WEHIKUŁ
CZASU W TECHNIKOLORZE
Parę lat temu, na samym początku wydawania tej
serii, „Wehikuł czasu” zaserwował nam najsłuszniejsze z dzieł Harry’ego
Harrisona – „Przestrzeni! Przestrzeni!” (jeśli książki nie czytaliście, pewnie
kojarzycie filmową jej adaptację z 1973 – „Zieloną pożywkę” – która w popkulturze
swoje miejsce znalazła). Potem był jeszcze nonszalancki „Bill, bohater
galaktyki”, a teraz Rebis zdecydował się wznowić inne jego dzieło, mniej znane,
ale wcale nie mniej warte uwagi. „Filmowy wehikuł czasu” (chociaż mnie
osobiście bardziej podoba się oryginalny tytuł, „The Technicolor Time Machine”),
bo o nim mowa, to pójście w zupełnie inne klimaty, niż w „Przestrzeni”, ale
bliższe „Billowi”, bo dostajemy tu nie połączenie SF i kryminału, a komedię i
to taką o podróżach w czasie i wikingach, ale i tu Harrison odnalazł się
znakomicie.
Jak nakręcić film, który wymaga drogich efektów
specjalnych bez inwestowania w nie? Studio filmowe Climatic Studios, które
znalazło się na granicy bankructwa, nie ma innego wyjścia, jak nakręcić taką właśnie
superprodukcję. To jedyna nadzieja, ostatnia szansa, ale jak się może to udać?
A no dzięki wehikułowi czasu, który zabiera ekipę w czasy wikingów, by to właśnie
o nich stworzyć obraz. Jednakże koszty to jedno, ale jak poradzić sobie w tych
niegościnnych czasach realiów jedenastego wieku? Jak przetrwać? I, przede
wszystkim, co z tego może wyniknąć?
Jeśli chodzi o samego autora, to Harry Harrison to
już klasyk gatunku. Autor swoją karierę pisarską zaczął w 1951 roku od
opowiadań (wcześniej m.in. ilustrował komiksy), ale zanim na rynku pojawiła się
pierwsza jego powieść, minęła niemal dekada. Tak zaczęła się nie tylko jego
pisarska kariera, ale też i serie: „Planeta śmierci” i „Stalowy szczur”, które można
śmiało określić, jako dwie najbardziej reprezentacyjne z dziełach autora. Chociaż
trudno tu mówić jednoznacznie o tym, co jest dla niego reprezentatywne, skoro
potrafi i futurystyczny kryminał, a raczej thriller z elementami, które można
zaliczyć do horroru, i lekką, antywojenną satyrę w estetyce space opery, i
klasyczne SF, i coś bardziej awanturniczego i…
No i właśnie coś takiego, jak ta powieść. A co
konkretnie? Absurdalną fantastykę o takiej ekipie bohaterów (zresztą bardzo dobrze
sportretowanych), o których aż chce się czytać (sami zobaczycie), przeżywającej
przygody, które chce się śledzić. Niby to komedia, niby prosto pisana i
nieskomplikowana fabularnie, a jednak bardzo fajnie wykonana, przemyślana i
potrafiąca zaskoczyć. Czym? Z jednej strony przemyślanymi kwestiami
technicznymi odnośnie podróży w czasie i tym, co z tego wszystkiego wynika.
Poza tym nie brakuje tu napięcia, wciągającej akcji i po prostu siły wyrazu. Niby
książka cienka, na raz, na jedno dłuższe popołudnie i wieczór, a jednak treści w
niej sporo. I wciąż, mimo upływu lat (rzecz wyszła w 1967 roku, a – dodam jako ciekawostkę
– w 1981 doczekała się radiowej adaptacji) wciąż jest pomysłowa i urzekająca.
Po prostu super i tyle. Nie jest to arcydzieło, ale
w kategorii komediowego SF to prawdziwa gratka, jaka spotyka się bardzo, bardzo
rzadko. Nie infantylna, nie naiwna, za to bardzo satysfakcjonująca i poprawiająca
humor. I jeszcze ten finał! Bierzcie, bo warto pod każdym względem – nawet jeśli
nie trawicie komediowej fantastyki (ja nie trawię, chociaż mam parę wyjątków i
Harrisona śmiało mogę postawić obok takich nazwisk, jak Douglas Adams czy Terry
Pratchett).
Recenzja opublikowana na portalu sztukater.
Komentarze
Prześlij komentarz