Punisher: Rick Remander #1 - Rick Remender, Tan Eng Huat, Jerome Opeña, Tony Moore, Jason Pearson, John Romita Jr, Roland Boschi
FRANKEN CASTLE
Egmont tym tomem, można chyba tak rzec,
zaczyna wypełniać pewną punisherową lukę na polskim rynku. Mieliśmy „Punishera
Marvel Knights” i serie dziejące się po nim, czyli „Punishera Max” Ennisa i
„Punishera Max” Aarona. Co prawda te serie dzieją się w różnych wersjach
uniwersum Marvela, ale można je traktować jako jedną, długą opowieść, zwieńczoną
mocnym finałem u Aarona. Kto jednak chce, inaczej, czyli po kolei tylko o
przygodach Franka Castle’a z głównego uniwersum, ten po „Marvel Knights”
sięgnąć powinien po niniejszy tom. Tom zresztą mocno związany z wielkimi
wydarzeniami uniwersum, dający radę jako nieskomplikowana rozrywka gdzie liczy
się akcja i krew, chociaż zawodzący, jako opowieść o Punim. Bo niby scenariusz
pisał Rick Remender, czyli gość, który potrafi w krwawe i mroczne opowieści, a
i z humorem też umie, chociaż nikt go wybitnym chyba nie nazwie, ale
jednocześnie w ogóle nieczujący postaci. W efekcie stworzył cykl, który jest
jak Frankenstein, stanowiący tu podstawową inspirację: pozszywany z kawałków,
które powinny do siebie pasować, jest jednocześnie aberracją, która miewa
swoje momenty, ale stanowi spore rozczarowanie.
Po wydarzeniach „Tajnej inwazji”, kiedy to
zabijając królową Skrulli Norman Osborn zdobył sławę, władzę i potężne siły na
własnych usługach, trwają Mroczne Rządy. Punisher zaś… cóż, chce wyeliminować
Osborna. Poprzysiągł zabijać bandytów, co prawda służb z szacunku nigdy nie
ruszał, ale Osbrorn to, co innego. Niestety jego próba zamachu kończy się
starciem z Sentrym, niemal boską istotą, której Frank pokonać nie może. Ktoś
jednak przychodzi mu z pomocą, ale czy to może wystarczyć? I jakie cele ma ów
człowiek? A to niestety zaledwie początek…
W świecie komiksów wszystko jest płynne i
umowne, dlatego różni bohaterowie mają różne serie, o różnym charakterze, a
także różne swoje wersje. Jeśli chodzi o Punishera też byłoby co opowiadać, ale
najważniejsze jest to, że w pewnym momencie, na początku XXI wieku, jego
chronologia się mocno rozjechała. Twórcy pracujący nad seriami „Marvel Knights”
i „Max” mieli w zasadzie wolną rękę, snuli opowieści dojrzałe, mocne i nie bali
się uśmiercać ważnych postaci, a nawet samego Punishera (o wiele bardziej
definitywnie, niż próbowano wcześniej). Dlatego ostatecznie tytuły z tym
bohaterem z linii „Max” są uznawane za alternatywne wersje, a w głównej linii
po „Marvel Knights” (no dobra, mniej więcej w trakcie ostatniego tomu, bo przed
zamykającą go historią) temat pociągnięto głównie w serii „War Journal” Matta
Fractiona (nie było po polsku). No i potem w tym albumie, zbierającym zeszyty
wydane gdzieś pomiędzy „Max” Ennisa i Aarona, który można traktować dwojako -
bo skoro wraca tu Micro, a ten jego powrót zrobiony jest tak, by pasował
zarówno do wydarzeń z 1995 roku, jak i tych, które ukazał nam Ennis.. Czy
będzie dalej? Czy dostaniemy np. kontynuację z numerami pisanymi przez Grega
Ruckę? Czas pokaże, ale na razie mamy pierwszy z dwóch tomów runu Remendera i
naprawdę całkiem przyjemnie jest.
Rick nie jest wybitnym scenarzystą, ale umie w
brutalne, krwawe i mocne. Wrzucając Punishera w serię wydarzeń bez wyjścia,
prowadzi go do sytuacji, która musi się źle skończyć. A potem zmienia nieco
klimat, porzucając przyziemne, sensacyjne antyhero z dodatkiem postaci z
supermocami na rzecz najpierw bardziej superbohaterskich akcji (mamy wroga,
który ożywia ludzi, a sam Czacha korzysta z technologii, która za nic do niego
nie pasuje), by wreszcie uderzyć w klimat… horroru, ale pastiszowego,
pokręconego i podanego na luzie. Dźwina zmiana? Ale w pewnym sensie zasadna.
Niestety, to co tu punisherowo naprawdę dobre, to pierwszy zeszyt i walka z
Wolviem, pozostałe sypią się coraz bardziej i coraz mniej przypominają to, czym
powinny być. Okej śmiercią i przemocą atakują nas całkiem mocno, ale
jednocześnie bez emocji. Wszystko czyta się szybko, lekko i z pewną frajdą, ale
ta frajda byłaby nieco większa (i tylko nieco), gdyby Rick zrobił z tego komiks
niezależny.
A graficznie? Tu mamy mix różnych autorów, ale
część z nich została bezbłędnie dobrana. Część, bo rysujący „Annual” o
spotkaniu ze Spider-Manem, Jason Pearson kiepści i to mocno, podobnie jak Huat.
Ale Opeña z realistyczną, brudną kreską jest świetny, a najkrwawszy,
najbrutalniejszy zeszyt trafił w ręce specjalisty od rysowania ran i urazów i
jednego z moich ulubionych rysowników – Romity Jr. No, a kiedy seria idzie w
horror, groteskę i pastisz, zeszyty przejmuje Tony Moore, który znakomicie
potrafi robić takie rzeczy, bo choć operuje dość cartoonową kreską,
jednocześnie lubi detale, nastrój i obrzydliwości (tu nimi nie szafuje, ale są)
i umie oddać takie rzeczy. są też okładki, stanowiące w dużej mierze hołd dla
klasyki, która zostaje tu przerobiona.
W skrócie: jako komiks to nawet niezłe jest,
ot typowe poziomem dla Remandera, czyli przegięte pomysły, kicz i dodatkowo
jeszcze bardzo płytka treść, a ta aż prosiła się o polityczne zaangażowanie,
ale z nutą uroku. Jako „Puni” jednak to duża porażka - kiepski pomysł na
postać spotyka się z jeszcze większym tej postaci niezrozumieniem i
poprowadzeniem. Powiedzieć, że nie każdemu fanowi Punishera motyw Fanken
Castle’a przepadnie do gustu (a będzie on ciągnięty dalej w kolejnym tomie,
gdzie seria nawet zmieni nazwę na taką właśnie), tak samo, jak i nie każdemu z
nich spodoba się to odejście od wielu charakterystycznych cech (walka z władzą,
ze służbami, wreszcie korzystanie z technologii, jaka do naszego antybohatera
nie pasuje), to jakby nic nie powiedzieć. A nawet splunąć fanom w twarz. Cały
ten „Franken Castle” to, obok tego, co Aaron wyprawiał w serii jakiś czas
temu, jedna z najgorszych idei na poprowadzenie serii (już
nawet „Purgatory” było lepsze). I co z tego, że w pewnym sensie album
może i kupi miłośników pastiszowej grozy, skoro oni i tak woleliby coś
niezwiązanego z taką postacią i całą jej historią, gdzie do zrozumienia
wszystkiego, trzeba jednak dość mocno siedzieć w marvelowskim uniwersum. Szkoda.
Miało być świeżo i pomysłowo, z ważnymi momentami (i wagi im odmówić się nie
da), a wyszedł miszmasz, w którym nic do siebie nie pasuje.



Komentarze
Prześlij komentarz