IM WIĘCEJ (LAT KING PISZE), TYM SŁABIEJ (MU TO WYCHODZI)
W końcu ruszyłem kupkę wstydu i sięgnąłem po
jedną z zalegających mi książek Kinga. Był czas, kiedy łapałem na bieżąco, co
wychodziło, pochłaniałem, na premierę kupowałem itp., ale od lat sięgam już
raczej, kiedy jest promocja i za grosze dorwę albo coś, a i tak leżą potem i
czekają, aż może w końcu sięgnę. Bo King stracił to coś. Pisze nadal dobrze,
jak na literaturę rozrywkową, ale fabularnie ma już niewiele do zaoferowania, a
to, że jego proza stała się politycznie koszmarnie infantylna, pusta i
łopatologiczna dobija jeszcze to wszystko. Wziąłem jednak ten zbiór,
przeczytałem i nieźle jest, ale teksty są do bólu oczywiste, niemal nic tu nie
zaskakuje, a wszystkie historie pisane są jak od linijki, według jasno
określonego, technicznego schematu. Ot jakby literaturę sprowadził do wzoru
matematycznego. Ale po kolei.
„Dwóch utalentowanych skubańców” to całkiem
fajny tekst w starym stylu. Z jednej strony mamy tu opowieść ni to horror, ni
urban fantasy, ni lekkie SF, o dwóch kumplach, którzy mieli artystyczne zapędy,
ale nie posiadali talentu. Aż po pewnej dziwnej wizycie w lesie na polowaniu
nagle stali się gwiazdami w swoich kategoriach. Z drugiej strony to takie
kolejne kingowe rozliczenie z własną śmiertelnością, z głównym bohaterem
bestsellerowym pisarzem i narratorem w postaci jego syna, też pisarza, ale
żyjącego w cieniu ojca. Analogie może i grubą krechą nakreślone, ale całość
jest sympatyczna i miła. Z tym, że do bólu oczywista. Serio. Dosłownie po tym,
jak bohaterów coś spotkało w lesie, wiedziałem, co to będzie, a jak
dowiedziałem się o „prezencie”, finał był tak oczywisty, że przewidziałem go w
najdrobniejszych detalach. A szkoda.
„Piąty krok”, czyli historia trzeźwiejącego
alkoholika, który przysiada się do gościa i zgodnie z zaleceniami opowiada mu o
swoich porażkach, to też rzecz oczywista do bólu. King chciał zaskoczyć, ale
finał był jasny od samego początku. A co gorsza nie dość, że sam w sobie, jest
jakby na siłę ciachnięty, to jeszcze mamy tę nagłą, nijak niepasującą zmianę
charakteru postaci, co psuje i tak już zepsuty efekt.
„Willie Popapraniec”. Czyli Kinga próba
zrobienia czegoś w stylu „Martwej strefy”, ale zabrakło mu wyczucia. Ot niezła
i nieźle ujęta (tu akurat nie wszystkie elementy przewidziałem – większość
jednak tak) opowiastka o dzieciaku, który lubi patrzeć na truchła zwierząt albo
jak zwierzaki umierają i jego dziadku, który opowiada niestworzone
historie. Co najbardziej mi tu zgrzyta, to wtórność. Dzieciak jest jak
jeden z bohaterów „American Beauty”, a sama treść aż za bardzo przypomina wiele
innych dzieł popkulturowych (takie rzeczy pisali już choćby Tim Powers, Octavia
E. Butler etc.). A całość znów ma ciachnięty, nieprzekonujący finał,
sprawiający, że fakt, iż dziadek opowiadał te wszystkie rzeczy nie ma w
zasadzie żadnej motywacji pod względem logiki postępowania bohaterów (wiem,
wiem, wymogi fabularne, ale zabrakło zakotwiczenia).
„Zły sen Danny’ego Coughlina”. King w
ostatnich latach polubił pisanie kryminałów. Niepotrzebnie, bo kiedy nie wtrąca
tam wątków paranormalnych, to typowe sztampowe opowieści gatunkowe, jakich
wiele, choć lepiej napisane, a kiedy wrzuca te wątki, to robi to samo, co było
choćby w „Z archiwum X”, ale gorzej. Tu niby jest ten wątek paranormalny, ale
jakby go nie było, a cała ta historia to jeszcze jeden pisany od linijki,
oczywisty do bólu thriller z mordercą. Główna bohater we śnie widzi, jak pies
odkopuje ciało dziewczyny. By się uspokoić, że to tylko sen jedzie na miejsce
i… znajduje psa i ciało, więc zgłasza to anonimowo na policję. Ale policja od
razu wpada na jego trop i chłopina ma problemy. I tak przez całe opowiadanie. A
właściwie powieść, bo to niemal dwieście stron tekstu. Ale nużącego, bo
zbudowanego z samych schematów i frazesów, a rozpisanego na zbyt wiele stron.
Szkoda.
„Finn” zaś prezentuje nam historię chłopaka,
który ma wiecznego pecha i… I to mogło mieć napięcie, mogło być zabawne, a
jednak jest nijakie. Głównie przez to, że King tekst ten napisał jakoś słabiej,
jakby na szybko, w uproszczony sposób i bez pomysłu, jak wybrnąć – odpowiedzi
brzmiałyby tandetnie, więc czytelników zostawia z domysłami, ale nie do końca
to gra. I standardowo zakończenie jest byle jakie. No ale King w zakończenia
jakoś nie umie i nigdy nie umiał.
„Droga do zajazdu Zjazd”. Ten tytuł dobitnie
pokazuje, że King z tytułami, jak i z zakończeniami ma problem. Większość jego
książek ma niewyszukane, bardzo proste i najczęściej niezachęcające tytuły, są
jednak wyjątki. Ale z wiekiem wychodzą mu one coraz słabiej: w tym zbiorze nie
ma żadnego intrygującego, a ten brzmi chyba najsłabiej. A sama historia? No w
zasadzie bez fabuły. Rodzinka jedzie odwiedzić umierająca krewną, zatrzymują
się i wpadają na bandytów. Sztampa z bardzo kiepskim finałem, który miał być
chyba pociechą dla samego Kinga, że staruszkowie jednak jeszcze czasem mogą
pokazać, że potrafią to i owo, jak za młodych lat.
„Czerwony ekran” to opowieść znów bez grama oryginalności.
Oparta na schemacie znanym z odcinków „Strefy mroku”, opowiada o gościu, który
zabił żonę, bo ta nie była sobą, a kosmitką, która przejęła jej ciało. I znów
niezłe, takie puszczenie oka do fanów oldschoolowej fantastyki, ale ta
oldschoolowa fantastyka starała się czytelnika zaskoczyć, a tu nic, zero.
Oczywiste to to do bólu i jak od linijki machnięte.
„Ekspert od turbulencji”, opowiadanie znane
już ze zbioru „17 podniebnych koszmarów”, wypada nieco lepiej, mimo dość
bzdurnego założenia. Oto jest organizacja, która przewiduje katastrofy lotnicze
i są ludzie, którzy latają samolotami, by im zapobiegać. Ma to jednak swój
tandetny urok, choć głównie dlatego, że King, który sam boi się latać i wierzy,
że dopóki są na pokładzie ludzie, którzy się boją, samolot nie runie, potrafił
część swoich obaw przelać na papier.
„Laurie” – kolejny znany tekst, ten jednak był
u nas udostępniany przez wydawcę za darmo w formie ebooka – to też pisany od
linijki, ale całkiem sympatyczny przykład opowieści obyczajowej. Staruszek po
stracie żony dostaje od siostry psa i przekonuje się, że zwierzak może jednak
sporo z jego życiu jeszcze zmienić.
„Grzechotniki”. Czyli atrakcja tomu. Niby to
też znane, typowe i jak wiele takich opowieści, ale jednak ma urok. Może
dlatego, że gra na sentymentach? Akcja dzieje się czterdzieści lat po
wydarzeniach z „Cujo” i przedstawia jej bohatera, który trafia na wyspę, gdzie
przed laty dzieci pewnej kobiety zginęły od jadu węża. Teraz kobieta nadal
żyje, jakby dzieci nie zginęły, chociaż doskonale wie, że ich tu nie ma. A może
jednak? King odtwarza tu znane nam motywy (bliźnięta to chyba ten najmocniej
rzucający się w oczy, ale nie przypadkiem opowieść wciąż wspomina wyspę Duma,
znaną z „Ręki mistrza”), powiela własne i nie tylko schematy, ale jednocześnie
fajnie jest poznać losy postaci, o których czytało się długie lata temu i
zobaczyć, jak potoczyło się dalej to wszystko. Choć gatunkowo rzecz mogła i
powinna być bardziej przyziemna.
„Strzeżcie się snów”. Tu weteran wojny w
Wietnamie zgłasza się do pracy jako stenotypista, przy eksperymencie
powiązanym ze snami. Nieźle się to czyta, ma klasyczny urok, ale z jakoś nie
wzbudza większych emocji. Choć i tak jest jednym z lepszych tekstów.
A finałowy tekst, „Wszechwiedzący” to
właściwie saga o życiu bohatera, ale ściśnięta do form nowelki, przedstawiająca
jego trzy spotkania z tytułowym Wszechwiedzącym – czyli człowiekiem, który za
opłatą odpowiada na pytania. I powiem, że ten akurat tekst, choć też niewolny
od niedociągnięć, ma w sobie coś ze starych opowiadań Kinga (pewnie dlatego, że
po części powstał dekady temu i ta część jest najlepsza), które zamiast
powielać schematy, brały na warsztat jakieś nietypowe, codzienne elementy i to
na nich budowały albo grozę (okej, King wyjątkowo straszyć nie umie, ale
próbuje) albo niezwykłość. I tak jest tym razem.
No, ale całość to po prostu zbiór co najwyżej
niezły. Miewał King lepsze antologie, miał też gorsze („Marzenia i koszmary”).
Teksty tu zawarte nie mają równego poziomu, a oryginalności brak im i to bardzo
mocno. Poziom zaniża też to kingowe zafiksowanie się na tematyce covidu – jeśli
bohater wspomina jakieś szczepienie, to żadne inne, tylko covidowe, jeśli jakaś
choroba się pojawia, to albo koronawirus, albo rak, jeśli… no długo by można –
ale na szczęście nie ma tu takiego epatowania nim, jak w „Holly”. I udaje się
Królowi uniknąć w dużej mierze tego, czego się bałem – czyli atakowania
czytelnika polityczną infantylnością. Poza tym zbiór wielu miejscach sprawia
wrażenie, jakby powstał z rzeczy zrobionych od tak, jako ćwiczenie
stylistyczne, albo dla podtrzymania wprawy, a nie dlatego, że autor faktycznie
chciał coś opowiedzieć, ale wiadomo, mówi się, że wydawcy wydadzą Kinga
wszystko, nawet jakby napisał listę zakupów czy co tam mu przyjdzie do głowy. I
ten zbiór wygląda tak, jakby wydano właśnie wszystko, co miał pod ręką, bo to i
tak się sprzeda, choć gdyby połowa tych tekstów wyszła spod ręki kogoś innego,
w większości nie maiłby szans przebicia się.
Ale nie żałuję. Przeczytałem wszystko, co
dotąd po polsku wyszło – i sporo ponad to – i ostatecznie przeczytać i tak chcę
to, co wyjdzie, bo już tak mam. Było tu parę fajnych momentów, parę było też
zawodów, ale chociaż przyzwoicie wszystko to zostało napisane, z dobrymi
dialogami i niezłymi opisami. Ot literatura rozrywkowa, niewysokich lotów, bez
przesłania albo z przesłaniem tak bez znaczenia, że pochylać nie ma się nad
czym, niemniej jednak nadal śmiało można (acz szkoda, że polskiego wydania nie
oparto na miękkookładowej wersji oryginalnej, gdzie jest dodatkowe opowiadanie
„Pokój muzyczny”, wydane co prawda w naszym kraju w antologii „W świetle i w
mroku”, ale...). A ja zamierzam nadrabiać dalej – obym tylko jakoś przetrwał te
nieszczęsne „Nie wymiękaj”, bo tam opis brzmi tak źle, że nawet nie mam ochoty
otwierać książki.

Komentarze
Prześlij komentarz