Ciekawe czasy – Terry Pratchett

MAGGUS POTRZEBNY OD ZARAZ

 

Kolejny tom „Świata dysku” to rzecz skupiona – po bardzo długiej przerwie – na postaci Rincewinda. Lubię go, uwielbiam magów… I ja wiem, że ten tom to też nie szczyt możliwości Pratchetta, że jednak, podobnie jak poprzedni, to nieco zniżkowa forma, ale bawiłem się znakomicie. Bo Terry nigdy nie zawodzi, umie (umiał) dostarczyć konkretnego materiału i z jednej strony rozśmieszyć, z drugiej uderzyć w punkt trafioną satyrą. I chociaż nie wszystkie pokładane przeze mnie w tym tomie nadzieje zostały spełnione, nie żałuję ani czasu, ani pieniędzy.

 

Imperium Agatejskie, znajdujące się na Kontynencie Przeciwwagi, staje się miejscem boskich rozgrywek o władzę. W efekcie całej tej zabawy, pojawia się zapotrzebowanie na Maggusa, dlatego patrycjusz nakazuje magom z Niewidocznego Uniwersytetu wysłać kogoś. I to jak najlipniej. Pozostaje pytanie kogo i jak? Nie będzie to łatwe ani bezpieczne, a… I tu magowie przypominają sobie o kimś, kto mówił o sobie Maggus właśnie – Rincewindzie, którego od dawna nie widziano i nikt nie wie, gdzie jest. On by nadał się idealnie, zwłaszcza, że kiedyś zaprzyjaźnił się z turyst,ą z Kontynentu Przeciwwagi. Pytanie, jak go odnaleźć?

Tymczasem Rincewind żyje sobie w spokoju na bezludnej wyspie. Może i monotonnie tu jest, ale przynajmniej osiągnął stan, którego pragnął: pozbawioną przygód nudę. Niestety w chwili, gdy odnajdują go piękne, oferujące mu cielesne rozkosze (czyżby ziemniaki?!!!) kobiety, odnajduje go też zaklęcie i przenosi do Ankh-Morpork. Od teraz będzie miał wybór: śmierć albo misję na obcym kontynencie. Pytanie jednak, co czeka na niego na miejscu? Oczywiście poza paroma znajomymi twarzami i całą masą kłopotów…

 

Wciągnął mnie ten tom, no co tu dużo mówić. Łyknąłem go niemal na raz: 280 stron (z 380 wydania kolekcji w twardej oprawie) w ciągu jednego dnia z książką w ręku, a to coś mówi. Od paru ładnych lat nie łykałem nic w takim tempie. Bo chyba się już za tym Rincewindem i resztą, z Coehnem Barbarzyńcą na czele, stęskniłem. Za Dwukwiatem też. A oni tu są. I jest akcja, jest humor, więcej dowcipów, ale i satyry cała masa. Rzecz przypominała mi nieco czytanie „Asteriksa” – obca kraina, lubiani bohaterowie i rozrywka oparta na wytykaniu narodowych przywar i stereotypów, wyśmienicie bawiąca się historią, ciekawostkami, faktami i azjatycką rzeczywistością. Bo to o Azji jest jakby ktoś nie wiedział i w punkt ten orient jest tu uchwycony.

 

Najlepiej książka wypada, kiedy zajmuje się tym i piętrzeniem trudności i zbiegów okoliczności typowych dla Rincewinda. Potem jednak, w samej końcówce, nagromadzenie tego w obowiązkowej finałowej bitwie staje się przesadzone i nieco chaotyczne. Tym bardziej, że jednocześnie oparte jest na tym, co oczywiste było od początku i paru zbędnych, niekiedy zbyt szybko poprowadzonych elementach. Ale tak to już w tymi epickimi finałami u Pratchetta zawsze. Taki jego urok, bywało czasem lepiej, czasem gorzej, ale przez to książka nieco traci, chociaż same ostatnie strony nie tylko podnoszą poziom, ale i jeszcze zapowiadają rzeczy, których nie mogę się doczekać, ale te dopiero będą za kilka tomów… Czyli nie zostaje mi nic innego, jak brać i łapać za kolejne książki, a „Ciekawe czasy”, ze swoją satyrą na wszystkie te filozoficzne mądrości ludów wschodu czy rewolucje, szczerze polecić.

Komentarze