sobota, 27 września 2014

Sin City 2: Damulka warta grzechu



Prawie dziesięc lat fani "Sin City" czekali na drugi film. Niemal dekadę zapowiedzi i zmian obsady. Zdąrzyli więc już stracić nadzieję, a tu nagle Miller wyskakuje z drugim filmem. I choc krytycy, w odróżnieniu od jedyneki, sequel ocenili słabo, film nie ustępuje poprzednikowi.

Fabuła to połączenie adaptacji oryginalnych komisków Millera z nową fabułą przezeń wymyśloną. Film rozpoczyna się ekrenizacją rótkiego komiksu "Kolejna zwykła sobotnia noc" z Marvem w roli głównej. Reszta fabuły to adaptacja "Damulki wartej grzechu" plus dwie nowe historie - w jednej tajemniczy gracz, który nigdy nie przegrywa wchodzi w konflikt z senatorem Roarkiem i jest to zdecydowanie najlepsza i najbliższa klimatom Sin City nowość. Brud, krwawa akcja, dołujące zakończenie. Happy end i tragic end w jednym. Plus świetne aktorstwo Levitta-Gordona.

Druga nowość to kontynuacja fabuły "Tego żółtego drania". Nancy po śmierci Hartigana popada w alkoholzim i szykuje się do zabicia Roarka. ZAbrakło tu jednak millerowego klimatu, a fabuła ustąpiła miejsca typowym dla Rodrigueza pomysłom. Wszystko jest więc pzerysowane, groteskowe i absurdalnie krwawe. Można powiedzieć, ze taki jest cały film, nie mniej tu osiąga to apogeum.

In minus są natomiast zmiany obsady. Miho czy Manute to już nie to samo. Zabrakło Madsena, a Brolin, choć go lubię, jakoś nie leży mi jako Dwight. Zadowala za to Eva Green jako chłodna i wyrachowana Ava. Do tego zdjęcia, stylizacja, klimat...

Film do legendy nie przejdzie, ale fanów zadowoli. Nie jest to jednak obraz dla wszystkich. Dużo krwi, dużo erotyki (więcej zdecydowanie niż w części pierwszej), dużo akcji... To męski kino i tak należy je postrzegać.

Choć muszę się przyczepić zmian fabularnych, które nie są kompatybilne ani z jedynką ani z komiksami.

Tak czy inaczej, film polecam i wystawiam mu ocenę:



7,5/10

czwartek, 25 września 2014

Głos Lema - antologia




GŁOŚ LEMA



Antologie w hołdzie jednemu autorowi to rzecz w Polsce stanowiąca rzadkość. Tym bardziej, jeśli tym autorem jest Polak właśnie. Nasi rodzimi twórcy, jak bowiem nie byliby płodni, nie zyskali nigdy aż tak wielkiej sławy, by kuszono się o podobnego typu przedsięwzięcia. Jeśli jednak poszukać by autora, który na tego typu zbiór bezwzględnie sobie zasłużył, byłby to bez dwóch zdań Lem właśnie. Autor o olbrzymim dorobku, wielkiej pomysłowości, imponującym talencie i umiejętnościami wynoszącymi jego utwory daleko poza jakiekolwiek ramy gatunkowe. Autor, którego warto i trzeba przypominać kolejnym pokoleniom. Autor legenda.



Autor, któremu 12 innych składa hołd na wiele różnych, indywidualnych sposobów poniższym zbiorem.



Lem. Cóż można o nim powiedzieć? Wielki satyryk to pierwsze, co ciśnie mi się na usta, kiedy myślę o jego prozie. Rozpiętość tematów i gatunków, w których mimo, że kojarzony jest główni z Science Fiction, prezentuje się naprawdę imponująco. Szeroko pojętą fantastykę przeplatał bowiem horrorem, filozofią, klimatami detektywistycznymi, antyutopiami, baśnią, ostrym komentarzem społecznym i wieloma innymi. W każdym stylu poruszał się równie biegle i na równi przykuwał uwagę czytelnika. To on dał podwaliny pod współczesną literaturę fantastyczną, utorował drogę różnym znakomitym autorom, a przede wszystkim odniósł sukces, jakiego mogą mu pozazdrościć inni rodzimi pisarze. I choć nie był to sukces olbrzymi, to jednak międzynarodowy i na dodatek taki, który zapewnił mu m.in. hollywoodzką ekranizację jednej z jego powieści „Solaris” nie dość, że z gwiazdorską obsadą to jeszcze z ręki jednego z cenionych reżyserów.



Kto może pochwalić się takim uznaniem? Albo porównywalną z nim listą krajów, w których ukazały się jego powieści?



Hołd jest więc naturalną koleją rzeczy. Ale czy może być udany? Jak słusznie zauważa we wstępie Jacek Dukaj, ciężko zdefiniować co powinno się w zbiorze znaleźć. Czy autorzy powinni jak Lem pisać, czy może czerpać z jego tematów? Inspirować się tylko, czy tworzyć sequele, prequele, bądź remake’i jego dzieł?



Twórcy „Głosu Lema” poszli nieco inną drogą, po części inspirując się stylem (Orkan), pomysłami (Haka – obok Orkana najbliższy zresztą Lemowi, jakiego znam) czy samym Lemem nawet (Orliński), ale w większej mierze pokazali czego ich Stanisław nauczył. Pokazali jak wygląda gatunek, z którego najbardziej jest kojarzony, w dzisiejszych czasach. I - tak, jak i on, Lem – nie ograniczyli się do jego ram. Na prawie 550 stronach znajdujemy nie tylko loty w kosmos, bunty maszyn, czy eksploracje nowych światów, ale również i historię spod znaku płaszcza i szpady, matrixową wizję gier hazardowych w realiach połowy lat 80 ubiegłego wieku, a także obyczajową historię z nutką grozy utrzymaną w klimacie á la najlepsze książki Deana Koontza opowiadającą o katastrofie lotniczej. Zachwyca szczególnie to ostatnie, autorstwa Rafała Kosika, wprowadzając mnóstwo emocji i bardziej przyziemne realia, które spodobają się nie tylko fanom fantastyki w całej jej rozpiętości. Już dla samego tego opowiadania warto ten zbiór kupić, a to nie jedyne wartościowe dzieło, jakie się tu znalazło.



Opowiadania, jak to w antologiach bywa, trudno nazwać równymi. Wyklucza to różnorodność tematyczna i stylistyczna, ale wszystkie zachowują poziom, nie nużą… Czyta się je szybko, przyjemnie, często z głębsza refleksją i przesłaniem. Jest tu nieco oldschoolu, sporo nowoczesnej przy SF, nie brak też inspiracji Philipem K. Dickiem. Wszystko to układa się w smakowity kolaż pomysłów, idei i spojrzenia na świat.



Rodzi się jednak zasadnicze pytanie, przez które należy oceniać każdą książkę: jak antologia wypadnie w oczach czytelników za 20, 50, 100 lat? I nie chodzi mi o ponadczasowość, bo ta – z racji technologicznego boomu i faktu, że pomysły pisarzy SF szybko stają się przestarzałe – tylko co z tego może wynieść przyszły czytelnik. Z obecnej perspektywy niemożliwe jest udzielenie na nie odpowiedzi, to tak, jakby próbować rachunkiem różniczkowym przewidzieć przyszłość, ale mogę powiedzieć jedno: literatura SF, tak samo jak satyra, powie pokoleniom, które nadejdą więcej o nas, naszej kulturze, przekonaniach i wierzeniach więcej, niż suche książki historyczne. A to wartość, którą trzeba cenić i pielęgnować.



Dlatego „Głos Lema” polecam Waszej uwadze, bo – tak, jak zauważyłem w tytule tej recenzji – Lema należy głosić, przekazywać kolejnym generacjom, promować i zachęcać do niego. Jest tego wart, a każda droga, która prowadzi do tego celu, jest dobra.



Natomiast wydawnictwu Powergraph składam serdeczne podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

piątek, 19 września 2014

Felix, Net i Nika oraz Gang Niewidzialnych Ludzi - Rafał Kosik




POLSKI HARRY POTTER



Felix, Net i Nika to trójka trzynastolatków, którzy poznają się w dniu rozpoczęcia nauki w nowej szkole. Wszystko wydawałoby się normalne, tak samo jak realia warszawskiego gimnazjum, ale nie dość, że bohaterowie sami w sobie nie są zwyczajnymi dziećmi, to jeszcze przytrafiają im się równie niezwykłe przygody. I tak oto walka z duchami, spotkanie z UFO czy poszukiwania skarbu, stają się codziennością na równi z klasówkami i nauką, a nad wszystkim wisi widmo tytułowego gangu okradającego banki…

Oto wznowienie pierwszego, wydanego dziesięć lat temu, tomu kultowej już serii, którą zapewniła Kosikowi sławę w naszym kraju. Tomu, który w roku 2005 zdobył nagrodę polskiej sekcji Ibby dla najlepszej książki roku. Tomu stanowiącego połączenie stand alone i compelx, powieści, której każdy rozdział jest samodzielną wręcz historią nadającą się do czytania, niczym opowiadanie – idealnego na ekranizację w formie serialu. Na dzień dzisiejszy, cykl składa się z dwunastu tomów i kilku opowiadań, dla których znalazło się miejsce m.in. w magazynie „Fantastyka”, a także nakręconego w 2012 roku filmu, opartego na drugim tomie. Skąd taki sukces serii w kraju, gdzie rzadko jakie postacie literackie wybijają się do innych niż słowo pisane mediów?

Właśnie.

Nie bez znaczenia jest tu oczywiście fakt, że Felix, Net i Nika, w dużej mierze czerpie z sukcesu Harry’ego Pottera. Sukcesu, ale i treści. Szkoła, trójka bohaterów o podobnych do Harry’ego, Rona i Hermiony charakterach (zresztą jest to schemat znany już dużo wcześniej – dwóch bohaterów i damaska, rozsądna przeciwwaga), niezwykłe zdarzenia, sekrety, swoista doza grozy, szybka akcja… Gdyby to jednak było tylko tyle, zainteresowanie serią szybko by przeminęło, a ta jednak nadal trwa w najlepsze i nie zapowiada się, by Kosik przestał tworzyć kolejne tomy. Skąd więc jej sukces?

Po pierwsze, Kosik jest autorem pomysłowym i potrafiącym przykuć uwagę czytelnika, zabrać go do swojego świata i nie wypuszczać z objęć przez niemal 400 stron. Po drugie, jego  styl jest lekki i przyjemny, ale nie naiwny, choć infantylności nie da się do końca wyzbyć. Może i prosty, ale bez dwóch zdań skuteczny. A po trzecie, autor, razem z pisarzami pokroju Pilipiuka, skutecznie wypełnia lukę, jaka pozostała po nieco już trącających myszką Niziurskim, Bahdaju, Makuszyńskim czy Nienackim, zręcznie spełniając wymagania współczesnego czytelnika, który mimo wszystko woli bliższe mu komputery od archaicznych sprzętów, na jakie natyka się u wyżej wymienionych.

A jest to przecież luka ważna. Luka literatury przygodowo-sensacyjno-fantastycznej, którą młodzież chętnie zaczytuje się by uciec na chwilę od szkoły, albo przeżyć w wakacje przygodę, mimo faktu, że przez marną pogodę, nie może opuścić domu/hotelu/kurortu etc. Literatury, która poza dostarczeniem szybkiej, skutecznej i wciągającej dawki zabawy, oferuje także poprzez tą zabawę porcję nauki. Przeslanie. Głębię. Nic na siłę, nic łopatologicznie, za to mądrze i skutecznie, bez wystrzegania się trudniejszych tematów.

Cykl „Felix, Net i Nika” stanowi więc dla współczesnego czytelnika odpowiednik tego, czym dla ich rodziców i dziadków były przygody Pana Samochodzika, Marka Piegusa, czy Szatana z siódmej klasy, albo dla starszego rodzeństwa seriale pokroju „Tajemnicy Sagali”, „Gwiezdnego Pirata”, „Wow”, „Słonecznej włóczni” czy obrazów Maleszki. Czymś, co po latach może zdefiniować dzieciństwo. Ofertę pokazania, że przygoda może tkwić nawet w nudnych murach szkoły, wystarczy tylko chcieć wyciągnąć po nią ręce. To takie proste, jeśli się w to uwierzy.

Młodzież będzie więc zadowolona, zachwycona, ale pytanie co ze starszymi? W dawnych książkach tkwiła przecież swoista magia, która sprawiała, że nie tylko były ponad czasowe, ale także i ponad podziałami wiekowymi, ale czy ma to w sobie proza Kosika? Odpowiedź brzmi tak. Wprawdzie w pełni na to pytanie odpowiedzieć może jedynie czas, ale ja jako osoba dorosła, czytająca przecież poważną literaturę, nie tylko bawiłem się znakomicie, ale także znów mogłem poczuć się dzieckiem. Odnaleźć w sobie tamtego dawnego mnie, który w każdej kałuży widział ekwiwalent morza, który w byle sadzie dostrzegał prawdziwą puszczę pełną mitycznych stworów i który w zwykłym grzebaniu w piaskownicy potrafił dopatrzyć się poszukiwań skarbów. Każdy z nas nosi to w sobie, każdy z nas powinien czasem wypuścić to na światło dzienne, a książka Kosika, co trzeba docenić, pozwala na to znakomicie. Dlatego też uważam, że powinni sięgnąć po nią nie tylko młodsi, ale także i ci, którzy cenią sobie sentyment i w dzieciństwie odnaleźć potrafią to, czego teraz im brak.

Dlatego „Felixa, Neta i Nikę” polecam wszystkim, niezależnie od wieku, a wydawnictwu Powergraph składam serdeczne podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Osiedle Swoboda: Niedźwiedź - Michał "Śledziu" Śledziński, Kamil "Kurt"Kochański




NA SUCHO I BEZ MYDŁA

Największy zakapior na Swobodzie powraca i w typowy dla siebie sposób zaznacza swoją obecność. Jak zwykle największy kłopot stanowi dla niego kwestia zatrudnienia. Nie dość, że Destroyersi zaczynają mieć problemy z powodu urągających wszelkim przepisom warunkom pracy, to jednak jeszcze kolejne zajęcia Dźwiedzia tradycyjnie dalekie są  od normalności…

„Osiedle Swoboda” to jedna z najważniejszych i najbardziej cenionych polskich serii komiksowych ostatnich kilkunastu lat. To tragikomiczny, niepozbawiony elementów nawet fantastycznych, obraz polskiej młodzieży przełomu wieków, który nie ma sobie równych. Przejmujący, mocny, odważny, kontrowersyjny, ale do bólu prawdziwy. I taki jest też „Niedźwiedź”, spin-off prezentujący poboczne losy jednego z pięciu głównych bohaterów OS.

Pierwsze epizody z jego przygodami pojawiły się jeszcze w „Produkcie”, w którym debiutowało OS, ponad dekadę temu. Śledziu zarzucił wówczas tworzenie regularnego Osiedla zapowiadając zeszytową serię, nad którą pracował, więc do przygód osiedlowego zakapiora napisał jedynie scenariusz, powierzając kreskę koledze z magazynu, Kurtowi. Te trzy ówczesne odcinki (z drobnymi zmianami w treści dialogów)stanowią połowę materiału, jaki znalazł się w albumowym „Niedźwiedziu”, reszta to już historie zupełnie nowe i, co tu dużo mówić, tak samo znakomite.

Scenariusz Śledzińskiego nie różni się od dokonań autora znanych z OS. Akcja jest nieco może bardziej przyziemna i poważna, ale nadal jest to ta sama stara, dobra Swoboda, w której zakochali się fani. Mamy więc i portret pokolenia Śledzia, i panoramę blokowiska, i komentarz socjologiczny, i porcję mądrości podszytej filozofią, nie brak tutaj także dosadnej, ale nie pustej wulgarności. W premierowych epizodach także nie zmieniło się wiele. Może mniej tu samego Niedźwiedzia, a i reszta swobodnych jest rzadkością, ale cała reszta, cała wartość, jaką prezentowała seria, nie zniknęła.

Zmieniła się za to kreska Kurta, który w ostatnich latach zyskał nieco rozgłosu (m.in. pracą przy animowanej wersji „Jeża Jerzego”) i uznania także za granicami naszego kraju (choćby komiksową adaptacją filmu „80 milionów” przeznaczoną dla tamtejszej prasy). Kiedy zaczynał w „Produkcie” jego grafiki były mocne i pełne czerni. Wnosiły klimat noir i nieco estetyki grozy. Teraz Kamil rozładował nieco swój styl. Wysmuklił postacie. Dodał greyscale. Pokazał więcej detali. Bardziej przypomina też prace swojego kolegi z „Produktu” Clarence’a Whiterspoona, nie mniej nadal jest to tylko i wyłącznie oryginalny i niepowtarzalny Kurt.

Czy to zmiana na gorsze czy na lepsze może? Na to nie ma odpowiedzi. Ten styl jest po prostu inny a zarazem tak bliski temu, co widzimy w początkowych epizodach.

Po lekturze pozostaje natomiast refleksja i jakaś gorycz, a także – u tych, którzy od lat wpadają na Swobodę – nostalgia. Rządzi jednak niedosyt i przekonanie, że nie ważne jak długi byłby to komiks, wraz byłoby go za mało. OS, nie zależnie od tego, czy to klasyczne, czy spin-off, to klasa sama w sobie, a podsumować ją można słowami Smutnego , jakie padają w tym albumie: „Żeś mnie bez mydła wychędożył na sucho!”. I to właśnie „Niedźwiedź” robi z nami. Zostawia sponiewieranych, ale zarazem zadowolonych. Usatysfakcjonowanych prawdą i siłą tego komiksu. Jeśli dodać do tego bonus w postaci szkiców i świetne wydanie, można bez wahania powiedzieć, że komiks koniecznie powinien znaleźć się na półce każdego fana tego medium, a także i wszystkich tych, którzy cenią po prostu znakomite, ważkie i ważne historie, nie zależnie od tego, jaki rodzaj szeroko rozumianej sztuki je przekazuje.

I przy okazji jest to rewelacyjna odtrutka na mainstreamową amerykańską sztukę.

Jednym słowem: Polecam.

A wydawnictwu „Kultura Gniewu” składam serdeczne podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

środa, 10 września 2014

Science Fiction


SCIENCE CZY FICTION?

Oto przed Wami zbiór składający się z 11 opowiadań i jednej mini powieści.  Dwunastu autorów, dwanaście spojrzeń na zagadnienia futurologiczne i dwanaście przykładów tego, czym jest współczesna polska literatura SF.

Science Fiction to gatunek , który w naszym kraju cieszy się dużą i niesłabnącą popularnością. To właśnie on królował w Polsce spośród całej, szeroko przecież pojętej fantastyki, od dawien dawna. W trudnych czasach pomagał czytelnikom uciec od problemów codzienności, a autorom rozliczyć się z nimi pod przykrywką futurologii, w obecnych stał się forum dla poglądów i prawd o świecie, popkulturze i nas samych. Stał się zwierciadłem, w którym odbijają się bolączki cywilizacji, bo przecież nie o przedstawienie przyszłych technologii (choć potrafią nadawać kierunek technice, inspirować) czy obcych światów tak naprawdę w nim chodzi. Science Fiction – czy to będzie space opera, cyber punk, czy nawet fantasy sf – zajmuje w literaturze (nie tylko współczesnej) podobną pozycję, jak satyra. Czymże jest bowiem konflikt z obcymi cywilizacjami, wojny przyszłości, niezwykłe technologie, zaawansowana medycyna, fizyka granicząca z magią, niesamowite choroby, jeśli nie odzwierciedleniem tego, co na co dzień widzimy włączając tv.  Parafrazą aktualności. A zarazem pocieszeniem, nadzieją i… gorzką pigułką prawdy, że zmienia się sceneria, data w kalendarzu, a nie to, co nas dręczy.

Ten zbiór wpisuje się doskonale w to, co napisałem powyżej, a także – co jest niewątpliwie wartością dodaną – stanowi dość wyczerpujący przekrój przez współczesną polską SF, jej motywy i autorów.

Czego tutaj nie mamy… Na ponad 800 stornach tej wydanej na wysokiej jakości białym papierze, zamkniętej w twardej oprawie książki, znajdujemy i Space Operę i Political Fiction i Cyber Punk i Medical Fiction i mieszankę Science Fiction z Fantasy i… i… i… Zaawansowane technologie, terroryzm, zagrożenie z kosmosu, nowe światy, terraformowanie, eksperymenty, filozofię, religie… Trudno jest wymienić wszystkie wątki i tematy, trudno jednoznacznie scharakteryzować treść, całą zawartość i przesłanie. Przesłań bowiem opowiadaniom nie brakuje, tak samo jak głębi, co cenię i szanuję i czego szukam w literaturze.

Przekrój autorów jest podobnie bogaty. Mamy tu zarówno tych mało znanych (Jaworowski, Zbierzchowski),  tych stanowiących czołówkę obecnej polskiej fantastyki popularnej (Kosik, Szyda), tych niemal już kultowych (Cetnarowski, Przybyłek), a wreszcie także i wyższą półkę (Dukaj).

Opowiadania zaprezentowane w zbiorze znajdują się na podobnym poziomie. Oczywiście kilka wybija się tu na prowadzenie (Kosik z jego terraformowaniem i niemal detektywistyczną zagadką na obcej planecie, Majka z tym, co pozostanie na świecie, kiedy ludzi już nie będzie, napisanym w realiach SF/Fantasy , Protasiuk z matematyczno-filozoficzną historią o… ruchu ulicznym, Szyda z historią internetowego portalu przyszłości napisaną w stylu „Ranta” Chucka Palahniuka oraz Nowak z opowieścią o królu Jagielle), a mini powieść Dukaja zasługuje na oddzielny akapit.

Dukaj, człowiek, o którym mówi się, że dla polskiej fantastyki jest tym, czym muzyka klasyczna dla ogółu muzyki, zaprezentował bowiem ciekawe spojrzenie nie tylko na sam gatunek, ale także i na pisarstwo. Główny bohater tej zajmującej 25% całości tomu (tytułowej zresztą) historii , Edward Caldwell, to pisarz Science Fiction, któremu przyszło żyć w dalekiej przyszłości. Większość zaawansowanych technologii to codzienność, zmiany geopolityczne i kulturowe także nastąpiły. Ale SF nadal inspiruje naukowców. Tylko jaki jest sens w pisaniu jego, skoro wszystko zostało już powiedziane? Czy z zaistnieniem Science Fiction tu i teraz, skończyły się futurystyczne fabuły?  Czy tylko eksperymenty fabularne są jeszcze nadzieją dla gatunku?

Caldwell zaczyna pisać kolejną powieść, jednocześnie zmagając się z faktem, że nie wespnie się na wyżyny literackie, a także porwaniem syna i pewnym (psycho?)fanem…

Czytelnik otrzymuje tutaj kulisy literackie, spostrzeżenia autora na pracę fantasty i jej wpływ na codzienność, swoistą satyrę na kontakty z fanami, wewnętrzne rozterki wiecznego braku wiary w siebie, a zarazem powieść w powieści, która daje wgląd w to, jak może wyglądać literatura SF, kiedy minie już 100, 200, 1000 lat. Oryginalne to i wartościowe. I pokazuje, co autor z pomysłem i klasą potrafi zrobić z fabuły, która mimo wszystko stanowi już wyeksploatowany temat.

11 opowiadań i 1 nowela… Tylko tyle, a jak wiele zarazem. Antologia ta, czasem lekka, czasem trudna, czasem skomplikowana, innym razem prosta i szczera, stanowi wartościową i intrygującą pozycję. Swoiste musisz to mieć dla fanów Science Fiction. Ale także i nieprzekonani do tego rodzaju literatury znajdą tu coś dla siebie. Udało się także zaradzić odwiecznemu dylematowi co wybrać: zbiór (bo jeśli coś się nie spodoba, można sięgnąć po kolejną opowieść, bo mamy różnorodność, bo szybkość czytania) czy powieść (bo jeśli się spodoba, krótka treść to za mało), łącząc formy krótsze i dłuższe. I to za naprawdę dobrą cenę.

Polecam, bo warto.

czwartek, 4 września 2014

All-Star Superman - Grant Morrison, Vincent Deighan



Superman w wyniku sabotażu Luthora, zostaje napromieniowany energią słoneczną do tego stopnia, że jego ciało zaczyna się rozpadać. Z przyszłości wie jednak, że nim umrze, dokona 12 niemożliwych zadań. Zaczyna się ich podejmować...

Oto komiks, który na jednym z czytelniczych rankingów zdobył 4 miejsce na najlepszy komiks w historii. 4 miejsce, bijące na głowę m.in "Powrót Mrocznego Rycerza", "Rok Pierwszy" czy "Born Again". Jak to możliwe? Też się zastanawiam, choć zarazem po części rozumiem przyczyny tego zjawiska.

Ale po kolei.

O czym jest ten Superman? Wiem, że streszczenie zawarłem powyżej, ale nie o to mi chodzi. mit Heraklesa jest tu bardziej, niż oczywisty, jednak nie tylko to rzuca się w oczy. Cały ten ponad 300 stronicowy album został wręcz zlepiony z wszystkiego, co już w serii się pojawiło. Zręcznie, to prawda, na tyle nawet, że seria dostała nagrodę Eisnera, nie mniej to wszystko przecież już było. Każda scena to powtórka, dająca przewidywalny efekt. Może i jest to niezła metoda, by streścić całe uniwersum postaci w jednym albumie - szczególnie, że Morrison miał na to pewien pomysł - tylko czy muszę i ja dać się temu porwać?

Niekoniecznie.

Prawda z "Rejsu" przekłada się jednak także i na amerykańskie realia - najbardziej lubimy to, co już czytaliśmy.

To, plus połączenie czegoś ponad z czystą komercją, dało album, który czyta się znakomicie, z refleksją i satysfakcją, ale nie ma on jednak ani siły, ani uroku wielkich dzieł. Ot kolejny album dla mas, choć oddam scenarzyście honor, dziękując, że pomimo komercjalizacji chce szerzyć przesłanie i głębię.

Słowo o rysunkach. Są znakomite, uzupełnione z gustem ascetycznymi barwami, intrygujące, nie dla wszystkich, wiadomo, każdy ma inne poczucie estetyki, nie mnie warte są uwagi, jak zawsze zresztą.

I cóż zostaje mi dodać? Komiks warto poznać, nie mniej nie jest to konieczne. Wolę jednak Supermana w wykonaniu Alana Moore'a (sporo t z niego zaczerpnięto), ale po inne albumy Morrisona sięgał będę chętnie i bez wahania.

środa, 3 września 2014

Osiedle Swoboda, wyd. 3 - Michał "Śledziu" Śledziński



SWOBODNE OSIEDLE POWRACA!

Smutny, Wiraż, Niedźwiedź, Szopa i Kundzio to piątka przyjaciół wiodących typowy żywot młodych ludzi (pełen alkoholu, imprez i narkotyków) w tytułowym blokowisku w bliżej nieokreślonym mieście. Osiedle zamieszkuje masa różnych indywiduów z  Ciachciarchciachem (telepatą) i Bossem Drwalem (szefem półświatka Osiedla) na czele. I cóż więcej można powiedzieć? Chłopaki po prostu żyją. Czasem zwymiotują w kościele, czasem zmierzą się z dilermami, czasem spotkają duchy... A wszędzie kręci się czarny kot imieniem Pazur...

Normalka.

OS to wielkie dzieło polskiego komiksu i to bez dwóch zdań. Wielkie i kultowe. Dzieło, któremu zawdzięczamy, że magazyn Produkt nie zakończył się ukazywać na pierwszym numerze. Śledziu portretuje w nim życie takim, jakie jest. Brudne, smutne, pełne wulgaryzmów i braku nadziei. Zdarza się w nim czasem coś niezwykłego, ale głównie nie dzieje się nic. Tylko rozmowy z kumplami. Rozmowy filozoficzne najczęściej, zaczerpnięte bez dwóch zdań z filmów Kevina Smitha. Wnoszące często mnóstwo humoru i refleksji. A przede wszystkim satyry na współczesność.

Scenariusze więc to zawsze kawał świetnej roboty z rewelacyjnymi dialogami i dowodem na to, że przekleństwa potrafią służyć do przekazania czegoś więcej niż tylko negatywnych emocji. Konstrukcja bohaterów jest więc realistyczna, czasem do bólu, i absolutnie nie papierowa. To postacie, które żyją i które czują. Które możemy spotkać na co dzień w dowolnym miejscu kraju.

Świetne są też rysunki Śledzia. Niby proste a znakomite i stanowiące zarazem przekrój przez całą karierę tego jednego z najważniejszych i najlepszych rodzimych komiksiarzy. I wiem, że wielu pierwszy komiks, otwierający OS, nazwie wręcz eksperymentalnym, to proszę zwróćcie uwagę na scenę ze Smutnym i Wirażem pod sklepem nocnym - oświetlenie tam użyte to dla mnie absolutna perełka, a to nie jedyny taki smaczek.  Dalej natomiast jest już tylko lepiej.

I cóż więcej mogę dodać? Że kiedy czytam OS po latach, w oku kręci mi się łezka wzruszenia? Że ten komiks zmienił moje życie? Że jest to, jak dla mnie, obok dzieł Christy, Chmiela i Baranowskiego, największe dokonanie rodzimej sceny komiksowej? Że to cudo, które chce się czytać raz po raz? Że nawet słabsze historie (patrz: nieco chaotyczne Z pamiętnika Wiraża) zachwycają bez dwóch zadań?

Polecam i tyle. Całym sercem. Nie bez przyczyny bowiem ukazało się właśnie trzecie zbiorcze wydanie odcinków znanych z "Produktu" - trzecie i założę się, że nie ostatnie, bowiem ten komiks po prostu trzeba co raz prezentować następnym pokoleniom czytelników w Polsce. Jest tego wart i jak widać po jego nie słabnącej popularności, fani komiksów tę wartość odnaleźli i zachwycili się nią.