…ONA AZETA
„Prawda” to już dwudziesty piaty tom „Świata
Dysku”. Na taki jubileusz można by się spodziewać wyjątkowego, absolutnie
zachwycającego dzieła, a tu słabiej jest niż poprzednio. Nadal bardzo fajnie
się to czyta, zawodu nie ma, ale to nie jest tom petarda. Sporo jest tu za to
mieszania wszystkiego, co w serii znamy – magowie, patrycjusz, Straż Miejska,
Dibbler, Śmierć (obowiązkowo, wiadomo) – ale tym razem głównym bohaterem jest
zupełnie nowa postać. Czy ciekawa? No tak nie za bardzo. Bohater jest trochę
jak sama książka o nim – z czasem się rozkręca i akcja (tak wydarzeń, jak i
akcje, jakie on robi) wypada bardzo przyjemnie. Ale pewne niedociągnięcia i
powtórki z rozrywki (autor miał chyba fazę na wampiry, Igory etc., bo to już trzeci
tom pod rząd, gdzie temat jest ciągnięty) są ciągnięte, co nie znaczy, że i tak
nie czyta się tego znakomicie i pochłania w ekspresowym tempie.
William de Worde może i pochodzi z wpływowego
rodu, ale zamiast życia arystokraty wybrał… wydawanie gazety – a właściwie
azety, błędy zawsze się zdarzają. I trafił z tym na dobry czas, czas rewolucji
w postaci czcionek, które można układać w dowolny tekst i nie trzeba robić
rytów całej strony. A co za tym idzie ekspresowo wydawać „Puls Ankh-Morpork”,
jak nazwana zostaje azeta. Co liczy się w jego codzienniku? Prawda, ale jak wkrótce
się przekona, ludzi nie ona interesuje. Ale za to jednocześnie będzie miał o
czym pisać, bo oto w mieście pojawiają się bandyci, których celem jest
patrycjusz. Gdy więc w pałacu dojdzie do zbrodni, zarówno William, jak i Straż,
będą próbowali odkryć prawdę o tym, co się wydarzyło, a zarazem nasz
dziennikarz walczyć będzie o czytelników, próbować się rozwijać i… Przygotujcie
się na pismaków, kransoludy, bandytów, spisek, wampira o nieco samobójczych
skłonnościach i czarne światło, które odkrywa prawdę o drugiej stronie istnienia!
A no i nie zapomnijcie o pewnym gadającym psie (to tylko miejska legenda) i
warzywach o dziwnych kształtach!
Pratchetta satyra na media, a prasę zwłaszcza.
Tak w skrócie można podsumować ten tom. Tom bardziej sensacyjny, ze śledztwem i
zagadką, ale tym razem opowiedzianym z perspektywy dziennikarza, a nie służb. I
jako satyra rzecz jest spełniona i to bardzo. Nieco jednak szwankuje jednak
sama treść i akcja, która rozkręca dość powoli i chociaż wypełniona jest nawiązaniami
do sensacyjnego kina (nawet „Pulp Fiction”) i prawdziwych wydarzeń (afera
Watergate), pozostaje dość stateczna. Same postacie też nie są jakieś
porywające. William bardziej jest, niż jest jakiś, chociaż ma przebłyski, kiedy
odzywa się w nim dziennikarski zew. Sacharissa podobnie. To bardziej nośniki
idei, niż krwiści bohaterowie, których by się zapamiętywało, bo nawet jako
nośniki czy archetypy nie są wyraziste. Acz gangsterzy wypadają ciekawie,
zwłaszcza Tulipan z tym jego wiecznym „…onym” i wciąganiem nosem wszelkich
białych sproszkowanych substancji.
Ale to i tak jest bez znaczenia, bo zabawa jest ciągle znakomita. Każdy tom „Dysku” stara się eksplorować coś nowego (w podobny sposób, jak to było w komiksach typu „Asteriks”), a jednocześnie ciągnie serię do przodu i pokazuje co dalej u ulubionych bohaterów. I zawsze robi to znakomicie, dając nam wiele momentów do śmiechu, do przemyśleń, do pokiwania głowami z uznaniem i do znalezienia w nich czegoś, co sprawia, że chcemy więcej, nawet jak bywa słabiej. Dobre pisarstwo, setny przekład (tłumacz postarał się, by nawet same nazwy azet z miejsca przywodziły nam na myśl to, co w wydawanych na polskim rynku brukowcach, stanowi o ich charakterze) i… No po prostu kawał fajnej rozrywki dla tych, którzy nie szukają rozrywki bezmyślnej.

Komentarze
Prześlij komentarz