MASAKRADA czyli UPIÓR OPERY
Nie ciągnęło mnie do tego tomu, bo z serią o
czarownicach mam pewien zasadniczy problem. O ile same postacie są znakomite, a
babcia Weatherwax to chyba najlepsza pratchettowa kreacja, o tyle tematyka tych
książek najczęściej do mnie nie trafia. Bo jak chcę czytać baśnie o złych
wiedźmach i lustrach czy dworskich intrygach opartych na Szekspirze, to mam
przecież te baśnie i Szekspira. Ale za każdym razem i tak Terry potrafił mnie
kupić swoją ich wizją, mimo mojego sarkania. I nie inaczej jest tym razem. Nie
miałem ochoty na retelling „Upiora z opery” w komediowych szatach, a jednak
znów dałem się porwać. I chociaż nie jest to wielka książka, jak zawsze
przednio się bawiłem.
Kiedyś były tu trzy czarownice. Wszystko
potoczyło się, jak potoczyło i zostały dwie, a wiadomo, dwie, to za mało. Za
mało na sabat, za mało… na wszystko w zasadzie. Trzeba więc znaleźć kogoś
trzeciego. A tu jeszcze niania Ogg okazuje się autorka książki…kucharskiej,
która zdobyła niemałą popularność i może być z tego solidny zarobek. I to właśnie
Ogg wraz z babcią Weatherwax, wyruszą w podróż do stolicy, by przekonać Agnes
Nitt, by dołączyła do nich jako wiedźma.
A tymczasem Agnes stara się zrobić karierę,
jako… śpiewaczka operowa. Przybrawszy pseudonim Perdita X., uzbrojona w talent,
który pozwala jej śpiewać chórem sama ze sobą (czy jej zdolności jednak wystarczą?),
bierze się do działania, ale… Raz, że w operze każdy każdego nie cierpi, a i
niejeden kogoś się boi (zwłaszcza dyrygenta), dwa, że budynek trafił w ręce
nowego dyrektora, który o operze nie ma bladego pojęcia i chce ciąć koszty, jak
się tylko da, a po trzecie jest jeszcze on, tajemniczy upiór, który pojawia się
i psuje wszystko, zostawiają po sobie trupy. I choć Agnes zachowuje zdrowy
rozsądek i podchodzi do sprawy logicznie i analitycznie, nikt jej zdania nie
podziela. No i przecież jest jeszcze ósma loża, która zgodnie z przesądem, dotąd
pozostawała niezajęta, bo gdyby obsadzić ją widzami, mogłoby stać się coś
strasznego. A co się stanie? Co z tego wszystkiego wyniknie? I jak zakończy się
ta masar… maskarada?
Nie powiem, przewidywalny jest to tom i to
mocno. Pratchett stara się kręcić, plątać, ale kto jest Upiorem, wiadomo
niestety od razu, po przeczytaniu kilku stron z postaciami z życia opery. Ale
czy o zaskoczenia kiedyś chodziło u tego autora? Nie, poza tym jest tu parę
nieoczywistych i poplątanych rzeczy i choć nawet one nie stanowią większego
zaskoczenia, wprowadzają natomiast pewne fałszywe tropy, które podkręcają
akcję. Finał w zasadzie to niby taki „Upiór z opery”, ale w klimatach „Krzyku
2” (wiem, wiem „Krzyk” to nawet wtedy jeszcze nie powstał, ale ma to w sobie
podobny vibe), dzieje się dużo i na kilku polach, z paroma konkretnymi
momentami i nawet pewnym zaskoczeniem (Andre).
Tom, jak to tom z Wiedźmami, rozbraja ich akcjami, logiką i pomysłami. Ale też są świetne momenty ze Strażą Miejską, a i Śmierć, jak zwykle, ma pełne ręce roboty i pewne problemy ze zdrowiem (swoją drogą opis tego tomu na okładce niewiele ma się do zawartości). Do tego jest parę świetnych nowych postaci (Basilica!) i świetnej satyry ma sztukę, na bogactwo, na blichtr, na operę, na musicale, na… no na wiele rzeczy. Wszystko wypełnione smaczkami i odwołaniami, może czasem naciągane, ale zawsze z frajdą wchodzące. Czyli standardowo. Dobrze napisana rozrywka, w której ważniejsze od dobrej zabawy jest drugie dno, jakie zawsze się w niej znajduje.

Komentarze
Prześlij komentarz