Armada #11: Niestały świat – Jean David Morvan, Philippe Buchet


NOWY POCZĄTEK

 

Doceniam to, co zrobili tu twórcy. Po tym, jak poprzedni album zostawił nas z niepewnością, co do dalszego losu Navis, choć wiadomym było, że nie może być tak źle, jak się zanosi, tu zamiast siedzieć nad opowieścią, mozolić się z procesem i resztą i przynudzać, wrzucają nas na głęboką wodę., gdy już jest po wszystkim i musimy się w tym odnaleźć, jak Navis w nowym życiu. I fajnie to wypada. A i nie bójcie się, bo seria nie spuszcza z tonu i oferuje dokładnie to, co zawsze w niej ceniliśmy.

 

A więc tak: Navis narozrabiała. W zasadzie nie raz, ale tym razem zrobiło się mocno poważnie i teraz, w końcu, po procesie, traci niemal wszystko. Nie ma już własnego statku, do przyjaciół nie może się zbliżać, zajmować się pracą, do jakiej została wyszkolona też nie może, a tu jeszcze to, co zarobi i tak rekwiruje komornik. Prawnik obronił ją co prawda przed odsiadką, jednakże nasza bohaterka wie, że mógł zrobić więcej, ale wolał mieć ją jako zależną od siebie pomoc, którą będzie mógł zaangażować do własnych zadań.

I już wkrótce wysyła ją na misję – tym razem jako reporterkę, nie agentkę, chociaż wiadomo, że i tak ma działać jak agentka – na planetę Ribehn. Ribehn to miejsce specyficzne, świat rozdarty między tradycję a pęd ku nowoczesności, gdzie ludność żyje w społeczeństwie rodem z feudalnej Japonii. Navis nie umie i nie chce się tu odnaleźć, wpasować w konwenanse, ale to właśnie tu musi odszukać swojego przyjaciela i… Właśnie, o co tu chodzi? Jaki związek z całą misją ma grawiton, którego złoża są tu bogate? I co na to wszystko Armada?

 

Ten tom jest trochę, jak „Avatar” Camerona. Latające góry i te sprawy. Z tym lataniem to zresztą jest całkiem widowiskowo, rzućcie tylko okiem na scenę rozwałki z łańcuchami, latającymi górami i miastem poniżej. Tak, jak jest to rysowane, robi wrażenie. Fabularnie tom może wydawać się nieco wtórny, bo japońskie klimaty już tu bywały, ale tym razem mamy je na całego i mocniej podkreślone, co dla mnie, człowieka, który od dzieciństwa uwielbiał japońską popkulturę, jest jak najbardziej in plus. A to, że przyjaciele Navis, dotąd obecni cały czas, chociaż nie zawsze na pierwszym planie, teraz niemal zniknęli, dodaje opowieści nieco odświeżenia.

 


Całość oferuje zarówno sporo konkretnej akcji podanej w szybkim tempie, opowiadanej za pomocą znakomitych ilustracji, jak i momenty wypełnione dialogami, żeby poczytać też było co. Balans jest zachowany, wykonanie tradycyjnie satysfakcjonuje, a i doceniam, że choć mamy tu do czynienia przede wszystkim z rozrywką, twórcy wrzucają kwestie do zastanowienia, pod rozwagę i służące też przekazaniu czegoś. Nie zawsze jest idealnie, ale zawsze jestem z całości zadowolony.

Komentarze