SZKLANY ZEGAR
Ten tom niby jest o Śmierci i Susan, ale
Śmierć i Susan znajdują się tu na dalszym planie. I to plus. Te odsłony, które
mocno się na nich skupiały w większości stanowiły spadek formy, więc w
przypadku „Złodzieja czasu” cieszy fakt, że ich rola jest ograniczona, a to, co
zostaje nam ukazane, jest dopracowane, dopieszczone i wycisnął z tego Pratchett
to, co najlepsze. Treść zresztą skupia się na dwóch innych bohaterach i ich
pomocnikach i o ile taki Jeremy to znów twór bez większego charakteru etc.,
Lu-tze wypada bardzo fajnie. Nieźle prezentuje się też LeJean, a show i tak
kradnie kolejny Igor. Całość zaś to, chociaż nadal komediowe fantasy,
tematycznie bliższe jest oldschoolowej sci-fi, niż czemukolwiek innemu. I to takiemu,
gdzie świetne pomysły idą w parze z naprawdę dobrym wykonaniem.
Niania Ogg w różnych etapach swojego życia
została odwiedzona trzy razy przez tego samego człowieka, poszukującego
najlepszej akuszerki. Kim jest? I jakie sekrety skrywa dziecko?
Głównym bohaterem opowieści jest jednak Jeremy
Clockson, młody zegarmistrz, który czuje czas i potraf stworzyć najbardziej precyzyjne
zegary. Ale ten, jakiego chce Myria
LeJean, to twór wydający się być poza zasięgiem możliwości kogoś takiego jak on
– zegar, który ma stworzyć, będzie mierzył najmniejsze możliwe jednostki czasu,
niewyobrażalne dla ludzi. Co ciekawsze jednak, taki zegar już kiedyś istniał i…
No i tu na scenę wkraczają kolejne postacie. Gdzieś
na Dysku istnieją Mnisi Historii, którzy naprawiają czas i to tak skutecznie,
że nikt o ich pracy nie słyszał. To, co się wkrótce wydarzy, rzuci w podróż
Lu-tze, którego możecie nazywać sprzątaczem, i jego pomocnika. A Śmierć, który
wie, co się dzieje, ale nie może ingerować, znów angażuje do działania Susan. Co
z tego wyniknie? Co będzie z czasem? A co z Czasem? A, nomen omen, tymczasem
zbliża się koniec… wszystkiego.
Pratchett nie marnuje tą książką czasu – nie zmarnował
go na napisanie jej i nie marnuje naszego tą lekturą. Okej, wiadomo, rzecz
oparta jest na typowym schemacie serii – to raz. Dwa, Jeremy jest postacią
taką, jak np. Teppic z „Piramid” czy William z „Prawdy” – niby jest, niby ma
cechy, które powinny być ciekawe, ale jakby go nie było i jakby te cechy nie
istniały. Poza tym w pewnym momencie jest nieco za długi fragment poświęcony Lu-tze,
przez co burzą się proporcje opowieści, ale… Sami wiecie, kiedy to się czyta i
tak nikogo te minusy nie obchodzą, bo książka wciąga, ma świetne pomysły,
znakomity klimat i skrzy się humorem. Igor, jak pisałem, kradnie całe show, trafiając
do człowieka, który jest normalny i poukładany, a Igory przywykły do szalonych naukowców
przecież i to wprowadza w jego „życiu” dysonans. Ale znakomite są też wątki z
Czarnym, Białą i całą resztą i odkrywaniem, jak to jest być człowiekiem.
Oczywiście na tym nie koniec. Poza akcją i klimatami SF, a także iście apokaliptycznym rozmachem, gdzie zagrożone jest wszystko, mamy tu też rozbrajające momenty (jeden z jeźdźców apokalipsy i jego żona), nieco romantyzmu (a nie będę Wam zdradzał) i moc nawiązań, od „Matrixa”, po „Bonda”. Tu rzecz urzeka, tam skrzy się humorem, ma słabsze momenty, ale lepsze rekompensują wszystko. Napisana jest dobrze, prosto, ale urzekająco, a i parę zaskoczeń też się trafiło. Ot jeden z najlepszych tomów o Śmierci (i jedyny tom, gdzie jego wypowiedzi pisane są inną czcionką, niż zawsze) , chociaż tej tu niewiele i w zasadzie można by uznać, że to kolejna niezależna od podserii opowieść. I po prostu kolejna dobra książka z dobrej serii. A teraz czeka na mnie „Ostatni bohater”, ilustrowany, w dużym formacie. Liczę, że będzie jeszcze lepszy.

Komentarze
Prześlij komentarz