GRZECHY
MIASTA
Z Frankiem Millerem miałem tak, że kiedy po raz pierwszy
zobaczyłem jego prace, poczułem, jakbym je doskonale znał. Ten pierwszy kontakt
odbył się lata temu na stronach nieistniejącego już magazynu „Świat Komiksu”,
gdzie przedstawiono dwa króciutkie komiksy z cyklu „Sin City”. I byłem tak
pewny, że już miałem już styczność z jego komiksami, że strona po stronie przejrzałem
skromną wtedy moją kolekcję komiksów amerykańskich. Coś około setki zeszytówek
z Semica, nieco albumów z Egmontu, parę innych rzeczy. Nie znalazłem. Ale to
wrażenie – i nietypowość kreski Millera – plus wszystkie te ochy i achy nad
legendą autora, które chłonąłem z różnych stron, choćby magazynu „Produkt”,
sprawiły, że w końcu sięgnąłem po „Miasto Grzechu”. To był wtedy co prawda mój
drugi wybór, w życiu trzynastolatka w moich czasach nie miało się wielkich
funduszy, a wiedziałem, że muszę mieć „Batman: Powrót Mrocznego Rycerza” i na
to postawiłem w pierwszej kolejności (ale o tym więcej przy wspominkowej
recenzji „PMR”), ale kilka dni później i tak musiałem wydać na „Sin City”. I
nie zliczę, ile razy wracałem do tej historii, a teraz wróciłem znowu. I z jednej
strony nadal zachwyca fabułą i rysunkami, z drugiej w pierwszym wydaniu, tym z
fajniejszymi okładkami, odpycha przekładem Kreczmara, który udowadniał raz za
razem, że nie nadawał się tłumaczyć z angielskiego, którego chyba nawet nie znał,
patrząc na to, że nie potrafił odróżnić czasu teraźniejszego od przeszłego.
Fabuła jest tu – wydawałoby się – prosta do bólu.
Główny bohater, Marv, szpetny typ spod ciemnej gwiazdy, który nawet nie może
kupić sobie seksu za pieniądze, spędza noc z piękną kobietą, Goldie. Boginią,
jak ją nazywa. Ideałem. Nie zastanawia się dlaczego spotyka go ten fart, po
prostu korzysta. Kiedy budzi się rano, Goldie nie żyje, a ktoś wrabia go w
zabicie jej. Uciekając przed policją, orientując się, że zabita wybrała go, bo
szukała ochrony, postanawia dowiedzieć się dlaczego zginęła i poszukać zemsty
na jej mordercy. Zaczyna swoje brutalne śledztwo, załatwiając kolejnych ludzi i
pnąc się coraz wyżej łańcucha pokarmowego, nieświadomy jeszcze kto za tym
wszystkim stoi i jak sam skończy. Co gorsza, kiedy Marv znów widzi Goldie, a że
nigdy nie miał za dobrze z głową, zaczyna wątpić, że wszystko, co przeżył,
rzeczywiście się wydarzyło…
„Sin City”. Piękna sprawa. Może i Miller ma ważniejsze i lepsze komiksy, ale to bez dwóch zdań jego opus magnum. Siedmiotomowa saga (od lat chodzą jednak słuchy i zapowiedzi kolejnych komiksów z serii – ma być westernowo dla odmiany). Wydane po raz pierwszy w 1991 roku, kiedy Miller był w szczytowej formie, stanowiło swoisty eksperyment graficzny. Czarnobiały komiks, który o oparty był bardziej na cieniach, niż detalach, chociaż jeszcze z naleciałościami stylistyki, jaką Frank operował chociażby w „Powrocie Mrocznego Rycerza”, łączył w sobie coś z mangi, którą Miller się fascynował, i niemieckiego ekspresjonizmu.
No ale nie o szatę graficzną – a przynajmniej nie
tylko – tu chodzi. Fabuła to typowy czarny kryminał, noir, gdzie faceci to
brutalni twardziele, a kobiety są piękne, seksowne, ale wcale nie mniej twarde.
Skorumpowani zaś są niemal wszyscy, a paru nielicznych, kierujących się jakimś
kodeksem, skazanych jest w zasadzie na wymarcie. W tym świecie, gdzie zabić to
jak splunąć, gdzie prostytucja, używki i brak nadziei, toczy się opowieść,
której motywem przewodnim na równi z zemstą, jest zagadka. Zagadka kto i
dlaczego zabił, zagadka kim była Goldie i jak poszczególne elementy układanki
pasują do siebie. Niby z jednej strony są tu rzeczy oczywiste, z drugiej jednak
wszystko zgrabnie się łączy i jest dobrze, klasycznie, ale w millerowskim, a
więc i dość patetycznym, górnolotnym, a jednak i przyziemnym stylu narracji
poprowadzone. I z całkiem dobrą psychologią, szczególnie Marva, który jest ograniczonym
intelektualnie, ale jednak wcale nie głupim olbrzymem, trochę takim Lennim z
myszy i ludzi, gdyby Lennie był brutalny i mściwy. I nie miał nikogo kto go
pilnuje – za to otaczali go sami ludzie chcący pociągnąć za spust przystawionej
do jego głowy broni.
Efekt jest znakomity. Wiadomo, komiks nie dla wszystkich, bo i noir dla wszystkich nie jest. Tu jednak trzeba akceptować nie tylko umowność, ale i gatunkowe elementy, które dla wielu będą kontrowersyjne. Ale ma ta seria siłę, ma moc, ma niesamowity klimat i sporo emocji. I chociaż tom łyka się na raz, w szybkim tempie (jako nastolatek miewałem takie jazdy, że cała serię pochłaniałem na raz, w jeden, a skrajnych przypadkach w dwa dni), niemal nie czuć, żeby opowieść była pospieszona czy czegoś jej brakowało (acz są momenty, szczególnie bliżej końca, które mogłyby zostać rozciągnięte). A samo „Miasto Grzechu”, co tu dużo mówić, opus magnum Millera, jedno z jego największym dokonań – i jedno z największych dokonań komiksu – można uwielbiać, można nie trawić, ale znać, gdy jest się fanem opowieści graficznych, trzeba.

Komentarze
Prześlij komentarz