Diabelskie rządy – Chip Zdarsky, Marco Checchetto, Rafael De Lattore, Jim Zub, Luciano Vecchio, Rodney Barnes, Guillermo Sanna

DARK REIGN: CIVIL WAR SIEGE BORN AGAIN

 

O k….a, znowu?! Chciałoby się zapytać, sięgając po ten tom. Ale pytać nie ma sensu, bo to aż bije po oczach – wszystko co tu mamy to bezczelna i bezlitosna kopia tego, co już było. Podstawą rżnięcia scenariusza są tu dwa wydarzenia: „Dark Reign” i „Wojna domowa” (a pamiętajmy, że „Wojna domowa” już w chwili swojej premiery pozbawiona była oryginalności i pełnymi garściami czerpała z tego, co niemal dwie dekady wcześniej zrobił chociażby Alan Moore), ale podkradania jest tu więcej. Brakuje jednak inwencji, pomysłu i dobrego wykonania. Efekt jest koszmarnie rozczarowujący, a sam event jednym z najgorszych, jakie Marvel ma do zaoferowania (choć tej żenady Aarona spod szyldu „Heroes Reborn” nie bije). Może jeśli ktoś zacząłby od tego swoją przygodę z komiksami nie zgrzytałby zębami tak strasznie, ale i wtedy musiałby lubić typowe, miałkie pisarstwo oraz pozbawione ambicji skupienie się jedynie na akcji.

 

Wilson Fisk wie, że coś się stało, coś zmieniło. Miał w swoim sejfie akta, w tym te o tożsamości Daredevila, teraz nic w nich nie ma albo znajduje się jakiś bełkot. Nie wie, że Śmiałek skorzystał z pomocy wymazania swojej tożsamości, ale wie, że coś jest nie tak, a jako burmistrz Nowego Jorku ma środki by coś zrobić. I robi. oskarża w mediach bohaterów o stanowienie zagrożenia dla miasta i ludzi, delegalizuje posiadaczy supermocy i zaczyna na nich polowanie. Herosi muszą stanąć do walki, tym bardziej, że ma na swoich usługach tych złych działających po stronie prawa i…

 

Bla, bla, bla, bla, bla. Takie pierdolamento bez sensu, bez znaczenia i bez pomysłu. Wróć, jedno znaczenie ta opowieść ma – rozliczenie się z wątkiem Fiska jako burmistrza, ale już sam ten wątek od początku jego istnienia był kiepski, a finał, jaki dostał, nie jest lepszy. A mogło być fajnie, a nie, Zdarsky wziął i skopiował to, co już było. „Dark Reign”, opowieść, która nie miała żadnej głównej serii, a jedynie stanowiła okres w dziejach Marvela pokazywała nam, jak do władzy dorwał się inny złol, Norman Osborn, na swoich usługach miał innych badassów działających po stronie prawa (nawet ta sama drużyna, co tu…) i w ogóle. Ba, jego mroczne rządy zakończyły się „Oblężeniem”, czyli fabułą, gdzie w końcu górę wzięła osobista vendetta i chęć władzy absolutnej więc zaatakował nie tego, co trzeba i źle się to dla niego skończyło – i na tym samym opierają się (swoją drogą dziejące się w trakcie spidermanowego wydarzenia „Korporacja Beyond”) „Diabelskie rządy”.

 

Do tego mamy tu zerżnięte masę innych rzeczy. Wymienić wszystkiego nie chcę, bo i po co, ale „Wojna domowa”, gdzie rząd oskarżając bohaterów o to, że stanowią zagrożenie dla społeczeństwa, zaczął ich rejestrować i ścigać tych, którzy się nie dostosowali – jak ktoś nie pamięta, także tam złole byli na usługach państwa i ścigali tych dotąd dobrych… Sama finałowa walka to jakby bardziej epicka wersja starcia Petera z Kingpinem ze „Znowu w czerni”, a i nie brak tu chociażby podkradania z „Daredevil: Odrodzony” – tu najmocniej w oczy rzucają się sceny na jachcie, ale można znaleźć więcej. A przecież wszystkie wspomniane fabuły mniej lub bardziej kopiowane były przez długie lata. Okej, czasem Zdarsky odwraca tu wszystko, pokazując nam bohaterów, którzy we wspomnianych historiach sami byli po części oprawcami, sprowadzonych tu do roli ofiar – i na odwrót – ale to tylko jeszcze mocniej podkreśla wtórność całości i brak pomysłu co zrobić nawet z dobrymi wątkami. O dziwo udało mu się też coś jeszcze gorszego – sceny, które miały być puszczaniem oka do fanów znających przygody „DD” chociażby, są tak wykonane, że wyglądają jak kolejna kopia, a nie easter egg.

 


Abstrahując od tego, sama opowieść jest poprowadzona szybko i lekko. Dużo bohaterów, dużo walki, nieco nie najgorzej uchwyconej wielkiej polityki, ale wszystko to jest sztampowe, zachowawcze i nijakie. To, co mogłoby wypaść ciekawie, jak uczucia i emocje czy działania na szczeblach władzy, zostaje uchwycone tak nijako, że nie ciekawi i niewiele z tego wynika. Postacie są prosto skrojone (a szkoda, bo potencjał był), nie ma tu pogłębienia psychologicznego rysu, a tłumaczenie czytelnikowi wprost, jaki ktoś ma charakter, cechy i co z tego wynika dla innych jest nie tylko strasznie łopatologiczne, ale i pokazuje nam to, że Zdarsky nie potrafił tak wykreować tych postaci, żeby same, swoimi czynami pokazały nam jakie są, co reprezentują etc. Najbardziej zaś cierpi na tym Elektra, jedna z najlepszych kobiecych bohaterek w dziejach komiksu, która tu nie ma swojego charakteru i staje się sztampową bohaterką, jakich wiele. A to wszystko to kolejna rzecz podkreślająca, jak bardzo ten komiks jest kiepski i że poza sztampową akcją nie ma nic do pokazania, nawet jeśli usilnie (i nieudolnie) stara się przekonać nas, że jest inaczej (a może jeszcze bardziej przez to, obnażając tym bowiem wszystkie niedostatki na tym polu). Zresztą ta akcja sama w sobie też nie jest dobra, czasem przegadana, chociaż nie ma o czym gadać, częściej za szybko poprowadzona, niesatysfakcjonująca, kończąca się nagle i nieprzekonująco, za to wypełniona bohaterami wciśniętymi na siłę, bo nie mają ani co robić, ani co pokazać: są, bo są.

 


Graficznie? I jest fajnie, i do bani. Fajnie, kiedy rysuje Checchetto, ale większość jego talentu ginie w przesadzonym kolorze, który stawia na komputerowe fajerwerki zamiast na dobre uzupełnienie kreski (chociaż jak na tego rysownika to jednak nie jest szczyt formy i spory regres względem starszych prac, które miały w sobie może i więcej brudu, ale też i więcej charakteru, serca i ducha). Kiedy jednak za robotę biorą się inni, to, co w komiksie najlepsze, czyli mroczny klimat, rozmywa się w cartoonowej prostocie, a to, jak wygląda tu ostatni zeszyt (zwłaszcza pod koniec) to już w ogóle porażka, od której łzawią oczy.

 

W skrócie: nie warto. Chyba, że szukacie koszmarnie wtórnego komiksu, gdzie akcja ma maskować brak właściwie wszystkiego, bo, jak mawiał klasyk, lubicie to, co już znacie. Jeśli chcecie odrobiny inwencji i wykonania lepszego, niż standardowa superbohaterska sztampa, odpuście i poszukajcie czegoś starszego, nie pożałujecie. Ja za to żałuję czasu i pieniędzy. Jako komplecista zbierający eventy mieć musiałem, ale… No coś dobrego z tego jednak wynikło. Do tej pory zastanawiałem się nad poznaniem „Daredevila” Zdarskyego, ale widząc jaki poziom tu mamy, definitywnie odpuściłem, chociaż herosa lubię od długich dekad.

Komentarze