Zostań ze mną – Nicholas Sparks, M. Night Shyamalan

I SEE DEAD PEOPLE

 

To chyba jest złota zasada, że jeśli romans – nie mylić z książkami o miłości – to nie może jednak być dobrze pisany. I ten nie jest. Stylistycznie to literackie prostactwo, od którego czasem aż zgrzyta się zębami, ale za to fabularnie to połączenie wszystkich hrrorowych i romansowych sztamp, które stanowią nie tylko klisze, ale i kicz zupełny. A jednak przeczytałem. Bo mam sentyment do Shyamalana i obejrzałem wszystkie jego filmy, chociaż niektóre („Ostatni władca wiatru” chociażby) chciałbym wyrzucić z pamięci i udawać, że ich nie było. Z tym, że Shyamalan, mimo jego nazwiska na okładce, powieści wcale nie pisał. Ta wersja, bo będzie jeszcze film, to dzieło Sparksa na podstawie ich wspólnego pomysłu i… no i kiepsko to wyszło.

 

Tate swoje przeżył. Jakiś czas temu jego ukochana siostra, chora od dziecka na serce, pożegnała się z tym światem, a on sam wylądował w szpitalu psychiatrycznym. Teraz wraca do zdrowia, do pracy i na początek wyjeżdża na Cape Cod, gdzie ma zaprojektować dla przyjaciół dom. Zamieszkuje w wielkim budynku, którego jest jedynym lokatorem, zabiera się do działania, spotyka z ludźmi, ale… Z jednej strony wciąż zmaga się ze stratą siostry, z drugiej nękają go wzrokowe omamy, z którymi jakoś sobie radzi, ale jak długo? Co gorsza, w łazience pokoju, w którym mieszka najwyraźniej coś straszy, a chociaż poznaje piękną Wren, szybko zaczyna zastanawiać się czy dziewczyna nie jest duchem. Jego siostra widziała zmarłych, zostawiła dla niego też kilka enigmatycznych wskazówek, a on sam zaczyna zastanawiać się, czego właściwie doświadcza. Wren pojawia się w domu, chociaż nie ma tu nikogo poza nim i w równie niewyjaśnionych okolicznościach znika, gdy tylko zjawia się ktoś inny. Czyżby też była duchem? A jeśli tak, to jaką rolę będzie miał do odegrania Tate i co z tego wyniknie?

 

Ło matko – aż chce się powiedzieć – czego tu nie ma! Chyba tylko choćby grama oryginalności. W latach 90. Sparks chciał, żeby to Shyamalan przerobił scenariusz adaptacji jego książki „Pamiętnik”, ale ten odrzucił zaproszenie, bo chciał się zająć „Szóstym zmysłem”, co zresztą wyszło mu na dobre. Spotkali się jednak po latach i podjęli się wspólnego projektu filmowo-książkowego, czyli tej historii. Zamysł prosty: Shyamalan zrobił scenariusz do filmu, Sparks przerobił go na powieść, a ta wyszła najpierw (film ma być w przyszłym roku). Ale nie da się powiedzieć, żeby wyszła udana. Fabularnie to zlepek motywów, które sztampą są od dekad. Czytasz to i w oczy z miejsca rzucają się wszystkie te historie o nawiedzonych domach, gdzie duchy nie zawsze są straszne, ale coś strasznego nieść ze sobą potrafią. Tu Sparks próbuje być, jak King, ale daleko mu do niego, chociaż fabularnie zerżnięte jest to z książek w stylu „Lśnienie”, „Worek kości” (tam też dom, odludzie, duch, romans nawet) czy „Ręka mistrza” bezlitośnie. Ba, ta historia tak mocno przypomina „Dom nad jeziorem”, że to aż bije po oczach. A na tym nie koniec.

 

Shyamalan w swoim pomyśle znów sięga po wszystkie sprawdzone chwyty, które za pierwszym razem może i robiły wrażenie, ale użyte po raz kolejny żenują. Znów ktoś gada z duchami, znów ktoś widzi zmarłych, znów mamy ducha, który nawet nie zdaje sobie sprawy, że nie żyje, znów… znów… znów… Nie chcę wszystkiego zdradzać, ale scenarzysta jest tu, jak pies, którego nie da się nauczyć nowych sztuczek i wciąż powtarza to samo, aż do znudzenia. Więc i żadnego zaskoczenia tu nie ma, a to właśnie na ten element najbardziej czeka się u Shyamalana (niestety po czterech najważniejszych kinówkach, przestał chyba potrafić iść w tę stronę i jego filmy, jak i ta powieść, są oczywiste). Jednocześnie Sparks pisze to wszystko jeszcze gorzej, niż dotychczas. Jakby po prostu przepisywał scenariusz i starał się to wszystko rozbudować, ale niestety każdego elementu używa zbyt dosłownie, prosto, prostacko wręcz i bez dostosowania do nowego medium. A na dodatek wszystko opisuje tak nijako, a zarazem z taką emfazą (co chwila mamy jakiś WSPANIAŁY widok, CUDOWNY zapach i inne bzdety) i infantylnością, jakby był debiutantem, który nie potrafi dobrze operować piórem. Z tego powodu clou wszystkiego, czyli romantyczne uniesienia, prawie nie istnieją. Czytelnik niemal nic tu nie czuje, postacie – płaskie, papierowe i nijakie (acz jest jeden niezły drobiazg - czyli Wren różniąca się od tego, kto o niej opowiada) – nic go nie obchodzą, a zagadka nie interesuje. Groza też cierpi, bo klimat jest zerowy, a wszystkie romantyczne zagrywki to sztampa, jakich mało, skupiona na jeszcze bardziej sztampowej gadce. Chociaż przynajmniej czyta się to szybko.

 

Szkoda. Ale niczego więcej się nie spodziewałem. Jeśli lubicie zgrane do bólu motywy i schematy plus tani romans bez emocji czy choćby grama ambicji, i nie zależy Wam na dobrze pisanej literaturze, śmiało możecie. Reszta… Sami wiecie. I chociaż książka, mimo intelektualnego wyrugowania, tragiczna nie jest i przeczytać się da – ot średniak niskich lotów (o ile macie sentyment do Shyamalana, bez tego ocena będzie niższa) – dobrze, że kupiłem ją za grosze na wyprzedaży w supermarkecie, bo więcej nie jest warta.

Komentarze