Nightwing #4: Upadek Graysona – Tom Taylor, Bruno Redondo, Sami Basri, Marv Wolfman, Daniele Di Nicuol, Travis Moore

SYNOWIE I OJCOWIE

 

Co tu dużo mówić: wielki finał serii „Nightwing” od Toma Taylora to w większości bardzo nijakie, wtórne superhero, które stara się grać motywami ojców i dzieci / mentorów i uczniów, ale tak naprawdę lepiej radzi sobie tam, gdzie jest bezmyślna akcja. Dlatego to druga połowa albumu wchodzi przyjemniej, kiedy miałkie i płytkie brodzenie w psychologii postaci zastępuje prosta, rzemieślnicza robota, która czasem stara się wrzucić cos artystycznego (acz np. taki vangoghowy element na koniec tanio wypada i topornie). Ogólnie przeczytać można. Jak każdy taki komiks - dla chwili rozrywki i zapomnienia. Bo emocji nie wywołuje, acz i nie nudzi (no dobra, chyba, że czytamy Annual, tam nudą wieje, choć nie tak mocno, jak sztampą). Ale po lekturze nie umiem zrozumieć za co ta seria dostała Eisnera. No ale z drugiej strony może konkurencja była tak zła, że lepszej opcji nie było? Patrząc na współczesne komiksy nie zdziwiłoby mnie to.

 

W Gotham ktoś zabija człowieka, pozbawiając go serca. Czyżby Heartless, seryjny morderca, który działał w Blüdhaven, na cel obierając Nightwinga, przeniósł się do miasta Gacka? Nightwing i Batman będą musieli połączyć siły, by odkryć prawdę. A to dopiero początek, bo w końcu Heartless uderza na całego, niszcząc krok po kroku różne aspekty życia Dicka, a potem wrabiając go we własne zbrodnie. Czy Nightwing zdoła się wykaraskać także z tego?

 

Jak sami widzicie po opisie, oryginalności w tym za grama. I tak jest w całej tej opowieści. Postać Heartlessa miała pewien potencjał (taka scena na początku albumu, gdzie widzimy go w dzieciństwie, jak wychodzi z cyrku, gdzie zginęli rodzice Graysona i ekscytuje się, że słyszał, jak ich ciała uderzyły o ziemię), ale Taylor poszedł tu po najmniejszej linii oporu. Zrobił drugiego Husha, dodał mu pistolecik, co serca wyrywa i dorzucił elementy, które podejrzał czy to w przygodach Iron Mana, czy też w filmowej „Adrenalinie” i... No i jedynie kręcenie, kombinowanie i pogrążanie Dicka wychodzi tu nieźle, ale nie oszukujmy się i tak wiadomo czym to się skończy, bo takich akcji było już w komiksach całe mnóstwo. Okej, jeszcze Taylor wykorzystuje tu patent, który kiedyś sprawdził się w „Amazing Spider-Manie” – w tle daje nam związek bohatera, żebyśmy lepiej się wczuli, zbliżyli i zaangażowali, ale niestety nic z tego. Ja się nie zaangażowałem.



Jak pisałem, rzecz opiera się też w pewnym stopniu na relacjach ojciec-syn, mistrz-uczeń i czasem te relacje Nightwinga i Batmana wypadają nieźle. Ale tylko nieźle. Akcja? No ta na początku jest do bólu oczywista i sztampowa. Do tego kreacja postaci... Co tu dużo mówić, tak jak Tayler nie czuł Constantine'a, psując go totalnie, tak nie czuje i Batmana chociażby i te pocieszające czy motywujące gadki Gacka to jakaś tragedia, na dodatek infantylna i żenująca, aż oczy łzawią. Nightwing jest niezły, ale próba pogłębienia psychologii wypada blado, a takie rzeczy, jak dorzucenie siostry Graysona (kolejne rozbudowywanie rodzin herosów na siłę, jak w Spiderze było z Theresą) jest sztampową, tanią i słabą zagrywką. Że już o nieprzekonującym wątku z tym, co zaszło, że zginęli rodzice Dicka nie wspomnę, bo retcon to zwyczajnie słaby. A kiedy Taylor chce żartować, wygląda to, jakby na siłę musiał dokleić żarty, które nie pasują do całej reszty, a szkoda. Ale i tak najgorzej wypada Annual pisany przez Moore'a. Matko i córko, co to była za sztampa. Historia skrojona z samych klisz, oczywista do bólu od samego początku, z postaciami bez charakteru i akcją, o której powiedzieć, że była przewidywalna, to jak dać jej komplement. Dobrze, że w drugiej połowie Taylor porzucił jakiekolwiek ambicje i próby robienia rzeczy, które mu nie wychodzą i postawił na akcję, która może i też niczym nie zaskakuje i leci, jak od linijki kreślona, a i nie przekonuje zbyt szybkim happy endem i naciąganym rozwiązaniem wszystkiego, ale przynajmniej fajnie się czyta.

 


Graficznie? Są lepsze rysunki, są gorsze, te najfajniejsze, które mają w sobie coś, jednocześnie są ozdobione zbyt intensywną kolorystyką, która w co bardziej stonowanych momentach pokazuje, jak super mogłoby to wyglądać, gdyby jednak podejść do barw oszczędniej. Ale nie zrozumcie mnie źle, graficznie nie ma rozczarowania, robota jest całkiem niezła, po prostu widzę tu więcej potencjału. Samo wydanie, standardowo, dobre jest – solidny grubością album, z galerią alternatywnych okładek i szkiców. W skrócie: komiks, jak komiks, nic szczególnego. Standardowa historia jakich wiele, wcale nie lepiej wykonana, ale jak komuś mało postaci i batrodzinki, może sięgnąć. Choć wolałbym, żeby zamiast takich albumów / serii, wydać coś z klasyki Nocnego Skrzydlarza.


Komentarze