Heroes Reborn. Odrodzenie bohaterów: Najpotężniejsi obrońcy Ameryki – Jason Aaron, R. M. Guéra, Dale Keown, Ed McGuinness, Aaron Kuder, James Stokoe, Federico Vicentini, Erica D’Urso
HEROES REBORN – THE REBORN, THE RETURN, THE RERUN… Najżałośniejsi obrońcy Ameryki
Aaron. No i wszystko jasne. Ten gość, jak zawsze wziął stary pomysł, trochę go pozmieniał i spróbował wcisnąć nam, jako coś nowego. No i nie wyszło, jak nie wychodzą mu "Avengersi" (serię już sobie odpuściłem, bo rzygam tym, co tam wyprawia Aaron), które też są kopiami fabuł innych scenarzystów. Nie powiem, całkiem szybko się to czyta, ale wtórność i typowa dla scenarzysty maniera sprawiają, że jeszcze bardziej chce się odpuścić jego kolejne projekty. Bo nie ma się co oszukiwać, ani grama w tym oryginalności, ani nic ciekawego znaleźć się nie da, za to nudy sporo i zwyczajnej, fabularnej żenady, podlanej przesytem i przeładowaniem. Ot jakbym czytał kiepski fanfik dzieciaka, który łyknął kilka komiksów i uparł się, że musi do nich wszystkich nawiązać. W skrócie: najsłabszy event od Marvela wydany po polsku. I przy okazji po prostu słaby komiks superhero, gorszy od większości podobnych, choć przecież i one nie trzymają wysokiego poziomu.
Fabuła jest prosta. Świat się zmienił, nie ma bogów, nie ma Avengersów, zniknęły nawet wampiry, a nikt nie pamięta, że kiedyś istnieli i jak wyglądał świat jeszcze niedawno. No prawie nikt, bo Blade jako jedyny zdaje sobie sprawę z tego, jak być powinno, ale nikt nie będzie go przecież słuchał. Co prawda Dzienny Marek stara się odświeżyć pamięć tym i owym, pozyskać sojuszników, ale póki co na próżno. Zresztą po co temu światu Avangers, skoro Szwadron całkiem dobrze sobie radzi? Przynajmniej jak na obecne wymogi. Ważniejszy problem jest jednak taki, co właściwie się stało, kto odpowiada za taki stan rzeczy i w jakim celu to zrobił? A co będzie, kiedy prawda wyjdzie na jaw?
Lata 90. XX wieku to okres, w którym Marvel zaczął mierzyć się ze
spadkiem popularności swoich serii – najgorzej radzili sobie wówczas takie tytuły, jak "Avengers", "Ghost Rider" czy "Fantastyczna Czwórka" (choć kto czytał, ten wie, że i tak prezentowały większy poziom, niż to, co serwuje nam Aaron). Żeby przywrócić zainteresowanie nimi i wydawca zdecydował się na odświeżenie uniwersum. Oto w wyniku walki
z Onslaughtem (bytem stworzonym przypadkowo z mocy Xaviera i Magneto) ginie
masa bohaterów – Fantastyczna Czwórka, Kapitan Ameryka, Iron Man… No sporo tego
było. A przynajmniej tak się wydawało, bo herosi zostali ocaleni przez
Franklina Richardsa i zamknięci w innym wymiarze, gdzie nie pamiętali kim byli
kiedyś, a swoje żywota wiedli od nowa, ale w innej wersji (dzięki temu Marvel
wystartował na nowo przygody wielu z nich w całkiem fajnych, bardzo
nowoczesnych wtedy seriach). A wszystko zwieńczył kolejny event – "Heroes
Reborn: The Return", gdzie wymiar z bohaterami ma zostać zniszczony, więc
zaczyna się akcja, która pozwoli przywrócić ich dla naszej rzeczywistości. To
wydarzenie częściowo wyszło po polsku w 1999 i był to pierwszy event z prawdziwego
zdarzenia (wiem, że TM-Semic za taki uważało "Infinity War", ale wydało je
wtedy osobliwie, wypuszczają na rynek dodatki z serii "Fantastic Four"
spojone w jedno kilkoma stronami głównego wydarzenia, samą "Wojnę
nieskończoności" pomijając w zasadzie, więc trudno to liczyć). No i tamta historia, wraz z wydanymi
nad Wisłą z dodatkami w postaci dwóch zeszytów Silver Surfera dziejących
się po zniknięciu bohaterów i dwóch tomów zbierających początki nowych serii z
FF i Iron Manem, choć wielkiego uznania u nas nie zdobyła, była naprawdę
świetna, choć wtórna względem chociażby "Kryzysu na nieskończonych Ziemiach"…
… a ta powtórka z rozrywki, która sama przecież była powtórką z rozrywki dobrym komiksem ma mniej wiećej tyle wspólnego, ile Aaron z oryginalnymi pomysłami. Prosta, zachowawcza, wtórna robota, jakich w komiksach wiele, podkręcona szybką akcja, która ma mniej więcej tyle życia i emocji, co manekin na sklepowej wystawie. Dzieje się tu dużo, szybko, ale zero nas to interesuje, a miskowanie postaci (Venom na czele Hydry, Magog jako Odyn etc.) wypada kiczowato i infantylnie. Poza tym widać w tym wydarzeniu kopiowanie nie tylko pierwotnego eventu, ale i wielu innych komiksowych wydarzeń, w których zmienia się cała superbohaterska rzeczywistości (sporo tego w DC, a najmocniej widać to we "Flashpoincie", "Metalu" jednym i drugim czy nawet "Gwoździu"). Zresztą nie tylko, bo Szwadron to nic innego, jak bezczelna i żenująca jakościowo zrzynka z Ligii Sprawiedliwości, której członkom jednak Aaron nie potrafił nadać nawet grama charakteru, a poza tym odtwarza tu masę rzeczy, od genez bohaterów DC, przez "Ostatnie łowy Kravena", po "Azyl Arkham". I niby miało być zabawnie, miało być puszczanie oka, a czyta się to, jak kiepskie kopowianie kultowych rzeczy. Ja wiem, że Aaron powtórkami żyje już od długiego czasu i cały ten jego run "Avengers", w trakcie którego dzieje się ta opowieść zresztą, to nic innego, jak kopiowanie fabuł poprzedników, bo najwyraźniej inaczej nie potrafi, ale nie umiem zrozumieć, jak ktoś dopuszcza mu to do druku? Żeby chociaż jeszcze było to dobrze zrobione, ale gdzie tam. Do tego rzecz jest niespójna graficznie, czasem fajna, czasem słaba, no ale siedziała nad tym cała grupa rysowników o różnym stylu, od realizmu (najlepszy w tym wszystkim Keown), po cartoonową infantylność (niezawodnie zawodzący McGuinness), więc czego się spodziewać?
Summa summarum, nie warto. Superbohaterska sieczka najniższych lotów. Masa bohaterów, masa akcji, masa wydarzeń, zero emocji, zero zaangażowania, oryginalności czy czegoś, co mogłoby zaciekawić. Jeśli cenicie swoją inteligencję i gust, omińcie to z daleka.



Komentarze
Prześlij komentarz