek o runach.
Tolkien umie zaimponować bogactwem wyobraźni,
przekładającym się na drobiazgowość ukazania wykreowanego przez siebie świata.
I to na tak wielu poziomach. Ale przede wszystkim imponuje nam swoim
perfekcjonizmem. Kiedy czyta się różne wersje poszczególnych rozdziałów, a bywa
ich niemało, człowiek widzi, jaką drogę przeszło dzieło, by ukazać się nam w
ostatecznym kształcie, który pokochaliśmy. Ewolucja tekstu to co prawda proces
naturalny, nie ma chyba literackiego dzieła, które od momentu napisania go do
trafienia w ręce czytelnika nie przeszedł żadnych zmian. Opowiadać o autorach i
ich podejściu do szlifowania tekstu można by długo – od historii o tym, jak
niektórzy tak długo cyzelowali każdą napisaną stronę, aż była idealna i dopiero
brali za kolejną, po napisanie książki, odłożenie jej i pisanie od nowa,
wiedząc już co i jak się chce osiągnąć – ale Tolkien, ze swoim pisaniem wciąż
na nowo, wciąż nieco inaczej i dostosowywaniem wszystkiego, do ostatecznej
wizji tak, że powstawało wiele najróżniejszych wersji tego samego nadal robi
wielkie wrażenie i wyróżnia się na ich tle.
I wszystko to widać właśnie w „Historii
Śródziemia”. Mamy tu takie różne wersje, sceny wycięte, alternatywne, ewolucję
opowieści, stylu i wizji… No całą masę takich rzeczy, jak z dobrego wydania
DVD, gdzie same dodatki dłużej trwają, niż film. Nie chodzi bowiem to, by te tomy opowiadały konkretną, od
początku do końca opracowaną i spójną historię, a by uzupełniły to, co już
znamy, pokazały nam coś więcej, dopowiedziały i zaprezentowały, jak być mogło i
jak na dzieło wpływał nie tylko czas, ale i zmiany w podejściu autora. No i
przy okazji by obudziły wspomnienia, bo to też ważna część lektury.
W skrócie: piękna sprawa, prawdziwy skarb dla fanatyków Tolkiena i przy okazji znakomity przykład, jak imponujące, rozległe i ważne, a przede wszystkim fascynujące i wspaniałe dla ludzi jest to uniwersum – bo czy gdyby nie było, fani chcieliby kupować takie kompilacje odrzucone przez samego autora materiały? Właśnie. Do tego świetne wydanie, piękna okładka… No czego chcieć więcej? I chociaż sporą część „Historii Śródziemia” czytałem swego czasu m.in. w oryginale i mogę Wam powiedzieć, że będą w serii takie atrakcje, jak epilog do „Władcy pierścieni”), cieszę się, że wydawnictwo Zysk zdecydowało się wydawać ją po polsku, bo jest tego warta.
Recenzja opublikowana na portalu Sztukater.

Komentarze
Prześlij komentarz