INTERKOSMOS
Na pewno to znacie, bo schemat ten popkultura
wykorzystała już nie raz. Oto trzeba pomóc człowiekowi, wiec naukowcy
wpuszczają do jego ciała pomniejszoną ekipę w łodzi podwodne i… Kojarzycie,
prawda? Był film „Interkosmos”, była też prześmiewcza komiksowa wersja w
postaci zeszytu „Lobo: Fragtastyczna podróż”, ale wszystko zaczęło się od… Nie,
nie od tej książki, ale mimo wszystko jednak od „Fantastycznej podróży”. Ale w
wersji filmowej. Dopiero potem powstała książkowa adaptacja scenariusza, a ten
powierzono samemu Issacowi Asimovowi. W efekcie powstała znakomita powieść,
którą świetnie się czyta i która pokazuje, że adaptacje filmowych hitów nie
muszą wcale być kiepskie.
Jak uratować człowiek, od życia którego zależy tak
wiele, kiedy nie można go zoperować? Przed takim wyzwaniem staje ekipa
ratunkowa, która musi ocalić życie naukowca, specjalisty od zmniejszania. By to
zrobić, do jego organizmu zostaje wstrzyknięta zminiaturyzowana łódź podwodna z
całą ekipą, która płynąc przez ciało mężczyzny, ma dotrzeć do zagrażającego mu
skrzepu i go rozbić. Czy ich misja ma jakiekolwiek szanse powodzenia?
Książki czy to adaptujące filmy, czy też
rozwijające filmowe uniwersa, to zwykle tak bezczelne odcinanie kuponików, że
nie warto po nie sięgać. Zaliczyłem parę takich tytułów i 99 procent z nich
szczerze żałuję. Kiepsko pisane, często mniej więcej na poziomie nieco bardziej
rozbudowanego streszczenia danego dzieła, z literackim poziomem nie tylko
poniżej krytyki, ale i bez jakiegokolwiek poszanowania dla czytelnika, miały za
zadanie żerować na popularności danego dzieła i wyciągnąć z kieszeni fanów
pieniądze. Nieważne, czy były to literackie wersje filmów, czy dodatki z danego
uniwersum („Obcy”, „Gwiezdne wojny” albo światy którejś z gier komputerowych, a
było tego dużo), zawód był niemal zawsze. Znalazło się kilka wyjątków (trylogia
„Thrawna”, trylogia „Darth Bane’a”), ale tylko potwierdzały regułę. No i żadna
z nich nigdy nie przedstawiała takiej jakości, jak „Fantastyczna podróż”. Czego
się jednak spodziewać, skoro napisał ją gigant science fiction?
Klasyczny film o tym tytule, mający swoją premierę
w 1966 roku, może i zgarnął dwa Oscary (w kategoriach technicznych, ale zawsze),
ale dziś pozostaje raczej zapomniany i – może się mylę, ale odnoszę takie
wrażenie – że inspirowany nim mocno „Intekosmos” jest bardziej kojarzony. Ale o
tej klasyce pamiętać warto. A wznowienie powieści to dobra okazja do
przypomnienia sobie o „Fantastycznej podróży” – a może też i poznania jej po
raz pierwszy w życiu i sięgnięcia (przed, czy po) po filmową wersję. Bo warto.
Sama książka, jak na Asimova, to może i rzecz lekka i prosta. Nie jest to druga
„Fundacja”, rzecz jest bardziej przygodowa, na luzie i w ogóle. taka
niezobowiązująca, ale też i nie pusta. Nadająca się w sam raz na początek
przygody z prozą legendarnego autora. Jednocześnie to nie tylko rozrywka, ale
też i całkiem fajnie wykonany wykład z medycyny, a także po prostu kawał
dobrej, klasycznej fantastyki z pewną sensacyjną niemalże nutą.
Nie zawodzi tu ani pomysł, ani pisarstwo. Wszystko
jest na swoim miejscu, a całość działa na czytelnika i nie daje mu się nudzić
ani przez chwilę, okazując się o wiele lepsza od filmowego pierwowzoru. Może i nie jest to długa powieść, ale za to na tyle satysfakcjonująca,
że chciałoby się więcej. A to więcej jest. Asimov w 1987 roku, chcąc zrobić
niezależną od scenariusza opowieść w tym temacie, wydał „Fantastic Voyage II:
Destination Brain”, a czternaście lat później Kevin J. Anderson dorzucił do
tego „Fantastic Voyage: Microcosm”. Gdyby tak się ktoś pokusił o nie w naszym
kraju… Pomarzyć warto.
Recenzja opublikowana na portalu sztukater.

Komentarze
Prześlij komentarz