Muzyka duszy – Terry Pratchett

DZIEŃ, GDY UMARŁA MUZYKA

 

Swego czasu nakręciłem się na ten tom „Świata dysku”. Śmierć, magowie, straż miejska, do tego satyra na muzykę rozrywkową? No to totalnie będzie moja bajka. I byłaby, gdyby jednak Pratchett miał na to wszystko lepszy pomysł. Nie zrozumcie mnie źle, to nadal dobry tom i świetnie się bawiłem, ale jednocześnie to jedna z najsłabszych odsłon cyklu. Dlaczego? Nie dość, że autor zaserwował nam powtórkę z rozrywki, jeśli chodzi o fabułę, to jeszcze potencjału muzycznego nie wykorzystał. Całość miała zadatki na coś naprawdę rewelacyjnego, a ja bardzo liczyłem na pratchettowski przekrój przez brytyjską scenę, tymczasem dostałem coś na kształt literackiego rozwinięcia „American Pie” Dona McLeana, gdzie dodano zbyt wiele wątków, w czym zatraciło się sporo tego, czym ta książka mogłaby być.

 

Głównym bohaterem… No dobra, jednym z głównych bohaterów jest Imp Y Celyn (czy, jak ktoś woli, Buddy Holly), młodzieniec marzący o karierze muzyka. Jest jeden problem: nie stać go na dołączenie do gildii, więc… No więc zamiast się poddać, postanawia wraz z podobną mu ekipą wyrzutków zmontować zespół. Wszystko zmienia się, kiedy w jednym ze sklepów, które nie powinny istnieć, kupuje tajemniczą gitarę, która zdaje się bardziej grać na nim, niż on na niej. Zespół zaczyna zdobywać sławę, tworzy muzykę wykrokową i…

Tu na scenę wkracza Śmierć, który po śmierci córki i jej męża znów pozostawia swoje obowiązki i gdzieś znika. Tymczasem jego wnuczka, Susan, która wiedzie nudne życie uczennicy równie nudnej szkoły, zaczyna przypominać sobie o Śmierci i przejawiać zdolność dla Śmierci właściwe. Z pomocą Śmierci Szczurów i pewnego kruka stara się odnaleźć w sytuacji i tak jej los przecina się z losem Impa, który powinien już nie żyć, ale jednak wciąż żyje, gra i… I właśnie, co z tego może wyniknąć?

 

No i sami widzicie. To wszystko w zasadzie już było. Śmierć opuścił kiedyś swoje stanowisko, że tak to ujmę, a ktoś młody, kto nie za bardzo nadawał się do tej pracy, musiał zająć się biznesem. Była też już uczennica, która musiała udowodnić na co, w świecie mężczyzn, stać niewiastę. Było też igranie z rzeczywistością etc., żeby ratować przed śmiercią kogoś, kto umrzeć powinien i znów etc., etc., etc. Nie będę wszystkiego zdradzał, ale można powiedzieć, że to, co mamy w tym tomie, to takie „The Best of…” piętnastu poprzednich tomów „Świata Dysku”, ale tym razem w wersji zremiksowanej, która już tak fajna, jak oryginał nie jest. A że tym razem mamy muzykę na pierwszym planie? No to jakaś nowość, ale w sumie już nie raz mieliśmy książki z bohaterami, którzy chcieli coś osiągnąć, a doprowadzali do wielkich problemów. To stały schemat w zasadzie.

 

A sama muza też nie jest wykorzystana. Mając takie bogactwo brytyjskiej muzyki rozrywkowej Pratchett w centrum swojej opowieści postawił Buddy’ego Holly’ego. Są tu nawiązania do innych, choćby Elvisa, jednak to, co najmocniej wybrzmieć w książce Brytyjczyka powinno, czyli rodzinne zespoły, jest ledwie liźnięte. Niby mamy tu odniesienia do Clash, U2 czy Led Zeppelin, ale w zasadzie jakby ich nie było. Co więcej, chociaż tłumacz starał się jak mógł i odwalił kawał dobrej roboty, wiele nawiązań i smaczków zaginęło w przekładzie. Muzyka wykrokowa mija się straszliwie z oryginalnym Music With Rocks In, odniesienia do Sex Pistols się zatraciły itp. itd. Długo by wymieniać, zwłaszcza, że wiele z nich zostało bardzo spłyconych itp., a szkoda, bo tym książka stoi. Ale i sam Pratchett przedobrzył, bo nawrzucał trochę za dużo wątków, a potem większość z nich potraktował po macoszemu (podobnie, jak charaktery postaci – taka Susan ma charakterek tylko na początku, potem gdzieś to znika, Imp też nie ma się czym pochwalić na tym polu), jakby nie mógł zdecydować się, który z nich chce uczynić głównym, więc ostatecznie skacze z jednego na drugi, nie poświęcając dość miejsca na dostateczną rozbudowę żadnego, a całość dopełnia wnioskami płytkimi i prostymi, ale…

 

Ale i tak się świetnie to czyta, dobrze się czytelnik bawi i coś z tej lektury może wynieść. Wizje, pomysły i cięte komentarze Pratchetta zachwycają, a na nudę nie ma tu miejsca. Ale szkoda, że nie zachwyca całość, bo potencjał był wielki, a wyszło… no jak z niektórymi albumami muzycznymi. Niby wielki potencjał, niby parę fajnych kawałków, ale jako całość nie zagrało to tak dobrze, jak powinno. Ale i tak mam ochotę na więcej.

Komentarze