NUDZENIA I ODPADY
Więc tak: dokończyłem. Siedemnaście lat mi
zeszło, bo kupiłem ten zbiór – a zatem i zacząłem czytać – w 2009 roku i jak
dotarłem do opowiadania / eseju „Pałka niżej”, zderzyłem się z nim, jak ze
ścianą. Nie dało się tego czytać. Przez lata wracałem, próbowałem, męczyłem
jedną, dwie, trzy strony i odkładałem. Aż odłożyłem skutecznie. Do teraz.
Ostatnio ruszyłem kupkę wstydu, doczytałem powieści Kinga, które mi zalegały i stwierdziłem,
że pora domknąć temat i zaliczyć do końca „Marzenia i koszmary”. I zaliczyłem.
Parę dni męczenia po kawałku, bo ten tekst był meczący, nudny i przeciągnięty. Jak
relacja z gazety, tylko wydłużona. A sam zbiór? Cóż, zdecydowanie najsłabszy ze
zbiorów Kinga, który w momencie lektury nie urzekł mnie żadnym opowiadaniem, a
z którego jako jedynego po latach nie pamiętam niemal zupełnie nic.
Wampir z licencją pilota? Mężczyzna realizujący
przez lata zemstę? Mieścina, w której można spotkać nieżyjące gwiazdy rocka?
Czy może dziwny palec, który wysuwa się z rur? To wszystko jest tutaj. A także więcej,
włącznie z opowiadaniem o Sherlocku Holmesie.
Zazwyczaj zbiory opowiadań Stephena Kinga to
nie tylko świetne teksty, ale również i dobry materiał do filmów. Najczęściej
tanich i byle jakich, ale jednak mających pewną dozę uroku. Idealnym tego
przykładem były dwa poprzednie, które czytało sie jednym tchem i z których
opowiadania w większości przeniesione zostały na ekran. Z tym zbiorem po części
jest podobnie. Po części, bo wiele opowiadań (m.in. „Przepraszam, to nie
pomyłka”, „Palec”, „Gryziszczęka”, „Nocny Latawiec”, „Koniec całego bałaganu”, „Mają
tu kapelę jak wszyscy diabli”, „Crouch End”, „Piąta ćwiartka” i „Ostatnia
sprawa Umneya”) zostało przeniesionych na ekran w tej czy innej formie. Powstał
nawet serial „Marzenia i koszmary” – to tam zresztą trafiło kilka tych
adaptacji (a wraz z nimi filmowe wersje opowiadań z innych zbiorów – a jako
ciekaowstkę można dodać, że w tym zbiorze znajdziecie też tekst, który nie wszedł
do jednego z poprzednich). Niestety na tym podobieństw koniec, bo jeśli chodzi
o jakość, to niestety poprzednim zbiorom „Marzenia...” nie dorastają do pięt.
Zdawałoby sie jednak, że zawarte w nim teksty
mogą być naprawdę świetne. Typowych dla Kinga niesamowitych pomysłów jest tu
masa (zabójcza gryziszczęka, mordercze żaby, wampir-pilot samolotu itp.), ale
niestety Król nie wiele z nich wykrzesał. Niektóre dostarczają niezłej
chwilowej rozrywki („Pora deszczowa”, „Przepraszam to nie pomyłka” czy „Dom na
Maple Street”), ale i one szybko wypadają z pamięci. Pozostaje po nich tylko
niewyraźne wspomnienie jak po śnie i to wszystko. W zasadzie to adaptacje
niektórych bardziej pamiętam, niż te historie, a szkoda. Poza tym większość
tekstów jest do bólu oczywista, zwłaszcza ten o Sherlocku, który przecież na zaskoczeniach
powinien się opierać, a grozy nie ma tu żadnej. Ale czy jakaś książka Kinga kiedykolwiek
straszyła? Właśnie, a tu jest tego jeszcze mniej – mniej klimatu, mniej
potencjalnych dreszczy etc. Jakby poskładał to wszystko autor z materiałów z odrzutu
(bo i po części tak było). A tekst o baseballu (i beznadziejny wiersz go dopełniający),
w którym znajdziecie może z akapit czy dwa pokazujące, że można było zrobić to
dobrze (kiedy King bardziej obyczajowo, a mniej sportowo idzie) dopełnia
całości w dość bolesny sposób.
W skrócie? „Marzenia i koszmary” stanowią jeszcze jeden dowód, że lata 90. XX wieku nie były dla Kinga dobrym okresem. Ale jeśli nie będziecie oczekiwać od zbioru niczego więcej niż dużej liczby tekstów mniej lub bardziej horrorowych na nudne wieczory, możecie go kupić. Przeczytać się da, znajdziecie tu też sporo smaczków – jeden z tekstów to taki epilog dla opowieści o Castle Rock, jak się jednak okazało potem, King miał jeszcze co opowiedzieć o tym miasteczku i wracał do niego przez lata – i nie jest aż tak źle, jak można by sądzić. Po prostu to tanie, typowe i nijakie horrory (albo kryminały czy thrillery), jakich wiele.

Komentarze
Prześlij komentarz