Thor by Jason Aaron: The Complete Collection Vol. 1 – Jason Aaron, Esad Ribić, Ive Svorcina, Ron Garney
Z Jasonem Aaronem nie za
bardzo mi po drodze. Czytam sporo tego, co pisze, ale niewiele naprawdę
doceniam. Ale obok jego „Punishera MAX” i „Grzechu pierworodnego” to „Thor”
najlepiej mi podszedł, nawet jeśli pod sam koniec posypał się dość mocno. Więc
w końcu szarpnąłem się i uzupełniłem kolekcję – brakowało mi trzech tomów, a to
oryginalne zbiorcze wydanie wyszło mi taniej, niż kupno dwóch albumów polskiego
wydania, że o trzech nie wspomnę. I fajnie jest. Nadal wolę przygody Thora
pisane przez innych – Ellis czy Straczynski – ale Aaron też daje radę. A że
Ribić to rysuje, naprawdę jest na co popatrzeć.
Wieki temu, kiedy Thor
był młody i butny, zobaczył coś, czego nigdy w swoim już wtedy długim i bogatym
żywocie nie widział – zabitego boga. Coś, a właściwie ktoś zaszlachtował
bóstwo. Coś takiego nie wydawało się możliwe, a jednak. Ale kto mógł tego
dokonać? I w jaki sposób?
W czasach obecnych
zagrożenie powraca. Thor znów natyka się na rzeź bogów, a to doprowadzi go do
starcia, w którym nie ma najmniejszych szans. Starcia, które będzie wymagało
zjednoczenia się trzech Thorów z różnych czasów, a i to może nie wystarczyć!
No to tak – opowieść o
Gorrze bogobójcy, czyli te pierwsze jedenaście zeszytów, naprawdę dobra jest. Aaron
miał pomysł, wiedział co chce zrobić i dobrze to zrobił. Wyszła mu historia
mroczna i brutalna, gorzka, podszyta też nutą filozoficzno-religijnych dywagacji
(acz niewiele tego, Aaron stawia na rozrywkę) i… Przełamywane jest to humorem, takim
szelmowskim i czasem jakoś nie do końca pasującym do wszystkiego, acz jako ogół
rzecz naprawdę jest bardzo dobra. Jedna z lepszych, jakie w „Thorze” mi się
zdarzyły.
Przynajmniej do czasu, bo w trzeciej części tomu – odpowiadającej albumowi „Thor Gromowładny: Przeklęty” – wszystko zaczyna się sypać. Pierwsze jedenaście zeszytów to była akcja, były widowiskowe i mroczne sceny, ale było w tym coś naprawdę udanego i sporo miejsca na podbudowę postaci też było. Tu wszystko jest może i rozwijane, ale pozostaje nie tylko mocno typowe, choć nadal dynamiczne i z paroma dobrymi momentami (sceny obyczajowe), ale i przesadnie pospieszone, czasem zwyczajnie bzdurne i wysilone (krasnolud chcący wszystko wysadzać, niczym ten Rico z „Madagaskaru” itp.). I taki poziom w serii niestety utrzyma się jeszcze trochę, aż do pojawienia się kolejnego runu Aarona, już poświęconego Potężnej Thor.
Tak czy inaczej, ten tom
to kawał świetnego komiksu superhero. I początek bardzo fajnej serii, mającej może
i słabsze momenty, ale jednak epickiej i bawiącej nas przez jakieś sto zeszytów
(jeśli dobrze policzyłem, wliczając wszystkie poboczne, jak annuale czy dodatek
do „Grzechu pierworodnego”). Świetnie to narysowane – przynajmniej jeśli chodzi
o część z Gorrem (minus jeden zeszyt na zmianę rysownika), bo potem rozjeżdża
się to i traci sporo ze świetnego realizmu i klimatu prac Ribića – fajnie wydane
ze sporą dozą dodatków. Więc tak, warto. Dla mnie na poziomie ostatniego kinowego filmu z tym bohaterem, tą opowieścią zresztą inspirowanego - choć pewnie wielu za to mnie zlinczuje. Warto ten album i warto całość, którą
swoją drogą zamierzam teraz sobie odświeżyć, ale zobaczymy, co wyjdzie. No i
tyle.




Komentarze
Prześlij komentarz