X-Men: Rozłam – Jason Aaron, Kieron Gillen, Carlos Pacheco, Frank Cho, Daniel Acuña, Alan Davis, Adam Kubert, Tim Seeley, Billy Tan
„X-Men: Rozłam”. No ogólnie docenia się ten komiks
i w ogóle. Mówi się, że ważny, że ustalający nowy status quo, że to, tamto. No
ale nie ma się co oszukiwać, fabularnie to – jak na Aarona przystało – nic
oryginalnego. Ot xmanowa kopia „Wojny domowej”, wiadomo tu i tam zmieniona,
żeby nie było, że plagiat, ale mocno obie te opowieści przypominają siebie na
wzajem. No i właśnie takie to wszystko wtórne jest, acz całkiem do rzeczy,
dynamiczne, z szybkim tempem, czasem naciągane, jak choroba, czasem
widowiskowe, czym ma trochę maskować brak większego pomysłu… No typowy Aaron,
wspierany przez typowego Gillena, ale sam evencik nawet
daje radę. Choć do takiego „Rodu M” czy nawet „Avengers kontra X-Men” nawet nie ma startu.
Niedobitki mutantów, ot jakieś dwustu
przedstawicieli gatunku przetrwałych po „Rodzie M”, zjednoczyło się i teraz
żyje na wyspie Utopia. Ale nadal nie czują się bezpiecznie, bo na świecie wciąż
jest pewnie więcej Sentineli, niż żyjących mutantów. Dlatego Cyclops,
wykorzystując konferencję zbrojeniową, chce przekonać rządy by pozbyły się tych
maszyn. Ale, jak zawsze, wszystko idzie nie tak. Omega Kid wkracza do akcji i ogłaszając
się przyszłym przywódcą X-Men pokazuje na co go stać, zmuszając głowy państw do
wyznania swoich największych grzechów i sekretów. Zaczyna się chaos, zjawiają
Sentinele, Cyclops i Wolverine muszą wkroczyć do akcji, a sytuacja mutantów
ulega pogorszeniu. To jednak dopiero początek tego, co nadchodzi. Zbliża się
rozłam, wielkie poróżnienie, ale i wielkie zagrożenie. Co z tym wszystkim ma
wspólnego pewien genialny dzieciak i Hellfire Club? I jakie będą konsekwencje
tych wydarzeń?
No i o te konsekwencje powinno chodzić, a Aaron,
jak to Aaron na akcję stawia. Niby wiadomo ten rozłam to pobrzmiewał w serii
potem długie lata, ale to nie było nic nowego, bo w serii rozłam między
frakcjami mutantów był od samego początku i temat co chwila gościł w kolejnych
tytułach. Więc Aaron po prostu skopiował to wszystko i pomieszał z „Wojną
domową” no i zrobił całkiem znośny rzemieślniczo, choć pozbawiony grama
artyzmu czy pomysłowości. No i jako taki blockbuster z kilkoma fajnymi scenami
(jak wyznawanie grzechów przez polityków), kilkoma absolutnie nietrafionymi
pomysłami (dziecięcy źli geniusze to kicz i tandeta, zero przekonujący motyw i w
ogóle słabo to wypada), beznadziejnym humorem i czystą akcją (na dodatek przesadnie szybko poprowadzoną), która ma maskować wszystko inne,
sprawdza się całkiem do rzeczy. Jednak sedno tego wszystkiego, czyli jakieś głębsze
dywagacje na temat podziałów, sytuacji świata i społeczeństwa czy głos w
sprawie zbrojenia, nie ma nawet okazji wybrzmieć, a szkoda. Choć dodatkowe zeszyty
pisane przez Gillena, a skupiona na bohaterach bardziej, wypadają całkiem do rzeczy.
Więc najfajniej powinno być graficznie, ale niestety zamiast być po prostu bywa i to w zasadzie czasami, bo tu co chwila ktoś inny rysuje i większość czasu nic nie rwie. Ale gdy wkracza akcja, mrok i widowiskowe efekty w wykonaniu Davisa, w końcu czuje się, że Sentinele są gigantyczne – a tego zawsze mi w komiksach brakowało, niby wielkie, a jednak nie robiły wrażenia, a tu robią. Mają w sobie coś niemal majestatycznego. Reszta, nawet takie sławy, jak Pacheco czy Kubert zdają się robić to wszystko jakby od niechcenia, a pozostali „artyści” to już w ogóle słabizna. Choć na szczęście są momenty, są sceny, które robią wrażenie i zapadają w pamięć.
A gdzie to wszystko mieści się na osi czasu X-Men?
Ogólnie po polsku z okresu poprzedzającego cale wydarzenie mieliśmy niewiele –
ogólnie dzieje się to wszystko zaraz po „Samym strachu” (a jeśli chodzi o
rzeczy poboczne to w okolicach trzeciego i czwartego tomu „Wolverine’a”
Aarona), a przed „Avengers kontra X-Men”, po których mamy całe Marvel Now (no i
jeszcze pomiędzy to mamy ten pierwszy tom „Wolverine i X-Men” Aarona, który
dzieje się bezpośrednio po „Rozłamie”, a który wyszedł tylko w ramach „WKKM”). No
i to w zasadzie tyle, bo i tak wszystko, co ważne do zrozumienia opowieści mamy
streszczone przed.
Więc? Więc dla fanów „X-Men” to coś, co poznać
powinni, a nawet muszę, bo wiadomo, wtórny, ale ważny i tak moment ich dziejów,
który miał trochę pomieszać w ich statusie quo. Fajnie wydany po polsku, dość kompleksowo,
bo poza samym eventem mamy dodatki w postaci „Generation Hope #10 #10-11”
(pominięto co prawda numer 12, który do całości jest zaliczany, ale mamy za to „X-Men:
Regenesis”, czyli coś ważniejszego dla losów mutantów) i… No i to tyle. Rzecz
głównie dla fanów, zaserwowana prosto, bez ambicji, ale i bez większego zawodu.



Komentarze
Prześlij komentarz