Wrona i kwiat wiśni – Ni Shao

PROSTE MĄDROŚCI

 

Ta historia, historyka w zasadzie, nie do końca proza to, ni też poezja, stanowi lekturę na dosłownie trzy, góra pięć minutek i to niespiesznego czytania. Ale nie o długość, a jakość chodzi, a jak jest w tym przypadku? Niewielkich rozmiarów książeczka zdaje się przypominać trochę wszystkie te typowe chińskie mądrości: czy to jakieś przepowiednie z ciasteczek z wróżbą, czy przysłowia, które czasem mniej, czasem bardziej trafnie przypisuje się właśnie narodowi chińskiemu. Takie, gdzie proste treści i równie proste słowa skrywają jednak pewne drugie dno pewną mądrość i przekaz. Czy do końca to wyszło, nie jestem pewien. Może dlatego, że to książka skierowana do dzieci, ale nie wszystko mnie tu ujęło tak bardzo, jak powinno. W zasadzie chyba bardziej słowa odautorskie zrobiły na mnie większe wrażenie i wywołały więcej emocji (i nie chodzi tu o przedstawioną w nich analizę tekstu a o pewne drobiazgi, które w ten czy inny sposób umykają czytelnikowi, jak chociażby to co na finałowych obrazkach symbolizować miała różowa linia, a czego tak naprawdę z samych grafik nie widać). Ale tak czy inaczej to ciekawa książeczka i nawet dość wartościowa. Warta poznania, bo jednak mimo prostoty formy i bardzo oszczędnej estetyki wykonania, zawiera w sobie pewne przesłanie i przekazuje je w całkiem interesujący sposób.

 

Pewnej wiosny młoda wrona wyrusza przed siebie. przysiada na gałęzi wiśni rosnącej nad rzeką i wśród kwiecia dostrzega śpiący jeszcze pączek. Tak zaczyna się ich znajomość: wrona nigdy nie widziała piękniejszego kwiatu, kwiat nie widział piękniejszej wrony. Kiedy po wiosennej burzy ostaje się na drzewie jedynie ten jeden, jedyny kwiatek właśnie, oboje coraz bardziej czują się, jakby byli jedyni na całym świecie. Jak długo jednak może przetrwać ta znajomość? I co z niej wyniknie?

 

W tej prostej historyjce, której przekazu nie chce wam zdradzać, czuć pewną melancholią, pewną nostalgię i takie poetyckie ujęcie prozy codziennego życia. Ale w ogólnym rozrachunku to prosta historyjka o zwierzętach, a w zasadzie o jednym zwierzęciu – wronie, i kwiecie wiśni. Niby jeszcze jedna opowieść o zantropomorfizowanych nie tylko zwierzętach, ale i roślinach, która ma do przekazania dość oczywiste życiowe prawdy, jakich w bajkach czy nawet animacjach dla dzieci jest wiele… A jednak jest w tym coś ujmującego, pewne takie filozoficzne niemalże zacięcie, bardzo oszczędne estetycznie, starające się w jak najmniejszej liczbie słów powiedzieć jak najwięcej, a nawet w zasadzie nie tyle powiedzieć, co przekazać za pomocą emocji. Poszczególne sceny są, jak uchwycone w stopklatce obrazy i wizje: pokrytego kwieciem drzewa, wyglądu wrony czy jej symbolicznego snu, a każda z nich ma na celu zbudowanie pewnego klimatu, nastroju, który ma podziałać na czytelnika a wraz z tym działaniem przekazać emocje. Czytelnik zaś, odnajdując tutaj znajome dla niego elementy a także wydarzenia z życia, poprzez własne doświadczenia nadaje tej treści większej głębi i wartości.

 

Do tego dochodzą ilustracje: całe mnóstwo świetnie wykonanych, realistycznych, ale i symbolicznych grafik, kilka słów zdradzających nam kulisy powstania dzieła, tak od strony tekstowej, jak i graficznej i bardzo ładne wydanie. I chociaż spodziewałem się po tym czegoś zdecydowanie więcej – cóż, ja już taki jestem, że jakoś mnie te wszelkiej maści chińskie mądrości nigdy nie kupowały, bo są zbyt oczywiste – nadal mogę powiedzieć, że warto po „Wronę” sięgnąć.


Recenzja opublikowana na portalu sztukater.

Komentarze