Superbohaterowie Marvela: Turniej mistrzów – Mark Gruenwald, Bill Mantlo, Steven Grant, Steve Englehart, Tom DeFalco, John Romita Jr, Al Milgrom, Marshall Rogers, Bob Hall, Keith Pollard, Jackson Guice, Ron Frenz
EVENT
SPRZED EVENTÓW
Chociaż oficjalnie historia komiksowych eventów
zaczyna się w roku 1984 od „Tajnych wojen”, już na długo przedtem zbierano herosów,
by razem współdziałali. Czasem w ramach serii typu „Avengers” czy regularnych wspólnych
przygód, jak w przypadku ekipy Justice Society of America jeszcze z lat 40. XX
wieku. Czasem w różnych wyróżniających się rozmachem i rozbudowaniem historii,
które śmiało można było uznać za wielkie wydarzenia („Wojna Kree ze Skrullami”),
a nawet crossoverach kilku serii z prawdziwego zdarzenia („Wojna Avengers z
Defenders”), ale… No właśnie, zapomniany już nieco crossover „Turniej mistrzów”
to była rzecz wyjątkowa, jak na swoje czasy. Ani część regularnych serii, ani
połączenie kilku z nich, a samodzielna miniseria zbierająca najważniejszych
bohaterów w jednej, rozbudowanej i widowiskowej opowieści. Czy jest dobra?
Zależy jak na to spojrzeć, bo infantylna to ramotka, ale urok swój
niezaprzeczalny ma. Przede wszystkim jednak jest ważna i dlatego jej ukazanie na
polskim rynku po tylu latach, cieszy, bo z jednej strony dopełnia nam tych
eventowych publikacji (w zasadzie wszystkie ważniejsze eventy już mamy, albo
zaraz będziemy mieć, jak zapowiadana na maj „Onslaught Saga”), a z drugiej, to
kawał historii komiksu i każdy fan medium, jeśli superhero mu nie obojętne,
poznać go powinien.
Fabuła jest w zasadzie standardowa. Oto w kosmosie
coś się dzieje: wielkie, potężne siły przygotowują swoisty turniej. Jego areną
zaś stanie się Ziemia! No a na tej Ziemi zaczyna się istne szaleństwo: herosi znikają
jeden po drugim, a mieszkańcy planety zamierają w niewyjaśnionym letargu. Szybko
okazuje się, że za wszystkim stoi Wielki Mistrz i jego tajemnicza towarzyszka. Na
Ziemi ukryte zostały cztery fragmenty kuli życia, zebrani herosi zaś mają zostać
podzieleni na dwa zespoły i wziąć udział w zawodach. Wygra ta ekipa, która
znajdzie więcej części, a jeśli bohaterowie nie wezmą udziału w zabawie na
śmierć i życie, ludzie nie zostaną przywróceni do ich poprzedniego stanu…
Może wiecie (poczytacie o tym w dodatkach, jak
coś), a może nie, ale „Turniej mistrzów” to pierwsza miniseria Marvela, która otworzyła
drogę kolejnym tego typu projektom. Wiadomo, miniserie (czy jak ktoś woli
limited series) w świecie komiksu istniały już wówczas od trzech lat, bo DC w
1979 roku wypuściło na świat „World of Krypton”, a po nim jeszcze parę innych
rzeczy, ale jednak i tak to pewien kamień milowy. Ten tom na dodatek, poza
bonusami, zawiera też dwuzeszytową opowieść, którą można uznać za ciąg dalszy. Trochę
szkoda, że nie mamy tu „Turnieju mistrzów II” (Claremont pisał), ale co tam,
ważne, że jest ta pierwsza opowieść.
No bo fajnie się to czyta. Tekstu, a zatem i
treści, jak na tak krótką historię, jest tu dużo, akcji tak samo. Dzieje się tu
wiele, ciągle i z dużą ilością superbohaterów. Akcja jest dość pretekstowa
(całość powstała z okazji olimpiady w Moskwie, ale kiedy USA zbojkotowały
imprezę, komiks niemal się nie ukazał) i naiwna, ale urocza. Pełna wydarzeń,
dziejących się w różnych sceneriach świata, od mroźnych pustkowi, po tropikalne
lasy, zbierająca znane i wprowadzająca nowe postacie superbohaterów z całego
świata. Lubię takie starocia, gdzie liczyła się frajda i fanservice i nawet
takie fabuły miały w sobie nie tylko sporo świeżości i fajne wykonanie (Mantlo
to nadal jeden z moich ulubionych twórców z tamtych lat). To też taka historia,
która może i sama w sobie jakiś wielkich zmian nie wprowadziła, bo to takie
czasy, że jednak rewolucji nikt robić nie chciał, bo i po co, skoro to się
sprawdza, ale powielano ją potem niezliczoną ilość razy, od „Tajnych wojen”
zaczynając, na chociażby „Avengers: Nie poddamy się” kończąc, a i wspomnieć o
growej adaptacji „Marvel Contest of Champions” też śmiało można.
Do tego mamy świetne rysunki. Klasyczna w każdym
calu, czysta, wpadająca w oko robota to w dużej mierze zasługa Johna Romity
Jr., który wtedy nie operował może swoim charakterystycznym obecnie stylem, ale
potrafił urzec i zawrzeć w tym masę fajnej dynamiki, a cała reszta twórców, którzy
– jak niemal wszyscy w tamtych latach – posługują się podobną kreską, nie
zawodzi. Ogląda się to doskonale, wydanie jest fajne, a chociaż to i owo (ekipa
odpowiedzialna za przekład, redakcję etc. to jednak nie najwybitniejsi ludzie w
tej branży, chociaż w przypadku tej akurat kolekcji się nawet starają) można
było poprawić, ja nadal cieszę się po prostu, że ten komiks w końcu się u nas
ukazał.

Komentarze
Prześlij komentarz