Garfield. Tłusty koci trójpak #18 – Jim Davis

GARFIELD PEŁEN JEDZENIA… I MIŁOŚCI

 

„Garfield: Tłusty koci trójpak ” to najlepsza seria dla całej rodziny, jaką możecie znaleźć na rynku i tyle w temacie. Tu nawet nie ma o czym dyskutować, bo odkąd skończył się „Kaczogród” Carla Barksa, przygody grubego kota nie mają sobie równych, a i w rzeczach dla dorosłych praktycznie nie znajdziecie dla niego konkurencji (zostawiam pewien margines, bo ukazuje się sporo wartościowych wznowień, a i parę świetnych tytułów wciąż jeszcze ma szansę u nas się pojawić). Dobrze więc, że rzecz nadal się ukazuje, a to już nie było wcale takie pewne. Kto czytał serię na bieżąco wie, że po wydaniu w 2023 roku tomu pięta tego, daty premier kolejnego były przesuwane znów, i znów i… dopiero po ponad dwóch latach pojawił się album szesnasty, a potem niemal od razu siedemnasty i… No właśnie, na osiemnasty sporo czekaliśmy, ale to jednak tylko sześć miesięcy było, a poza tym jeszcze w tym roku ma się pojawić ciąg dalszy, więc i jest za co złapać teraz, i na co czekać, bo wielka to seria. I na dodatek dla każdego.

 

Jeśli chodzi o fabułę, to „Garfield” to przede wszystkim komiks prasowy w formie codziennych pasków i każdy z nich to zamknięta opowieść, ale i tu znalazło się miejsce na pewne wątki przewodnie. Wiadomo, znów są Święta Bożego Narodzenia i inne okazje, ale mnie osobiście najbardziej cieszy tu ciągnięcie dalej wątku związku Johna. Chłopina po tylu latach odtrąceń i bycia pośmiewiskiem całego kobiecego świata, znalazł w końcu swoją drugą połowę i to mu się należało. I należało się nam, czytelnikom, którzy mają z tej relacji tyle sam frajdy, co z jego fajtłapowatych randkowych wpadek do tej pory. A cała reszta, od wiecznego pochłaniania jedzenia i spania przez Garfielda, na relacji Garfielda z Arlane skończywszy, jest tutaj i jest perfekcyjnie wykonana.

 


No i perfekcyjna jest cała ta seria. Mistrzostwo humoru, satyry i wykonania. Ta seria istnieje od 1978 (a jej prekursor wyszedł dwa lata wcześniej) i wciąż się ukazuje. Na chwilę obecną mamy po polsku 18 tomów „Trójpaku”, czyli 54 oryginalne albumy (w „USA tych oryginalnych albumów jest obecnie 78, a kolejny wyjdzie w czerwcu – a on zbierać będzie paski z końcówki 2023 i początku 2024 roku) i to nie koniec, jak sami widzicie. To, że seria jest popularna w naszym kraju dobitnie pokazuje fakt, że pierwszy tom „Wielkiego kociego trójpaku” doczekał się już trzech wydań, a przecież „Garfield” jest na polskim rynku obecny co najmniej od wczesnych lat 90. (TM-Semic w formie zeszytowej wydawało go już w 1992, a i ukazywał się w paskach w „Gazecie Wyborczej”, ale nie udało mi się znaleźć od kiedy), miał też wiele najróżniejszych edycji, w tym czarnobiałych i bardziej książkowych. Przez tyle dekad mógł się nam, nomen omen, przejeść, ale gdzie tam. On z każdą kolejną lekturą jest tylko lepszy.

 


Jego siła jest bycie ponad. Ponad ograniczeniami wiekowymi, ponad czasami, o których opowiada, nawet ponad tematyką. Dzieci znajdą tu dla siebie humor, przygody, lekkość, cartoonowość i urok, dorośli wszystko to, ale podlane goryczą, prawdą o nas samych i satyrą. Satyrą, która się nie dezaktualizuje, bo dotyka fundamentalnych spraw i prawd o świecie i nas samych. Nie idzie z modą, chociaż i ją potrafi perfekcyjnie obśmiać, a pozostaje przy tym, co nie zmienia się nigdy: spraw codziennych i naszej natury. Przepięknie to zilustrowane, równie pięknie wydane, zachwyca na każdym polu i każdego, czy chce czystej, skrzącej się dowcipami, prześmiewczej rozrywki, czy ambitnego komiksu z przesłaniem, które każe nam pochylić się nad nim, a nawet jeśli będzie uwierać, da też katharsis. Jednym słowem: cudo. Nic więcej do dodania nie mam.


Recenzja opublikowana na portalu sztukater.

Komentarze