Podpalaczka – Stephen King

OGNISTA CARRIE

 

Ostatnio skończyłem czytać wszystko Kinga, co wyszło po polsku (a i sporo tego, czego nam poskąpiono też zaliczyłem), więc postanowiłem sprawdzić, czego recenzji jeszcze tu nie wrzucałem i nadrobić te luki. I zaczynam chronologicznie, od „Podpalaczki” i… No właśnie, kolejna książka Króla, z którą mam problem. Swego czasu sporo spodziewałem się po niej, bo wszędzie chwalenie etc. Do tego to taki autoplagiat z „Carrie” trochę, a ja „Carrie” uwielbiam i chętnie w ten schemat wchodziłem, a  tu… Co tu dużo mówić, rozczarowanie było duże. Z drugiej strony to i tak o niebo lepsza książka od „Desperacji”, „Bezsenności”, „Histori Lisey” czy tego, co King robi o Holly Gibney, bo i lepiej pisana, i z jakimś klimatem.

 

Śledzimy losy dziewczynki imieniem Charlie i jej ojca Andy’ego. Dziecko okazuje się posiadaczką telepatycznych zdolności pozwalającej jej rozpalać ogień siła woli. Wszystko przez to, że rodzice dziecka przed laty brali udział w rządowych eksperymentach. Teraz dziecko, które może być wielkim zagrożeniem, staje się celem rządu – a dokładniej organizacji zwanej Sklepik – który zaczyna polowanie i…

 

Jak pisałem na wstępie, niby nic w tym pomyśle odkrywczego, ale można było zrobić z tego coś w klimatach „Carrie”. Czyli po prostu lekkiego, nieprzesadzonego horroru, w którym moce mogą pomóc, ale prędzej sprowadzą zagładę. Oczywiście można by też pójść dalej i oczekiwać fajnej przypowieści o tym, jak wielka moc nie tylko łączy się z odpowiedzialnością, ale przede wszystkim z zagrożeniem i tym, co ze sobą niesie. Wreszcie, gdyby King był wielkim pisarzem, a nie wyrobnikiem, to mogła stać się fascynująca satyra, stanowiąca ilustrację hasła o daniu dziecku broni, ale… Nie wyszło nic z tego, a i jako nawet czysta rozrywka rzecz jest bardzo miałka i przeciętna.

 

Pomysł pomysłem, ale stylistycznie też nie jest najlepiej. King ma kilka świetnych momentów, które potrafią wzbudzić wiele emocji, ale niestety można je policzyć na palcach jednej ręki. A jakby tego było mało, chociaż to nie cegła pokroju „Bastionu” czy „To”, nie brakuje tutaj solidnej dawki męczących dłużyzn. Akcja nie ma dynamiki, chociaż została skrojona właśnie pod nią, bo King za bardzo rozwleka to, co powinno pędzić przed siebie na złamanie karku, a postacie w zasadzie niewiele nas obchodzą. A i samo pisarstwo jest jakieś takie toporne, zwłaszcza, że King zamiast zostawić coś naszej wyobraźni, na siłę musi wszystko zaprezentować.

 

Komu więc mogę polecić tę powieść? Albo zagorzałym fanom Kinga, albo równie zagorzałym miłośnikom horrorów. To nie jest zła książka, ale kolejna przeciętna pozycja w dorobku autora. Kultowa i choćby dlatego warta poznania, ot dla wyrobienia sobie własnego zdania, ale bardzo typowa, oczywista i banalna.

Komentarze